Opowiadanie to nasza jedyna łódź, którą możemy żeglować po rzece czasu. (Ursula K. Le Guin)

10 kwietnia

 
Ten dzień należało spędzić wyjątkowo. Przecież to rocznica zamachu na naszego wspaniałego prezydenta, który się kulom nie kłaniał.
Zatem zaraz o poranku najpierw pomodliłem się do premiera Jarosława wiecznie żywego, cudem ocalałego z pogromu katyńsko-smoleńskiego, aby zbawił naszą nieszczęśliwą Ojczyznę, aby przywrócił jej wolność i honor. Zapaliłem świeczkę pod portretem prezydenta i podreptałem po zakupy.
Na ulicy natychmiast zwrócił moją uwagę zółty namiot. Przed nim klęczało dwóch mężczyzn, a trzeci stał obok z krzyżem. Przyłączyłem się do nich i na klęczkach zaintonowałem: „Ojczyznę wolną racz nam wrócić panie”, ale okazało się, że to byli robotnicy wymieniający kable telekomunikacyjne, a ów krzyż to był specjalny hak do podtrzymywania kabli podczas prac remontowych.
Gdy wróciłem do domu, dla podkreślenia wagi tego dnia i jego symboliki, na obiad spożyłem sobie pierogi. Ruskie!

Wódz, wódz a za wodzem wierni.
Wódz, wódz a za wodzem wierni.

Popołudnie – jak zwykle, gdy dobra pogoda – spędziłem ze znajomymi w parku na ławeczce. Po raz kolejny dyskutowaliśmy szczegóły zamachu. Wszystko rysuje się coraz wyraźniej oprócz jednej kwestii. Kto dokonał zamachu. Kolega Jarosław* twierdzi, że to zlecenie Tuska i Komorowskiego, ponieważ obawiali się przegranej w nadchodzących wyborach. Z kolei Janek* jest przekonany, że to zemsta Putina za bohaterskie uratowanie Gruzji przez naszego prezydenta. Ja zaś jestem pewny, że za zamachem stoją jak zawsze za wszystkim na świecie – Żydzi.
Ponieważ pokłóciliśmy się troszkę, wróciłem do domu i oglądałem telewizję Trwam.

—
* Nieprzypadkowo wykorzystano imiona największych oszołomów sekty – Rymkiewicza i Pietrzaka.

Oceń felieton