Gdy rozpoczynałem pisanie na blogu, wydawało mi się, że będę pisał – o czym będę chciał. W praktyce okazuje się, z e coraz częściej pisze o tym, na co w jakiś szczególny sposób zareagowali czytelnicy. Tym razem o studiach. Płatne czy darmowe, a tak w ogóle kto za nie płaci, bo w prawdziwym świecie za darmo nic nie ma.
Gdy sam zaczynałem studia, były one darmowe, wszystko było darmowe, a państwo -czyli władza – utwierdzało nas w przekonaniu, ze jesteśmy balastem i pasożytami, bo owo państwo wszystko nam daje. W kategoriach tischnerowskich była to gówno-prawda. Państwo zabierało nam wszystko – wolność, możliwość dokonywania wyboru – a w zamian dawało ciasną klatkę i miskę ochłapów. Na wyjazd poza żelazną kurtynę mogli liczyć nieliczni lub dzieci partyjnych bonzów. Podobnie na studia.
Gdy PRL upadł wydawało się, że sytuacja stanie się bardziej normalna. Założenie nowych władz przez te wszystkie lata było oczywiste – wspieramy edukację, musi być darmowa. Jednak w realnym społeczeństwie i w prawdziwym państwie uczelnie generują koszty. Ktoś za to płaci. Pan za to płaci i pani za to płaci i tamten emeryt także. To są koszty pokrywane z naszych podatków. A ponieważ są to nasze wspólne pieniądze – niestety stanowczo za małe – to chcielibyśmy, by były wydawane sensownie.
Dziś w Gazecie Wyborczej przeczytałem, że atrakcyjne studia na uczelni prywatnej kosztują 100 tysięcy złotych. Aby te studia były atrakcyjne dla bogatych – którzy chcą być jeszcze bogatsi – uczelnia prywatna podkupuje kiepsko opłacanych wybitnych fachowców z uczelni państwowych. Uczelnie państwowe, chcąc fachowców zatrzymać uruchamiają płatne studia zaoczne. Człowiek kupujący takie studia otrzymuje określony towar – dyplom. Niedawno ostrzyłem sobie zęby na dość intratną fuchę, która pozwoliłaby mi spędzić paskudny najbliższy grudzień na Wyspach Kanaryjskich. Niestety okazało się, że musiałbym w tym celu przez około pół roku współpracować z absolwentem pewnej słynnej uczelni. Tyle że kończył zaocznie płatne studia. Nazwanie go idiotą byłoby niczym nieuzasadnionym komplementem. Jako emeryt dbam w pierwszym rzędzie o swoje zdrowie (tym razem psychiczne), więc z fuchy zrezygnowałem.
Nie jestem ekonomistą, więc nie będę się wymądrzał. Wiem jedno – koszty studiów trzeba w jakiś sposób urealnić. Zniwelować przewagę dupków z bogatymi rodzicami. Uniemożliwić niby-uczelniom podkradanie niedoszacowanych profesorów uczelni państwowych. Być może lepszym sposobem byłby jakiś rodzaj bonu oświatowego, być może system podobny do angielskiego. Mając pewną wiedzę o studiach w Anglii i mając też wiedzę o studiach w Polsce – nie mam złudzeń. Brak zdecydowanych kroków w tej dziedzinie spowoduje, że w Polsce będą studiować wyłącznie bogaci kretyni, zaś biedni, ale zdolni pojadą studiować za granicę, bo paradoksalnie tam dostaną szansę.
5 komentarzy “Kto płaci za studia?”
Witam.
Myślę że warto zacząć od definicji bo „studia płatne” to nie to samo co „odpłatność za studia”.Oczywiście jak najszybciej trzeba skończyć z praktyką że „dyplom jest towarem” a uczelnia maszynką do zarabiania pieniędzy.Nie można też łudzić się że uczelnie utrzymają się wyłącznie z czesnego a studenci zadłużą się na horrendalne kwoty,których nie będą mogli spłacić.W takim systemie faktycznie studiować będą tylko zamożni kretyni.Nie ma sensu system gdzie państwo wycofa się ze współfinansowania i „róbta co chceta”.Uważam że rozwiązaniem właściwym jest odpłatność za studia.Polega to na tym że część kosztów utrzymania uczelni pokrywa państwo a część jest opłacana z czesnego.Oczywiście student powinien mieć możliwość otrzymania nieoprocentowanego kredytu na koszty studiowania z możliwością całkowitego lub częściowego umorzenia w szczególnych przypadkach.Pozbędziemy się sporej grupy „wiecznych studentów” i młodzieży,która uważa że studia to czas na podryw i imprezowanie.
