Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej

Powoli, ale nieubłaganie partia prezesa Kaczyńskiego szykuje się do złożenia w ręce prezesa władzy absolutnej. Przed nami są wybory samorządowe, będziemy też jednocześnie wybierać posłów do europarlamentu i to jest dla Kaczyńskiego poligon. Za rok okaże się, czy dotychczasowe zmiany będą wystarczające, by pozbyć się opozycji w wyborach parlamentarnych za dwa lata. Wszystkie działania partii rządzącej mają ten jeden i nadrzędny cel. A oto jak zdobywa się rząd dusz w Polsce.

Chłop żywemu nie przepuści

Mieszczuch może nie wiedzieć, ale trzeba sobie to uświadomić, o ile chcemy zrozumieć kulisy następnego sukcesu wyborczego PiS, chłop polski Unię Europejską traktuje jak krowę. Najważniejsze jest jej wydojenie, a jak się już nie da wydoić, to bez żalu odda ją do rzeźni. Wszelkiego rodzaju ekologów traktuje zaś jak dopust boży i najchętniej poczęstowałby ich widłami. Nikt mu bowiem nie będzie mówił, że nie wolno wypalać łąk i pól, bo tak robił jego ojciec, dziad i pradziad. A ksiądz proboszcz na mszy mówił, że w Biblii stoi „czyńcie sobie Ziemię poddaną”. Więc czyni, a jeśli ma akurat ochotę psa albo babę kijem zatłuc, to nic nikomu do tego. Jego baba i jego pies. Dlatego właśnie minister Szyszko dążąc do wyrżnięcia Puszczy Białowieskiej kazał się swoim podwładnym oprzeć o motywację religijną. Ekolodzy to są sataniści i lewacy, którzy chcą przeszkodzić ludziom wsi w sprawiedliwym korzystaniu z dóbr przyrody, którą dał nam przecież Bóg. Co nas obchodzi jakieś tam międzynarodowe lewactwo z UNESCO. Szyszko grzmi głośno,że w 2014 r. łamiąc prawo, bezprawnie wpisano Puszczę Białowieską na listę światowego dziedzictwa przyrodniczego i grozi doniesieniem do prokuratury, a Polska zaściankowa głośno klaszcze, bo co nam jacyś obcy będą dyktować, jak my mamy żyć. Ogromna rzesza chłopów z dziewiętnastowieczną mentalnością, pracowników leśnictwa, którzy są państwem w państwie, oddadzą głos na PiS, jeśli ten zapewni ich, że bez skrępowania dalej będą mogli prowadzić wyniszczającą środowisko rabunkową gospodarkę leśną i rolną.

Komuno wróć

Minister rolnictwa Jurgiel właśnie oświadczył, że do państwa dziś należy ogromny popegeerowski majątek, który się marnuje i że należy reaktywować PGRy. Warto wiedzieć, że na wsi, prócz rolników indywidualnych mieszka bardzo wielu byłych pracowników PGRów. Szczególnie w Polsce północnej i zachodniej na tzw. ziemiach odzyskanych były ogromne państwowe latyfundia w czasach Polski Ludowej. Po roku 1989 okazało się, że rolnicy indywidualni są w stanie wyprodukować żywność dla całego kraju, a niewydolne państwowe gospodarstwa musiały upaść, bo państwa nie było stać, by dopłacać do ich produkcji. Pracownicy PGRów to najsłabiej wykształcona i nieudolna życiowo grupa społeczna. Aby jakoś urządzić się w życiu wystarczyło dostać się do PGR, a zwykle też dostawało się mieszkanie i nie trzeba było wykazać się żadnym wykształceniem, ani umiejętnościami. Jeśli ktoś miał prawo jazdy na ciągnik i kombajn, to już w PGRze był elitą. Ci ludzie po likwidacji PGRów znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji, nikt nie zadbał o nich w takim stopniu jak o górników lub stoczniowców. A na dodatek na wsi pracy nie było. Większość z nich do dziś jest przekonana i przekonywana nadal przez szarlatanów politycznych, że do upadku państwowych gospodarstw doprowadzono celowo, aby ziemię Niemcom sprzedać. To dawniej był potężny elektorat Samoobrony, dziś ci ludzie pójdą za PiS.

Odbudujemy stocznie

Jedna z narracji pisowskich polityków, a wcześniej PC, lecz także kilku innych partii, było przekonanie, że polski przemysł stoczniowy został celowo zniszczony przez liberalnych polityków, na zlecenie Niemców. Niewydolne państwowe stocznie dotowane na przekór zasadom ekonomicznym nie miały siły, by konkurować ze stoczniami dalekowschodnimi, a polski przemysł stoczniowy nie zniknął, tylko przekształcił się w mniejsze, ale nowoczesne firmy produkujące najnowocześniejsze i bardzo zaawansowane technologicznie statki. Jednak tysiące byłych stoczniowców i stoczniowych emerytów, chętnie słuchają o tym, jak zniszczono stocznie. Przecież przez dziesiątki lat PRL wmawiano im, że tworzą dziesiątą potęgę gospodarczą świata.
Jeśli teraz do Szczecina przybywają najważniejsi politycy PiS z wicepremierem na czele i w dawnej Stoczni Szczecińskiej kładą stępkę pod prom o wartości 450 milionów złotych, obiecując jednocześnie reaktywację państwowego przemysłu stoczniowego, to jest to obietnica wyborcza na miarę wskrzeszenia PRL. To miód na serce milionów tęskniących za komuną Polaków. I nic ich nie obchodzi, że tego promu nawet nikt jeszcze nie narysował, nie mówiąc już o projekcie. A armator zamówi ten prom za nasze, czyli podatników pieniądze u producenta, który nie ma pojęcia, jak takie promy budować, nie ma fachowców, pracowników, ani potrzebnej infrastruktury. Marzenia mają postać głosu oddanego na PiS.

