Leszek Miller wie to najlepiej.
Popatrzmy na wykres poparcia dla SLD w wyborach parlamentarnych. Tuż po upadku PRL partia lewicowa, zwana nie bez racji postkomunistyczną, bowiem powstała na gruzach PZPR, przejęła też majątek dawnej poprzedniczki, miała swój żelazny elektorat, który zapewnił jej blisko 12% w 1991 roku.
Potem – w sporej części dzięki nieudolności partii postsolidarnościowych – SLD zaczął piąć się w górę. Ponad 20% w 1993 roku, ponad 27% w roku 1997. Wreszcie w 2001 roku SLD pod wodzą Leszka Millera zdobył ponad 41%. Przyczyniło się do tego zniechęcenie nadmiernie uciążliwymi reformami rządu Buzka, ogólne poczucie zniechęcenia do partii prawicowych, które kojarzono z brakiem wzrostu dobrobytu i zaciskaniem pasa.
Jednak rząd Millera zapewnił Polsce jeszcze większe zaciskanie pasa, w związku z planowanym akcesem do Unii Europejskiej. Negocjacje zostały maksymalnie przyśpieszone, a Leszek Miller bardzo chciał za wszelka cenę być premierem, który Polskę do UE wprowadzi. Tak bardzo chciał, że zaniedbał wiele innych ważnych spraw w państwie. I tak się stało, że jego nazwisko raczej zostanie zapamiętane w połączeniu z aferą Rywina niż z UE.
Dalsze losy SLD dalekie były od glorii i chwały. W 2005 roku Sojusz zaledwie przekroczył 11%, a w 2007 nieco ponad 13%. Tym samym uznano, że nowi i młodzi przywódcy Wojciech Olejniczak, a potem Grzegorz Napieralski nie sprawdzili się. Powrócił Leszek Miller, który za sobą miał epizod w Samoobronie. Jednak w 2011 SLD uzyskał zaledwie nieco ponad 8%. To najgorszy wynik tej partii. Spadek pokazuje wykres z Wikipedii.
Biorąc pod uwagę, że powracający wyleniały lew lewicy spowodował spadek notowań SLD o blisko 5% zaledwie po paru latach od zdetronizowania Grzegorza Napieralskiego, który obecnie jest na krawędzi wyrzucenia z partii, to mamy spore szanse na to, że w tegorocznych wyborach SLD osiągnie wynik poniżej 5%. Stawiam na taki wynik jako najbardziej prawdopodobny, choć nie wykluczam, że jeszcze jakoś tym razem lewica do sejmu się wśliźnie.
Na dodatek Leszek Miller nie chciał się narażać na osobistą klęskę w wyborach prezydenckich i wystawił dość dziwaczną kandydaturę dość młodej i na dodatek konserwatywnej oraz prokościelnej Magdaleny Ogórek. Kandydatka w najlepszym dla siebie momencie miała poparcie zaledwie około 5%, a po kolejnych gafach połączonych z jednoczesnym odcinaniem się od SLD sondaże dają jej najwyżej 3%, co w praktyce oznacza, że SLD nie ma kandydatury realnej.
Warto przypomnieć, że w roku 2005 kandydat lewicy Marek Borowski uzyskał ponad 10% w wyborach prezydenckich, a w 2010 Grzegorz Napieralski nawet 13,68%. Jest to oczywiście niewiele w stosunku do wcześniejszej dwukrotnej wygranej Aleksandra Kwaśniewskiego. Jednak przy pikujących na łeb na szyję obecnych sondażach SLD, to były niezłe wyniki.
Sam Miller wsławił się powiedzonkiem, że prawdziwego mężczyznę poznać po tym, jak kończy. Internet dopełnił ten bon mot zdaniem: niektórzy kończą ogórkiem. Być może niektórzy są zdania, że za wcześnie na to by zapalać świeczkę na politycznym grobie SLD, ale chyba nikt nie ma już wątpliwości, że Millerowi możemy ją zapalić.
