UCL, czyli University College London to jedna z najsławniejszych uczelni na świecie. Szczyci się dumnie tym, że przed laty był to pierwszy uniwersytet w Anglii, na którym mogły studiować kobiety. W rankingu światowym UCL znalazł się w ubiegłym roku na czwartym miejscu. Na tym uniwersytecie jest prestiżowy wydział Slavonic and East European Studies. Daruję sobie wyliczanie sławnych absolwentów i profesorów tej uczelni, jednak na marginesie wspomnę, że ukończył ją Mahatma Ghandi i pisarz Gilbert Chesterton. Z Polaków absolwentem UCL był Jacek Rostowski, który później był też wykładowcą na wydziale słowiańskim i wschodnioeuropejskim. Z całą pewnością jest to uczelnia prestiżowa nie mniej od ukończonego przez Radosława Sikorskiego Oxfordu.

Współcześnie na tym uniwersytecie studiuje i studiowało wielu studentów z Polski, którzy choć często mają gorsze warunki niż tubylcy, to zaliczają się do najlepszych. Na tym uniwersytecie, na wydziale studiów wschodnioeuropejskich studiowała też córka obecnego ministra Rostowskiego. Kierunek jej studiów nazywał się bodajże European Social and Political Studies. Można by rzec, że to taki odpowiednik modnej u nas Europeistyki. Panna Maja (przepraszam za ordynarne spolszczenie imienia) studiowała cztery lata, w tym jeden tzw. year abroad w Rosji, ponieważ doskonaliła swe umiejętności w znajomości akurat języka rosyjskiego. Faktem jest, że biegle posługuje się angielskim i francuskim. Zna też rosyjski, o czym przed chwilą napisałem. Natomiast z językiem polskim ma niejakie problemy. Niestety robi błędy ortograficzne, a jej wiedza o języku przedstawia wiele do życzenia.
Zastanawiałem się jak podsumować tę dość smutną informację. Nepotyzm i karierowiczostwo jest na pierwszym planie. Oczywista żółta kartka dla obu ministrów i potencjalnie żółta dla premiera, jeśli Maja Rostowska nie wyleci z ministerstwa w ciągu tygodnia.
Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że młoda inteligentna i zdolna dziewczyna, wychowana z dala od polskiego piekła („obyś bez znajomości żył”), nie ma ambicji, by sama zapracować na swój sukces. Czyżby „droga na skróty” była częścią polskiego genotypu? Pesymizmem napawa przesłanie, które idzie do młodych ludzi – niezależnie od politycznej opcji z kumoterstwem nie da się wygrać. To jest natural Polish way. Gazeta Wyborcza sprawiła, że teraz wszyscy Maję znają, ale czy kochają?
21 komentarzy “Maję wszyscy znają i kochają”
Nie jestem przeciwna temu, żeby osoby młode otrzymywały odpowiedzialne i prestiżowe stanowiska. Wręcz przeciwnie, o to chodzi – dlaczego wszyscy mamy czekać do trzydziestki, żeby w ogóle móc pomyśleć o poważnej karierze.
Nie uważam też, żeby Maya nie nadawała się do tej pracy – ma wystarczające kwalifikacje, ukończone studia o odpowiednim kierunku, z wyróżnieniem, zna świetnie cztery języki. Ma problem z językiem polskim pisemnym – ale od czego jest spell checker w Wordzie czy inni doradcy w biurze (lub nawet sekretarka?), którzy mogą poprawić jej błędy. Ostatecznym wyjściem byłoby poduczenie się ortografii, na pewno wystarczyłoby jej na to parę tygodni, w końcu nie jest głupia. Sama parę razy w życiu zajmowałam się pracą, do której nie miałam odpowiednich kwalifikacji – „training on the job” to tak naprawdę najbardziej efektywna forma nauki, coś, czego uniwerki nie uczą.
Nie mam także nic przeciwko zatrudnianiu native speakerów, wręcz przeciwnie – sama zbyt często jestem świadkiem tragicznie słabych tłumaczeń, właściwie w każdym kontekście (podpisy w muzeach, oficjalne oświadczenia i dokumenty, znaki miejskie, artykuły w prasie etc.) i w każdej opcji (polsko-angielskiej czy angielsko-polskiej). Poza tym mamy otwarte granice i o to chodzi – każdy może pracować, gdzie chce.