Niech się uczą, jak dawniej

Zmiany w edukacji też nie są przypadkowym wymachiwaniem dwuręcznym mieczem przez porcelanowozębną minister Zalewską. Dla ogromnej wiejskiej i małomiasteczkowej rzeszy nieaktywnych wyborców wprowadzenie gimnazjum było bezrozumnym małpowaniem zachodu. Trudno powiedzieć dlaczego, ale ośmioklasowa podstawówka i dwuletnia zawodówka (nie zapominając oczywiście o czteroletnim liceum i pięcioletnim technikum) uważana jest za coś zgodne z naszą tradycją. Jest to oczywista bzdura, bo w przedwojennej Polsce obowiązywały rozmaite drogi do zdobycia wykształcenia, a pluralizm wynikał z różnych modeli kształcenia we wcześniejszych zaborach, pod którymi żyli Polacy.
Jednak w powszechnej opinii utrwaliła się zła opinia gimnazjów, spotęgowana powszechnymi żartami z „gimbazy” i „gimbusów”. Jeśli więc PiS likwiduje gimnazja i nie pozwala iść do szkoły sześciolatkom pod hasłem „niech mają dłuższe dzieciństwo”, to może na takim ruchu tylko zyskać. Masowe protesty i żądanie prawie miliona osób o przeprowadzenie referendum są w tym wypadku mało ważne. Ważne jest, czy mile połechtani wyznawcy tradycji pójdą na następne wybory.

Nasza chata z kraja

Już w „Weselu” Wyspiańskiego pojawiają się te słynne słowa: Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna. Ten sposób myślenia właściwy jest wielu Polakom. Nic dziwnego, bo od XVII wieku wojny nękały Polskę często, zatem się nie można dziwić, jeśli Polak docenia pokój. Jednak kraj w środku Europy nie może się izolować. Usilne dążenie, by odseparować się od wszelkich zewnętrznych spraw może dać efekty odwrotne od oczekiwanych. Pozbędziemy się sprzymierzeńców i sojuszników. Taką właśnie politykę międzynarodową prowadzi PiS. Historia się powtarza, powtarzane są sanacyjne błędy z lat trzydziestych. Do tego dochodzi rozmyślne i celowe budzenie nienawiści i strachu wobec obcych. Od kampanii wyborczej w roku 2015 Kaczyński ze swymi akolitami konsekwentnie budzi polskie upiory – rasizm, antysemityzm, ksenofobię. To może się przełożyć na duży sukces wyborczy, ponieważ rasistów i antysemitów w Polsce jest więcej, niż kiedykolwiek chcieliśmy to przyznać.

Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie

Niezawisłe sądownictwo, które stało się podstawą demokracji, nie jest wartością dla ludzi, którym demokracja się nie podoba, ani dla tych, którym na demokracji nie zależy. Chęć opanowania sądownictwa stała się po wyborach oczywistością. Najpierw doszło do złamania niezależności Trybunału Konstytucyjnego. Trwało to długo i wzbudziło wiele kontrowersji. Był to jednocześnie poligon doświadczalny, aby politycy PiS mogli się nauczyć w jaki sposób przejąć kontrolę nad sądami powszechnymi i Sądem Najwyższym. Ciąg dalszy właśnie nastąpił.
Sędziowie należą do grupy barwnie nazwanej wykształciuchami przez Ludwika Dorna, gdy jeszcze był trzecim bliźniakiem. Ludzie takich nie lubią, pokończyli uniwersytety i się mądrzą, zwykle jakoś się w tej nowej rzeczywistości zaczepili, a sędziowie budzą złość największą. Mają bowiem kilka przywilejów, które gwarantują ich niezawisłość wobec władzy wykonawczej.
Władza zaś myśli nie bez racji, że zamiast sędziów niezależnych lepiej mieć sędziów podległych. Bowiem będą wydawać takie wyroki, jakich oczekuje władza. A przeciętny obywatel Polski powiatowej, nie rozumie dziś, że kiedyś się uderzy o mur, gdy całkiem nawet niepolitycznie będzie chciał się przeciwstawić jakiemuś lokalnemu funkcjonariuszowi wiodącej siły narodu. Wtedy już nie będzie niezależnego sędziego, który go obroni przed bezprawiem władzy. Niestety, będzie już za późno.

Miałeś chamie złoty róg

Nie mam zamiaru analizować, dlaczego stało się właśnie tak, a nie inaczej i jakie są przyczyny upadku Polski jako państwa prawa. To jest zadanie dla historyków oraz socjologów i psychologów, którzy zapewne za sto lub więcej lat napiszą na ten temat sążniste rozprawy naukowe. Zadaniem tego tekstu jest pokazanie rzeczywistości, która nieuchronnie doprowadzi do wygranej PiS w kolejnych wyborach parlamentarnych. Myślę, że poddani Pana Prezesa nie będą nawet zmuszeni do fałszowania wyborów, choć liczą się z taką potrzebą i się do niej solidnie przygotowują. Mieliśmy złoty róg demokracji i pozwoliliśmy go sobie zabrać.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.0/10 (23 votes cast)

Et tu Orban contra me

W 1946 roku komunistyczne władze Polski pozbawiły generała Andersa stopnia generalskiego i polskiego obywatelstwa. W 1982 roku władze PRL wycofały film Andrzeja Wajdy „Człowiek z żelaza” z grona filmów ubiegających się o statuetkę Oscara. W tym samym czasie Służba Bezpieczeństwa dostarczała zmanipulowane fałszywe materiały do Komitetu Noblowskiego, by zapobiec przyznaniu nagrody pokojowej Lechowi Wałęsie. W 2017 roku populistyczny rząd polski jako jedyny sprzeciwił się wyborowi Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej. Spektakularne akcje przeciw własnym obywatelem zdarzały się wyłącznie w państwach totalitarnych – komunistycznych lub faszystowskich. Stawia to pisowski rząd, który działa pod dyktando szarej eminencji, kierującego z tylnej kanapy Jarosława Kaczyńskiego, wśród niesławnych cieni przeszłości.
 
