Opowiadanie to nasza jedyna łódź, którą możemy żeglować po rzece czasu. (Ursula K. Le Guin)

Bitwa o handel

Gdy byłem małym chłopcem, starsi kuzyni, po cichu (bo ledwo się skończył okrutny okres stalinowski) opowiadali mi, że jeszcze kilka lat temu, było tak strasznie, że w sklepach tworzyły się kilometrowe kolejki po chleb, że tego chleba po prostu nie było. Trudne to było do zrozumienia dla kilkulatka, który nie znał jeszcze pojęć takich, jak socjalizm i kapitalizm. Zacząłem rozumieć to nieco później słuchając zabronionych zachodnich rozgłośni radiowych i czytając broszurki, które trafiały w moje ręce w sposób tyle tajemniczy, co nielegalny.

Wystąpienie Hilarego Minca w kwietniu 1947 zapoczątkowało okres nazwany bitwą o handel. Rządząca partia podjęła szereg działań, które miały bardzo ograniczyć prywatny sektor w gospodarce lub wyeliminować jego istnienie, prowadzące, zdaniem komunistów, do odrodzenia kapitalizmu w Polsce. Od 1947 roku zaczęły powstawać Powszechne Domy Towarowe, które miały stać się konkurencją dla prywatnego handlu w zakresie wszelkich towarów przemysłowych. W ciągu kilku lat wybudowano (lub dostosowano budynki) ponad dwadzieścia takich dużych sklepów w największych miastach w Polsce. W miastach powstały Spółdzielnie Spożywców „Społem”, na wsi Gminne Spółdzielnie „Samopomoc Chłopska”. Spółdzielnie dość szybko przejmowały sklepy od „dobrowolnie” przyłączających się prywatnych handlowców, którzy byli doprowadzani do ruiny przez system koncesji, zezwoleń i domiarów podatkowych.
W ciągu dwóch lat bitwy o handel liczba prywatnych sklepów spadła prawie o połowę. Placówki upaństwowione lub państwowe były mało efektywne, spółdzielcze dawały sobie radę niewiele lepiej. Spowodowało to ogromne problemy w zaopatrzeniu nawet w podstawowe artykuły spożywcze. Nacisk na likwidację prywatnego handlu zelżał nieco w 1949 roku, ale ogólna tendencja pozostała. W latach sześćdziesiątych prywatny handel stał się już marginesem. Prywatne były małe piekarnie, cukiernie i lodziarnie. Do prywatnych właścicieli należały też budki handlowe na rozmaitych targowiskach, które specjalizowały się w handlu wyrobami rzemieślniczymi, pasmanterią, słodyczami… Prywatne też były kwiaciarnie i niewielkie sklepiki odzieżowe. Poza tym rynkiem utworzono ogólnokrajowe przedsiębiorstwa handlowe specjalizujące się w określonych towarach takie jak ZURiT, ElDom i inne. Gdy okresowo brakowało jakichś towarów, sklepy zamieniały się w puste hale, po których niosło się echo. Ostatecznie państwowe firmy handlowe zaczęły upadać w „czasach musztardy i octu na półkach”. Nie było nic, czym można byłoby handlować, w sklepach byli jedynie sprzedawcy.

