Pamiętam taki zabawny dialog sprzed lat ponad czterdziestu, gdy zaczynałem uczyć się angielskiego.
– I’ve got a train to Too at two to two.
– Yes? I’ve got a train to Too at two to two too.
Moja nauka zakończyła się wiele lat później na studiach, gdy po końcowym egzaminie z lektoratu, egzaminatorka stawiając mi czwórkę powiedziała: był to zdecydowanie pana najlepszy występ przez te dwa lata. Prawdopodobieństwo wyjazdu za granicę było dla mnie takie samo, jak to, że jakiś kawałek meteorytu spadnie mi na łeb. Taki był PRL. Zatem nic dziwnego, iż naukę języków obcych lekceważyli sobie prawie wszyscy. Jednak ta odrobina znajomości angielskiego zaowocowała długotrwałą miłością do angielskiego humoru.
Warto wiedzieć, że literaturoznawcy klasyfikują tezy typy komizmu w utworze literackim. Najprostszy i jednocześnie najpopularniejszy to komizm sytuacyjny. Do dziś spotykany jest w przeważającej liczbie komedii filmowych. Symbolem takiego typu humoru jest klasyczny już obraz osobnika przewracającego się na rzuconej przez kogoś skórce od banana. Ten typ komizmu spopularyzowany został w komedii już od czasu renesansu. Typ drugi to komizm postaci. Najdoskonalszym tego przykładem i chyba najsławniejszym jest postać wykreowana przez Charliego Chaplina. Jednak i w polskiej literaturze mamy doskonały przykład – jest to postać Papkina w nieśmiertelnej komedii Aleksandra Fredry.
Najszlachetniejszym dla mnie typem komizmu jest komizm słowny. Występujący głównie w języku angielskim i często nieprzetłumaczalny. Klasyka tego humoru wyraża się w jednym z niewielu dowcipów, które bez szkody dadzą się przetłumaczyć na polski.
W dawnych czasach pewien uczony mędrzec musiał się przeprawić na drugą stronę rzeki i w tym celu wynajął przewoźnika z łódką. Gdy ten wiosłował, filozof znudzony pyta go:
– Umiecie wy czytać dobry człowieku?
– Ależ skądże panie, ja do szkół nie chodziłem – odpowiada przewoźnik.
– Niedobrze – powiada filozof – pół życia straciliście.
Po chwili pyta dalej:
– A może pisać umiecie dobry człowieku?
– Skądże panie, czytać nie umiem, to i pisać też nie – odpowiada przewoźnik.
– Oj źle – stwierdza uczony – to drugie pół życia straciliście.
W pewnej chwili płynąca z prądem kłoda dziurawi łódkę, do której przedostaje się woda.
– Panie, umiecie pływać? – pyta przewoźnik.
– Nie! – bulgocze zalewany wodą filozof.
– To straciliście całe życie.
Dowcip ten nie tylko kpi sobie z matematycznej sumy pół plus pół równa się całość, ale też w podtekście przekazuje prawdę o życiu i tym, co w różnych sytuacjach może być ważne.
W nawiązaniu do łańcucha wyrazów w zdaniu rozpoczynającym felieton, podzielę się dowcipem niedawno przeczytanym.
Nauczyciel pyta ucznia:
– What is chemical formula for water?
Uczeń odpowiada:
– H I J K L M N O
Oczywiście nauczyciel twierdzi, że to są bzdury, na co uczeń mówi:
– Yesterday You said it’s H to O!
W angielskim specyficzną rolę odgrywa też wyraz „or”. Zwykle rozumiemy go jako lub/albo, czyli spójnik oznaczający wymienność lub wzajemne wyłączanie się zdań współrzędnych jak w słynnej hamletowskiej frazie : To be or not to be (Być albo nie być). Jednak może oznaczać też stosunek elementów w zdaniu, który w języku polskim oznaczany jest innym spójnikiem „czy”. I tak powstał jeden z najlepszych dowcipów, jakie znam.
A mathematician tells a colleague his wife just had a baby.
– Is it a boy or a girl?
– Yes.