Gdy w 2014 roku kandydatura Donalda Tuska pojawiła się, jako jedna z możliwych, w rozważaniach o prestiżowym stanowisku unijnym, narracja PiS była nieco inna, choć również mało przyjazna. O ile oficjalne wypowiedzi udzielały Tuskowi poparcia, choć czyniły to niejako półgębkiem, to w rozmaitych wywiadach można było usłyszeć, że stanowisko przewodniczącego jest bez znaczenia. Że ta funkcja jest mało ważna. Że Tusk jest kandydatem Angeli Merkel, bo zawsze był posłusznym wykonawcą jej poleceń. Wreszcie, że Tusk nie zna angielskiego, co od lat już mijało się z prawdą. Narracja o braku znajomości angielskiego tak bardzo publicznie była forsowana przez polityków PiS będących w Parlamencie Europejskim, że została tzw. trzecią prawdą nawet w świadomości dziennikarzy. Po ogłoszeniu nominacji Tuska jeden z dziennikarzy na konferencji prasowej zapytał go po angielsku (sic!), jak da sobie radę na tym stanowisku, skoro nie zna angielskiego. Donald Tusk odpowiedział używając interesującej gry słów: „I will polish my English.” To nieprzetłumaczalny na polski dowcip językowy, ponieważ polish oznacza polerować, szlifować, doskonalić, zaś to samo słowo pisane wielką literą (Polish) oznacza przymiotnik polski.
 
Na rok przed wyborami w Polsce Jarosław Kaczyński nie mógł sobie pozwolić na spektakl złości i nienawiści wobec Tuska. Pogratulował mu wyboru. Choć już wcześniej pisowskie środowiska nazywały Tuska zdrajcą, obwiniały go o uczestniczenie w spisku zmierzającym do zamordowania prezydenta Kaczyńskiego w smoleńskim zamachu, który istniał i do dziś istnieje wyłącznie w głowach pisowskiego ludu. Warto przypomnieć, że stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej dostało się imiennie Donaldowi Tuskowi, a nie Polsce jako krajowi. Zatem nigdy nie istniała opcja, że Polska mogłaby to stanowisko obsadzić jakimś innym politykiem. Przewodniczący Rady Europejskiej wybierany jest na okres 2,5 roku z możliwością jednokrotnego przedłużenia kadencji do 5 lat. Ta furtka jest w strukturach Unii potrzebna, by ewentualnie umożliwić dzielenie się stanowiskami przez dwie największe frakcje w Europarlamencie. Jednak nie oznacza ona, że po pierwszej części sprawowania funkcji wybory przewodniczącego rozpoczynają się na nowo. Przywódcy państw głosuję jedynie nad przedłużeniem kadencji. Zatem nie ma możliwości zgłaszania innych kandydatur na tym etapie. Szkoda, że pełniący obowiązki Kaczyńskiego w sprawach zagranicznych Waszczykowski tego nie wiedział.
Formalnie dopiero decyzja połowy zgromadzonych premierów i prezydentów może spowodować, że dotychczasowemu przewodniczącemu kadencja nie zostanie przedłużona i wtedy mogą pojawić się inne kandydatury, które oczywiście nieformalnie głowy państw między sobą już wcześniej konsultują. Jednak w tym wypadku opcji takiej nie było. Tylko Polska wypowiedziała się przeciw przedłużeniu kadencji Donalda Tuska. Nawet Wiktor Orban, z którym jeszcze niedawno Kaczyński chciał „konie kraść”, poparł Tuska. Nawet premier Wielkiej Brytanii, która pierwotnie miała wstrzymać się od głosu z powodu nadchodzącego brexitu, tego nie zrobiła. Na nic zatem podlizywanie się Orbanowi, na nic wręcz wiernopoddańcze gesty rządu wobec Wielkiej Brytanii, na nic próby przekonywania przywódców państw z grupy wyszehradzkiej, ani też naciski na państwa nadbałtyckie. Polska została sama jak taki komunistyczny Głupi Jaś, który wyrywa się do przodu, choć nic nie wie i niczego nie rozumie.
 
Oczywiście pisowski wierny i ciemny lud nie będzie analizował unijnych przepisów i zwyczajów. Pisowski lud ślepo wierzy, że wczorajszy blamaż polskiej polityki zagranicznej to zwycięstwo, że Polska postawiła się potędze wrogich Niemiec, które chcą zniszczyć naszą narodową dumę. Taki jest mniej więcej przekaz pisowskiej telewizji i innych mediów. Ostatni raz mogliśmy taki przekaz usłyszeć, gdy rządził Władysław Gomułka. Dziś rządzi Kaczyński, choć personalnie kompromituje się Szydło z Waszczykowskim. Dziś w oficjalnych mediach wciąż dominuje tromtadracki przekaz ojczyźnianej dumy dość śmiesznie przypominający przedwojenne hasło „nie oddamy nawet guzika od munduru”, za to wśród pisowskiego ludu mocny jest zawód postawą państw nadbałtyckich i grupy wyszehradzkiej. Przecież idea Międzymorza wciąż jest w pisowskim ludzie silna. Facebookowy profil premiera Orbana zaśmiecany jest przez tysiące rozczarowanych wielbicieli wspólnej kradzieży koni z Unii Europejskiej. Zarzucają mu zdradę i sprzeniewierzeni e się wspólnym interesom. Jednak w te wspólne interesy wierzy jedynie pisowski lud za sprawą durnej propagandy, bowiem interesy Orbana są kompletnie inne od interesów Kaczyńskiego.
Na koniec wreszcie jasno trzeba stwierdzić, że nawet opętany nienawiścią do Tuska Kaczyński ani przez chwilę nie wierzył, że można kogokolwiek skłonić do przyjęcia kandydatury niejakiego Saryusza-Wolskiego. Nawet Kaczyński zdawał sobie sprawę, że wybór Tuska jest sprawą przesądzoną. Ta gra jest przeznaczona wyłącznie na rynek wewnętrzny. To początek batalii o wyjście Polski z Unii Europejskiej. Dziś większość Polaków wciąż popiera nasze członkostwo w Unii. Kaczyński zamierza im Unię obrzydzić. Przez najbliższe lata będzie trwała zmasowana kampania oszczerstw pod adresem Unii Europejskiej i szereg działań, które w konsekwencji zmierzają do wypisania nas z wszelkich struktur europejskich. W tym celu Kaczyński Polskę musi skłócić z członkami Unii, doprowadzić do wstrzymania funduszy strukturalnych, a być może nawet do spowodowania głębokiego kryzysu ekonomicznego, za który można by obwinić UE. Gdy już Polacy Unię znienawidzą i nasz kraj z niej wystąpi, wówczas spełni się sen Kaczyńskiego. Nowa kaczystowska Polska, sama dla siebie w opozycji do całego świata. Polska, w której Tuska będzie można skazać nawet na karę śmierci. Za co? A kogo to wtedy będzie obchodzić.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (10 votes cast)

