Autorytety

W telewizyjnym studio dyskutowali luminarze kultury, pytani przez Znanego Dziennikarza, czy potrzebne są nam autorytety i kto autorytetem być może. Odpowiadała Sławna Pisarka i Znany Aktor, swoje uwagi wtrącał również Znany Młody Dziennikarz oraz Popularny Satyryk Internetowy. Niestety, co lepsze autorytety pomarły (niektóre niedawno), stąd i autorytety dyskutujące w telewizji o autorytetach jakoś nie do końca skłaniały, aby ulec autorytetom w tej dyskusji o autorytetach.
Mój świętej pamięci wychowawca z ogólniaka – matematyk – opowiadał, jak to córka w pierwszej klasie mu rzekła:

Ależ tato, ty nie masz pojęcia o matematyce, nasza pani mówiła, że to się tak robi!

No i świeżo wówczas upieczony pan doktor nauk matematycznych musiał poddać się wpływowi autorytetu Pani. Zatem autorytety są ważne. Szczególnie wówczas, gdy młody osobnik się kształtuje i po pisklęcym okresie wyfruwa z rodzicielskiego gniazda. Niech ta Pani w szkole będzie mądrą i dojrzałą osobą, bo jakiś wpływ na naszą latorośl wywrze. Nie bez racji bowiem powiedział Jan Zamojski:

Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie.

Dziś Znani i Lubiani mówią w telewizji, że w zasadzie autorytety to nie za bardzo są potrzebne, bo młodzi sobie w internetach wszystko wyguglują, co znaczy, znajdą za pomocą wyszukiwarki Google. A tymczasem całkiem niedawno pewna babcia pytała pewnej wnuczki:

A nie napisali w tych internetach, że czerwonych majtek z białymi w praniu się nie miesza? Teraz masz wszystkie różowe.

Nie wszystko da się znaleźć w sieci i nie wszystkiego z sieci nauczyć. Jakiś czas temu pewien znajomy argumentował, że można pisać „poszłem”, bo Google daje milion wyników dla tego hasła. No to pisz – mówię – a Google za jakiś czas odnotuje kolejnego ignoranta. Współczesny świat nie jest prosty, rozległość wiedzy powoduje, że trudno tylko własnym rozumem ogarnąć wszystko i na jakichś autorytetach się oprzeć. W końcu jeśli nie wierzymy w to, że Ziemia jest płaskim naleśnikiem leżącym na czterech słoniach, które stoją na skorupie ogromnego żółwia, to nie dlatego przelecieliśmy się dookoła globu per pedes, ale dlatego że już nasi przodkowie pokazali dziesiątki wyliczeń i doświadczeń to potwierdzających. Nie musimy wciąż udowadniać rozmaitych twierdzeń matematycznych, bo zrobiono to przed nami, a my możemy z nich korzystać. Z drugiej jednak strony nie możemy wierzyć autorytetom bez zastrzeżeń, jeśli przypadkiem okazuję się, że jakiś dotychczasowy autorytet zaczyna snuć tezy drastycznie z zasadami logiki niezgodne. Całkiem niedawno bowiem pewien profesor historii uznał, że dawno temu Mieszko Pierwszy przyjął chrzest, ponieważ spłynęła na niego łaska boska i się nawrócił. Co więcej profesor uznał, że to jest najbardziej logiczne wytłumaczenie, a wszelkie inne dywagacje na ten temat to bzdury. W tym momencie autorytetem dla myślącego odbiorcy powinna pozostać logika i (pardon szlachtę, która nie pracuje) chłopski rozum.
Jednak w tym skomplikowanym cyfrowym świecie warto się zastanowić, jak analogowy rodzic może pozostać jednak jakimś autorytetem dla swej pociechy od lat siedmiu do osiemdziesięciu. Nie jest to łatwe zadanie, a tym bardziej komplikuje je fakt, że nigdzie nie ma sensownego uniwersytetu, który po pięciu latach żmudnych studiów dawałby tytuł: magister macierzyństwa, magister ojcostwa albo chociaż skromny licencjat z tej dziedziny.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.2/10 (5 votes cast)

Kim będę, jak dorosnę?