Komizm tego dowcipu polega na zestawieniu ze sobą zasad potocznego języka, w którym „or” należy rozumieć jako „czy”, z językiem logiki przyjętej przez matematyka. Dla niego była to alternatywa, która będzie miała atrybut prawdy, gdy choć jeden z elementów składowych będzie prawdą. W jego interpretacji odpowiedzią na tak postawione pytanie – zawsze będzie „yes”.
Nie tylko w angielskim mamy do czynienia ze słownym typem komizmu. Jeden z najlepszych dowcipów o Związku Sowieckim mówił jak to w rocznicę powstania ZSRR na plakacie z napisem „40 lat Kraju Rad” student dopisał wielkimi literami „И хватить” (I wystarczy). Oczywiście natychmiast został zabrany przez milicję a następnego dnia odbyło się posiedzenie sądu. Tak wyglądał dialog pomiędzy studentem, a sędzią:
– Сколько вам лет товарищ студент?
– 24
– И хватит.
Istniejemy w języku, poza nim nie ma nas wcale – zawodna pamięć sugeruje mi, że bon mot o podobnej treści napisał Mircea Eliade. Chodzi – mniej więcej – o to, że posługując się językiem od najmłodszych lat, czynimy zeń narzędzie poznania i opisywania świata. Zatem im bogatszy nasz język, tym to narzędzie jest lepsze.
Należę do pokolenia ludzi, których rodzice przeżyli wojnę. Może dlatego potrafię zrozumieć tych nieco starszych ode mnie, którzy podczas wojny stracili rodziców. Jakiś czas temu postanowiłem przetłumaczyć teksty z filmu „The Wall” – dzieła dla mnie wyjątkowego i kultowego. Włosi powiadają traduttore traditore, czyli tłumacz zdrajcą. Tłumaczenie powinno bardziej oddawać przenośny sens tekstu, czy raczej być dokładne?
It was dark all around.
There was frost in the ground
When the tigers broke free.
Do dziś nie mam dobrej wersji tłumaczenia powyższego fragmentu.
Na koniec jeszcze fragment Last Words Sylvii Plath, której poezja była moją fascynacją w czasach licealnych.
My mirror is clouding over —
A few more breaths, and it will reflect nothing at all.
The flowers and the faces whiten to a sheet.
Żadne z tłumaczeń nie wydaje mi się się nigdy dość adekwatne do oryginału.
Moje lustro zasnuwa się mgłą –
Kilka oddechów więcej i już nic się w nim nie odbije.
Kwiaty i twarze bielą się na tafli.
Kto zna wiele języków, ten żyje wiele razy. Warto znać języki. 😉
14 komentarzy “I’ve got a train”
Numer z matematykiem przypomina dowcip o tresowanym psie.
„Mój pies jest świetnie wytresowany. Mówię mu „idziesz albo nie”, i on idzie albo nie.”
Skoro mowa o językach i humorze, to przytoczę jeszcze jeden dowcip na temat:
Do okienka na poczcie podchodzi obcokrajowiec i pyta:
-Do you speak english?
Pani w okienku daje do zrozumienia, że nie rozumie.
-parlez-vous français?
Nadal zero zrozumienia
-Sprechen Sie Deutsch? Snakker du norsk? Spreek U nederlands? ?Que hablan español? Μιλάς ελληνικά? ?אתה מדבר עברית
Po bezskutecznej rozmowie oddala się zdegustowany, a do pani okienkowej zwraca się koleżanka:
-Widzisz? Jakbyś znała języki, to byś się zawsze porozumiała!
-Doprawdy? Ten facet znał z osiem i jakoś się nie dogadał!
Jeszcze jeden:
Do amerykańskiego portu zawija rosyjski frachtowiec. Cumowniczy na dziobie woła do człowieka na brzegu:
-Держите лину!
Pracownik nabrzeża nie rozumie, więc rosjanin próbuje:
-Sprechen Sie Deutsch? Parlez-vous français? Do you speak english?
-O, yes, i understand!
-OK! Then- Держите лину!
