Na tym właśnie polega sztuka. Co powiedzieć i kiedy. (Ursula K. Le Guin)

Nikt nie umiera na grypę

Nigdy wcześniej nie zastanawialiśmy się nad zwyczajną grypą. Zawsze w sezonie jesiennym się pojawiała, tak samo denerwująca i uprzykrzona jak komary podczas wilgotnego lata. Śmiertelność zwykłej grypy nie przekraczała 0,14%, a więc dla większości była prawie niezauważalna. Zwykle też nikt nie umierał na grypę. Po prostu osłabiony wirusem organizm łatwiej się poddawał, gdy przy tej okazji przyplątały się inne zakażenia. W ten sposób dwadzieścia lat temu zmarł mój ojciec. Miał już osiemdziesiąt lat, do tego cierpiał na chorobę Parkinsona, która osłabiała organizm, a grypa ułatwiła rozwój zapalenia płuc. W Polsce nigdy nie było zbyt popularne szczepienie się na grypę, dlatego sezonowe epidemie były dość powszechne i trudno się było przed nimi uchronić.

Niedawno przeczytałem, że według niepełnych danych z terenów Polski na „hiszpankę” podczas tzw. drugiej fali zachorowało około 3,4 miliona ludzi i 68 tysięcy zmarło. Daje to wskaźnik śmiertelności koło 2%. Niski. Ale nikt wówczas nie negował istnienia tej grypy, ani nie lekceważył zagrożenia. Tylko stan higieny i możliwości medycyny były znacznie gorsze. Dziś na przekór postępowi nauki i techniki wskaźnik śmiertelności w obecnej pandemii jest niewiele niższy i wynosi koło 1,5%. Ale liczba osób chorujących przekroczyła w kilka miesięcy pół miliona. Może się zatem okazać, że ten wskaźnik wzrośnie, gdy kiepska opieka zdrowotna przestanie całkiem sobie dawać radę.

Niedawno portal Money.pl opublikował dane dotyczące umieralności w Polsce. Wbrew potocznym sądom covidowych sceptyków końcówka roku wskazuje na znacznie większą liczbę zgonów w bieżącym roku. Oprócz ludzi którzy umierają w wyniku zakażenia korona wirusem na, śmiesznie określone mianem towarzyszących, choroby. Oczywiście cukrzyca należy do czynników osłabiających organizm, tak samo choroby serca, ale to nie znaczy, że „ci ludzie i tak by umarli”, jak twierdzą wrogowie wszelkich działań powstrzymujących pandemię. Niestety jest jeszcze gorzej, zwiększona ilość zgonów oznacza, że ludzie zaczęli umierać na „brak pomocy medycznej”.

Nie ma wątpliwości, że winę ponosi w ogromnym stopniu krańcowa nieudolność rządu. Jeszcze w marcu, pytającym o środki zaradcze, posłom opozycji przedstawiciel władzy radził „lód w majtki włożyć”. Potem bezpardonowo dążąc do wyborów za wszelką cenę, premier twierdził, że wirus jest w odwrocie i nie trzeba się go bać. Przez okres letni nie opracowano żadnej strategii. Nie skorzystano z europejskich mechanizmów zbiorowych zakupów sprzętu, wyrzucano za to miliony na pozorne działania i podejrzane zakupy u kolegów. Kolejne działania sprawiają wrażenie chaotycznego pozoranctwa. Na wiosnę zamknięto lasy, parki i plaże, zaś policja ścigała rowerzystów. Dziś zamyka się centra handlowe, sklepy meblowe, ale zostawia się otwarte sklepy budowlane. Wciąż otwarte są za to kościoły. Upadającym przedsiębiorcom wiceminister o wyglądzie gimnazjalisty radzi się przebranżowić. W tej sytuacji mogą jedynie księżmi zostać, bo Kościół na brak pomocy ze strony rządu narzekać nie powinien.

Całkiem niedawno dowiedzieliśmy się, że rząd w swoich prognozach korzysta ze struktury baz danych opracowanych przez studenta. Ten zaś musi korzystać wyłącznie z danych dostępnych oficjalnie, a te z kolei są coraz mniej wiarygodne. Od miesiąca na przykład nie dowiadujemy się jaka jest faktyczna liczba zgonów związanych z koronawirusem. Jednym słowem w swoich prognozach rząd korzysta z danych, które wcześniej cenzuruje. Wniosek? Rząd sam nie wie, jaka jest sytuacja. Wobec powyższego pozostaje nam jedynie liczyć na łut szczęścia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Komentarz do “Nikt nie umiera na grypę”