Opowiadanie to nasza jedyna łódź, którą możemy żeglować po rzece czasu. (Ursula K. Le Guin)

Nihil novi, czyli idiota miesiąca.

 
Żyjąc już trochę lat na tym najlepszym ze światów, coraz częściej przekonuję się, że historia się lubi powtarzać, głupota jest nieskończona, a paraliż postępowy najzacniejsze trafia głowy.
Dziś dowiedziałem się, że minister Sienkiewicz z uporem godnym lepszej sprawy nadal twierdzi, iż alkomat powinien być w każdym aucie. Ponieważ mamy do czynienia „z pewnym odsetkiem morderców na drogach”. Zdaniem Sienkiewicza „każdy środek, żeby to zmniejszyć, powstrzymać, zredukować, tak jak przy „normalnym” mordercy, który biega z nożem i chce kogoś zabić, jest dobry. Zapomniał pan minister, że w takiej sytuacji można zabronić posiadania jakichkolwiek noży, zaczynając od tych do krojenia chleba, a na obieraczkach do ziemniaków kończąc. W zasadzie pan minister jest doskonałym kandydatem do tytułu idioty miesiąca, a jak dobrze pójdzie to tych kretynizmów do końca roku nikt nie przebije.
Druga wiadomość dnia dzisiejszego dotyczy pomysłu europejskiej płacy minimalnej, który przedstawił kandydat na przewodniczącego KE z Niemiec. I zaraz pojawiło się coś jak u Majakowskiego (mówię partia – myślę Lenin). Dr Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha twierdzi, że kiedyś próbowano w nas uderzyć pomysłami ustanowienia takich samych podatków dla wszystkich krajów UE. Zachód oskarżał Polskę o „dumping podatkowy”, a kiedy okazało się to bzdurą, stara się uderzyć od innej strony, czyli regulacji rynku pracy i może właśnie płacy minimalnej. Kolejny wierzący w teorie spiskowe. Wredny Niemiec Juncker chce Polskę zniszczyć płacą minimalną.
Ekspert zapomniał tylko, że oprócz Polski niemiecka płaca minimalna byłaby zabójcza dla Grecji, Portugalii, Hiszpanii, Włoch, o Litwie, Łotwie i Estonii nie wspominając, a dla Bułgarii i Rumunii oznaczałoby horror. Warto wspomnieć, ze z kolei dla Niemiec zabójcza byłaby duńska płaca minimalna. W ten sposób wraca przekonanie polskie o tym, że wszyscy chcą nas zniszczyć, wykorzystać i porzucić. Biedna ta nasza polska dziewiczość niewinna.
Byłby matołek kolejnym kandydatem na idiotę miesiąca, ale kimże on jest, by go tak honorować.

Kevin Watkins z Overseas Development Institute grzmi, że czas w końcu przestać dopłacać do paliw kopalnych i przestawić się na czyste, ekologiczne i tanie źródła energii. Ciekawe co facet ćpa, bo odlot ma nieziemski.
Paliwa kopalne to węgiel kamienny i brunatny, gaz i ropa. Skoro tak dużo trzeba do tego dopłacać, to czemu ta Norwegia jest tak obrzydliwie bogata? Właśnie powinna bankrutować. Kevin Watkins twierdzi, że w roku 2011 rządy wpompowały w dotowanie paliw kopalnych 523 miliardy dolarów Być może to i prawda, choć nie mam jak zweryfikować tych danych. Jednak Bjørn Lomborg z Copenhagen Business School podaje inne liczby. 60 miliardów dolarów władowanych w energetykę słoneczną i wiatrową, kolejne 19 miliardów dolarów pochłonęły subsydia na biopaliwa, które nie przyniosły żadnych korzyści dla klimatu. Ten ostatni naukowiec wydaje mi się bardziej trzeźwy. Słusznie zauważa, że energia z tzw. źródeł odnawialnych jest droga, co sprowadza się do tego, że biednych na nią nie stać. Biedni palą w piecach wszystkim, co znajdą i zanieczyszczają środowisko wielokrotnie gorzej niż nowoczesne elektrownie węglowe.
Powszechnie uznawany model makroekonomiczny zakłada, że łączne koszty unijnej polityki klimatycznej od 2020 roku do końca stulecia pochłoną średnio 209 miliardów euro (280 miliardów dolarów) rocznie.
Ciężar tych wydatków spadnie przede wszystkim na osoby najuboższe, ponieważ bogaci bez kłopotu zapłacą rachunki za energię. Za każdym razem szokują mnie nonszalanckie wypowiedzi ekologów, którzy twierdzą, że ceny benzyny powinny być dwa razy wyższe niż obecnie. Albo że elektryczność musi pochodzić wyłącznie z kosztownych źródeł odnawialnych.
– pisze dalej Bjørn Lomborg, który dalej podaje przykłady z naszego europejskiego podwórka, gdzie nawet w bogatszych krajach są ludzie, których 50% wzrost cen energii w ostatnich latach dobił finansowo.
Jedynie 1,2% energii z niezwykle kosztowych technologii słonecznych i wiatrowych wykorzystywanej jest w krajach uprzemysłowionych. Nic dziwnego, są to w wielu wypadkach źródła niepewne.
Kevin Watkins wieszcz za to, że przyszłe pokolenia będą narażone na katastrofalne ryzyko klimatyczne. Miliony ludzi mogą wpaść w pułapkę biedy na skutek coraz częstszych, bardziej gwałtownych i długotrwałych susz, powodzi czy burz. Zapomina jednak, że w krajach rozwijających się brak energii elektrycznej oznacza biedę z powodu braku możliwości przechowywania żywności (brak lodówek), a to z kolei powoduje niewspółmiernie większy czas poświęcony na codzienne zdobywanie i przygotowywanie pożywienia. Brak energii elektrycznej to jednak przede wszystkim brak rozwoju przemysłu, to bezrobocie i nędza. To brak kontaktu ze światem (telewizja, komputery, internet – potrzebują prądu). Ryzyko katastrof klimatycznych być może jest, a być może nie, wciąż są co do tego wątpliwości. Zaś ryzyko śmierci z głodu lub z tego powodu, ze miejscowy szpital nie ma prądu jest prawdziwe i realne.
Myślę, że ekolodzy również zasługują w swym fanatyzmie na jakiś tytuł kretynów miesiąca, ale jest ich za dużo*.


* Nie znaczy to, że jestem zwolennikiem rabunkowej gospodarki i zatrucia środowiska, ale znaj proporcyją mocium panie.

Oceń felieton

8 komentarzy “Nihil novi, czyli idiota miesiąca.”

Możliwość komentowania została wyłączona.