Opowiadanie to nasza jedyna łódź, którą możemy żeglować po rzece czasu. (Ursula K. Le Guin)

Wszyscy nasi polscy święci

Nazwisko Stanisława Pyjasa poznałem jako student tego samego kierunku studiów, ale na drugim końcu Polski. Wszelkie informacje na temat jego tajemniczej śmierci dostępne były wyłącznie w zachodnich radiostacjach i w szeptanej wymianie informacji wśród studentów.
Nie ma co ukrywać, jako studenta, który kończył właśnie drugi rok studiów, znacznie bardziej interesowały mnie wówczas sprawy męsko-damskie, imprezy i chęć ukończenia roku z dobrym wynikiem, co dawało finansową nagrodę rektorską.
O opozycji ówczesnej miałem blade pojęcie, wiedziałem, że są ludzie, którzy drukują jakieś zakazane pozycje literackie lub przemycają je jakoś z zagranicy. Miewałem do czynienie z paryską „Kulturą” i niekiedy z jakimiś powielaczowymi lub maszynowymi odbitkami tekstów, które wówczas oficjalnie uznane byłyby za antypaństwowe.
Rzecz jasna radio „Wolna Europa” bezdyskusyjnie przekonało mnie, że Pyjas został zabity przez funkcjonariuszy SB w sposób bestialski. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że z wszelkimi tekstami drugiego obiegu trzeba być ostrożnym, a w razie spotkania z milicją najpierw myśleć o ucieczce, a potem o czymkolwiek innym. Jak większość młodych ludzi, z dotychczasowych spotkań z milicją wynosiłem bardzo niemiłe i bolesne wrażenia. W świadomości mojego pokolenia milicjant to był ktoś, kto może cię skopać wyłącznie za to, że masz kilkanaście lub dwadzieścia kilka lat.
Studencki ruch opozycyjny powstał jako reakcja na wcześniejszy tzw. „robotniczy czerwiec 76”. Stanisław Pyjas był jednym z tych, którzy zaangażowali się w działalność i współpracę z Komitetem Obrony Robotników. Po latach okazało się, że jednym z tych, którzy donosili na niego był jego kolega Lesław Maleszka. To było wręcz normalne, że Służba Bezpieczeństwa starała się mieć „wtyczki” w środowiskach studenckich. Mnie na początku drugiego roku studiów do donoszenia namawiał dziekan wydziału docent Homa. Plotki mówiły, że był on stałym współpracownikiem SB. Miałem wówczas odwagę odmówić. Choć nie było mi bynajmniej do śmiechu, gdy kilka tygodni później pan dziekan w czasie pogadanki dyscyplinującej dla studentów, moje nazwisko wymienił wśród takich, którzy powinni uważać, jeśli nie chcą zostać skreśleni z listy studentów. Wszelkie logiczne wnioski mogły prowadzić do jednego – Pyjas mógł zostać zabity podczas nieco zbyt intensywnej akcji zastraszania opozycji. Zatem jego śmierć była dla SB pewnego rodzaju „wypadkiem przy pracy”, jednak szybko rozeszły się informacje przekazane przez drugiego z jego kolegów Bronisława Wildsteina, który rzekomo widział zwłoki i zaczęła dominować teoria celowego zabójstwa. Pojawiały się również przypuszczenia, że po pobiciu został zastrzelony w typowym bolszewickim stylu.
Mijały lata. Powstała „Solidarność”. Był stan wojenny, aż wreszcie okrągły stół i upadek systemu komunistycznego. Z radością słuchałem w telewizji, jak studenci szczecińskiej uczelni skandowali:”Homa do doma”, a dawny wierny esbek udający profesora humanistę musiał opuścić swe stanowisko. Tak naprawdę to wielkiej krzywdy nie doznał, załapał się potem w Zielonej Górze, a na pewno biedy nie cierpiał. Nie jest to w sumie dla mnie ważne. Za to ważne i satysfakcjonujące było to, że w 1989 roku pod presją studentów, musiał odejść w poniżeniu i niesławie, a warto wiedzieć, że był zawsze małym i kurduplowatym, lecz aroganckim człowieczkiem.