Natomiast przypadek Mai Rostowskiej wskazuje na innego typu problem, który występuje wszędzie, nie tylko w Polsce. Historia Mai pokazuje, że nie mamy tej wolności tak wiele, jakby się nam wydawało. Socjologia już dawno zwróciła uwagę na zjawisko, które potocznie zwie się „biedą dziedziczną.” Dzieci wychowujące się w danej klasie społecznej mają niewielkie szanse na zmianę swojego statusu społecznego. Ten mechanizm działa też w przypadku Mai, tylko w odwrotną stronę – ona odziedziczyła swój wysoki status społeczny po swoich rodzicach. Od urodzenia miała lepsze szanse niż jej rówieśniczka żyjąca w Polsce. Angielski jako pierwszy język – każdy się zgodzi – to o wiele silniejszy atut niż bycie native speakerem polskiego. Bycie dwujęzycznym (tzn. mówienie dwoma językami od urodzenia niemalże na tym samym poziomie) właściwie dla przeciętnej Polki (mówię tu o hipotetycznej rówieśniczce Mai, stąd płeć żeńska) jest niemożliwe ze względu na homogeniczny charakter naszego społeczeństwa. O uczęszczaniu do elitarnego francuskiego liceum w Londynie już nawet nie wspomnę. Nie ma też co wspominać o zamożności Rostowskich, co umożliwiło Mai studiowanie bez konieczności jednoczesnego dorabiania (za to mnóstwo wolnego czasu na podróżowanie po całym świecie). Ostatecznym kontrastem między nią a jej rówieśniczką z Polski jest wpływowy ojciec i związane z tym znajomości. Nawet jeśli ktoś potrafiłby wyrównać różnice związane z wykształceniem (skończyć te same studia, znać tę samą liczbę języków równie dobrze dzięki ciężkiej pracy etc.), nie przeskoczy tej ostatniej przeszkody. Maya natomiast niejako naturalnie popłynie z prądem swojego statusu. Jak nie ta pozycja, to trafi się jakaś inna. Ona jest po prostu skazana na sukces. A my możemy jedynie zgrzytać zębami, że nie urodziliśmy się w Anglii w bogatej wpływowej rodzinie, i na każdy sukces musimy ciężko pracować. A na niektóre nie mamy po prostu szansy. Bo osób takich jak Maya jest wśród nas więcej, dużo więcej.
Świetna analiza i niewątpliwie prawdziwa nie tylko w naszym kraju. Z tym, że zaznaczę, iż mi chodziło o taki bardzo prymitywny w tym kontekście nepotyzm. Gdyby Maja dostała dobrą posadę np. w organizacji europejskiej, w jakiejś dużej korporacji, banku – wiedzielibyśmy, że koneksje ojca jej w tym pomagały niejako „mimochodem” nawet. Ale tu jest nepotyzm w stylu Samoobrony.
@ Paulina
Zgadzam się z Tobą, sam fakt dobrego startu w życiu nie musi prowadzić do nepotyzmu. Osoby mające rodziców, którzy osiągnęli sukces mogą: albo zaistnieć dzięki nazwisku i wynikajacych z tego powiązań, albo dzięki swojej pracy i uzdolnieniom. W tym drugim przypadku mówienie o nepotyźmie jest faktycznie dyskryminacją. Tak więc nie ma potrzeby zgrzytania zębami, w nowoczesnej demokracji każdy człowiek dostaje większe realne szanse niz to bylo chociażby 50 czy 100 lat temu. Wtedy mieliśmy do pewnego stopnia feudalizm, bo o wartości człowieka decydowały nie jego uzdolnienia i osiągniecia zdobyte ciężką pracą a wystarczało „dobre” nazwisko i odpowiednie powiązania.
A o do młodego wieku, nie zawsze podeszły wiek jest gwarancją czegokolwiek i dlatego młodzi ludzie też powinni dostać swoją szanse, jeżeli tylko na nią zasługują.
Szkoda tylko, że nie zdążyliście zobaczyć profilu pani Mai na Facebooku. Po artykułach w prasie pani Rostowska usunęła niestety swój profil. Może by dotarło do wielu w czym pani Maja ma najlepsze kwalifikacje. Można z czystym sercem powiedzieć: „salonowa panienka”.