Po nas choćby i potop

Od pewnego czasu widuję w prasie oraz mediach społecznościowych rozważania różnych ludzi, na temat zniszczeń, których dokonuje partia, dla śmiechu chyba nazywająca się „Prawo i Sprawiedliwość”. Jak odbudować Polskę? Jak przywrócić demokrację? Jak naprawić to, co zniszczy PiS? Zaraz, zaraz…
 
A kto powiedział, że PiS przestanie rządzić? Oczywiście można się pocieszać, że tak naprawdę PiS ma mniejsze poparcie niż wcześniej rządząca koalicja. Że nie wystąpił efekt „miesiąca miodowego”, czyli znaczący wzrost notowań tej partii po wyborach. Można się krzepić opowieściami o tysiącach Misiewiczów i kolejnych wizerunkowych porażkach wyjątkowo durnego Waszczykowskiego albo kompletnym idiotyzmie Macierewicza. Jednak nawet największa wpadka, nie zaowocuje utratą władzy. Wierni wyborcy dalej kochają Kaczyńskiego i wszystkich jego akolitów. Wyjątkowo niezdarne próby utrzymania kompletnego ignoranta i bufona Misiewicza na stanowisku rzecznika MON nie zaszkodziły partii wśród jej wyborców. Większość z nich powie wam podczas dyskusji o zegarku Nowaka i tamtą historię uzna za wielokrotnie gorszą. Opowiedzą wam o rozkradaniu Polski i zniszczeniach i kraju w ruinie. Zaś bezmyślny wypadek Macierewicza koło Torunia wyjaśnią wam złym stanem dróg, które po sobie zostawił poprzedni rząd.
 
Kto powiedział, że będą jeszcze jakieś wolne i demokratyczne wybory? PiS rozmontował już Trybunał Konstytucyjny. Praktycznie zniszczył armię zmuszając wszystkich generałów do rezygnacji rozmaitymi sposobami, opanował prokuraturę, a najdalej za dwa lata przejmie sądownictwo, wtedy będzie już swobodnie skazywać kogo zechce Kaczyński i za co zechce Kaczyński. Czy istnieje jakakolwiek przesłanka, która świadczy o tym, że PiS nie poradzi sobie ze zmianą ordynacji wyborczej tak, by zapewnić sobie zwycięstwo? Czy coś przeszkodzi Kaczyńskiemu i spółce zniszczyć polską edukację i doprowadzić ja do stanu jak za wczesnego Gomułki? Za kilkanaście lat ze szkół zaczną wychodzić młodzi ludzie, bez umiejętności ścisłych, znajomości języków, za to indoktrynowani przez pół tysiąca lekcji religii i nowo napisanej historii Polski, w której jedynym godnym wzmianki będzie Kaczyński z bratem.
 
Jeśli w ogóle jeszcze stawiamy jakieś pytania o władzę PiS, to jedyne mające sens, brzmi: jak odebrać władzę Kaczyńskiemu i jak zdelegalizować tę przestępczą organizację? Jak wyeliminować jego i podobnych jemu szkodników, jeśli nie na zawsze, to na długie lata. I dopiero, gdy to zrobimy, przyjdzie czas na zadawanie pytań o odbudowę.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (14 votes cast)

Odrażający, brudny, zły

Wywiad na żywo, mikrofony wycelowane w twarz człowieka, który dziś sprawuje faktyczną władzę w dużym europejskim kraju. Jest prezydent i rząd, jest sejm i senat z marszałkami na czele, a tymczasem tabuny dziennikarzy od rana czekały, co powie poseł Jarosław Kaczyński, bo to jego słowa będą obowiązującą wykładnią dla wszystkich funkcjonariuszy państwa i partii.
Kamery zbliżają nam jego twarz w pełnej rozdzielczości. Widzimy starego i brzydkiego człowieka, któremu wystają z nosa włosy oblepione smarkami. Łuszczy mu się skóra na policzku, jest niestarannie i byle jak ogolony. U dołu policzków i na krótkiej szyi widać kępki niedogolonych siwych włosów. Gdy mówi widać brązowe koniuszki zębów, jakby latami palił kilka paczek papierosów dziennie. Rzednące włosy nad czołem są byle jak przyklepane.
Co mówi? Trudno się skupić na bezładnej wypowiedzi, ale w uszy kłują ostro i mocno akcentowane słowa, zabarwione złością i niechęcią. Kodeks karrrrrny! Parrrragrrraf! Wrrrrogowie!
Jarosław Kaczyński jest wściekły. Wczoraj po raz drugi musiał zobaczyć, że naród go nie kocha i nie uważa za zbawcę ojczyzny. Jego ukochaną miesięcznicę zakłócili jacyś wrogo nastawieni ludzie. Zdrrrrajcy! Wygrrrramy!
Prezes postanawia więc, że pokaże tym wszystkim z gorszego sortu, tym z genem zdrady narodowej, że nie cofnie się ani o krok. Że postawi na swoim, a po nim chociażby i potop.
To jest Polska…