Każdy z nas odpowiadał kiedyś na to pytanie. W gronie kilkulatków, którzy ledwo rękami oderwali się od ziemi i całkiem niedawno zaczęli mówić, dominuje oczywista odpowiedź: strażakiem! Rzadziej policjantem.Jeśli ktokolwiek z dorosłych zadałby sobie odrobinę trudu, by przedrzeć się przez dziecięcy i niedoskonały język, aby znaleźć motywację, okaże się, że wabikiem jest lśniący czerwony samochód jadący na sygnale. Policyjny samochód też jeździ na sygnale ale nie jest tak efektowny. Kilkulatkowie dawniej odpowiadali też bardzo często: maszynistą. Parowozy były ogromne, tajemnicze, buchały parą i niesamowicie głośno gwizdały, wjeżdżając na perony. Dzisiejsze pokolenie kilkulatków nie ma pojęcia, co to parowóz, więc nie chce zostać maszynistą. Ja chciałem.
Nie można pominąć maluchów płci żeńskiej. Ich odpowiedzi są często całkiem inne. Bardzo częstym wyborem jest pielęgniarka. To ją widać bardziej niż lekarzy, chodzi w białym kitlu i robi zastrzyki, które doprowadzają chłopców do płaczu. Czyżby już wtedy budziła się kobieca chęć rewanżu za męską dominację? Częsta odpowiedź dziewczynek to także nauczycielka i przedszkolanka. To bardziej realne i sięgające bliżej przykłady. To są także zawody mające pewną władze nad dziećmi. A może po prostu w dziewczynkach wcześniej budzi się poczucie potrzeby społecznej przydatności, a nie blichtr i światełka? Bo przecież nauczycielka nie jeździ czerwonym samochodem na sygnale.
Gdy dzieci dorastają, często zmieniają się też preferencje. Chłopcy na zawarte w tytule pytanie częściej odpowiadają: żołnierzem, piłkarzem, kierowcą wyścigowym. Zaczyna pojawiać się chęć przeżywania czegoś wyjątkowego. Tata jeżdżący autobusem miejskim, dzień po dniu, od przystanku do przystanku to żaden przykład. Ani ten, który z teczką codziennie idzie do biura. Dziewczynki coraz częściej chcą być aktorką, piosenkarką, tancerką. To również pragnienie innego – niż zwyczajne – życia. Mama stojąca za ladą sklepową, nauczycielka, pielęgniarka? To już nie są atrakcyjne wzory, bo dzieci zdążyły zrozumieć, że za tymi zawodami kryje się praca, nie zawsze ekscytująca.
Kilkadziesiąt lat temu nastoletni chłopcy bardzo chcieli chcieli zostać kosmonautami. Jednak większość z nich rezygnowała z pomysłu, gdy dowiadywali się, że taki kosmonauta to musi mieć w małym palcu matematykę, fizykę i mieć porządne wykształcenie inżynierskie? Inżynierskie? Takie jak tata, który kreśli jakieś nudne projekty w sobotnie wieczory?
Niezależnie od tego, jak bardzo chcielibyśmy dzieciom wpajać etos służby społecznej i użyteczności, okazuje się, ze bardziej przyciąga je blichtr, wyjątkowość, ekscytacja. Czy kilkulatek, który wiedziałby, że strażak przez większość czasu wykonuje różne ćwiczenia, a interwencje częściej polegają na zdejmowania kota z drzewa lub ścinania pnia, który przygniótł samochód lub spadł na płot, ewentualnie posypywaniu szosy piaskiem po stłuczce samochodowej, a jeżdżenie na sygnale zdarza się rzadko, nadal chciałby zostać strażakiem?
Z odpowiedzią na pytanie, kim chciałbyś zostać, gdy dorośniesz, jest tak jak z wiarą w Świętego Mikołaja. Dopóki wierzymy, że on istnieje, nasza wyobraźnia ma skrzydła. Przez kilka tygodni przedgwiazdkowych możemy dostać wszystko pod choinkę. Gdy już wiemy, że to rodzice kupują prezenty, nie marzymy o elektrycznej kolejce, bo rodziców nie stać. Marzenia się kurczą, szarzeją…
Gdy dzieci dojrzewają, zaczynają sobie zdawać sprawę, że ich dawne odpowiedzi na pytanie: kim chciałbyś zostać, zaczynają się dezaktualizować. Krótkowidz nie zostanie pilotem, pielęgniarka to nie jest zawód dla kogoś, kto mdleje na widok krwi, nawet brak zamiłowania do matematyki może kogoś wyeliminować z dawniej wybranego zawodu. Co gorsza, kariera zawodowa zależeć może nie tylko od zdolności i wykształcenia, ale od zbiegu korzystnych lub niekorzystnych okoliczności lub znajomości rodziców. Święty Mikołaj już nie istnieje.