Pare słów o edukacji w Danii. Państwo duńskie uważa, że skoro nie posiada przynoszących ogromne zyski bogactw naturalnych to jedynym liczącym się bogactwem są wysoko wykształceni mieszkańcy tego kraju. Z tego powodu edukacja jest tutaj całkowicie nieodpłatna. Nie ma też prywatnych uniwersytetów zmuszonych do pobierania czesnego, a te państwowe robią co mogą aby uzyskać, czy utrwalić swój wysoki poziom. Mało tego, studenci dostają najwyższe na świecie państwowe stypendia w celu pokrycia kosztów utrzymania. W przeliczeniu jest to około 2500 zł miesiecznie na rękę.
Ale dlaczego Dania wydaje tak dużo na edukację, w tym także na edukację z polskiego punktu widzenia potencjalnych nierobów?
Dlatego bo w erze globalizacji przenosi sie produkcję tam gdzie koszty są najmniejsze, dzisiaj to są Chiny, Wietnam itp. Czyli duński przemysł zarabia projektując nowe wyroby np. w Danii i produkując je w Chinach. Bez wysoko wykształconej kadry nie byłoby to możliwe.
Polska jest w tej samej sytuacji, globalizacja jest w swoim zasiego po prostu globalna. I jeżeli na skutek braku reform, czy jakichś innych jeszcze przyczyn jedyne liczące się bogactwo naturalne jakie Polska posiada czyli talent i uzdolnienia obywateli nie będą optymalnie rozwinięte i wykorzystane to w odpowiednim stopniu wpłynie to na poziom stopy życiowej. Dodam, że duński dochod narodowy w przeliczeniu na mieszkańca jest jednym z najwyższych w świecie.
Dla zainteresowanych systemem edukacji w Danii szczególowe informacje po polsku:
http://www.nyidanmark.dk/pl-PL/Medborger_i_danmark_pl_pl/7+szko%C5%82a+i+wykszta%C5%82cenie.htm
Dla zainteresowanych Danią w ogóle:
http://www.nyidanmark.dk/pl-PL/Medborger_i_danmark_pl_pl/Medborger.htm
Witam.
Poczytałem sobie o duńskim systemie edukacji.Skopiowanie go w Polsce jest niemożliwe.Po pierwsze Dania jest państwem znacznie zamożniejszym od nas a po drugie jest długoletnią utrwaloną demokracją.Niestety ostatnio Polska zamiast umacniać demokrację dryfuje w kierunku państwa wyznaniowego.W tych warunkach nie można zgodzić się aby systemem oświaty wyłącznie rządził pieniądz a na darmochę nas po prostu nie stać.Przede wszystkim Państwo powinno subsydiować wyłącznie państwowe szkoły i uczelnie świeckie.Szkoły i uczelnie prywatne oraz wyznaniowe niech
całkowicie utrzymują się z własnych funduszy a wtedy będą pieniądze na godziwe zarobki nauczycieli w szkołach państwowych.Oczywiście odpłatność za studia musi dotyczyć wszystkich studentów – dziennych,wieczorowych i zaocznych.System umorzeń całkowitych lub częściowych kredytów na studia pozwoli na kształcenie w kierunkach artystycznych o ile absolwent będzie pracował zgodnie z posiadanymi kwalifikacjami.Przecież potrzebni są np.muzycy w filharmonii albo aktorzy grający „czternastego halabardnika”.Wszelkie kursy zawodowe powinny być refundowane tylko w tym przypadku gdy ich słuchacz będzie pracował w tak wyuczonym zawodzie.Obecnie mamy chorą sytuację kiedy wielkie pieniądze przeznaczane są na niby-szkolenia bezrobotnych,którzy po takich pseudoszkoleniach nadal pozostają bezrobotnymi bo i tak nic nie umieją.
@Michal
Zgadzam sie z Tobą, a nawet gdyby Polskę było stać na pokrycie znacznych wydatków na edukację, na poziomie jaki jest np. w Danii to i tak potrzebne są inne rozwiązania. By w Danii studenci wiedzą, że aby zdobyć dyplom to trzeba po prostu (czasami ciężko) pracować. Poza tym ucz si€ przecie dla siebie a nie dla rodzicw, czy papierka. W warunkach polskich obawiam się, że byłaby ogólna laba, studenci ale także i uczelnie mogłyby zadowalać się tym, że głupi podatnik płaci – czasami za nic.
