Opowiadanie to nasza jedyna łódź, którą możemy żeglować po rzece czasu. (Ursula K. Le Guin)

Tam i z powrotem

Z mglistej i wilgotnej ciemności nieśmiało i migotliwie wyłaniają sie światła polskiego wybrzeża. Po z górą miesiącu wojaży wracam do kraju. Od blisko dwudziestu lat wyjeżdżam i wracam. Niekiedy wracajac miewam wrażenie, że przybywam do całkiem obcego kraju. Tubylcy niby mówią tym samym językiem co ja, lecz trudno mi ich zrozumieć, a ich zachowania i obyczaje wydają mi się bardziej egzotyczne niż kiedykolwiek wcześniej. Bywało, że wracałem z niechęcią, bo w kraju czułem się bardziej obco, niż gdziekolwiek indziej. Czasem wracałem z radością i ciekawością, szczególnie jeśli przede mną stały nowe wyzwania, nowe wydarzenia.
Należę do nielicznych ludzi, którzy nie odczuwają związków z jakimś konkretnym miejscem. Tak, oczywiście – gdzieś się urodziłem jak inni i podobnie jak inni gdzieś spędziłem dzieciństwo. Powinienem zatem mieć – jak nazywają to Niemcy – swój „heimat”. Jednak świat, w którym żyłem, jest epoką słusznie minioną, ani go nie kocham, ani tym bardziej za nim nie tęsknię. Ludzie z tego świata zwykle dawno nie żyją lub poszli swoimi drogami i nic nas dziś już nie łączy.
W zasadzie każde geograficzne miejsce jest dla mnie równie dobre do życia (lub równie złe – zależy jak do tego podejść). Istotni są dla mnie ludzie, nie miejsca.
Niektórzy podróżujący przywożą ze swych wypraw pamiątki i trofea. Zamieniają swe mieszkania w tropikalną afrykańską wioskę z drewnianymi maskami lub wigwam w amerykańskim rezerwacie z pióropuszami i kościanymi naszyjnikami. Wszystko w zależności od tego, jaką wycieczkę odbyli. Stare pamiątki ustępują nowym, a te świadczą o światowości ich właścicieli.
Ja kolekcjonuję ludzi, których poznałem, wspomnienia ze spotkań z nimi, które mnie wzbogaciły, doświadczenia i emocje, które pozwoliły mi lepiej zrozumieć człowieka.
Niektórych osób już nigdy nie zobaczę, inne spotkam na pewno jeszcze nieraz, a wszyscy ci ludzie mają swe miejsce w mojej pamięci.
Wiele lat temu poznałem w Turcji Kenana, był nieco młodszy ode mnie, choć za sobą miał sporo doświadczeń. Jako młody człowiek znalazł się na kurdyjskim pograniczu w służbie wojskowej, potem skończył studia i za namową ojca, bogatego plantatora próbował się ustatkować i przygotować się do objęcia rodzinnej schedy. Ożenił się nawet lecz wkrótce rozwiódł nie odnajdując się w konserwatywnej rodzinie swojej i żony. Wydziedziczony przez ojca, zajął się działalnością społeczną i podróżami. Wciąż bezskutecznie szukał swojego miejsca na świecie i nigdy nie dowiem się, czy je znalazł.
Natomiast na pewno znalazł swe miejsce i swą drogę życiową nauczyciel Uwe z Niemiec. Był nieco starszy ode mnie, należał do pokolenia dzieci – kwiatów. Spotkaliśmy się kilkakrotnie. Opowiadał o swej fascynacji muzyką Beatlesów i Boba Dylana, popijając piwo i grając na gitarze. Został nauczycielem i jego życiową pasją były wszelkie działania zmierzające do integracji młodych ludzi z rożnych krajów. Bo – mówił – jeśli młodzi się poznają i polubią, to nikt ich już nie namówi do wojny.
Dziwnym trafem w tym łańcuszku ludzi znalazł się też starszy pan z Brighton, który leciał wraz ze mną samolotem do Gdańska i który odczuwał wielką potrzebę podzielenia się z kimś swoimi obawami i wątpliwościami, nawet jeśli tym kimś jest władający „piętaszkowym” angielskim cudzoziemiec. A może właśnie dlatego. Syn jego, pracujacy na czasowym kontrakcie w Polsce, poznał kobietę, z którą się chciał ożenić. Zapytał mnie, jakie są Polki? Jak mityczne syreny – odpowiedziałem żartem – piękne i straszne, jak się wpadnie w ich objęcia to koniec. Widząc minę staruszka dodałem – it’s only joke. Twój syn będzie szczęśliwy, jeśli tylko się naprawdę kochają.
Jedną zinteresujących osób, które poznałem, jest Isabel. Dzięki niej jadłem najwspanialszą hiszpańską paellę w życiu. Isabel pochodzi z Portugalii – jak sama mówi – uciekła stamtąd od przerażającej katolickiej pobożności, chodziła do katolickiej szkoły, w której modły odprawiano czternaście razy dziennie. Swe miejsce znalazła daleko na północy Europy. Jednak emocje, z jakimi potrafi opowiadać o gatunkach portugalskiego wina, odkrywają jej tęsknotę. Nie za krajem raczej, bardziej za tym „heimatem” za ciepłem i słońcem.
Wielu innych interesujących kobiet i mężczyzn nie wymieniłem. Felieton wyszedłby wówczas ze swoich ram. Spuchłby do objętości książki, a kto wtedy chciałby to czytać.
Komputer złapał już polską sieć i za godzinę prom przybije do nabrzeża. A ja tylko tak sobie rozmyślam o swoich wędrówkach „tam i z powrotem” – może jutro się wybiorę do kina na Hobbita?

Oceń felieton

6 komentarzy “Tam i z powrotem”

Możliwość komentowania została wyłączona.