Od chwili odzyskania niepodległości po długotrwałym okresie zaborów w Polsce istnieje spór o kształt polityki zagranicznej. Umownie mówi się o polityce piastowskiej i jagiellońskiej.
Polityka jagiellońska to dążenia wielkomocarstwowe i federacyjne. W czasach Jagiellonów Polska była wielonarodowym krajem, w którym prócz Polaków żyli Litwini, Żmudzini, Rusini, a także wielu imigrantów z różnych stron Europy. Uwaga władców jagiellońskich skierowana była bardziej na wschód, niż na zachód. Wielonarodowościowa federacja miała swoje zalety, ale w konsekwencji przeważyły wady takiej polityki. Już na samym początku istnienia polsko-litewskiej unii zaistniały dwa sprzeczne ze sobą punkty widzenia. Dla Litwinów istnienie pokonanego i słabego Zakonu Krzyżackiego było pozytywne, bo dzięki temu Polska wciąż potrzebowała Litwy jako sojusznika. Dla Polaków korzystniejsze byłoby ostateczne pokonanie Krzyżaków, bowiem stanowili oni (jak wiemy) ciągłe zagrożenie na północy. Unia doprowadziła się do odwrócenia się Polski od Pomorza, które wkrótce całkowicie zostało utracone. W chwili, gdy zaczęły się pojawiać zagrożenia zewnętrzne, polsko-litewskie imperium objawiło swą słabość polegającą na tym, że żadna z ważnych sił w państwie nie identyfikowała się z nim w pełni. To dlatego Radziwiłłowie zdradzili, gdy nadszedł czas szwedzkiego potopu. Marzyło im się wówczas samodzielne królestwo, bo zawsze czuli się bardziej Litwinami.
Wcześniejsza polityka piastowska była zupełnie inna. Mieszko, a po nim Bolesław Chrobry wytyczyli drogę do jednorodnej i stabilnej monarchii. Większą uwagę zwracali na zachód i od samego początku doceniali dostęp do morza. Prowadzili realną politykę umieszczenia Polski w ówczesnym europejskim układzie politycznym. Zdobywali to, co mogli – czasem zbrojnie, czasami intrygami i dyplomacją. Pomimo fatalnych konsekwencji rozbicia dzielnicowego, kolejni władcy aż do Kazimierza Wielkiego prowadzili podobną politykę.
Niestety w wieku XX idea polityki jagiellońskiej znów zaczęła wygrywać. Najdobitniej wyrażała ją idea Międzymorza.
Międzymorze – idea polityczna wysuwana przez Józefa Piłsudskiego przed I wojną światową zakładająca utworzenie federacji państw Europy Środkowej i Wschodniej. Docelowo do Międzymorza należeć miał obszar między morzami Adriatyckim, Bałtyckim a Czarnym („Morza ABC”), a konkretnie Polska, Litwa, Łotwa, Estonia, Białoruś, Ukraina, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia, Jugosławia oraz ewentualnie Finlandia. (Wikipedia)
Rzecz jasna ledwie co powstałe Estonia, Łotwa i Litwa kompletnie nie miały ochoty na żadne federacje z Polską. Tym bardziej, że Litwie oderwaliśmy całkiem spory kęs ziemi z Wilnem. Ukraina z kolei chciała być niepodległa, a znalazła się w kleszczach między Polską a tworzącym się ZSRR. Pomysł Piłsudskiego okazał się nierealny, a na dodatek zwrócenie uwagi na wschód spowodowało, że praktycznie straciliśmy Pomorze, a także sporą część Śląska.
Po roku 1989 na nowo rozgorzał spór kształt polskiej polityki zagranicznej. Wyznawcami opcji jagiellońskiej stali się politycy partii chrześcijańskich i konserwatywnych.
Swoistym efektem takiej polityki stała się grupa wyszehradzka, która miała podkreślić przywódczą rolę Polski w obrębie Europy Środkowej. Niestety okres kryzysu ekonomicznego, a także niedawny kryzys związany z Agresją Rosji wobec Ukrainy pokazał, że grupa wyszehradzka to mit. Słowacja, Węgry, a po trosze i Czechy wbrew polskiemu stanowisku, a potem nawet wbrew ogólnej polityce Unii dogadywały się z osobna z Putinem.
Okres rządów PiS zaowocował ekspansją polityki jagiellońskiej w kuriozalnym wymiarze. Polska straciła miliardy utopione w rafinerii Możejki, którą w zasadzie kupiono na złość Rosji, a którą do ruiny doprowadza wciąż celowo wroga polityka Litwy. Częste wizyty Lecha Kaczyńskiego nie poprawiły naszych stosunków z Litwą, a tuż przed jego śmiercią parlament litewski ostentacyjnie odrzucił ustawę zezwalającą na używanie polskiej pisowni nazwisk obywateli Litwy polskiego pochodzenia.
Dziś, gdy prezydentem został pisowski kandydat Andrzej Duda, a za miesiąc być może zwycięski PiS utworzy rząd, będziemy mieli powtórny rozkwit mocarstwowych rojeń jagiellońskich. Już teraz słychać to w histerycznych wypowiedziach polityków PiS, jakoby Polska zdradziła grupę wyszehradzką. Realizm polityczny kazałby się raczej zastanowić nad sensem przywiązywania jakiejkolwiek wagi do istnienia tej grupy. Czechy, Słowacja i Węgry jako małe państwa niewiele znaczą, a jednocześnie nigdy nie zgadzały się na jakąś wiodącą rolę Polski.
Warto zastanowić się przed wyborami, czy chcemy Polski skłóconej z Unią Europejską, utrzymującą jakieś kompletnie nieprawdziwe sojusze z mało istotnymi państwami, prowadzącą antyrosyjską i nierealistyczną dyplomację fochów i awersji.
Pora wrócić do realizmu polityki piastowskiej, mamy to – co mamy i jesteśmy – kim jesteśmy. Korzystajmy z naszych realnych atutów, bądźmy dyplomatami, a nie nadętymi bufonami.