Opowiadanie to nasza jedyna łódź, którą możemy żeglować po rzece czasu. (Ursula K. Le Guin)

Agresja i fałsz (2)

Wczoraj opisałem zjawisko, dziś spróbuję je wyjaśnić. W tym celu trzeba sięgnąć dość daleko w przeszłość. Polska nie była ani pawiem, ani papugą narodów, nie była też Chrystusem narodów. Jednak los narodu był ciężki w ciągu ostatnich dwustu lat. Wpłynęło to zarówno na rozwój cywilizacyjny, który niestety bywał dość opóźniony w stosunku do reszty Europy, jak i na kulturę narodową.
Wiadomo było, że naród niemający własnego państwa, podzielony między trzech zaborców musiał wykształcić w sobie postawę obronną w zakresie wartości kultury narodowej, ale też musiał się wykazać postawą solidarnościową silniejszą niż jednostkowy egoizm.
Taka postawa była charakterystyczna nawet w najcięższych czasach, zaczęło się to zmieniać wtedy, gdy rozpoczął się PRL. Przez prawie pięćdziesiąt lat prowadzono gospodarkę niedoborów. Jak nigdy przedtem jeden człowiek był konkurentem drugiego. Jednak nie – jak w kapitalizmie – do bogactwa i majątku, ale do dóbr podstawowych. Do cukru, do mięsa. Taka polityka zaczęła przynosić efekty i dlatego powstanie „Solidarności” oraz porozumienia sierpniowe były tak ogromnym zwycięstwem nad komunistycznym divide et impera.
W latach najtrudniejszych zwykle oparciem dla Polaków była religia i kościół. Doskonale to było widać w czasach wojny jaruzelsko-polskiej, gdy w kościołach znajdowali swe miejsce uczeni i artyści, działacze i politycy niekoniecznie katoliccy. Ten okres jako żywo przypominał różne ciężkie chwile z historii, gdy naród potrafił być jednością.
Zatem co się stało po roku 1989? Dlaczego zniknęły niektóre z wyznawanych wartości, a inne stały się swoją własną karykaturą?
Przede wszystkim pewna część społeczeństwa uznała, ze nadal trzeba się trzymać tradycyjnych wartości – religijnych i narodowych. Przybrało to wkrótce karykaturalny wymiar. Pojawiła się ksenofobiczna nienawiść do obcych, nietolerancja obyczajowa i religijna, ponieważ w świadomości tych ludzi komunistycznego wroga należało zastąpić jakimś innym wrogiem. Wśród części duchowieństwa pojawił się syndrom oblężonej twierdzy, bo kościół przestał być jedyną oazą wolności, wolność była wszędzie. Okazało się i to podchwycili politycy, że jedyną formą utrzymania jedności jest walka ze wspólnym wrogiem. Tego wroga w obecnej sytuacji trzeba sobie było wymyślić i zasklepić się w okopach świętej Trójcy. Od tego momentu przestało być ważne jaka będzie Polska, ale czyja, wrogami byli wszyscy którzy chcieli w Polsce zmian. Ponieważ ten obraz tradycyjnej kultury i obyczajowości stawał sie żałośnie śmieszny, spora część społeczeństwa odrzuciła taką wizję.
Problem w tym, że społeczeństwo zafascynowane postępem technologicznym odrzucając zaściankowość, ksenofobię i pseudoreligijność nie pomyślało o innych wartościach kultury. Cywilizacja materialna potrzebuje pieniędzy, a te postawione na piedestale zabijają kulturę.
Współcześnie ukształtowała się jeszcze postawa roszczeniowa i materialistyczna, która wobec częstej rozbieżności pomiędzy żądaniami, a możliwościami objawia się agresją wobec wszystkich.
Tak więc dziś mamy do czynienia z małą stosunkową grupą społeczną, która wspierana przez schamiały kościół i grupę politycznych frustratów, jest wyjątkowo agresywna i jedynie agresja do niej dociera. To stały elektorat Jarosława Kaczyńskiego. To również członkowie – bojówki niesłusznie zwanej „Solidarnością”. Kaczyński wie, że ci ludzie z bardzo różnych powodów czują się wyrzuceni za burtę, opuszczeni i częściowo zdają sobie sprawę z własnej anachroniczności, trafia do nich wskazując winnych – zły rząd, uzurpatora prezydenta, zdrajcę i ubeka Wałęsę. W sumie nieważne kogo znieważy i opluje, byle zrobił to dostatecznie ostro i głośno.
Z drugiej strony mamy zaś społeczność głownie młodzieżową, która w wyniku błędów wychowawczych i braku wartości ma również tylko jedno bóstwo – agresję. Czasami ta agresja ma charakter wręcz samobójczy, jak ostatnio w Bydgoszczy, gdzie chuligani zniszczyli ledwo co wyremontowany stadion piłkarski. Dodajmy – swój własny stadion, stadion własnej drużyny. Równie dobrze mogli pociąć scyzorykami własne dresy, rozwalić swoje rowery lub motocykle. Oni również nienawidzą wszystkiego i wszystkich. Tylko do nich Kaczyński raczej nie trafi.
Choć każda z tych grup osobno nie stanowi żadnej „siły narodowej” to jednak są zbyt duże na margines i dlatego stanowią realny problem społeczny, a to dlatego, że w sytuacji braku zdecydowanej reakcji społeczeństwa, a czasami również władzy, ci ludzie dochodzą do wniosku, ze agresja się opłaca*. Doskonałym przykładem byli ostatnio rzekomi obrońcy krzyża. Rzucali w strażników miejskich i policjantów szklanymi zniczami, uderzali czym popadnie, a jeden z nobliwych staruszków miał nawet specjalnie przygotowaną – na tę okazję – rękawicę nabijaną gwoździami. Po raz kolejny okazało się, ze agresja zwyciężyła, więc dlaczego Jarosław Kaczyński miałby postąpić inaczej?

Ten i poprzedni tekst są wynikiem dyskusji z komentatorem Tadeo na temat cywilizacji i kultury, którą prowadziliśmy mailowo w związku z tekstem Cywilizacja.

Oceń felieton

17 komentarzy “Agresja i fałsz (2)”

Możliwość komentowania została wyłączona.