Opowiadanie to nasza jedyna łódź, którą możemy żeglować po rzece czasu. (Ursula K. Le Guin)

Skomplikowana cyfrowa rewolucja

W swoim poprzednim felietonie zakończyłem rozważania o kwestiach własności, ochrony prawa wydawców i prawach użytkownika w chwili gdy pojawiły się płyty CD. Przy zachowaniu w pamięci mniej więcej dziesięciu lat opóźnienia polskiej rzeczywistości, powiemy, ze ta cyfrowa rewolucja miała swój początek w latach osiemdziesiątych. Sytuacja, która się wytworzyła, była – wypisz, wymaluj – koszmarem prezesa wytwórni płytowej lub filmowej. Wymyślono sposób na kopiowanie muzyki i filmów w nieskończoność przy zachowaniu wszelkich walorów oryginału.
Nie mam ambicji stworzenia pracy naukowej na temat cyfrowej rzeczywistości, ale chciałbym przedstawić pewien subiektywny przegląd obecnej sytuacji.
Pierwszą zmianę zaobserwować można było w muzyce. Pojawiły się nagrywarki płyt CD i równocześnie czytniki płyt czytające nagrywane płyty. Użytkownicy byli zachwyceni, bowiem mogli dzięki temu nagrywać swoje własne składanki i korzystać z nich na swoim sprzęcie. Wydawcy delikatnie mówiąc zachwyceni nie byli. Jedna kupiona płyta mogła posłużyć do zrobienia wielu kopii dla znajomych, a ponieważ nie odbiegała jakością od oryginału, słuchacze nie mieli motywacji do kupienia płyty oryginalnej. Gorzej! Rozwój techniki komputerowej, coraz większe dyski i internet spowodowały możliwość wymiany plików także pomiędzy użytkownikami, którzy się nie znają. Krąg się rozszerzał. Pojawiły się płyty DVD, szerokopasmowy internet i do muzyki w sieci dołączyły kopiowane filmy.
Koszmar prezesów koncernów medialnych sięgnął apokalipsy. Od lat już zastanawiali się, jak uniemożliwić kopiowanie i wprowadzali rozmaite zabezpieczenia. Podstawowe polegało na sztucznym wprowadzeniu błędu do zapisu płyty, która w ten sposób nie dawała się skopiować. Jednakże zaawansowane programy komputerowe w ręku zdolnego użytkownika potrafiły dokonać cudu. Płytę kopiowano bit po bicie, kopiując także błąd. Transmisja na płytach DVD została zaszyfrowana i potrafiły ją odszyfrować jedynie specjalne chipy w odtwarzaczach stacjonarnych oraz tylko niektóre licencjonowane programy komputerowe. Jednak te zabezpieczenia były kiepskie i szybko zostały złamane.
Chyba właśnie wtedy pomiędzy wydawcami z jednej strony, a użytkownikami z drugiej, zaczęła się wojna na śmierć i życie. Wydawcy w trosce o swoje pieniądze zaczęli robić wszystko by utrudnić korzystanie ze swoich wyrobów wstawiając kolejne zabezpieczenia, niektóre – przyznajmy – wyjątkowo idiotyczne. Użytkownicy zaczęli wrzucać do sieci wszystko, co tylko się dało. Jak najszybciej po premierze, a najlepiej jeszcze przed nią. W procederze zresztą uczestniczyły często osoby z kręgów „poza podejrzeniem”. Niektóre pirackie filmy pochodziły na przykład ze specjalnej edycji dla jurorów słynnego amerykańskiego Oskara.
Do kuriozalnych elementów tej wojny można zaliczyć np historię z USA, gdy pewna wytwórnia wymagała aktywacji filmu przez Internet, co rozeźliło strasznie takich, którzy nie mieli internetu. Innym przykładem był słynny rootkit Sony, który miał za zadanie kontrolować, co użytkownik robi z płytą i wysyłać firmie raporty. Na niektórych płytach zapisywano auto-uruchamiające się programy, które nie pozwalały na używanie płyt w komputerze.
Problem polegał na tym, że największe problemy mieli legalni użytkownicy, którzy z legalnych płyt chcieli korzystać. Złodziej miał już swoje sposoby, zgrywał muzykę lub filmy, a jeszcze częściej ściągał z internetu. Wszechobecność internetu spowodowała zresztą, że tradycyjne nośniki przestały mieć tak wielkie znaczenie. Młodzi ludzie lubili słuchać muzyki na urządzeniach przenośnych a rozwój techniki spowodował, że było to coraz lepsze słuchanie. Słynne sposoby wymiany plików w sieci zaczęły się od Napstera, potem była sieć Torrent i inne. Koncerny straciły władzę nad poczynaniami użytkowników. To spowodowało ich wściekłość i próby skarżenia przyłapanych użytkowników o ogromne często odszkodowania. Odszkodowania takie były niczym nie uzasadnione, a rzekomo utracone zyski wzięte z sufitu. Z drugiej strony nie oszukujmy się, dopasowywanie legendy o Robin Hoodzie do kradzieży muzyki i filmów jest wyjątkowym nadużyciem. Jednak i druga strona postępowała jak baśniowy troll na moście.
