Opowiadanie to nasza jedyna łódź, którą możemy żeglować po rzece czasu. (Ursula K. Le Guin)

Nasz papież

Śmierć Karola Wojtyły „naszego papieża” przed sześciu laty stała się początkiem nowego pogaństwa w polskiej tradycji chrześcijańskiej. Wielu z wyznawców katolicyzmu nie uznało kolejnego papieża i dla nich wciąż papieżem jest tylko Jan Paweł II. Kardynał Ratzinger nie powinien według nich zostać papieżem, bo jest Niemcem. Niektórzy z polskich katolików zaczęli wręcz twierdzić, że odtąd ten urząd powinien być sprawowany wyłącznie przez Polaków. Nastąpiło pewnego rodzaju przywłaszczenie katolicyzmu. Oczywiście są to zjawiska ekstremalne, będące gdzieś na pograniczu politycznej aberracji Kaczyńskiego i pseudoreligijności Rydzyka.
Sześć lat temu byłem na konferencji informatycznej i nie miałem pojęcia o zakresie i ogromie zjawiska, które można by nazwać „umieramy razem z Janem Pawłem II”. Internetowe informacje nie oddawały tego, co większość rodaków mogła zobaczyć w telewizji. W przeciwieństwie do wielu swoich znajomych nie miałem żadnych złudzeń. Nie skończyła się żadna epoka, za kilka dni świat wróci do swojego zwykłego funkcjonowania. Niewątpliwie jednak na wielu ludzi ta śmierć wywarła ogromne wrażenie. Jeden spośród moich znajomych, który (jakkolwiek uduchowiony) nie miał z katolicyzmem nic wspólnego, czuł się w obowiązku pojechać do Rzymu. Inna znajoma na pogrzeb do Rzymu pojechała z nogą w gipsie aż po samo udo. Jeszcze inna – krytykująca papieża za życia – wylała morze łez z powodu śmierci papieża. Działy się zatem rzeczy z mojego punktu widzenia bardzo dziwne.
Z religią nie byłem już związany od wielu lat, więc dość logiczne jest, że emocjonalnie nie wziąłem udziału w tej ogólnonarodowej żałobie. Dzięki temu też nie zrobiłem z siebie idioty. Pamiętam jak dziś wspólne modlitwy kibiców przeciwnych drużyn piłkarskich i ckliwo-łzawe deklaracje rozmaitych kretynów, a po paru tygodniach kibole rżnęli się maczetami w najlepsze, a telewizyjni blagierzy okładali się w politycznym zacietrzewieniu. To właśnie jesienią 2005 roku Kurski wyskoczył ze słynnym „dziadkiem z Wermachtu”, a katolicka i religijna prawica związała się z burakiem Lepperem i wprowadziła go na salony polityczne. I dziwnym trafem nie przeszkodziły im w tym nauki tak uwielbianego niedawno papieża. Szef toruńskiego radia o fundamentalistycznym zabarwieniu do dziś puszcza słowa papieża z pochwałą swojego radia. Tylko nie dodaje, ze to pochwała z początków powstania rozgłośni i już nigdy potem papież go nie chwalił, a wręcz upominał, by nie zajmował się polityką.
Nie jestem bezkrytycznym wielbicielem Jana Pawła II, ale pamiętam jego działalność od momentu, gdy został wybrany. Początkowo w rodakach kiełkowała taka duma, że oto gdzieś w tym wielkim świecie za żelazną kurtyną Polak został wybrany. Potem widziałem, że ów bardzo niewygodny dla komunistów papież dokonuje ważnej rzeczy. Jednoczy Polaków i pokazuje im, że razem en masse są licząca się siłą. Otwiera też Kościół, który nawet podczas stanu wojennego jest taką oazą wolności. Jednak trzeba też powiedzieć, że to nie był ten sam Kościół co dziś. Kto dziś wpuściłby do kościoła Michnika czy Kuronia i zezwolił im na prelekcję?
Nie jestem w stanie rzetelnie i obiektywnie ocenić wszystkich wydarzeń z ostatnich trzydziestu lat, bo nadal zbyt wiele faktów ukrywają przepastne archiwa, które być może zostaną odkryte za kilkaset lat. Jestem jednak przekonany, że istotną cegiełkę w rozpad komunizmu włożyli dwaj ludzie – Lech Wałęsa i Karol Wojtyła.
Jako ateista nie wierzę w świętość Jana Pawła II, ale też nie przypisuję mu całego zła jakie we współczesnym świecie poczyniły działania Kościoła. Nie kocham, ale też nie nienawidzę. Natomiast niewątpliwie boleję nad tym, że kilka lat po śmierci papieża Polacy uczynili z niego krasnala ogrodowego.

Papież ogrodowy
Papież ogrodowy

Szkaradne figurki, paskudne pomniki stawiane wszędzie, gdzie komuś się przywidzi, że trzeba, „bo święty nasz papież polski, tu stanął, tam patrzył, tędy chodził”.
Podobnie jak w przypadku wielu innych wybitnych osobowości – powstają legendy, powstaje zawsze pewien mit postaci. Być może będzie on istniał gdzie na świecie – a zaznaczę, że nie mam na myśli kultu religijnego tylko podziw dla człowieka. Niestety Polacy sprowadzili swego wielkiego rodaka do funkcji gadżetu, szkaradnej figurki w ogrodzie, na skwerku, przy kościele. Tacy już chyba jesteśmy, swoich wybitnych przedstawicieli zawsze zniszczymy, jeśli nie wyzwiemy od zdrajców, bolków i Żydów, to przynajmniej sprowadzimy do funkcji krasnala w ogrodzie.

Oceń felieton

2 komentarze “Nasz papież”

Możliwość komentowania została wyłączona.