Ja nawet nie miałbym pretensji o taki nepotyzm min. Rostowskiego, bo wiadomo, że dzieci inteligencję po rodzicach mogą przejąć. Ale taki mierny minister ma niestety mierną córkę. Co łatwo można było stwierdzić zaglądając na Facebook.
Po dość paskudnym doborze zdjęcia przez polskie media opcja likwidacji lub zawieszenia konta była jedyną możliwą. Jeśli ktoś nie jest informatycznym debilem (no offence father boss) to dotrze do rozmaitych zdjęć.

Powyżej bohaterka artykułu tuż po otrzymaniu dyplomu licencjackiego. Facebook jest siecią znajomych i ludzie mają tam rozmaite zdjęcia – także śmieszne i żartobliwe. Nepotyzm jest paskudny, ale dobór zdjęcia też nie był w porządku. W przeciwieństwie do jej znajomych, nie masz pojęcia o tym, jaka jest. Sednem mojego tekstu było to, że nawet gdyby była najlepsza na świecie, to nie powinna zostać zatrudniona, bo jest córką ministra w tym rządzie.
Ja Belfer, tak se myślę. Pic na wodę, fotomontaż. Tak się mówi na tego typu bzdety. Wierz mi, że ci twoi uczniowie z zawodówki o niebo przewyższają tę panienkę inteligencją. Można popatrzyć na tło zdjęcia. Oto pani mgr. Ponoć mgr. jej nie przysługuje absolutnie, ale walić to. Zwykła wywłoka. Ja się pytam, gdzie jest Julia Pitera?
Głupiś father boss. Nigdy nie uczyłem w zawodówce i nikt nigdzie nie pisał,że ona ma tytuł magistra. Ma tytuł bachelor of arts, mówi się też graduate potocznie. W Polsce odpowiada temu licencjat. Po skrócie mgr nie stawia się kropki, po dr też nie, jedynie skrót inż. ma kropkę. Dlaczego? Poczytaj sobie.
OK. Ale to ty byłeś polonistą. A ja se kropkę wsadzę. I dzisiaj młodzi,wykształceni tez pewnie na takie pierdoły uwagi nie zwracają.
Ojcze szefie, znów zabłysnąłeś opinią o kimś, o kim usłyszałeś po raz pierwszy, kogo w ogóle nie znasz… i to na podstawie konta na Facebook i tendencyjnie dobranego, przez przeciwników politycznych ojca, zdjęcia. Strasznie to dojrzałe i takie „ojcowskie” podejście (czyżbym się powtarzał? O zgrozo!). Wybacz ale ktoś, kto postępuje w ten sposób nie ma prawa oceniać innych. Z założenia. Masz dzieci? I chciałbyś aby były oceniane na podstawie tego co umieszczą na Facebook czy NK?
Admin – mam dokładnie odwrotne zdanie niż Ty na temat zatrudnienia jej przez ministra Sikorskiego. Zadania, które jej przeznaczył, jest w stanie wypełnić bez problemów i wszelkie kwalifikacje potrzebne do tego ma. Zbyt długo mieszkam w UK, zbyt wielu dopiero co przybyłych z Polski specjalistów od języka angielskiego (i nie tylko od tego) spotkałem, żeby nie zrozumieć co minister Sikorski miał na myśli mówiąc, że nie jest zadowolony z poziomu ministerialnych tłumaczy. Doskonale więc rozumiem, ze zatrudnił kogoś, kto ten język naprawdę zna. To że Maya ma problemy z ortografią polską to nie przesadza o niczym – ona ma tłumaczyć z polskiego na angielski. Zresztą, jak już wspomniała Paulina, po coś te wszystki spell checkery wymyślono…
I jeszcze jedno – na jakiej podstawie opierasz twierdzenie, że tatuś jej pomagał? Przecież minister Sikorski zna ją i sam potrafi ocenić jej możliwości…
Ale to ty byłeś polonistą. A ja se kropkę wsadzę.
Boś głupi beton.
I dzisiaj młodzi,wykształceni tez pewnie na takie pierdoły uwagi nie zwracają.
I się mylisz. Bardzo. I ja i Admin coś moglibyśmy na ten temat powiedzieć.