Mój profesor z liceum mówił: przede wszystkim – po pierwsze – bądź człowiekiem. Możesz być człowiekiem wierzącym lub nie, należeć do takiej lub innej wspólnoty religijnej – to po drugie. Możesz być obywatelem i patriotą, to po trzecie. A potem także członkiem takiej lub innej partii, stowarzyszenia, klubu, czy czego tam chcesz… możesz wykonywać taki lub inny zawód, ale przede wszystkim bądź człowiekiem.
To było dawno temu, w kraju przeszłości i można by sądzić, że ta nauka – unikająca konkretnych odniesień do „tu i teraz” – jest nieco asekurancka. Ja jednak sądzę, że On po prostu wiedział. Wiedział, że ideologie przemijają, zmieniają się partie i religie, a ten podstawowy nakaz pozostaje.

Więc kim chcesz być, jak dorośniesz?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.8/10 (8 votes cast)

Anonimowi edukatorzy

Zanim dobra zmiana zawitała na dobre do państwowego radia i telewizji za sprawą dawnego bulteriera braci Kaczyńskich Jacka Kurskiego, bywalcy mediów internetowych zauważyli ją już podczas wyborów w ubiegłym roku.
Nagle okazało się, że popularne strony z memami pokazują wyłącznie świat jednej opcji politycznej. Był to świat, w którym Bronisław Komorowski skacze po krzesłach w Japonii i kradnie obraz albo tanią plastikową mini wieżę stereo. Wszelkie inne poglądy bez żenady były usuwane przez przekupionych administratorów, a w najlepszym wypadku były odsyłane do archiwum po paru minutach z powodu „bardzo złej oceny”.
Jeszcze gorzej było na portalach społecznościowych, gdzie wszelkie dyskusje przestały istnieć. Profile polityków przeciwnych Prawu i Sprawiedliwości i strony ich partii zostały kompletnie zawłaszczone przez ludzi piszących setki, a nawet tysiące nienawistnych komentarzy dziennie. Zwolennicy partii Prawo i Sprawiedliwość organizowali zmasowane ataki na profile i strony przeciwników, tak się wówczas wydawało. Jednak zanim wybory dobiegły końca było już wiadomo, że Jarosław Kaczyński mianował hetmanem internetowym niejakiego Pawła Szefernakera, który dzięki otrzymanym dużym środkom finansowym i tzw. agencjom budowy marki zatrudnił tysiące internetowych trolli.
W ten sposób zanim wybory się na dobre zaczęły wiadomo już było, jaki będzie ich wynik. Nawet najbardziej ideowe pospolite ruszenie nie może się równać z zorganizowaną, karną i opłacaną armią.
Sytuacja taka stała się z biegiem czasu nie do zniesienia. W zasadzie nie było w sieci artykułu, wpisu w social mediach na dowolny temat, pod którym nie pojawiałyby się setki, często identycznych lub bardzo podobnych komentarzy o treści politycznej. Szybko nazwano je hejtem internetowym, od angielskiego słowa hate, czyli nienawiść.
I tak dochodzimy do momentu, gdy samorzutnie zaczęły powstawać niewielkie tajne grupy ludzi, którzy postanowili się sprzeciwić przekłamywaniu rzeczywistości i walczyć z wszechobecnymi trollami.
czubaszek
Zamiast wrzucać do internetu zdjęcia miłych kotków, można zrobić coś pożytecznego i przyczynić się do usunięcia paskudnych, nienawistnych stron z Facebooka. Sprzeciwić się nienawiści i robić to skromnie bez rozgłosu, choć skutecznie.
podszywanie1
Po odnalezieniu trolla, hejtera, który z reguły jest pełnym nienawiści rasistą i antysemitą, należy poddać o edukacji tak, aby likwidacja konta nauczyła go, że nienawiść nie jest dobrą rzeczą.
fake
Czasem zdarza się, że edukatorzy trafiają na farmy trolli, czyli kont, które są zakładane wyłącznie do komentowania na stronach gazet. Gazety z reguły usuwają spam i hejt płynący z anonimowych kont, ale trudniej jest im wychwycić komentarze napisane z kont facebookowych. Gdy prześledzi się aktywność takich trolli i małe zróżnicowanie ich komentarzy, powtarzające się argumenty lub nawet zdania, to widać, że Prawo i Sprawiedliwość nadal nie żałuje pieniędzy na propagandę internetową. A kto za to płaci? Pan płaci i pani płaci, i tamten pan też płaci…
Zatem przeglądając social media, czytając komentarze, nie bądź obojętny, niech ci się nie wydaje, że ciebie to nie dotyczy. Poświęć choć parę minut dziennie i dołącz do Anonimowych Edukatorów.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.5/10 (13 votes cast)

