Jak wyobrażacie sobie koniec świata? Nie taki, gdy w Ziemię uderza jakaś kometa i w wyniku wielkiego kosmicznego bum wszystko przestaje istnieć, ale taki koniec, który powodujemy my sami – ludzie – gatunek z niespotykanymi wręcz zdolnościami do samozagłady.
Prekursorem nurtu katastroficznego w sztuce był Jack London w swoim opowiadaniu „Szkarłatna dżuma”. Dziesiątkująca ludzi zaraza zdarza się w jego utworze nomen omen w roku 2012 i w ciągu kilkudziesięciu lat ludzkość cofa się do poziomu wspólnot pierwotnych. W drugiej połowie XX wieku dominował ponury obraz nuklearnej zagłady, w której promieniowanie zabija wszystkich, choć nie wszystkich od razu. Taki obraz świata pokazał Nevil Shute w swej powieści „Ostatni brzeg”. W późniejszych latach ludzie zrozumieli, że apokaliptyczna światowa wojna nie będzie oznaczać końca ludzkiego gatunku, lecz może oznaczać koniec współczesnej cywilizacji, a kino, dzięki zaawansowanej technice, potrafi pokazać świat apokalipsy w niesamowicie sugestywny, choć niekoniecznie logiczny i prawdopodobny, sposób.
Na tym tle wyróżnia się trylogia Pauliny Hendel „Zapomniana księga”, w której światowa zagłada została przedstawiona bez zbędnych fajerwerków, ale w spójny i bardzo konsekwentny sposób. Apokalipsa zaczyna się w sposób początkowo nie budzący podejrzeń, ba wręcz normalny po 11 września 2001 roku. Rozpoczynają ją zamachy w największych miastach świata. Z nienachalnych napomknięć czytelnik może się jedynie domyślać, że być może spiritus movens tej tragedii jest najbardziej szalony i nieprzewidywalny reżim na Ziemi. Zostaje uruchomiona broń, której celem jest odebranie jakiejkolwiek przewagi najbardziej zaawansowanym krajom na świecie. Impulsy elektromagnetyczne niszczą wszelkie urządzenia elektroniczne. Bezużyteczne stają się nowoczesne komputery, przestaje działać internet, nie da się uruchomić nowoczesnych naszpikowanych elektroniką samochodów. Potem wybucha epidemia śmiertelnej grypy, która szybko sprowadza liczbę ludności w Polsce do poziomu z czasów Bolesława Chrobrego.
Na próżno jednak będziemy oczekiwać scen z „Mad Maxa” lub „Falling Skies”. Nawet jeśli starsze samochody dadzą się uruchomić, to przecież ilość zapasów benzyny jest ograniczona, bohaterowie szybko przesiadają się na rowery i konie. Naturalną konsekwencją braku elektryczności jest też powrót do wyłącznie ręcznych narzędzi. Zaletą trylogii „Zapomniana księga” jest pokazanie jak po rozpadzie dawnego społeczeństwa technologicznego budują swój byt nowe mikrospołeczności wiejskie, które wracają do do prehistorycznych korzeni wspólnot pierwotnych, to one właśnie są nadzieją na przeżycie. Z kolei społeczności miejskie zwykle, choć nie wszystkie mają postać gangów, mają charakter schyłkowy, choćby z tego powodu, że ich istnienie bardziej opiera się na eksploracji i wykorzystaniu dawnych zasobów miast i zamianie ich na żywność w handlu wymiennym ze wsią.
Życie w postapokaliptycznym świecie to w „Zapomnianej księdze” nie tylko zmagania ludzi epoki cyfrowej z prymitywizmem życia bez prądu. Po apokalipsie najszybciej odradza się przyroda, a wraz z nią zjawiska, które od tysiąca lat uważano za baśnie i zabobony.
I to jest pomysł autorki na wartką opowieść przygodową, której głównym bohaterem jest młody mężczyzna, w chwili kataklizmu jeszcze pełen fantazji nastolatek, zainteresowanym grami komputerowymi. Hubert, bo tak ma na imię bohater, nie ma łatwego i bezpiecznego życia, bowiem mamuny, wije, utopce i strzygi stały się codziennością tego świata. Zepchnięte na tysiąc lat w niebyt przez ekspansywnie rozwijającą się ludzkość, teraz wychodzą z ukrycia i poważnie potrafią zagrozić niedobitkom ludzkiej cywilizacji. Hubert staje się zatem takim współczesnym wiedźminem, który z potworami walczy karabinkiem Kałasznikowa i coltem, a nie srebrnym mieczem.