Że warto znać języki trudno zaprzeczyć. Ale, że kto zna wiele języków, ten żyje wiele razy- hm.. nie rozumiem, albo nie kapuję. Sprawa języków w ogóle jest ciekawa. Podobno Bóg pomieszał języki bo ludzkość tworzyła jeden zbuntowany lud, to „nic nie będzie dla nich niemożliwe, cokolwiek zamierzą uczynić”. Pomieszał więc budowniczym języki, dzieląc ludzi na różne narody, by przez to uniemożliwić budowę wieży.
Myślę że każdy człowiek tyle może siebie pokazać, ile jest w stanie przekazać. Ciekawe dlaczego Bóg nie stworzył człowieka takiego, aby był w stanie porozumiewać się telepatycznie. Nie byłby potrzebny zatem, żaden język. Niestety wygląda na to, że Bóg nie miał nic do powiedzenie w sprawie nowopoczętej ludzkości. Po prostu rozproszone gromady ludzi, tak jak te dzikie psy stworzyły sobie języki do porozumiewania. I tak to wyszło.
Można by gdybać, którym językiem można najwięcej wyrazić. Może w jednym bardziej miłość, w innym nienawiść.
Ale cóż tak widocznie ma być. Będąc kiedyś na Węgrzech mijałem piękną miejscowość o ładnej nazwie Huje.
A i język angielski jest piękny. Takie zdanie dla Polaka może dużo znaczyć. Ale dla Belfra pewnikiem nie bardzo.
„Tea who you yeah bunny”
PS
Belfer całkiem dobry tekst. Porzuciłeś więc politykę. Jednak to była Twoja słaba strona. Lub już zdałeś sobie sprawę jak zbłądziłeś.
Najbardziej przypadł mi do gustu dowcip z liną. A co do father bossa, zacytuję powiedzonko: Daddy, did your hair slip? – powiedział mały chłopczyk do swego długowłosego, ale łysiejącego na czubku głowy tatusia. Ja powiem: father boss, did your mind slip?
Widząc, że dyskusja zjeżdża znowu w stronę polityki, przytoczę moje wczorajsze skojarzenie („zajawkę”?): Wszyscy zapewne znacie typową scenę z dawnych niemych komedii, taki humor sytuacyjny, gdzie przy skocznej muzyce tapera tłum ludzi obrzuca się nawzajem tortami. Otóż odnoszę wrażenie, że polityka, a w szczególności polska „scena polityczna”, różni się od takiej sceny jednym szczegółem: obrzucają się czymś zgoła odmiennym od tortów 😀
The flowers and the faces whiten to a sheet.
…
Kwiaty i twarze bielą się na tafli.
.
Nie znam tego wiersza, ale wydaje mi się, że w tym przypadku „to” trzeba by tłumaczyć jako „do”, a „sheet” jako prześcieradło/całun. W takim ujęciu sens tego wersu jest jednoznaczny i bezpośrednio wiążący się z poprzednimi, które zacytowałeś.
@father boss
Tea who you yeah bunny
.
To co napisałeś to niestety zlepek słów, które NIE tworzą żadnego zdania. Przeciwnie niż, na przykład, „thank you from the mountain”. Takich „tłumaczeń” jest więcej, w tej kategorii dowcipów najbardziej podoba mi się „straight from the bridge, without a little garden”.
.
Kiedyś dziecko moich przyjaciół – rozumiejące dużo, ale nie mówiące (a tym bardziej nie piszące) po polsku – zanotowało, że dzwonił Mehow…
.
Dla mnie jeden z najładniejszych dowcipów angielskich, opartych na grze słów to:
.
– What is a ig?
– Eskimo’s house without a toilet…
.
(loo – potocznie toaleta)
Drogi Michale,
po pierwsze mylisz się. To, co napisał father boss, ma znaczenie w jego (i jemu podobnym) języku. W tym „zdaniu”, które napisał, po prostu zabrakło drugiego członu „tu jest Wolska”.
Po drugie – Katarzyna Frank przetłumaczyła fragment wiersza cytowany przeze mnie tak:
Moje lusterko zachodzi mgłą –
Jeszcze parę oddechów i nie będzie żadnego odbicia.
Kwiaty i twarze zbielałe aż do prześcieradła.