Nieusuwalna sprzeczność religii

O absurdach religii nie dyskutuje się zbyt często, ostatnio jednak na fali strachu przed uchodźcami, z których większość jest wyznawcami islamu, pojawia się sporo rozmaitych informacji, których głównym zadaniem jest wzbudzenie lęku i obrzydzenia w stosunku do tej właśnie religii. Absurdy religijne, które różnią wyznawców Allaha od chrześcijan, są doskonałą pożywką dla uprzedzeń i ksenofobii, co nie znaczy, że są przez to mniej absurdalne. Nie znaczy to też, że dominująca w naszym kraju religia takich absurdów nie zawiera.
Podstawowym problemem każdej religii jest to, że nawet najmłodsza z nich, czyli islam, liczy sobie 1400 lat i jej nakazy oraz zakazy powstawały w całkowicie innych warunkach egzystencji.
Zauważmy, że w dwóch religiach, które są wrogie wobec siebie, a ich wyznawcy walczą ze sobą od kilkudziesięciu lat z przyczyn całkowicie pozareligijnych, istnieją identyczne lub podobne wymagania wobec wiernych. Islam i judaizm wymagają obrzezania. Obydwie religie powstały w gorącym klimacie, na pustyni, gdzie woda jest towarem deficytowym. Higiena w takich warunkach nie jest łatwa, a w warunkach braku higieny męski napletek jest miejscem sprzyjającym wszelkim chorobom, nie tylko tym, które dziś się nam kojarzą jako typowo weneryczne. Mężczyzna te choroby mógł bardzo łatwo przekazać kobiecie. Zatem zabieg obrzezania miał niejako higieniczne uzasadnienie. Z tego samego powodu miesiączkowanie kobiet obłożono tabu, aby do niewątpliwego zagrożenia zdrowia kobiet nie dokładać jeszcze zagrożenia wymuszonym obcowaniem seksualnym. Kobieta podczas miesiączki była nieczysta, a więc mężczyzna nie miał prawa się do niej zbliżyć, ponieważ popełniał grzech.
Mahometanie i wyznawcy judaizmu nie jedzą wieprzowiny. To również nakaz religijny, który nam wydaje się przynajmniej dziwny. Chrześcijaństwo rozwijające się głównie na terenie Europy w umiarkowanym klimacie, nie potrzebowało tego zakazu, ale w gorącym klimacie bardzo często ludzie spożywali mięso suszone zamiast gotowanego lub pieczonego. Świnie zaś są najczęściej nosicielami rozmaitych pasożytów, które zagrażają człowiekowi w sposób bardzo poważny. Nasi przodkowie w umiarkowanym lub zimnym klimacie europejskim nie jedli żadnego prawie mięsa na surowo. A już na pewno nie nigdy nie jedli surowej wieprzowiny. W gorącym klimacie Azji mniejszej wszystkie żyjące tam ludy, zaczynając od starożytnych Egipcjan, praktykowały obrzezanie, uważały kobiety za nieczyste podczas miesiączki i nie jadły wieprzowiny, choć była ona znana. Zauważmy też, że surowe zasady przygotowywania żywności koszernej wśród wyznawców judaizmu i tzw. halal wśród wyznawców islamu są praktycznie identyczne.