Dziś Ministerstwo Finansów pod władzą partii Nadprezesa Polski Jarosława Kaczyńskiego rozpoczyna nową bitwę o handel, która się skończy podobnie jak ta komunistyczna, całkowitym rozwaleniem gospodarki.
Rząd pragnie wprowadzić tzw. e-paragony. Co to oznacza w praktyce? Po pierwsze każda sprzedaż zarejestrowana w sklepowej kasie fiskalnej trafi natychmiast do centralnej bazy elektronicznych paragonów zarządzanej przez Ministerstwo Finasów, stamtąd zaś do naszego banku lub na adres mailowy, albo gdzieś tam jeszcze, ale nikt nie wie jeszcze gdzie. Oznacza to, że bez podania naszego konta lub maila nie zrobimy zakupów. Zaś bank będzie wiedział o strukturze naszych wydatków, nawet jeśli płacimy gotówką. A co najważniejsze nawet o kupnie zapałek będzie wiedziało Ministerstwo Finansów, a co za tym idzie nasz Urząd Skarbowy.
Nawet Orwell nie przewidział tak permanentnej inwigilacji obywateli. Nawiasem mówiąc, wszyscy będą musieli mieć kasy fiskalne połączone internetowo z centralną bazą, ci – którzy obecnie kas nie posiadają – również.
Jednak to jeszcze nie wszystko. Ministerstwo będzie miało nie tylko możliwość odczytu wszystkich zapisów, ale także programowania kas, co oznacza, że wszystkie będą musiały dysponować tym samym oprogramowaniem i zapewne pochodzić od jednego producenta. Kto z przyjaciół pisowskiego ludu będzie na tym zarabiał?
Paragraf 43 przepisu, który przygotowywany jest przez Ministerstwo Rozwoju kierowane przez pomazańca Jarosława Kaczyńskiego, proponuje, że Minister Finansów będzie mieć możliwość zablokowania i odblokowania możliwości rejestracji transakcji. Oznacza to, że Minister Finasów będzie decydował co, kto i kiedy sprzedaje. Praktycznie można jednym kliknięciem uczynić niedzielę wolną od handlu, wystarczy bowiem wyłączyć wszystkie kasy. Można zablokować sprzedaż alkoholu przed godziną trzynastą, odpowiednio programując kasy. Jeśli przypadkiem dojdzie do awarii centralnego repozytorium elektronicznych paragonów, to w całej Polsce nikt nie kupi nawet kawałka suchego chleba. Daje to władzy tak ogromne możliwości kontrolowania obywateli i sterowania nimi, jakich nigdy dotychczas nie miał żaden rząd na świecie. Rząd będzie mógł zablokować kasy firmie, która spóźnia się z podatkiem, ale także takiej, której właściciel krytykuje rząd. Dlaczego miałby to robić? Bo będzie mógł.
Rząd będzie wiedział o każdym wydatku obywatela niezależnie od tego gdzie i co kupuje, i niezależnie od tego, jak płaci. Jeśli obywatel kupuje książki, to rząd będzie wiedział jakie, po profilu zakupów łatwo będzie odkryć, gdzie obywatel bywa i co robi, łącznie z tym, czy zdradza żonę, kiedy i gdzie. I co? Nadal uważacie, że to CETA jest najgroźniejszym pomysłem dla Polaków?
Od strony technicznej i finansowej to ogromne przedsięwzięcie, ktoś na nim zarobi miliardy, ale też zniknie z rynku wielu przedsiębiorców, którzy nie podołają wydatkom na nowe połączone z internetem kasy fiskalne. Znikną też automaty sprzedające napoje lub przekąski, które choć teoretycznie mogłyby dopasować się do nowych przepisów, to byłoby trudne i nieopłacalne. Jeżeli na rynku nie utrzymają się tysiące małych sklepików, które nie mają obecnie połączenia z internetem i których nie stać na nowe kasy lub też znajdują się w miejscach, gdzie trudno o połączenie, to oznacza to utratę tysięcy miejsc pracy i wzrost bezrobocia, a za cała skomplikowaną operację zapłacą podatnicy. Nikt jeszcze nie obliczył, o ile mogą wzrosnąć ceny detaliczne.

Nawet wtedy, gdy liczymy się z nieudolnością i głupotą ludzi będących u władzy, musimy zdawać sobie sprawę z tego, że chęć permanentnej kontroli nad wszystkim jest u nich równie chorobliwa, co u dawnych dyktatorów ery analogowej. Nawet jeśli swoje paranoiczne plany zrealizują nieudolnie, to i tak zamienią nasze życie w piekło.

Oceń felieton