Nie mam zamiaru deprecjonować panny Rostowskiej, ale nawet gdyby była najlepszą kandydatką, to nie powinna zostać zatrudniona – indywidualna decyzja, bez konkursu, poza normalnymi procedurami.
Wiesz takie tam farmazony o żonie Cezara, „która powinna być poza podejrzeniem”. Doskonale wiemy, ze w dotychczasowych rządach w Polsce na porządku dziennym były synekury dla znajomych, tak się działo za SLD, to samo było za czasów PiS. Może nawet bardziej, bo Samoobrona to żadnych oporów przed niczym nie miała. W PSLu prawie normą jest przekazywanie sobie stołków w rodzinie.
Jednak jedno z haseł PO to podwyższenie standardów w polityce. Jak zachęcić zdolnych i młodych by nie wyjeżdżali z tego kraju? Przykład Mai Rostowskiej – niestety – pokazuje, że najważniejsze są dalej znajomości. A co do świetnej, „idiomatycznej” znajomości angielskiego sądzę, że sam znasz kilka przynajmniej młodych osób z taką znajomością, wielu młodych Polaków urodziło się już w Anglii lub wyjechało tam w wieku kilku lat.
Sorry, ale to jest oczywisty nepotyzm i z mojej strony żółta karta w sposób oczywisty utrzymuje się nadal. Zapewne rząd ma to w nosie. Pytanie – czy takich Belfrów nie znajdzie się więcej podczas następnych wyborów. Głupio by było pośliznąć się na Mai Rostowskiej.
Witam.
Przypadek tej panienki to nie tyle nepotyzm co zwykłe dziadostwo.Nie czarujmy się – posadę otrzymała nie tyle ze względu na wyjątkowe umiejętności (paplanie w trzech językach dzisiaj już nie jest aż taką rzadkością) ale żeby przypodchlebić się jej tatusiowi.
A co do świetnej, „idiomatycznej” znajomości angielskiego sądzę, że sam znasz kilka przynajmniej młodych osób z taką znajomością, wielu młodych Polaków urodziło się już w Anglii lub wyjechało tam w wieku kilku lat.
Prawda, znam. Ale najczęściej mają oni problem z językiem… polskim. I to nie tylko w piśmie, ale i w mowie. Biegła znajomość 4 języków, wykształcenie zgodne z wykonywaną pracą… czego więcej chcieć. Mnie to wystarczy. A że jest córką urzędującego ministra? Czy Michaela Douglasa należałoby zdyskredytować jako aktora bo tatuś, czego nigdy nie ukrywał, pomógł mu stawiać pierwsze kroki w filmie? Może należałoby Mai dać czas na wykazanie się, tym bardziej, że wiele zepsuć nie może – nie ten zakres kompetencyjny.
Oczywiście, gdyby zaczęła się piąć po szczeblach kariery zaczynając od sekretarki w podrzędnej firmie nabrałby doświadczenia. Ale istniałoby ryzyko, że po drodze zgarnie ją jakaś wielka korporacja finansowa i być może kompetentna osoba byłaby, dla rządu stracona..
A sądzę, ze właśnie kompetencji i profesjonalizmu nam w rządzie potrzeba przede wszystkim.
Douglas junior, Stuhr junior, a nawet Rothschild junior to zupełnie inna kategoria. W przypadku aktora, któremu pomaga tatuś – ostateczna decyzja należy do klientów (widzów kupujących bilety). To oni zweryfikują i mają wpływ – znane są przypadki wielkich dynastii, ale też spektakularnych klęsk. Biznes to kategoria jeszcze inna.
W tym przypadku mamy bardzo niedobry sygnał, który dostają działacze na wszystkich szczeblach – od gmin poczynając. Zatrudnienie córki, syna, żony to nic złego. I w ten sposób buduje się republikę kolesiów. Przerabialiśmy już to, a PO miała to zmienić.