Jednym z najbardziej kuriozalnych dla Europejczyka elementów islamu jest prawo mężczyzny do czterokrotnego zawierania małżeństwa. Po pierwsze, skoro mahometanin może mieć cztery żony, to dlaczego nie dziesięć. Po drugie – jest to nie do pogodzenia z obowiązującą w świeckiej Europie równością płci. Jednak wystarczy poczytać Biblię, by zrozumieć, że wielożeństwo to nie jest coś wyjątkowego w islamie. Biblia nakazuje mężczyźnie poślubić żonę brata, który stracił życie i nic przy tym nie wspomina o tym, że musi to być pierwsza żona żyjącego brata.
Wielożeństwo istniało w wielu kulturach dawnych, ponieważ koczowniczy tryb życia oraz ciągłe wojny między plemionami powodowały ciągły deficyt mężczyzn. Dziś nie maa już racjonalnego uzasadnienia dla wielożeństwa w świecie współczesnym, a mimo to upierają się przy nim wyznawcy islamu, ale nie tylko. Wielożeństwo jest także częścią wyznania mormońskiego.
Jeśli komuś się wydaje, że w chrześcijaństwie nie ma nakazów pozornie tylko religijnych, niech spojrzy na kwestię postów. Europa średniowieczna miała problemy żywieniowe, które nie wynikały z braku żywności, ale z pewnej jednostronności. Zamożniejsza część mieszkańców żywiła się głownie mięsem. Hodowle bydła, świń i drobiu rozwijały się bardzo dynamicznie, ale cykl czterech pór roku powodował dużą sezonowość dostępności warzyw i owoców, a w przeciwieństwie do cieplejszych regionów, plony zbóż zbierane były tylko raz do roku. Dieta prawie wyłącznie mięsna nie była korzystna, szczególnie jeśli się weźmie pod uwagę, że najczęściej było to mięso ciężkostrawne, pieczone i obficie polewane tłuszczem. To właśnie w średniowieczu pojawiły się obowiązkowe posty w piątki, długotrwałe posty przed najważniejszymi świętami religijnymi i kara postu zadawana chętnie jako pokuta za grzechy.
Podstawowym problemem nie są jednak zakazy i nakazy, ale fakt, iż żadna religia nie przyzna, że nie mają one żadnego logicznego sensu, a na dodatek nie są one w żaden sposób związane z wiarą. Gdyby dziś islam uznał, że nie ma podstaw do zezwalania mężczyznom na cztery żony, a ortodoksyjny judaizm zniósłby zakaz podróżowania w szabas lub chrześcijaństwo uznałoby, że nakaz poszczenia w piątek tak naprawdę nie ma sensu religijnego, to z punktu widzenia religii byłyby to niebezpieczne precedensy. I to właśnie jest ta nieusuwalna sprzeczność obecna w każdej religii. Nie zostaną zniesione nawet najbardziej bezsensowne dziś nakazy religijne, których sens przestał istnieć nawet i tysiąc lat temu, bo byłby to niebezpieczny precedens prowokujący wyznawców do zastanawiania się nad potrzebą przestrzegania pozostałych tabu, aż wreszcie do podważania sensu religii jako takiej.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.5/10 (12 votes cast)

