Siedzę sobie i słucham świetnych piosenek Erica Claptona z albumu Unplugged. W luźnym tłumaczeniu można powiedzieć, że tytuł ten znaczy bez prądu, a dokładniej bez instrumentów i wzmacniaczy, które zwykle są używane we współczesnej muzyce. Tak naprawdę jednak to też rodzaj kitu wciskanego odbiorcom. Bez prądu to można co najwyżej nagrać muzykę na fonografie Edisona, nakręcanym korbką, na woskowanym wałku bambusową igłą.
Słowo prąd ma w naszym życiu tak wiele znaczeń i podstawową wręcz niezbędność, że trudno to przecenić.
Czasami mówi się iść (płynąć) pod prąd lub z prądem. Jednak nie znam już dziś nikogo, kto szedłby pod prąd prądowi. Po prostu bez niego trudno wyobrazić sobie życie. Nie wiem, czy obecnie w Polsce znajdują się jeszcze domostwa bez prądu i nie mówię tu o altankach na działkach, w których „na dziko” koczują bezdomni.
Ostatnia faza oficjalnej elektryfikacji w Polsce odbyła się w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Niektórzy znajomi ze wsi pamiętają czasy, gdy lekcje szkolne odrabiali przy lampie naftowej. Jednak domy bez dostępu do energii elektrycznej były jeszcze w latach osiemdziesiątych. Było ich na tyle niewiele, że nie stanowiło to ogólnie znanego problemu. Akcja elektryfikacyjna się skończyła dawno temu, a o niektórych z różnych powodów zapomniano. W kryzysowych czasach nikt ani myślał, aby prowadzić do tych ludzi kosztowne linie energetyczne, a oni sami byli za biedni by partycypować w kosztach. W znanej mi okolicy te zabudowania przestały istnieć, starzy właściciele poumierali, nikt ze spadkobierców nie chciał zamieszkać w zrujnowanych często chałupach, ziemię sprzedano, ruiny domów zarosły chwastami. Czasem tylko jakaś stara jabłoń lub grusza wskazuje, że tu kiedyś ktoś mieszkał i w letnie południe być może skrywał się w cieniu liści.
A dziś? Bez prądu to ani z prądem, ani pod prąd. Co najwyżej wypić można herbatę „z prądem”. Rozmawiam ze znajomym, który skarży się na chłód w domu. Jak to – mówię – masz piec na węgiel. Okazało się, że awaria była, linia elektryczna się z powodu mrozów zerwała, a piec ma elektryczny podajnik i elektryczną pompkę by wodę wąskimi miedzianymi rurkami pompować. Bez prądu to najwyżej można sobie ognisko w salonie rozpalić. Znam ten ból. Parę lat temu duża awaria spowodowała brak prądu przez jeden dzień, a ogrzewanie mam elektryczne.
Zimno to zimno, ale spróbujcie w środku zimy spędzić jeden dzień nie tylko bez ogrzewania, ale i bez telewizji, radia, komputera i internetu. To jest dopiero tragedia. Współczesny człowiek może nie wytrzymać takiego stresu.
Jednak nie tylko w domu potrzebny jest prąd, w leciwym moim fordzie stareńki akumulator też stracił resztki prądu. Na szczęście nie miałem nic pilnego, więc spokojnie kupiłem nowy. Portfel zabolał, ale mówi się trudno. Sąsiedzi z okolicy, szczególnie ci z „dieslami” biegają z akumulatorami, niestety mróz minus piętnaście nie służy dobrze prądowi. A wtedy nie da się nic zrobić pod prąd.
Jestem osobnikiem ciepłolubnym i zimę to najbardziej lubię obserwować przez okno. Nigdy w życiu nie poczułem uroku sportów zimowych, spacerów zimowych, lubię globalne ocieplenie i chcę by było tu i teraz – najlepiej powyżej +20, zanim mi prąd wyłączą, bo „panie, jak zima jest to i zimno musi być, co nie?”