Sam studiowałem w PL i wiem, że z nauką i poziomem edukacji zależnym z jeden strony od studentów ale przede wszystkim od kadry to różnie może bywać.
Zgadzam się, że zróżnicowanie na studia bezpłatne i płatne (tj. np. zaoczne albo na uczelniach prywatnych), negatywnie wpływa na system edukacji w Polsce. Niestety nieprawdą jest, że to biedni i zdolni wyjadą studiować za granicę, bo tam będzie im łatwiej. Większość osób studiujących w Anglii, które ja znam, albo ma bogatych rodziców, którzy wspierają ich finansowo, albo pracuje, żeby móc się utrzymać. Więc raczej „przewaga” Anglii wynika z tego, że sytuacja ekonomiczna w Anglii i system studiów wyższych pozwalają na jednoczesne studiowanie i pracę, z możliwością utrzymania się za zarobione pieniądze bez większej szkody (ale jednak) dla własnego rozwoju intelektualnego.
„Odpłatność za studia”, o której pisze Michał, to jest właśnie system angielski. Pełne czesne płacą jedynie zagraniczni studenci (spoza Unii Europejskiej), tj. w ich przypadku rząd brytyjski nie dopłaca do czesnego. Podoba mi się pomysł wprowadzenia takiej opłaty w Polsce na drugie czy trzecie studia, bo rzeczywiście zaczyna być paranoją sytuacja, gdzie co druga osoba robi dwie (a pewnie już niedługo trzy) magisterki na koszt podatnika, a wszystko po to, żeby mieć jeszcze większe szanse na rynku pracy, gdy tak naprawdę ilość magisterek nie ma najczęściej większego znaczenia. Wręcz przeciwnie, z tego powodu wytwarza się podaż dyplomów – tak więc odpłatność za studia być może unormowałaby tę sytuację. Warto jednak się zastanowić, czy nie lepiej wprowadzić to jedynie na poziomie studiów magisterskich, a nie licencjackich. Nie wiem dokładnie, jaki jest odsetek osób z dyplomem magistra w Anglii, lecz jest on bardzo niski w porównaniu do osób posiadających licencjat. A to dlatego, że studia magisterskie nie tylko są droższe, ale też na tym poziomie nie obowiązuje żadna forma pomocy finansowej od rządu.
Poza tym system angielski też nie jest idealny, szczególnie od 2006 roku, kiedy potrojono czesne i pozwolono na regularny wzrost kosztu studiów (tak więc w 2006 roku było to 3000 funtów za rok studiów, a obecnie już 3225 funtów). Niedawno studia zakończył pierwszy rocznik studentów (w tym Kamil), którzy studiowali w tym nowym systemie – mieli nieszczęście skończyć studia akurat w czasach kryzysu i już się mówi o tym, że wielu z nich nie poradzi sobie z olbrzymimi długami, a w najlepszej sytuacji będą nimi obarczeni przez całe życie. A państwo nigdy nie odzyska swoich pieniędzy. Bo kredyt co prawda nie jest oprocentowany, ale przecież rośnie wraz z inflacją. Za same studia licencjackie zadłużenie każdego studenta wynosi ok. 9 500 funtów, ale jeśli ktoś otrzymuje dodatkowo kredyt na koszty utrzymania, to jego zadłużenie może sięgać kilkudziesięciu tysięcy funtów (piękny dług na start „dorosłego życia”!). I to mimo tego, że otrzymuje oprócz tego różnego rodzaju stypendia, których nie musi potem spłacać.