Pewnego razu – i tu prawdziwy opis własnego doświadczenia – kupiłem utwór w internetowym sklepie. Wydawało się, że była to jakaś zmiana w podejściu do zagadnień internetu. Chciałem MP3, a dostałem WMA. Mój Linux nie gra zabezpieczonych WMA (DRM jest z Linuksem sprzeczne co do zasady). Musiałem się postarać o komputer z Windows. Trzeba się było zarejestrować i uzyskać dość skomplikowane hasło. Wpisać to hasło w Windows Media Playerze i już cieszyć się muzyką. Zrobiłem doświadczenie. Komputer odłączyłem od internetu i okazało się, ze po kilku dniach plik nie chciał się odtwarzać bez połączenia komputera z internetem i ponownego wpisania hasła. Wyobraźmy sobie teraz jak wściekły będzie klient, który kupi całą płytę i wgra do swojego odtwarzacza słuchawkowego, po czym każdy utwór usłyszy w formie krótkiego pisku. Będzie – delikatnie mówiąc – czuł się nabity w butelkę.
To podejście na szczęście zaczęło się zmieniać. Pliki dziś są oznakowane, więc wprowadzenie takiej muzyki do internetu może skutkować nieprzyjemnymi konsekwencjami, ale nikt już nie utrudnia słuchania swojego pliku na dowolnym urządzeniu.
Niestety tylko część rynku mediów poczuła wiatr w żaglach na szerokich falach internetu. Sprzedawane w ten sposób utwory są często zbyt drogie. Kupno jakościowo gorszych plików MP3 bliskie jest cenie prawdziwego albumu CD. A przecież odpada drukowanie, okładki, pudełka, cała sieć dystrybucji. Według niektórych ekspertów płyta w sieci powinna być tańsza o przynajmniej 30%, a nie jest. Większość producentów, zamiast pomyśleć o nowej idei sieciowego biznesu, zaczęła się domagać zmiany prawa w taki sposób, aby móc lepiej kontrolować, co dzieje się ze sprzedanymi płytami. Tak powstał pomysł ACTA.
Najwygodniejszym sposobem dla producentów byłoby zakazanie nielegalnego kopiowania i przesyłania plików. Aby taki pomysł wdrożyć skutecznie, należałoby wyeliminować z rynku wszystkich małych providerów, zostawić tylko największych, którzy będą zdolni udźwignąć technologicznie i finansowo ciągła kontrolę użytkowników. Przy tych gigabajtach, które dziś wędrują w internecie jest to zadania karkołomne. W ogóle nie wiadomo, czy możliwe, a z całą pewnością mogące zwiększyć koszty dostępu do internetu wielokrotnie.
Na dodatek niektóre działania wydawców przypominają machanie pięściami na oślep. Niedawno przeczytalem następujący tekst:
The woman who posted a video of her children dancing to the Prince tune „Let’s Go Crazy,” and waged a three-year court fight with a top record company over the clip, has been accused of violating a court order and could be held in contempt of court.
Zaciekawiło mnie to i dowiedziałem się, że pewna mama sfilmowała swego bobasa podrygującego pupą w pieluchach przy dźwiękach wyżej wspomnianej piosenki, na co wytwórnia Uniwersal zareagowała roszczeniem dotyczącym prawa autorskich. Muzyka w tym klipie na Youtube jest trudna do rozpoznania i na pewno nie ma żadnej obawy, że ktoś to sobie nagra i zacznie słuchać zamiast oryginalnego utworu. Ktoś jednak okazał się idiotą i z takim roszczeniem wystąpił.
Wielu moich znajomych pyta, co w tym ACTA jest takie złe, czy mamy popierać piratów (czytaj: złodziei)? Dlaczego niby ochrona praw autorskich w tym dokumencie jest zła. O zagrożeniach jakie niesie z sobą ACTA już napisałem. Dziś tylko dodam, że w tym dokumencie o prawach autorskich jest niewiele, a jego wyraźny cel to zepchnięcie odpowiedzialności za zyski koncernów na wszystkich oprócz nich samych.