Gdy zaczynała się egipska „Arabska wiosna”, gdy w wyniku demonstracji odsunięto od władzy praktycznie „dożywotniego” prezydenta Mubaraka, komentatorzy z zachwytem opisywali nową społeczną jakość, która powstawała właśnie w Egipcie i innych krajach północnej Afryki. Wielu wydawało się, że to można porównać do ruchu polskiej „Solidarności” – szerokiego społecznego frontu, który w konsekwencji doprowadził do upadku autorytarne rządy krajów tzw. realnego socjalizmu.
Gdy ponad rok później w Egipcie ponownie rozpoczęły się demonstracje, wśród komentatorów pojawiła się konsternacja. Okazało się, że tak naprawdę niewiele wiemy w Europie o krajach arabskich, że kompletnie nie rozumiemy tego, co się tam dzieje. Z punktu widzenia Europejczyka Egipt był krajem, gdzie spędzało się wakacje, względnie tani i względnie spokojny kraj, gdzie można było się nasycić dobrym klimatem i zwiedzaniem interesujących miejsc. Jednak nikomu nie przychodziło do głowy – prócz wojskowych może – że to właśnie Mubarak prowadzący typowo arabską politykę klanową, ograniczający demokrację, jest gwarantem Egiptu jako kraju turystycznego. Ograniczenie demokracji dokuczało bowiem z jednej strony ludziom młodym z wielkich miast, wykształconym i otwartym na świat, na nowinki techniczne i obyczajowe. Ale była też inna grupa niezadowolonych. Grupa wciąż – o dziwo – rosnąca, wyznawców islamu, dla których Egipt był zbyt zachodni i zbyt swobodny.
Gdy w wyniku rozruchów i zmiany konstytucji został wybrany prezydent Mursi, można było przewidzieć, że lepiej w Egipcie nie będzie. Pozostała ta sama polityka klanowa, tylko, ze tym razem o wyraźnym zabarwieniu islamskim. Przedstawiciele islamu coraz głośniej domagali się restrykcji wobec innowierców, wobec nieprzestrzegających zasad szariatu, a nawet zmierzali do objęcia swymi zakazami i nakazami turystów przybywających do tego kraju. Ponieważ Egipt to kraj w ogromnej części żyjący z turystyki, było to podcinanie gałęzi na której się siedzi. Jednak komentatorzy europejscy zdawali się kompletnie nie zauważać tego co się dzieje, ani tego, ze wcześniej wypisywali i wygadywali na temat Egiptu same głupoty.
Teraz ster rządów znów przejęła armia. Po raz kolejny okazało się, czego w dziwny sposób znawcy nie przewidzieli, że na Bliskim Wschodzie – podobnie jak w Turcji – armia może stać się gwarantem, może nie tyle demokracji, ale nowoczesności i rozsądku. Za sprawą armii Egipt nie stanie się demokratycznym i świeckim państwem, bo to jest niemożliwe. Jednak za sprawą armii Egipt może pozostać przewidywalnym i stabilnym krajem w tamtej części świata, w którym zakusy muzułmańskich duchownych zostaną znacznie ograniczone, a turystyka znów zacznie przynosić dochody. Warto też pamiętać, że pojęcie wolności, demokracji, narodu i religii jest zgoła inne w krajach arabskich, niż w Europie. I że tak naprawdę bardzo niewiele wiemy o tym rejonie świata, który jest niby tak blisko nas, a mentalnie bardzo daleko.
A szczególnie powinni sobie te słowa wziąć do serca komentatorzy telewizyjni, zanim po raz kolej zaczną wygłaszać banialuki na temat możliwego rozwoju sytuacji w Egipcie.