Do Michała:
Podobno na tym stanowisku trzeba wykazać się kilkuletnim doświadczeniem. Podobno powinien być konkurs, egzaminy, sprawdzanie wiedzy. My tutaj Michale nie mówimy, że Maya się nie nadaje (przynajmniej nie ja, inni tak), tylko że coś chyba nie zadziałało, jeśli chodzi o zwykłą uczciwość, danie równych szans wszystkim. Niestety oczywistym jest, że Maya egzaminu pisemnego po polsku by nie zdała, bo też ma problemy z językiem polskim, jak wszyscy inni Polangole, których sam wspominasz. Czyli przynajmniej przygotowanie się do takiego egzaminu wymagałoby od niej jakiegoś wysiłku. A sam potwierdzasz, że w obecnej sytuacji dostała tę pracę na tacy – bo znała Radka. Jeśli potrzebna jest wyłącznie jako tłumacz wypowiedzi w języku angielskim, dlaczego Sikorski nie współpracuje po prostu z jakąś zaufaną agencją tłumaczeniową, której zlecałby takie tłumaczenia? Dlaczego możliwość pracy dla Mai pojawiła się akurat w momencie, gdy skończyła studia licencjackie? Wcześniej Sikorskiemu przez lata nie przeszkadzali ci kiepscy nieudolni ministerialni tłumacze? Dlaczego wszyscy jej rówieśnicy, którzy pokończyli takie same studia jak ona, albo robią po 6 miesięcy darmowych internshipów, albo po kilka miesięcy szukają pracy, i jak coś dostaną, to już nawet nieważne, ile będą zarabiać, ważne, że jest robota? (znam takich przykładów w Anglii na pęczki). Nie twierdzimy tutaj, że Maya powinna była zacząć karierę od pracy sekretarki w firmie, ale dlaczego w takim razie Maya po prostu nie dostała bezpłatnego stażu na 3 miesiące, żeby można było sprawdzić jej umiejętności? Kiedy się dowiedziałam, że „chodzi do ministerstwa” z jej konta na Fb, myślałam, że właśnie o staż chodzi. Każdy by tak pomyślał. I tak stwierdziłam, że ciekawe, JAK SIĘ JEJ UDAŁO TEN STAŻ DOSTAĆ (staż! a co dopiero dostać pracę!), bo nie miałam pojęcia, że jej ojciec jest ministrem.
Poza tym czy powinno się pochwalać nepotyzm tylko dlatego, że akurat przypadkowo osoba, która dostała stanowisko dzięki kumoterstwu, do tej pracy się nadaje?? Niestety w większości przypadków, jak wiemy, jest zupełnie inaczej. Nepotyzm w 90% przypadków = brak profesjonalizmu i kompetencji, a tego właśnie, jak twierdzisz, Polska potrzebuje. Jeśli nawet podoba Ci się wybór Mai na doradcę Sikorskiego, powinieneś na to patrzeć jak na wyjątek od paskudnej reguły, a tym samym potwierdzenie, że tę regułę należy zwalczać bez wyjątku.
Nie mam zamiaru deprecjonować panny Rostowskiej, ale nawet gdyby była najlepszą kandydatką, to nie powinna zostać zatrudniona – indywidualna decyzja, bez konkursu, poza normalnymi procedurami.
Nie znam kryteriów przyjmowania do pracy w MSZ. Opieram się na tym co przeczytałem. A przeczytałem wypowiedź ministra Sikorskiego, że konkurs na to stanowisko nie jest konieczny. Nie przypuszczam aby, niegłupi w końcu facet, ryzykował i tak już nienajlepszą opinię, i podkładał się kłamstwem, które tak łatwo udowodnić.
Druga sprawa – Admin – czy naprawdę uważasz, że kompetencje są nieważne w obliczu koligacji rodzinnych? Powiedziałbym, że to bardzo odważne twierdzenie…
Paulina – najpierw pisałaś, że Maja ma tylko trudności z polską ortografią. Teraz piszesz że ma w ogóle trudności z językiem polskim… może to tylko moja interpretacja, ale to nie brzmi obiektywnie…
Paulina, ja nic nie potwierdzam. Po prostu wydaje mi się bardzo mało prawdopodobne, że skoro i Rostowscy i Sikorski mieszkali w Londynie to żeby się wcześniej nie znali.
Nie wiem też, dlaczego Sikorski do tej pory nie krytykował tłumaczy, ani dlaczego propozycja pojawiła się gdy Maya właśnie skończyła studia. Może, po prostu, wcześniej by tej pracy nie przyjęła uważając że najpierw musi skończyć studia? A może z innych powodów? Żadne z nas w MSZ nie pracuje i nie wiemy co tam się dzieje. I dlatego możemy sobie tylko zgadywać.
