Granicę śmieszności Jan Maria Rokita przekroczył już kilka lat temu swoim słynnym okrzykiem „Ratunku, Niemcy mnie biją”. Jego kariera polityczna w tym momencie ostatecznie legła w gruzach. Polacy darują politykowi bardzo dużo, pogodzą się z jego niejasnymi interesami, machną ręką na seksualne ekscesy lub kochankę, ale nie będą głosować na żałosnego bufona, który się ośmieszył.
Od tego momentu wiadomo było, że nie zechce go już Platforma – ostateczne usunięcie z liczby członków nastąpiło formalnie niedawno – Rokita nigdy nie płacił składek. PiS, który wcześniej skokietował jego żonę, też go nie chce. Wyborcy na niego nie zagłosują, co oznacza polityczny niebyt.

Rokita od czasu do czasu próbował dać o sobie znać, strojąc się w piórka niezależnego komentatora politycznego, ale tu jeszcze bardziej niż w zawodzie polityka widać było jego miałkość i głupotę.
Skąd więc legenda Jana Rokity, opatrznościowego polityka, państwowca na miarę Piłsudskiego lub Witosa? Paradoksalnie do stworzenia tej legendy przyczyniła się jego arogancja i gburowatość, którą okazywał publicznie wobec dziennikarzy. To taka współczesna wersja Świerczewskiego, „który się kamerom nie kłaniał”. Sprawiało to na wielu wrażenie, że jest to polityk niezależny, który w przeciwieństwie do innych, nie podlizuje się dziennikarzom. Pomogło też uczestnictwo w słynnej komisji śledczej w sprawie Afery Rywina. Wystarczyło, że nie zbłaźnił się w niej tak, jak Zbigniew Ziobro i już zyskał rangę bojownika o prawdę. Jednak Rokita nie miał żadnych większych osiągnięć, a całą swą energię skupiał na utrzymaniu się w sejmie. Zaczynał jako poseł Unii Demokratycznej, potem Unii Wolności, ale jednocześnie występował przeciw Jackowi Kuroniowi, który stał się kandydatem UW na prezydenta. Potem wstąpił do Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego, by wreszcie stać się członkiem PO. W każdej partii znany był ze swojej arogancji i działań, które podejmował bez konsultacji z innymi.
Rokita znany jest też z braku szacunku do prawa, jeśli to prawo decyduje nie po jego myśli. Tak było ze słynną awanturą w samolocie Lufthansy i decyzji o niepłaceniu grzywny, przez co Rokita w każdej chwili może zostać aresztowany w Niemczech. Tak samo było w procesie, który wytoczył mu były komendant policji Konrad Kornatowski. Rokita nazwał go nikczemnym prokuratorem stanu wojennego, co nie było prawdą i został skazany na przeprosiny. Wyroku sądu nie wykonał i dziś ten wyrok podlega egzekucji komorniczej.
Jan Maria Rokita przekroczył granicę śmieszności w samolocie Lufthansy w 2009 roku. Jednak dziś przekracza granicę groteski, gdy skarży się na biedę i komornika, który zajmuje mu pensję, a czyni to ze swej włoskiej rezydencji, a jego żona ma na koncie kilkaset tysięcy złotych i kilkadziesiąt tysięcy euro. Rokita w wywiadzie dla TVN gada oczywiste głupoty, manipuluje faktami, obraża państwo polskie. Dziś „Niemcy go biją” a „Polacy ścigają” – jest żałosnym małym człowieczkiem w pretensjonalnym kapeluszu, który zgrywa się na przedwojennego krakowskiego inteligenta. A naprawdę to tylko portret Dulskiego naszych czasów.
2 komentarze “Granica śmiesznosci”
Rokita nigdy nie powinen był starać się o karierę polityka, natomiast gdyby chciał zostać aktorem z pewnością odniósłby duży sukces. Problem jest tylko w tym że mógłby grać tylko jedną rolę, swoją własną, bo na inne talentu to jemu brakuje. Żałosne przedstawienie, żałosny człowiek.
Jakoś nigdy nie spotkałem się z legendą Rokity jako opatrznościowego polityka, zawsze był jedynie żałosnym osobnikiem z całej siły starającym się przyciągnąć do siebie uwagę mediów.