Wiem, że moja próbka nie jest dokładna, ponieważ skojarzyło mi się to jakoś z umieraniem i jednocześnie z zimą, a to lustro z taflą lodu, a może po prostu ze szronem na szybie i tym że wszystko na tej tafli szkła lub lodu staje się takie blade i białe – niby kwiaty, niby twarze – ale tylko w różnych tonacjach bieli.
Zresztą celowo sięgnąłem do jakichś swoich notatek na temat Sylvii Plath sprzed mniej więcej trzydziestu lat. Ponieważ dziś już nie czuję tej poezji tak, jak kiedyś.
Po trzecie – dowcip przedni i smakowity w kontekście pierwszej części mojego felietonu. Tylko nie wiem czemu zamiast igloo w tym kontekście fatherbossa wciąż mi przychodzi na myśl ignoble.
@admin
To, co napisał father boss, ma znaczenie w jego (i jemu podobnym) języku.
.
od ponad 6 lat codziennie wsiadam na stacji Streatham Common i jadę do Clapham Junction. Całe 8 minut według rozkładu. Zazwyczaj spędzam ten czas czytając gazetę, jednak kiedyś gazety nie miałem/był tłok/whatever i stałem przy drzwiach wagonu liczac kurwy. Znaczy nie w pociągu, nie na peronie pojawiajace się pracownice fachu pokrewnego miłości liczyłem, tylko te, które padły w tej zamkniętej przestrzeni kilku metrów kwadratowych. W ciagu tych 8 minut naliczyłem ich 68… 68 kurew (inne słowa powszechnie uważane za obelżywe traktowałem tak jakby brzmiały kurwa) w ciągu 8 minut. Ponad 8 kurew na minutę, Kurwa co 7 sekund… myślisz ze to rodacy Ojca Szefa byli?
.
przychodzi na myśl ignoble.
.
nie wiem… koincydencja jakaś?
K***A to takie zawołanie narodowe Polaków, po tym się rozpoznają. Przynajmniej tak twierdzi wielu mieszkańców zachodniej Europy, a zapewne i świata…
A tu na dokładkę:
http://www.youtube.com/watch?v=Z2LR0TdoEUA
Akurat niedawno rozmawialiśmy o tym fragmencie z The Wall podczas naszej wycieczki do Cadaques, bo puszczaliśmy sobie Pink Floydów. Mieliśmy wrażenie, że problem leżał we frazie „When the tigers broke free”, którą przetłumaczyłeś jako „złamanie wolności” (nie jestem pewna). najlepsze, co przyszło nam do głowy, to „gdy wypuszczono tygrysy”, bo „uwolnić” albo „wyzwolić” jakoś nie brzmi.
Tak wydawało mi się na początku, ostatecznie w moim tłumaczeniu użyłem:”kiedy „tygrysy” ruszyły w ciemności”, co na pewno nie jest dosłowne, ale ma sens. 😉
Było ciemno wokoło,
szron pokrywał ziemię
gdy tygrysy uwolniły się
'break free’ to to samo co 'break away’, a to wg. słownika Oxfordu to 'escape from someone’s hold’ czyli najbliżej jest jednak 'uwolnić’
ps. również odczuwam ulgę nie widząc kolejnego wpisu politycznego…
Długo kombinowałem z tłumaczeniem tego fragmentu z „The Wall”. Tak jak pisała Paulina, pierwotnie miałem zamiar użyć tych tygrysów jako „łamiących wolność”, co było idiotyczne i na co moja poliglotka zwróciła mi uwagę. 😉
Też szukałem i kombinowałem ze słownikami, ale w tym kontekście „tygrysy uwolniły się” kompletnie mi nie pasowało. W angielskim brzmi to zdecydowanie inaczej i nie ma takiego wydźwięku, jak po polsku. Dlatego w końcu wybrałem inną wersję.
A co do polityki. Nie uciekniemy przed nią, bo jest częścią naszego życia, jak śniadanie i wizyta w toalecie. Co prawda najczęściej przypomina wizytę w toalecie, ale… c’est la vie.
Polityki nie unikam, o niektórych zjawiskach będę nadal pisał na blogu, ale stricte polityczne rozważania przeniosłem na http://dobrepanstwo.org – gdzie zagląda więcej osób zainteresowanych właśnie polityką.