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.4/10 (21 votes cast)

Jesień patriarchy

Czytaliśmy niegdyś Marqueza jako alegoryczną opowieść o dyktaturze. Oczywiście każdy wiedział, że Marquez pisał o realiach latynoskich, a przecież w Ameryce Południowej i na Karaibach aż się roiło od dyktatur. Jednak chcieliśmy też choć trochę odnieść tę książkę do naszej polskiej rzeczywistości. Poszukać podobieństw do Bieruta, Gomułki lub Gierka i Jaruzelskiego. Nie da się ukryć, że tak trochę na siłę szukaliśmy wtedy tego uniwersalnego przesłania.
A ta opowieść jest jak baśń chwilami, a czasem jak tandetna jarmarczna opowiastka. Kicz i banał splata się z jakimiś elementami fantazji, wszystko pogmatwane i dziwne. Dziś po latach pamiętam z atmosfery powieści przejmującą samotność dyktatora.

Gdy niedawno zobaczyłem na jakimś amatorskim nagraniu wykonanym smartfonem, jak Kaczyński przemykał się ciemnymi korytarzami sejmu do bocznego wyjścia, pomyślałem znów o powieści Marqueza. Stary, wyłysiały i spocony, przestraszony, choć otoczony ochroniarzami, dyktator. Z oddali jego wrogowie skandują nienawistne mu hasła. A miał dożyć spokojnie dziewięćdziesiątki jako emerytowany zbawca ojczyzny. A tym czasem słudzy mówią mu, że może być groźnie. Że tłum może zaatakować. Słudzy, ochroniarze, poddani. Dyktator nie ma przyjaciół. Jest znienawidzony nawet przez swoich. Boją się, słuchają rozkazów, ale go nienawidzą. Jest samotny, chory i stary. Nigdy nie będzie wybawcą ojczyzny i on to już wie.

Jeszcze ma tę chwilę szyderstwa, śmiechu lub raczej ordynarnego rechotu, gdy policja siłą usuwa blokujących mu drogę protestantów. Gdy ponownie natyka się na blokadę jadąc do pochowanego na Wawelu brata, już nie jest mu do śmiechu. On już przeczuwa, że dla niego nie znajdzie się miejsce w tej krypcie, przeczuwa może, że i zwłoki brata kiedyś następne pokolenia stamtąd wykwaterują. Wie, że go nienawidzą. Mówi, że nic go to nie obchodzi, że jest ponad to. Że to Bóg dał mu Polskę. Choć być może przeczuwa, że miliony spluną na jego grób.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.9/10 (10 votes cast)

Niedopasowanie

Od 3 października, aby ukryć niewygodny dla Prawa i Sprawiedliwości protest w sprawie średniowiecznego projektu ustawy antyaborcyjnej, politycy tej partii zaczęli rozmawiać o wszystkim, bowiem uznali, że każdy temat jest lepszy niż protest, który w skali kraju zgromadził na pewno ponad sto tysięcy ludzi, a może i dwieście. Jęcząca Betty, udająca premiera rządu, zaczęła nawet mówić o porozumieniu CETA, o którym zresztą nie ma żadnego pojęcia. Jak wszyscy w tym rządzie. Zdarza się.
Jarosław Kaczyński, nadprezes państwa i bóstwo, którego pomazańcami są Szydło z Morawieckim, oznajmił, że rząd nie poprze kandydatury Donalda Tuska, na kolejną turę sprawowania funkcji Przewodniczącego Rady Europejskiej. Czy jest na sali ktoś, komu jeszcze się wydaje, że Jęcząca Betty jest premierem?
Na to Tusk odpowiedział dość złośliwym i szyderczym tweetem:

To może debata, Panie Prezesie? O Europie, Polsce i Pana insynuacjach. Jestem do dyspozycji.

Dziennikarze postanowili więc zapytać prezesa, co on na takie dictum acerbum? Zbawca Polski stanął, jak zwykle na wyżynach swego intelektu i odpowiedział, że Tusk nie jest dla niego żadnym partnerem do dyskusji, ponieważ w jego – czyli Nadprezesa Wszystkich Prawdziwych Polaków – mniemaniu to jest przestępca.

Krótko mówiąc, nie ma o czym rozmawiać. On nie jest partnerem politycznym.

Ciekawe. Jest partnerem dla Obamy, dla papieża, wielu przywódców światowych i dla wszystkich polityków europejskich, a dla Kaczyńskiego nie.
Przypomina to pewien dowcip.
Kowalski wniósł sprawę o rozwód. Sędzia pyta go o przyczynę pozwu. Kowalski mówi:
– Jesteśmy niedopasowani. Żona nie odpowiada mi seksualnie.
Na to głos z sali:
– Co za idiota. Wszystkim odpowiada, tylko jemu nie!

