Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałem o Wałęsie. Pamiętam jednak, że była to informacja kolportowana przez oficjalne partyjne media. Według tej opinii Wałęsa był bumelantem wyrzucanym za nieróbstwo z każdej pracy. Lewusem, który nic nie potrafi. Kiepski to był sposób na zdyskredytowanie kogokolwiek w PRL, gdy miliony ludzi powtarzały hasło: Czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy.
Propaganda partyjna postarała się lepiej i kolejna wiadomość, którą sobie przypominam, głosiła, że Wałęsa to pijaczyna, który nie trzeźwieje nigdy, a po pijaku potrafił nawet do chrzcielnicy nasikać. Ale kogo to ruszy w kraju, gdzie codziennie od 5 do 7 milionów obywateli było pijanych. Każdy rozumiał, że w PRL się na trzeźwo nie da wytrzymać.
Trudne zadanie przed sobą miała ludowa władza. Zapewne Wałęsa miał szansę zniknąć jak wielu innych opozycjonistów, spaść może ze schodów, albo zapić się na śmierć. Jednak zwykle czujna ludowa władza przegapiła odpowiedni moment, lekceważąc Wałęsę. Potem po roku 1980 było za późno i nawet jak Wałęsa miał katar, to świat mówił, iż to wina bezpieki.
Już wtedy „policje – tajne, widne i dwu-płciowe” znajdowały się pod kuratelą wybitnego generała, który w niedalekiej przyszłości miał wyzwolić Polskę z jarzma komunizmu, czyli Czesława Kiszczaka. Gdy po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego Lech Wałęsa stał się kandydatem do pokojowego Nobla, służby pod wodzą pana generała, zaczęły wytwarzać teczki Wałęsy, aby pokazać światu, że to nie jest żaden bojownik o demokrację, ale zwyczajny tajny współpracownik esbecji, która właśnie zaczynała skomplikowaną wieloletnią akcję obalania samej siebie.
Powszechnie twierdzi się, że te wyprodukowane fałszywki opóźniły o rok przyznanie Nobla Wałęsie. Tyle bowiem czasu zabrały ekspertyzy stwierdzające, że fałszywki to fałszywki. A to pech. Pan generał, wybitny polski patriota zapomniał, że w swojej szafie trzymał przecież oryginały. Tak bardzo o tym zapomniał, że dopiero po jego śmierci przypomniała sobie o tym jego żona i to ciekawe w szczególnie dogodnym dla Jarosława Kaczyńskiego momencie. I jak tu nie wierzyć w rękę boską.
Gdy wreszcie wyszły na jaw te autentyczne dokumenty w sprawie Wałęsy, to internety szybko zauważyły, że tych Bolków kwitujących odbiór kasy za donoszenie to było przynajmniej dziesięciu. Przedstawiciele IPN z jakąś taką nieśmiałością zaczęli mówić o tym, że „autentyczne” znaczy w zasadzie „wytworzone przez służbę bezpieczeństwa”, a już zupełnie cichutko, że to wcale nie jest równoznaczne ze słowem „prawdziwe”.
Tak bardziej serio, to sam Wałęsa przyznawał, że w latach 70′ podjął jakąś grę z bezpieką. I że coś tam podpisał. Wiedząc, że Lech Wałęsa jest bufonem o wybujałym ego, uważam to za bardzo prawdopodobne. Być może w grudniu 1970 pod presją i bojąc się o własne życie, coś podpisał. Najprawdopodobniej też potem podjął jakąś grę, licząc na to, że bezpiekę wykiwa. Sądząc z teczki, którą ujawniła żona Kiszczaka, faktycznie w sporej części mu się udało. Jeśli w teczce tajnego współpracownika są donosy na niego od innych tajnych współpracowników, podrobione kwity odbioru kasy i niechętne opinie oficerów służby bezpieczeństwa, to ten bufonowaty Wałęsa strollował ich zanim jeszcze powstał internet.
Przypuszczam, że Kiszczak doskonale wiedział, że te materiały są funta kłaków niewarte. Trzymał je w swej szafie wraz z prośbą do IPN, by ich nie publikować przed śmiercią Wałęsy, jako pewien rodzaj polisy ubezpieczeniowej. Musiał się liczyć z możliwością skazania w którymś z procesów i być może to miał być „dowód”, że tak naprawdę to on zawsze był patriotą i chronił Wałęsę. Na tę nutkę śpiewała zresztą początkowo wdowa po Kiszczaku, zanim doszła do wniosku, że i tak nikt w to nie uwierzy.
