Opowiadanie to nasza jedyna łódź, którą możemy żeglować po rzece czasu. (Ursula K. Le Guin)

Szedł Grześ przez wieś

Wybory za trzy tygodnie, więc czeka nas ogrom obietnic, potocznie zwanych kiełbasa wyborczą, a także zwiększona aktywność partyjnych liderów. Ów festiwal rozpoczął prezes Kaczyński, obiecując gabinet dentystyczny w każdej szkole. Jako osobnik, należący do starszego i bezzębnego pokolenia, wie – jak ważna jest dobra opieka stomatologiczna, jakiej w PRLu nigdy nie było. Jednak rzecz nie polega na zakupieniu gabinetu do każdej szkoły, który będzie kosztował masę pieniędzy i potem latami stał pusty. Problemem opieki dentystycznej jest brak dentystów, a nie gabinetów. Stomatologia stała się dziś na dobre dziedziną prywatnego biznesu i żaden dentysta nie będzie pracować za pieniądze, które ewentualnie by mogło wysupłać Ministerstwo Edukacji Narodowej. To rozumie dziś prawie każdy, ale przecież socjalistyczny Kaczyński przemawia do swojego socjalistycznego i roszczeniowego elektoratu, który bardziej wierzy w cuda niż w ekonomię.
Jednak wydarzeniem tygodnia był niewątpliwie Grzegorz Napieralski, który stwierdził, że gotów jest o koalicji rozmawiać z Platformą Obywatelską, nawet bez Donalda Tuska. Czytelność tego przekazu nie powala na kolana. W pierwszej chwili miałem nawet wrażenie, że Grześ przekazuje swoje warunki dla powstania ewentualnej koalicji. Wystąpienie lidera lewicy było zdumiewające. Zwykle przed wyborami politycy nie deklarują sojuszy, ponieważ mogłoby to odstraszyć potencjalnych wyborców. Nawet dotychczasowi koalicjanci – PO i PSL – choć zachowują się wobec siebie dość delikatnie, to nie mówią dziś o koalicji na następne cztery lata. Problem w tym, że za Napieralskim ciągnie się – niczym niewidzialna smuga smrodu – odium poufnych rozmów z PiSem. Lewicowi wyborcy SLD różnią się od lewicowo-katolickich wyborców PiS i niepewność co do dalszej polityki SLD pod wodzą Napieralskiego zmniejszyła słupek w przedwyborczych sondażach. Zatem Grześ musiał się wyraźnie określić i uspokoić wyborców, że nie zamierza zostać ani drugim Lepperem, ani drugim Giertychem.
Sytuacja SLD była dość oczywista od dawna. Wewnętrzna walka partyjna najpierw doprowadziła do usunięcia na obrzeża Wojciecha Olejniczaka, potem do zmarginalizowania Ryszarda Kalisza, a gdy prognozy były już fatalne, do reanimacji politycznej mumii – Leszka Millera. To ostatnie ma pewien sens. Miller wprowadził Polskę do UE, a wyborcy lewicowi doceniają nasze członkostwo w tej organizacji. Po latach zapomina się wpadki w rodzaju afery Rywina, a pamięta, że za czasów Kwaśniewskiego i Millera weszliśmy do Unii. Z drugiej strony zaś SLD straciło wiarygodność, gdy okazało się, że to lewicowe rządy odpowiedzialne są za nadmierną obecność Kościoła Katolickiego w polityce i życiu publicznym i za oddawanie organizacjom kościelnym majątku publicznego bez odpowiednich uwarunkowań prawnych. Dzisiejszy antyklerykalizm młodych działaczy SLD w tym kontekście staje się papierowy i niewiarygodny. No i tu dochodzimy do sedna sprawy – poparcie wyborcze dla SLD bez koalicji Z innymi lewicowymi partiami jest na tyle duże, żeby zapewnić wejście do sejmu, ale nie przekroczy 10%. Okazało się bowiem, ze sporą grupę polityków o lewicowych poglądach potrafiła lepiej zagospodarować Platforma Obywatelska, która jest coraz bardziej pluralistyczna.
Efekt? Parafrazując słowa ze znanego wiersza dla dzieci, szedł Grześ przez wieś… samotnie.

Oceń felieton

4 komentarze “Szedł Grześ przez wieś”

Możliwość komentowania została wyłączona.