IMVHO lepszy pociotek profesjonalista, niż obcy i niekompetentny. Choć przyznaję, że może to wyglądać dwuznacznie. Zgadzam się z Pauliną, że zazwyczaj w parze z nepotyzmem idzie brak kommpetencji, ale na Boga nie zawsze. I dlatego nie nawołuję do nepotyzmu, a sugeruję rozważenie każdego przypadku z osobna.
Możemy sobie długo jeszcze dyskutować, ale proponuję trochę faktów.
Pan Sikorski wyjechał do Londynu w 1981 roku, aby poduczyć się angielskiego. Został jako azylant po wprowadzeniu stanu wojennego. Skończył jedną z uczelni uniwersytetu oksfordzkiego, a studiować musiał po angielsku. Zapewne jeszcze wtedy tubylcy rozpoznawali po akcencie, że jest cudzoziemcem, ale jeśli był zdolny, to nie bardzo potrafili już rozpoznać skąd pochodzi. Przyjęto go do dość elitarnego Klubu Bullingdona – elitarnego i dla bogatych raczej Anglików. Nie był Anglikiem, ani też nie był bogaty. Musiał za to mieć świetne układy towarzyskie, a to kolejny argument za tym, że był zdolnym językowo młodzieńcem.
Potem pracował dla rozmaitych pism angielskich i amerykańskich. Ożenił się z Amerykanką. Ogromna część jego dorosłego życia to używanie na co dzień języka angielskiego. Jestem przekonany, że uczciwie możemy o Radku Sikorskim powiedzieć, ze jest dwujęzyczny.
Zatem stwierdzenie, ze pan minister potrzebuje tłumacza do specjalnych poruczeń ze znajomością „idiomatycznego” angielskiego jest co najmniej naciągane. Jedna Maya nie jest też w stanie obrobić całej angielskojęzycznej korespondencji ministerstwa. Cały czas mówią o niej w kategoriach pracy tłumacza, a zatrudniona jest jako doradca w gabinecie politycznym, co pozwoliło na zatrudnienie bez konkursu. Niestety, czystości intencji w tym kontekście się nie da obronić.
Kompetencje w obliczu koligacji rodzinnych są nieważne wtedy, gdy nie ma obiektywnego kryterium oceny. A w rządzie, w samorządzie, wszędzie tam, gdzie płacimy my – wyborcy i podatnicy – nie ma. Jeśli syn znanego aktora będzie kiepski, to zagłosuje widownia i krytycy. Zniknie ze sceny szybciej, niż się pojawił.
Żartobliwie zaś powiem, że gdyby zdarzyło się coś dziwnego i ja zostałbym ministrem w rządzie (takie political fiction), a potem zatrudnił swoją córkę, bo zna cztery języki świetnie, a dwa następne nieźle, to jestem przekonany, że sam już byś nie był tak łagodny w swych ocenach. Być może w vis a vis nie powiedziano by mi tego, ale wszyscy znajomi pałaliby świętym oburzeniem. Koligacje rodzinne w życiu publicznym, w państwowych instytucjach są złem najwyższym od szczebla szkoły w małej gminie do szczebla rządowego.
Być może są na świecie kraje, w których ludzie mają wewnętrzną sondę moralną – co jest a co nie jest nepotyzmem i kumoterstwem i sami potrafią tę granicę określić. W Polsce tej granicy nigdy nie było, od czasu jak żyję zawsze coś było zawłaszczane przez znajomości, koneksje i układy. Dlatego w Polsce nie ma miejsca na wyjątki i to obiecywał Tusk przed wyborami
Drogi Michale,
Z Mayą rozmawiałyśmy zawsze po polsku, to samo dotyczy smsów i wiadomości na Facebooku. Stąd moja znajomość jej polskiego. Zapewne lepsza niż kogokolwiek innego wypowiadającego się na ten temat. Jak myślisz, skąd Belfer wie, jakimi językami ona włada albo że była przez rok w Rosji? Gdybym chciała ją oczernić albo udowodnić, jak to straszliwie się na to stanowisko nie nadaje, nie sądzisz, że podałabym zupełnie innego rodzaju informacje? Daruj więc sobie oskarżanie mnie o brak obiektywizmu, i przeczytaj uważnie jeszcze raz moje wypowiedzi. Nieznajomość ortografii i interpunkcji (Maya pisała w swoich smsach „pszepraszam”, „dłógi” i tym podobne) to właśnie problem z pisemnym polskim (a nie „w ogóle z językiem polskim”, i nigdzie niczego takiego nie stwierdziłam), a egzamin byłby pisemny. Wydaje mi się, że to logiczne. Po drugie, tak jak powiedziałam, to nie taki problem, jak się ma w pracy spell-checker albo sekretarkę, która pomoże. Natomiast jak łatwo się domyślić, na egzaminie raczej nie pozwolono by jej na takie ułatwienia. To tyle w temacie.