Swoją drogą to kiedyś w młodości zgarnęła mnie milicja, gdy z kilkoma znajomymi wracaliśmy świętując zakończenie letniej sesji. Przesłuchiwano mnie tak na wszelki wypadek, bez jakiegoś szczególnego celu przez całą noc. Alkohol wyparował. Pozostał strach i niesamowite pragnienie. Pokazywano mi jakieś zdjęcia ludzi, których na oczy nie widziałem, domagano się jakichś szczegółów czegoś, o czym nie miałem zielonego pojęcia. Nad ranem byłem gotów podpisać nawet cyrograf za szklankę wody. Pechowo dla przesłuchujących, nie byłem żadnym opozycjonistą i nic ode mnie nie mogli dostać. Pamiętam, że przez następnych dwadzieścia lat, przechodziłem na drugą stronę ulicy widząc policjantów, choć już dawno PRL nie było.
Dlatego dziś inkwizytorów stosujących metody swych dziadków z ubecji, takich jak Sławomir Cenckiewicz, uważam za skończone gnidy.
Nie przepadam za Wałęsą, był co prawda przywódcą polskiego ruchu niepodległościowego, ale też popełnił wiele błędów. To on wprowadził bliźniaków Kaczyńskich do pierwszego szeregu w polityce i to jest grzech niewybaczalny z dzisiejszej perspektywy. Jednak bezczelne manipulowanie fałszywkami oznacza tylko tyle, że dzisiejsza esbecja kierowana przez fanatycznych zwolenników Kaczyńskiego może to zrobić każdemu. Dziś Wałęsa, jutro ty.
4 komentarze “Kiszczakoza”
Właśnie się dowiadujemy, że IPN wszczyna śledztwo w sprawie fałszerstw dokonanych w sprawie teczek Kiszczaka. Jest podejrzenie poświadczania nieprawdy przez funkcjonariuszy SB w celu odniesienia korzyści majątkowych lub osobistych. Jednym słowem już się okazało, że szafa Kiszczaka pełna jest fałszywek. Ciekawe czy „narodowa” telewizja się choć raz o tym zająknie.
Wyborcza napisała:
Teczka „Bolka” jest pełna wątpliwości. Jedno z doniesień skopiowano na papierze ze szwedzkimi znakami wodnymi. Zapiski z podpisem „Lech Wałęsa” z tego samego okresu znacznie się różnią. Trzy dokumenty już dawno sąd i grafolog uznali za sfałszowane.
Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75478,19681229,bolek-na-szwedzkim-papierze-mnoza-sie-watpliwosci-co-do-wiarygodnosci.html#ixzz41GF6BO7G
Szafa Kiszczaka pokazała jak łatwo przyłączają się ludzie do oskarżeń. Przykładem jest niestety np. Waldemar Kuczyński, którego bym o to nie podejrzewał. W internecie pojawiła się masa wpisów w rodzaju: „A jednak współpracował, brał pieniądze, upadek legendy”… Żadnemu z tych baranów nie przyszło do głowy zaczekać z ocenami. Dziś widzimy całą masę wątpliwości lub wręcz oczywistych przesłanek, ze ta teczka jest fałszywką tak, jak poprzednie.
Mam w nosie, czy Walesa cos podpisal w latach 70-tych, czy tez nie. Nie bede tego ocenial, bo akurat mialem takie szczescie, ze mnie nie sprawdzono – bezpieka widac uznala, ze sie do niczego nie nadaje i dala mi spokoj. W moim mniemaniu wielkosc Walesy polega na tym, ze wtedy, kiedy potrzebny byl symbol, wokol ktorego moglaby sie skupic opozycja, on spelnil role takiego symbolu. Ci, ktorzy dzisiaj wieszaja na nim psy, chyba zapomnieli, ze kiedys do Sejmu kontraktowego dostali sie, bo zrobili sobie zdjecie z Walesa. I jeszcze jedno – jezeli bezpieka miala takie kwity na Walese, to dlaczego ich nie wyciagnela w 1980-tym? I po kiego licha produkowala falszywki w rodzaju slynnej rozmowy z bratem w Arlamowie? Nic mi tu nie pasuje.
P.S.
U niektorych dzisiejszych inkwizytorow sw. Pawel tez bylby bez szans.