Po wielu latach rozmawiałem z kimś ze znajomych o Stanisławie Pyjasie, jego koledzy zrobili się wtedy znani, byli dziennikarzami – Lesław Maleszka i Bronisław Wildstein. Wtedy po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że Pyjas stał się pewnym symbolem dla ówczesnego młodego pokolenia, które potrzebowało wzoru, swojego świętego. I być może ta jego śmierć to nie było rozmyślne bestialskie morderstwo, a raczej głupota funkcjonariuszy bezpieki.
Rok temu w kwietniu IPN podjął decyzję o ekshumacji zwłok w celu przeprowadzenia szczegółowych badań, które być może pozwoliłyby rozjaśnić nieco tajemnicę śmierci Pyjasa. Nie trzeba bowiem chyba nikomu tłumaczyć, iż oficjalne śledztwo, mówiące, że spadł ze schodów, nikomu nie wydawało się wiarygodne.
Znów pojawiły się rozmaite hipotezy. Podczas ekshumacji znalezione zostały m.in. dwa kuliste przedmioty o średnicy około pół centymetra oraz zakrzywiona płytka- twierdziła siostrzenica Pyjasa i twierdziła, że później te przedmioty zniknęły. Jednak wkrótce tezę o zastrzeleniu studenta definitywnie porzucono, a całkiem niedawno „Rzeczpospolita” ujawniła nieoficjalnie:
To mógł być nieszczęśliwy wypadek – tak o śmierci Stanisława Pyjasa w opinii dla Instytutu Pamięci Narodowej napisali biegli, którzy badali ekshumowane w kwietniu ubiegłego roku szczątki studenta polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego./…/A biegli mieli uznać, że przyczyną śmierci Stanisława Pyjasa mógł był upadek z wysokości, a nie pobicie.To oznacza, że najnowsza opinia jest podobna do tej z 1977 roku, sporządzonej w Krakowie. Nie zawarto w niej tylko informacji o złamaniu nogi studenta, co wynika z obecnych badań. /…/Biegli potwierdzili również, że Stanisław Pyjas w momencie śmierci był pod wpływem alkoholu.
Oczywiście nie wyklucza to rzecz jasna sfingowania wypadku lub upojenia studenta alkoholem. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że życie studentów mało przypominało nowicjat w zakonie, a alkohol był popularny wśród studentów. Zatem mogło się zdarzyć i tak, że Pyjas zwyczajnie potknął się na schodach i spadł robiąc sobie krzywdę. Po tych nieoficjalnych wiadomościach ze śledztwa IPN nabrał wody w usta i milczy jak zaklęty od paru miesięcy.
To, że Pyjas mógł być pijany, że to szare peerelowskie życie czasem na imprezach ubarwiał za pomocą alkoholu, nie czyni z niego menela, ani nie umniejsza sensu jego politycznych działań. Jednak dziś nie powiemy tak pewnie, że Stanisław Pyjas był męczennikiem, który zginął za wolność, bo być może uległ wypadkowi. Na pewno jego postać pozostanie w historii, bo ważne jest także to, co stało się po jego śmierci i w związku z nią.Śmierć Pyjasa wywołała masowe demonstracje studentów („Czarny Marsz”) i wezwania do bojkotu juwenaliów. Wieczorem 15 maja 1977 (na zakończenie „Czarnego Marszu”) pod Wawelem odczytano deklarację zawiązującą Studencki Komitet Solidarności w Krakowie i wzywającą do ujawnienia winnych zbrodni. Była to pierwsza tego rodzaju organizacja w Europie Wschodniej.*
Jednak tzw. sprawa Pyjasa ma ogromne znaczenie obecnie gdy garstka członków polityczno-religijnej sekty pod nazwą PiS usiłuje wykreować nowego świętego, opatrznościowego męża stanu godnego wielu pomników i monumentu na Krakowskim Przedmieściu. Zaczekajmy z tym ze trzydzieści lat.


* Wikipedia

Oceń felieton

4 komentarze “Wszyscy nasi polscy święci”

Możliwość komentowania została wyłączona.