Takie będą Rzeczypospolite…

…jakie ich młodzieży chowanie – napisał Jan Zamojski w akcie fundacyjnym Akademii Zamojskiej, a słowa te spopularyzował później Stanisław Staszic, mylnie często brany za ich autora. Proste i logiczne zdanie, z którego sensem nikt nie polemizuje i każdy się zgadza.
Gdy w okresie Oświecenia, które w Polsce było dramatyczną i rozpaczliwą próbą ratowania państwa, nasi przodkowie chcieli podnieść na wyższy poziom obywatelską świadomość Polaków, zaczęli od edukacji. Rozum słusznie im podpowiadał, że to jest najważniejszy aspekt budowania państwa. Choć dokonania polskiej elity politycznej z tamtych lat zostały rozbite w proch przez otaczające Polskę potęgi i – co ważne – przez prymitywnych, głupio egoistycznych rodaków, to idee dobrej edukacji pozostały ważnym polskim dorobkiem z czasów Oświecenia.
Bolesna lekcja historii, ponad sto dwadzieścia lat niewoli nauczyło Polaków, że dobra edukacja jest podstawą budowania społeczeństwa obywatelskiego zdolnego nie tylko do walki o niepodległość, ale też budowania państwa. Gdy po Pierwszej Wojnie Światowej Polska odzyskała niepodległość, mieliśmy elity zdolne do zbudowania państwa praktycznie od zera. Nie mam tu na myśli ani elity z racji urodzenia, ani też stanu posiadania, Polskę zbudowała ówczesna elita umysłowa. Ludzie dobrze wykształceni, którzy często wiedzę zdobywali za cenę wyrzeczeń, biedy i cierpienia. Nie przez przypadek też w wielu polskich szkołach pojawiała się łacińska sentencja: Per aspera ad astra. Przez ciernie do gwiazd.
Nie zdobywa się gwiazd odpoczywając. Wiedza i umiejętności to coś, co wymaga wysiłku, pokonywania własnego lenistwa i słabości. Wychowanie to długi proces, w którym ważną rolę odgrywają mądrze wyznaczane młodemu człowiekowi cele, a także nakazy i zakazy, ponieważ w ludzkiej naturze naturalne jest nagradzanie się lenistwem, zamiast zmuszania się do wysiłku. Proces edukacji i wychowania – z natury długotrwały – musi doprowadzić do zastąpienia jednostkowego egoizmu postawami prospołecznymi, bowiem one są korzystne dla jednostki w aspekcie długofalowym. Jednocześnie należy dążyć do kształtowania ambicji i motywacji, które pozwolą jednostce osiągnąć sukces na miarę swoich możliwości i oczekiwań, które edukowany człowiek sam sobie zbuduje.
Recepta wydaje się bardzo prosta. Da się ją wyrazić w kilku zdaniach. Jednak realizacja dobrych idei edukacyjnych nie jest prosta. Choć z drugiej strony udawała się nawet w okresie zaborów, udawała się w okresie dwudziestolecia międzywojennego. W pewnym zakresie nawet w czasach PRL dało się realizować dobre wzorce edukacji. Co się zatem stało dzisiaj? Dlaczego polska edukacja stacza się po równi pochyłej prosto w przepaść?
Alarmujące wieści o tym, że w szkolnictwie źle się dzieje, pojawiały się nie od dzisiaj.
 