Postać głównego bohatera narysowana kobiecą ręką, jest wyrazista i ciekawa, z wyraźnym dodatkiem psychologicznej delikatności i skłonnością do autoanalizy niczym doktor Lorimer z „Houston, Houston Do You Read”. To zdecydowany plus literatury pisanej przez kobiety, które zwykle mocniejszy akcent kładą na prawdopodobieństwo psychologiczne postaci.
Dwa tomy „Zaginionej księgi”, które się ukazały – „Strażnik” i „Tropiciel” – to jednak przede wszystkim pasjonująca literatura przygodowa, od której nie sposób się oderwać. I o tym trzeba pamiętać. Bohater, który dorasta wraz z wydarzeniami, nabywa doświadczenia i odpowiedzialności, jest postacią pełnokrwistą i ciekawą na tyle, że zafascynuje nie tylko młodego czytelnika. Dość powiedzieć, że ja – facet w wieku znacznie bardziej niż dojrzałym – obydwa tomy przeczytałem jednym tchem i z niecierpliwością czekam na trzeci.
Czy znalazłem jakieś wady? Tak. Cena. Ebooki powinny być zdecydowanie tańsze od wydań papierowych, ale to już nie wina autorki.
5 komentarzy “Koniec świata”
Nie czytałem książki, ale z samego opisu nie wydaje mi się to wszystko zbyt prawdopodobne. Oczywiście wiem, że fantastyka to rodzaj współczesnych baśni dla dorosłych i jako człowiek twardo stąpający po ziemi nie jestem jakimś szczególnym fanem.
Ale w tym przypadku wydaje mi się, że fantazja poszła za daleko, ogólnoświatowa zaraza, która wyniszczy ludzkość? Przy dzisiejszym poziomie medycyny jest to kompletnie niemożliwe. Broń niszcząca elektronikę też nie wydaje mi się szczególnie prawdopodobnym wynalazkiem.
Zdecydowanie się nie zgadzam. Prawdopodobieństwo takiego scenariusza apokalipsy nie jest zupełnie „od czapy”. Wręcz przeciwnie. Ale to długa dyskusja przekraczająca ramy komentarzy, więc może jeszcze coś na ten temat napiszę. 🙂
ogólnoświatowa zaraza, która wyniszczy ludzkość? Przy dzisiejszym poziomie medycyny jest to kompletnie niemożliwe. Broń niszcząca elektronikę też nie wydaje mi się szczególnie prawdopodobnym wynalazkiem.
.
Zupełnie niedawno czytałem że przy odrobinie pecha nawet nasze słoneczko może nas pozbawić praktycznie całej elektroniki… Obecnie wszysktko jest nafaszerowane elektroniką więc (pewnie oprócz poetów) każdy odczułby to na własnej skórze. Co do epidemii, to jest wciąż parę wirusów z którymi medycyna sobie nie radzi… A w dodatku ewoluują one dość szybko – i medycyna nie nadąża.
Ale zgadzam się z Tobą – raczej nie to będzie główną przyczyną zaglady ludzkości. Poradzimy sobie sami, nie będą nam potrzebne wirusy i bakterie, w końcu potrafimy juz rozbić atom…
Tak naprawdę żeby ocalić ludzkość to trzeba by chyba spowodować żeby ludzie przestali się rozmnażać, likwidując w ten sposób zagrożenie że urodzi się taki co nie będzie się mógł powstrzymać od naciskania guzików… Tylko że takie rozwiązanie też ma „skutki uboczne”…
Słowem, tak czy siak skazani jesteśmy na zagładę. Kwestia tylko kiedy to nastąpi.
.
Z książek poruszających temat zagłady największe wrażenie zrobiła na mnie „Kantyczka dla Leibowitza”. Pomijając jeden z głównych wątków w książce, sądzę że właśnie tak to będzie wyglądać…. I mam nadzieję że nie będę musiał tego oglądać.
Poeci rzadko dziś piszą na serwetkach w restauracji… 😉
A co do możliwości zaistnienia takiej elektronicznej apokalipsy… pisze o tym w następnym tekście.
Poeci rzadko dziś piszą na serwetkach w restauracji…
.
wiem… szukałem „zawodu” maksymalnie oddalonego od techniki 🙂 przynajmniej w teorii.
Już na początku lat dziewięćdziesiatych przy butelce z rozgrzewaczem, mój zaprzyjaźniony poeta skarżył się że jego wiekopomne strofy, komputerowy serwis potraktował formatem…