Prawdziwy audiofil to bogaty audiofil. Nigdy nie będzie audiofilem ktoś, komu żal marnych parę tysięcy na kolejny kabel głośnikowy, zasilający, na audiofilski złoty bezpiecznik lub kondycjoner. Niedowiarków, którzy upierają się, że kable mają tak minimalny wpływ na dźwięk, że jest to poza granicą percepcji, nazwie głuchymi i zarzuci im, że mają śmieciowy sprzęt. Wiara w tzw. audio voodoo jest mocniejsza niż wizje zakonnicy Faustyny.
Nie zamierzam się naśmiewać z rozmaitych cudownych urządzeń, w które wierzą audiofile, bo znalazłem stronę, która robi to doskonale.

Chcecie poczytać więcej, kliknijcie na zdjęcie owych magicznych kamyczków po blisko 80 zielonych. Na stronie AudioVoodoo można znaleźć dziesiątki przykładów, jak można robić dobry biznes wykorzystując ludzką ignorancję i wiarę w cuda.
Często zdarza się, że im większe bzdety pisze producent jakiegoś gadżetu, tym więcej znajduje obrońców, którzy twierdzą, że bez wypróbowania i doświadczeń to nie wolno krytykować, bo może jednak to „coś” działa.
Gdybym sprzedawał „magiczny piasek” i stwierdził, że po dosypaniu go do baku, można już jeździć na wodę, to chyba nie znalazłby się taki idiota, który uważałby, że najpierw trzeba to sprawdzić, żeby móc krytykować. Jednak magiczne płytki Holfi znajdują obrońców, którzy niczym krzyżowcy gotowi są zabijać dla swej idei.
Ostatnio jednak trafiłem na dyskusję, w której nawet najzacieklejsi obrońcy cudownych gadżetów zwątpili. Pewna firma wprowadziła do sprzedaży nowy kondycjoner. Niezorientowanym wyjaśnię, ze ma to w teorii być takie urządzenie, które poprawi jakość prądu z gniazdka, przez co basy będą bardziej basiły, soprany sopraniły, a scena będzie holograficzna i 3D.
Za takie cudo warto dać każde pieniądze, więc firma owa za kondycjoner zażądała 6 tysięcy dolarów. Urządzenie jest aluminiową skrzyneczką, gustownie zbudowaną. Z przodu znajduje się ładny wychyłowy wskaźnik napięcia, czyli woltomierz, a z tyłu osiem gniazdek. Jednak prawdziwy szok można przeżyć dopiero jak się zajrzy do środka.

Próżno będziemy wypatrywać tam jakichś kondensatorów,warystorów, dławików… Nie ma nic prócz zwiniętego przewodu. Trzeba przyznać, że producent tego gadgetu sięgnął szczytu, tyle że jest to chyba szczyt bezczelności. Pomyślałem sobie, że chyba należałoby zrobić konkurs i na koniec roku ogłaszać Ten Top Of Audio Voodoo. Byłaby beczka śmiechu.
3 komentarze “Najwyższy stopień wtajemniczenia”
rozbierałem już wiele końcówek mocy, wzmacniaczy, mixerów ale takiego CUDA TECHNIKI jeszcze nie widziałem:D
To, co widzę w tej skrzynce, to prosty przekładnik Ferrantiego, rzecz znana w elektryce. Wpływa on, a jakże, na jakość dźwięku, analogicznie jak kolor samochodu na jego prędkość. lol
Teraz już wiem, dlaczego czerwone samochody mnie zawsze wyprzedzają. 😉