@Paulina
Nie uważam też, żeby Maya nie nadawała się do tej pracy – ma wystarczające kwalifikacje, ukończone studia o odpowiednim kierunku, z wyróżnieniem, zna świetnie cztery języki. Ma problem z językiem polskim pisemnym – ale od czego jest spell checker w Wordzie czy inni doradcy w biurze (lub nawet sekretarka?), którzy mogą poprawić jej błędy. Ostatecznym wyjściem byłoby poduczenie się ortografii, na pewno wystarczyłoby jej na to parę tygodni, w końcu nie jest głupia
oczywistym jest, że Maya egzaminu pisemnego po polsku by nie zdała, bo też ma problemy z językiem polskim
Paulina, to są dwa cytaty z Twoich wypowiedzi i tylko do nich się odnosiłem. Bo one nie są równoważne. Tak że to:
Daruj więc sobie oskarżanie mnie o brak obiektywizmu, i przeczytaj uważnie jeszcze raz moje wypowiedzi.
jest nieco nie na miejscu. Bronisz się przed czymś, o co Cię nie oskarżałem. Tym bardziej, że zastrzegłem, że to tylko interpretacja tego co napisałeś. Być moze błędna. Z drugiej strony przeczytałem to co pisałaś kilka razy i nadal mam podobne wrażenia co na poczatku.
Te opinie nie są równoważne.
@Admin
możemy o Radku Sikorskim powiedzieć, ze jest dwujęzyczny.
Zatem stwierdzenie, ze pan minister potrzebuje tłumacza do specjalnych poruczeń ze znajomością „idiomatycznego” angielskiego jest co najmniej naciągane. Jedna Maya nie jest też w stanie obrobić całej angielskojęzycznej korespondencji ministerstwa.
Admin, powiedz, naprawdę sądzisz, że którykolwiek minister czy w ogóle polityk pisze sam własne przemówienia, oficjalne listy i załatwia całą ministerialną korespondencję? Może nawet sam, cierpliwie po nocach wklepuje to wszystko jednym palcem do komputera? Sorry za sprowadzenie tego do absurdu, ale chciałem Ci wskazać jak bardzo chybiony jest argument, który zacytowałem powyżej.
Co do porównania z panami Douglas – przyznaję – źle dobrany przykład. W przypadku doradcy w ministerstwie niestety nie możemy głosowac nogami…
Żartobliwie zaś powiem, że gdyby zdarzyło się coś dziwnego i ja zostałbym ministrem w rządzie (takie political fiction), a potem zatrudnił swoją córkę, bo zna cztery języki świetnie, a dwa następne nieźle, to jestem przekonany, że sam już byś nie był tak łagodny w swych ocenach.
No cóż… myślałem, że dziesięcioletnia przyjaźń spowodowała, że znamy nieco się lepiej i mamy do siebie większe zaufanie… Ja, w każdym razie, nie podejrzewałbym Cię o prywatę, szczególnie jeśli zatrudniłbyś ją do pracy przy korespondencji w językach, które zna a nie, na przykład, przy projektowaniu elektrowni atomowej. Ale, być może, to ja jestem ten naiwny…
Tak, czy siak – nie widzę abyśmy tu doszli do porozumienia. Więc proponuję zakończyć tę dyskusję…
P.S. Żeby uniknąć nieporozumień – ja Mai nie znam.
To prawda, że wspólnego mianownika w tym wypadku nie osiągniemy. Może dlatego, że ty patrzysz bardziej z angielskiej perspektywy, a ja z polskiej – może za bardzo polskiej.