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.3/10 (11 votes cast)

Biały płomień tańczący na kurhanie brata

W kultowym pięcioksięgu Andrzeja Sapkowskiego Emhyr var Emreis, Deithwen Addan yn Carn aep Morvudd, czyli Biały Płomień Tańczący na Kurhanach Wrogów był władcą absolutnym. Władzy i swojej idei państwa gotów był poświęcić miliony istnień ludzkich, w tym nawet swoją córkę.
Jarosław Kaczyński tańczy dziś na kurhanie swojego brata i pozostałych ofiar katastrofy lotniczej w Smoleńsku. Po ponad sześciu latach od katastrofy wchodzimy w kolejny etap ogólnonarodowej psychozy, na którą cierpi przynajmniej dwadzieścia procent społeczeństwa. Wybitny specjalista od wytrzymałości betonu na stanowisku szefa zespołu technicznego, architekt dowodzący zespołem lotniczym, przy wsparciu wybitnego inspektora brytyjskiego z zakresu katastrof lotniczych, który nie jest członkiem brytyjskiej komisji badania wypadków lotniczych, a sławny jest tak bardzo, że nawet Wikipedia nic o nim nie mówi – to od nich będziemy dowiadywać się o tym, co spowodowało katastrofę w Smoleńsku. Oczywiście nadal pomocą służą wybitni naukowcy z zagranicy, w tym jeden, który widywał za młodu wybuchające stodoły, drugi specjalista, który sterty desek nie odróżnił od brzozy, o wdzięcznym pseudonimie „Piiii bziuuu”, nadanym przez dziennikarzy. Jest jeszcze pewien laborant, który przez swą patriotyczną postawę stracił pracę na zagranicznym uniwersytecie, no i na czele nieoceniony Antoni Macierewicz, wieloletni wielbiciel teorii spiskowych i Che Guevary wspomagany przez „Miśka” Misiewicza, wszechstronnego pomocnika aptekarskiego, który w wieku 26 lat wie o obronności więcej, niż wszyscy generałowie w Polsce razem wzięci.
Niestety, jeśli ktoś ma nadzieję, ze przyjdzie pan ordynator oddziału psychiatrycznego i rozgoni to całe towarzystwo, to jest w błędzie. Szczypanie się w nadziei obudzenia się z koszmaru też nic nie da. To się dzieje naprawdę. To jest Polska.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.7/10 (7 votes cast)

Wielkie marzenie małego Jarka

Mały Jarek od dawna wiedział, czego chce. Jednak oprócz mamy i brata bliźniaka nikt go nigdy o to nie pytał. Dorosłego już Jarosława też nikt o to nie pytał. Jarosław bowiem nie był nikim ważnym. Wraz z bratem zaangażował się w działalność polskiej opozycji antykomunistycznej, jednak był po prostu jednym z wielu opozycjonistów. Nikim ważnym. Po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku oficer SB miał go rzekomo pytać o to, czy chce być internowany. Jarosław chciał, bo wszyscy ważni opozycjoniści zostali aresztowani i zamknięci w takich lub innych ośrodkach internowania. Ale oficer podjął inną decyzję, co świadczy, że Jarosław nie był nikim ważnym. Znany przywódca opozycji z tamtych czasów – Władysław Frasyniuk – twierdzi, że to oznacza coś jeszcze. Że Kaczyński przestraszył się i podpisał tzw. lojalkę. Tego się jednak nigdy nie dowiemy, ponieważ część ważnych dokumentów Służby Bezpieczeństwa trafiła do pałacu prezydenckiego, gdy prezydentem był Lech Wałęsa. Ważnymi współpracownikami Wałęsy byli wtedy bracia Kaczyńscy. Dziś Jarosław twierdzi, że to Wałęsa zniszczył lub ukrył część dokumentów. Jednak dziwnym trafem to o Jarosławie Kaczyńskim teczki esbecji milczą. Dokumenty zniknęły, czy nigdy ich nie było?
Dopiero w 1994 roku, gdy bracia Kaczyńscy zdążyli już wejść do krajowej polityki, znana dziennikarka Teresa Torańska zadała istotne pytanie Jarosławowi. Kim chciałby być? Trochę dziwne pytanie w stosunku do człowieka, który przekroczył już półmetek życia. Zwykle pyta się o to młodych ludzi, którzy dopiero wkraczają w dorosłość.

Ja bym chciał być emerytowanym zbawcą narodu. (…) Ja najbardziej chciałbym być szefem, silnej, bardzo wpływowej, współtworzącej albo tworzącej rząd partii. (Jarosław Kaczyński)

Silna partia, która tworzy rząd i silny przywódca. Pierwszym takim po wojnie był Władysław Gomułka. Objął władzę po tragicznym dla Polski okresie stalinowskim. Cieszył się niekwestionowanym poparciem mas, które miały nadzieję, że poprowadzi kraj w kierunku przynajmniej częściowej niezależności, zamiast dążyć do uczynienia z Polski siedemnastej republiki ZSRR. Uważano go początkowo za zbawcę ojczyzny zdeptanej przez radziecką dominację i bezwzględność ubeckich siepaczy. Po kilkunastu latach odszedł w niesławie, wyszydzany i znienawidzony. Okazał się tylko zacofanym i tępym partyjnym aparatczykiem, który pogłębił tylko kryzys ekonomiczny kraju.
Kolejnym po Gomułce był Edward Gierek. On również formalnie był tylko szefem partii, a w praktyce sprawował najwyższą władzę w państwie. W pewnym sensie Gierek reprezentował to, o czym marzył Jarosław. Był tylko przywódcą partii, a doprowadził do tego, że spotykali się z nim prezydenci i premierzy ważnych państw zachodnich. Przyjmowano go zgodnie z protokołem przewidzianym dla przywódców państw. Jednak Gierek również marnie skończył. O ile jakoś dawał sobie radę z budowaniem własnego wizerunku za granicą, to kompletnie nie miał pojęcia o ekonomii. Rządy Gierka skończyły się wprowadzeniem bonów na żywność.
Jaruzelskiego nikt już nie uważał za zbawcę ojczyzny. Wszyscy spodziewali się, że PRL runie, nie było tylko wiadomo, jak mocny będzie huk tego upadku. Paradoksalnie ten zarządca masy upadłościowej okazał się większym mężem stanu, niż się spodziewano.
Dziś już wiemy, że wielkie marzenie małego Jarka się spełniło. Choć nie tak całkowicie. Ważni przywódcy zachodnich państw nie chcą się z nim spotykać, choć wiedzą, że to on pociąga za sznurki. Rządzi za pomocą marionetek, które są na tyle bezmyślne, że chwilami budzi to zażenowanie nawet w nim samym. Nie może sobie nawet zażartować, bo istnieje niebezpieczeństwo, że któryś z totumfackich weźmie jego słowa na serio.
Jarek został wychowany w PRL, dla niego polityka ma wymiar dążenia do władzy absolutnej, wzorami są komunistyczni sekretarze z czasów jego młodości, wiedzy o ekonomii ma tyle samo, co oni. Jak długo potrwa zanim doprowadzi kraj do zapaści gospodarczej? I jak skończy emerytowany zbawca narodu?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.7/10 (10 votes cast)