Poza tym ważna jest kwestia „równości”, o której wspomina Belfer. Nie wydaje mi się, by pomoc finansowa w Anglii tak naprawdę była równa – np. w przypadku stypendiów za wyniki w nauce wiele zależy od uniwerku, na którym się studiuje, jedne mają wyższe stypendia, drugie niższe, niektóre nie oferują nic (nie jest to dokładnie uregulowane prawnie), poza tym trzeba być naprawdę „obrotnym” i umieć sobie „załatwiać” takie sprawy, „kombinować”, co mi się nie podoba. Wolałabym, żeby było tak jak w Polsce, że gdy mam dobre wyniki w nauce, automatycznie dostaję za to stypendium. Tutaj trzeba takie stypendia samemu wyszukiwać i składać na nie podania, i zawsze pieniądze dostaną tylko najlepsi z najlepszych. Znam osoby, które non stop na coś się załapują, a znam takie, które nie dostają nic, mimo że są świetnymi studentami. Poza tym pytanie brzmi – czy państwo w ogóle oszczędza, jeśli i tak wydaje mnóstwo pieniędzy – 1) na dopłatę do czesnego dla uniwerków, 2) na dopłatę na research dla uniwersytetów, 3) na pożyczki dla studentów na to czesne, 4) na pożyczki dla studentów na koszty utrzymania, 5) na stypendia dla studentów na koszty utrzymania… Może jednak byłoby prościej, gdyby nie było czesnego? A uniwerki i tak oszczędzają ile wlezie, myślisz (tu się zwracam do Belfra), że nie ma płatnych powtórek egzaminów? To jesteś w błędzie 🙂 Nawet impreza z okazji ukończenia studiów (tzw. graduation ceremony, podczas której otrzymuje się dyplom) kosztuje, i to dużo. Dlatego ja na nią nie pójdę. W tym roku musiałam sobie prywatnie drukować materiały na zajęcia, co prawda teoretycznie mam 300 kartek darmowego wydruku na uniwersytecie, ale co z tego, skoro nasza komputerownia posiada JEDNĄ drukarkę na cały wydział (kilkuset studentów). Żeby sobie oszczędzić czasu i nerwów i tak drukowałam wszystko w domu na własny koszt. Nawet UCL, niby taki świetny uniwerek, ma problem typowy dla polskich uczelni – brak pomieszczeń dla coraz większej liczby studentów (przyjmują ich coraz więcej, żeby dostawać więcej pieniędzy, ale przecież jednocześnie nie powiększają campusu). Mój plan zajęć w dużej mierze zależał od wolnych pomieszczeń, zupełnie jak na UMK w Toruniu, gdzie miałam niemiecki o 7 rano z powodu braku wolnych pomieszczeń w innych godzinach. Kolejny olbrzymi problem to bardzo mała liczba zajęć. Dotyczy on wszystkich uniwersytetów, choć w różnym stopniu. Teoretycznie według prawa „studia dzienne” (full-time studies) powinny mieć MIN. 15h zajęć w tygodniu. Ja na ogół właśnie tyle miałam, ale osoby takie jak Kamil miały na przykład po 6-10h w tygodniu, co jest kpiną za pieniądze, które płacą. U mnie na kierunku studenci też się buntowali, że mają po 4h języka rosyjskiego w tygodniu, i po czterech latach studiów mają znać ten język na poziomie biegłym. W odpowiedzi usłyszeli, że w czasie wolnym mogą przecież korzystać z zasobów biblioteki do nauki własnej. Już nawet nie wspomnę o tym, że od lat prosimy o klawiatury z cyrylicą (rzecz, wydawałoby się, oczywista na wydziale studiów slawistycznych), i co najlepsze, niedawno zainwestowano w nowe komputery w naszej sali komputerowej – a klawiatur z cyrylicą nadal nie ma. Kolejny problem to kwestia kadry – to akurat nie dotyczyło mojego wydziału, ale często się zdarza, że do zajęć ze studentami odsyła się studentów doktorantów, a doktorzy i profesorowie zajmują się własnymi badaniami w zaciszu swojego gabinetu.
Nie mam nic przeciwko płaceniu za studia, ale tylko wtedy, jeśli otrzymam to, za co płacę, to jest wysoki poziom i dobrą jakość studiów. Podoba mi się system w Danii – wydaje mi się, że tylko wówczas, gdy państwo będzie przeznaczać naprawdę duże pieniądze na edukację, tzn. będzie ona jednym z priorytetów w państwowym budżecie – będzie to system „równy” i „sprawiedliwy.”
Natomiast jeden z widocznych plusów płatnej edukacji wyższej w Anglii to godziwe zarobki wykładowców (choć i tak niskie w porównaniu z niektórymi innymi sektorami) i brak konkurencji tj. ich podkupywania ze strony uniwersytetów prywatnych – bo takowe nie istnieją (tzn. jest tylko jeden w całej Anglii). Tylko nie wiem, czy wprowadzenie opłat za studia cokolwiek by zmieniło pod tym względem w Polsce.