Moje uwagi związane z Sikorskim są wbrew pozorom dość sensowne. Nie znam szczegółów korespondencji MSZ, ale z międzynarodową korespondencją miałem już do czynienia na poziomie rozmaitych akcji, projektów i współpracy w UE i jest to język na tyle precyzyjny, że o „idiomatycznym” angielskim nie ma mowy. Jak to kiedyś usłyszałem od pani z Komisji Europejskiej określa się to nawet jako euro english, czyli say slowly and use some words. Sytuacji, w których ten angielski na poziomie native speaker byłby potrzebny, to w MSZ jest zapewne bardzo niewiele.
Gdyby Sikorski powiedział, ze zadaniem jego nowej pracowniczki jest np. nawiązanie dobrych kontaktów z młodymi ludźmi w Anglii i szukanie kadry dla MSZ, szukanie dobrych managerów do rozmaitych zadań i projektów, to owszem – prędzej bym uwierzył.
Co do zaufania, to chodziło mi o bardziej hipotetyczną sytuację, ale miało to wszystko na tyle osobisty wydźwięk, że choć ja nie mam szans na zostanie ministrem, to moja córka faktycznie zna te cztery języki. 😉
Mai sam nie znam również, ale słyszałem o niej sporo zanim została tak publiczną osobą. Nic złego. I to nie ona jest najważniejsza, ale luki w polskiej etyce politycznej.
Wydaje mi się, że plusem tej całej dyskusji jest ślad, który zostawi. Ktoś czytający felieton i komentarze, będzie mógł poznać różne punkty widzenia i argumenty.
@Michał
Odnosiłam się do umiejętności Mai w dwóch kontekstach – w pracy, i przy hipotetycznej rekrutacji. Maya na tym stanowisku sobie z tym swoim polskim nieortograficznym poradzi, natomiast w procesie rekrutacji by odpadła. Stąd brak równowagi w tych dwóch oświadczeniach. Ty wierzysz Sikorskiemu, że na to stanowisko rekrutacji się nie przeprowadza, więc dalsza dyskusja na ten temat i tak nie ma sensu, jak już wyżej zostało ustalone.
„może to tylko moja interpretacja, ale to nie brzmi obiektywnie…” być może słowo „oskarżenie” rzeczywiście było zbyt mocne, ale tak czy inaczej dla mnie to brzmi jak sugerowanie braku obiektywizmu, stąd moja reakcja. od początku twierdziłam i nadal twierdzę (nie tutaj lecz w ramach dyskusji, która się odbyła na Fb), że ustny polski Mai jest świetny, i od samego początku nie zmieniłam swojej wersji, że jej pisemny jest słaby.
Mój pierwszy tekst miał wydźwięk pesymistyczny, jeśli wydaje Ci się, że był obroną Mai, to się mylisz. Może Ty jako człowiek, który już swoje w życiu przeszedł i ma ustabilizowaną sytuację, nie przejmujesz się tak bardzo tym, w jaki sposób Maya dostała pracę, ale ja jestem otoczona młodymi, utalentowanymi, wykształconymi ludźmi (i oczywiście sama do tej grupy należę), którym nie wystarczy stwierdzenie, że „Maya się świetnie nadaje”, bo oni też się nadają, ale z powodu „kryzysu” i multum innych czynników (nepotyzm jednym z nich), muszą się godzić na 1) wykonywanie bezpłatnej pracy, 2) wykonywanie pracy poniżej ich możliwości (a jak miło byłoby dostać, tak jak Maya, pracę troszeczkę powyżej swoich umiejętności, żeby mieć jakieś ambicje i cele), 3) wykonywanie wartościowej pracy nisko opłacanej z powodu braku doświadczenia (możesz mnie częściowo zaliczyć do tej grupy), 4) bycie bezrobotnym, 5) kontynuację studiów na poziomie magisterskim z braku innych perspektyw (oczywiście do tej grupy nie zaliczają się osoby, które kontynuują studia magisterskie z własnej woli).
Belfer, ja to w ogóle chętnie bym się dowiedziała, co to znaczy „idiomatyczny” angielski, bo nie za bardzo się orientuję… Natomiast co do dokumentacji UE, to tendencja jest raczej odwrotna, niż twierdzisz. Tłumaczyłam dokumenty unijne i jest to biurokratyczny bełkot na najwyższym poziomie, nawet moja koleżanka native speakerka połowy nie mogła zrozumieć („gobbledygook!”)… Więc pewnie „euro English” to raczej na salonach, he? 😉