Teatr swój widzę ogromny

Dziś dowiedziałem się, że mazowiecki konserwator zabytków stracił swe stanowisko, bo uparcie się nie zgadzał na postawienie pomnika „poległych w zamachu smoleńskim”.
I tak sobie kombinuję, że mamy tak wielkich wspaniałych Polaków, z których jeden „poległ męczeńską śmiercią”, a drugi wciąż nas ratuje przed nami samymi. Należałoby ich uhonorować jakoś wspaniale, a nie jakimiś tam betonowymi obeliskami…
Zmieńmy nazwy naszych miast i wsi…
Warszawa – Kaczawa
Poznań – Kaczań
Gdańsk – Kaczyńsk
Gdynia – Kaczynia
Sopot – Kaczot
Szczecin – Kaczyn
Koszalin – Kaczalin
Katowice – Kaczynice
Kraków – Kaczów
Wrocław – Kaczław
Opole – Kaczole
Białystok – Kaczystok
Olsztyn – Kacztyn
Kartuzy – Kaczuzy
Maciejowice – Kaczejowice
Grunwald – Kaczwald
Łeba – Kaczeba
Świnoujście – Kaczoujście

To tylko kilka propozycji na gorąco. Resztą się zajmą geografowie.
I jeszcze obowiązkowa modlitwa w szkołach przed lekcjami:
Jarosławie Zbawco Drogi
pobłogosław nasze progi
Rano, wieczór, we dnie w nocy
bądź nam zawsze do pomocy…

Czy szkoły zaopatrzyły się już w portrety? Jak nie to pozwalniać dyrektorów.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.3/10 (12 votes cast)

Geniusz z Żoliborza

Jarosław Kaczyński przez długie lata znany był głównie jako polityk bez znaczenia, który przegrywa. Nawet komunistyczne władze PRL nie chciały go internować. Wałęsa, którego największym błędem było ściągnięcie braci Kaczyńskich do kancelarii prezydenckiej, powiedział kiedyś, że Jarosław Kaczyński był przeciętnym opozycjonistą z trzeciego szeregu.
Tymczasem Kaczyński przez lata marzył o znalezieniu się w pierwszym szeregu. Początkowo wydawało mu się, że doskonałym sposobem będzie pewnego rodzaju ubezwłasnowolnienie prezydenta Wałęsy i prowadzenie własnej polityki zza jego pleców. Jednak Wałęsa, choć niewykształcony, w końcu zrozumiał tę grę i obu braci z kancelarii wyrzucił. To wtedy po raz pierwszy Jarosław Kaczyński ze swymi partyjnymi towarzyszami z PC rozpoczął walkę polityczną polegającą na obrzucaniu przeciwników błotem. Zaczęło się od publicznego palenia kukły Wałęsy, a potem już było tylko gorzej.
Jeden z członków PiS powiedział kiedyś anonimowo, że podobno Bóg czasem wybacza, ale Prezes nigdy. Kaczyński postanowił Wałęsę zniszczyć za wszelką cenę, rozpętał nagonkę polegającą na wmawianiu społeczeństwu, że Wałęsa to esbecki tajny współpracownik, a nie żaden zbawca ojczyzny. Pomimo to, że były prezydent nie ma już żadnego znaczenia politycznego, nagonka trwa, choć sam Jarosław Kaczyński już od dawna nie bierze w niej udziału. Przynajmniej oficjalnie. Jednak ataki na Wałęsę są prowadzone przez podległe PiSowi media.
Doktor Krzysztof Mazur z Klubu Jagiellońskiego określił prezesa PiS jako ostatniego rewolucjonistę. Trzeba przyznać, że nie jest to pozbawione podstaw. Kaczyński zawsze skupiał się na działaniach, które jeśli nawet nie były sprzeczne z prawem, to balansowały na krawędzi. Dobierał sobie ludzi takich, jak rewolucyjny i zafascynowany Che Guervarą Antoni Macierewicz. Wraz ze swoimi partyjnymi towarzyszami, tworzącymi tzw. zakon PC, skupili się na zdobywaniu pieniędzy na swobodną i niepodlegającą społecznej kontroli działalność. W 1992 roku brat Jarosława stał się chwilowo członkiem rządu Olszewskiego. Jarosław zbliżył się do kręgów władzy i niektórzy twierdzą, że już wtedy zaczął odgrywać rolę szarej eminencji. Co prawda nie ma żadnych dowodów na to, że Jarosław Kaczyński miał wówczas szczególne znaczenie, ale są osoby przekonane o tym, że premier Olszewski oplątany siecią wpływów miał być twarzą zamachu stanu skierowanego przeciw Wałęsie. Nie doszło do niego dlatego, że tzw. jednostki nadwiślańskie miały odmówić wykonania rozkazów ministra obrony. Faktem jest, że dzień, w którym późnym wieczorem doszło do odwołania rządu Olszewskiego, obfitował w dziwne wydarzenia, ukoronowane bardzo kuriozalnym wręcz wystąpieniem premiera w telewizji. Olszewski wydawał się zagubiony tak, jakby właśnie zgubił kartkę z napisanym przemówieniem. Parę godzin później doszło do odwołania rządu.
Kolejne lata odsunęły Kaczyńskiego od pierwszej linii w polityce. Zdobył nieco większe znaczenie ponad 13 lat później w wyborach roku 2005. Nie docenił jednak Tuska, który choć przegrał wybory prezydenckie i parlamentarne (co prawda minimalnie), to nie był człowiekiem, który dałby się przekupić prestiżowymi stanowiskami. Platforma jeszcze wtedy była Obywatelska. w rezultacie egzotyczna koalicja z Ligą Polskich Rodzin i Samoobroną Leppera rozpadła się. Przyczyną zasadniczą stała się nieopanowana chęć uzyskania władzy bezwzględnej, która była u Kaczyńskiego coraz większa. Nie udała się nieudolna próba utopienia lewicy w niejasnej aferze węglowej. Akcja zakończyła się niejasną śmiercią Barbary Blidy, niektórzy twierdzą, że wiedziała ona zbyt dużo o poprzedniej partii braci Kaczyńskich.
Potem nastąpiła jeszcze bardziej nieudolna próba wrobienia Andrzeja Leppera w aferę łapówkową i natychmiastowy rozpad koalicji. Przedterminowe wybory były jedynym wyjściem, zaś sam Kaczyński stał się jedynym w Polsce politykiem niewybieralnym. Choć dzięki proporcjonalnej ordynacji miał zapewnione miejsce w sejmie, to dla swojej partii był raczej obciążeniem. Dzięki setkom internautów, którzy punktowali bez przerwy wszelkie błędy i potknięcia prezesa oraz jego brata bliźniaka, został skutecznie ośmieszony, więc PiS przegrywał kolejne wybory.
Sytuacja zmieniła się dopiero w 2015 roku.
Analiza zwycięstwa wyborczego nie jest częścią opowieści o Kaczyńskim, ale trzeba zauważyć, że zarówno partia jak i sam prezes docenili rolę internetu, co w dużej mierze przyczyniło się do wygranej. Tym razem PiS wygrał na tyle mocno, że nie potrzebował martwić się o koalicjantów.
Praktycznie rzecz biorąc już na samym początku partia Kaczyńskiego wszczęła wojnę o Trybunał Konstytucyjny. Faktem jest, że odchodząca Platforma dała pretekst w sposób idiotyczny i niezdarny łamiąc konstytucję. Jednak wspomniany już przeze mnie doktor Krzysztof Mazur uważa, że awantura wokół TK była nagłośniona celowo:

Naszej uwadze nie powinien umknąć niedostatecznie znany fakt, iż kadencja pięciu wybranych przez PO sędziów mijała: 6 listopada (trzem), 2 grudnia (jednemu) i 8 grudnia (jednemu). Wybory parlamentarne odbyły się przy tym 25 października. Wystarczyło zatem, by prezydent zwołał pierwsze posiedzenie Sejmu nowej kadencji na 3 listopada, a nie byłoby całego zamieszania.

Zatem można było załatwić PO „na perłowo ze szlaczkiem”, bez nagłaśniania sprawy, zgodnie z obowiązującym prawem i mieć legalnie wybranych 5 sędziów Trybunału Konstytucyjnego.
Mazur twierdzi, że politycznym guru Kaczyńskiego stał się profesor Stanisław Erlich, promotor jego pracy magisterskiej, prawnik i zreformowany marksista, który uważał, że prawo powinno podlegać woli politycznej. De facto tak było we wszystkich państwach komunistycznych – to już tylko dygresja.
Zatem zgodnie z teorią Krzysztofa Mazura, Kaczyński jako rewolucjonista postanowił zaakcentować, że teraz on ma władzę i to jego wola polityczna będzie decydować o prawie. Temu służyło wykluczenie Beaty Szydło z tworzenia (niby) jej rządu. Temu służyło też nocne wezwanie prezydenta na spotkanie z prezesem i zmuszenie Andrzeja Dudy by natychmiast podpisywał to, co w sejmie zostało uchwalone. Odbywało się to od początku w taki sposób, aby nikt w Polsce nie miał wątpliwości, że naprawdę przywódcy państwa są tylko marionetkami Kaczyńskiego. Cóż to by była za władza, gdyby nikt o niej nie wiedział?
Kaczyński wielokrotnie insynuował, że polskie państwo po roku 1989 nie jest w pełni niepodległe, że rządzą w nim bliżej niesprecyzowani agenci. Użył nawet określenia kondominium niemiecko-rosyjskie. Łatwo się domyślić, że w tej konwencji tylko rewolucja zapewnia demontaż złego i ułomnego państwa. Kaczyński zatem nie chce reformować państwa, chce je zniszczyć i zbudować swoje własne. Ostentacyjność działań w sprawie Trybunału Konstytucyjnego zdaje się teorię doktora Mazura potwierdzać.
Problem w tym, że ta rewolucja jest dziś mocno spóźniona. Polska jest członkiem NATO i Unii Europejskiej, jest krajem uznanym za dobrze rozwijający i dobrze wykorzystujący przyznane unijne fundusze. Rozmontowanie tych militarnych, politycznych i gospodarczych związków może nas wepchnąć jedynie w objęcia Putina. A w najlepszym razie będziemy niezależnym, ale zmarginalizowanym krajem, o coraz bardziej upadającej gospodarce, usuniętym z Schengen, a być może i z Unii oraz zmarginalizowanym w NATO. Być może Kaczyński będzie taką karykaturalną wersją Piłsudskiego, rządzącą per procura przez długie lata, po demontażu wszelkich struktur demokratycznych. To jest jedna z możliwych wizji przyszłości zgotowanej nam przez „ostatniego rewolucjonistę polskiego”.
Kiedyś jednak Kaczyński odejdzie.

Mam wrażenie, że jego rewolucyjna, destrukcyjna strona jest nastawiana na pozbawianie wpływów określonych kręgów. Mam jednak poczucie, że to ostatni epizod, za którym przyjdzie głęboka redefinicja polskiego życia publicznego. Wtedy polską politykę trzeba będzie ułożyć na nowo.*


* To kolejny cytat z eseju dr K. Mazura.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.9/10 (9 votes cast)