Jak postępować z uczniami?

Jak postępować z uczniami?


Alarmujące informacje podały media stosunkowo niedawno. Precedens, którego w polskiej szkole jeszcze nie było. Uczniowie spotkają się z nauczycielką nie w klasie szkolnej, ale w sądzie. Mamy więc społeczny szok, niedowierzanie i głównie oburzenie części dorosłych, ze o to nauczycielka, której misją winno być działanie dla dobra młodzieży, chce im zniszczyć życie już na starcie – wyrokiem sądowym. Wkrótce pojawiają się jednak dalsze informacje, wstydliwie wydobywane ze środowiska.
 
Jeszcze przed wyrokiem

Jeszcze przed wyrokiem


Okazuje się, że młodzi gimnazjaliści nie mają ani krzty wstydu z powodu zaistniałej sytuacji, są ordynarni, dumni ze swych aspołecznych postaw i za całe zło winią nauczycieli. A sprawa jest poważna, bowiem zdesperowana nauczycielka zwróciła się o pomoc prawa, ponieważ uczniowie uniemożliwili jej wykonywania pracy. Nie miała żadnych innych możliwości, ponieważ szkoła i nauczyciele zostali przez obecnie funkcjonujące przepisy całkowicie ubezwłasnowolnieni.
Należy zadać sobie poważne pytanie. Czy dzisiaj dzieci i młodzież są głupsze i gorsze niż dawniej? Przypuszczam, że nie, ale z całą pewnością mają głupszych – niż poprzednie pokolenia – rodziców.
Hasłami o szkole lekkiej, łatwej i przyjemnej, o szkole bez stresu doprowadziliśmy do sytuacji, w której nad młodym pokoleniem przestajemy panować. A tym czasem nie może być szkoły bez stresu i wysiłku. Nie zdobywa się gwiazd bez wyrzeczeń. Nie zdobywa się szczytów bez wysiłku. Bezstresowo to można najwyżej taplać się w kałuży.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.9/10 (7 votes cast)

On nigdy nie dorośnie

Mężczyźni to duże dzieci. Wszyscy to wiedzą lub raczej wszystkie kobiety to wiedzą. Mężczyźni mają swoje zabawki, a spektrum jest bardzo szerokie – od cycków po kolejki elektryczne. A może odwrotnie. Tak czy inaczej – wiadomo, że mężczyźni mają swoje rozliczne hobby, którym zwykle oddają się chętniej niż wszelkim obowiązkom. Mężczyźni są bałaganiarzami, brudne skarpetki zostawiają na środku pokoju, klapy w sedesie nie opuszczają i bez przerwy trzeba po nich sprzątać. Jeśli kiedyś dojdzie do morderstwa z powodu pozostawionych na podłodze używanych skarpetek, to sprawczyni tego czynu powinna nie tylko zostać uniewinniona, ale wręcz ogłoszona świętą.
W znanej reklamie młoda kobieta budzi się i schodzi po schodach mijając po drodze rozrzucone ubrania. Głośno myśli: On nigdy nie dorośnie, potrzebuje pokojówki na pełen etat. Po schodach toczy się piłka, czyli nasz bohater lubi pograć w „nogę”. Dalej dziewczyna podnosi z podłogi samochodzik – model luksusowego Porsche – i wyglądając przez okno, widzi taki sam prawdziwy stojący pod domem. W pokoju widać gitarę i znów słyszymy jej głos: Ciągle marzy o karierze rockmena. Wreszcie w kadrze pojawia się mężczyzna, który w kuchni nucąc pod nosem przygotowuje kawę. Kobieta podbiega do niego, a widzowie znów słyszą jej głośne myśli: Jest cudowny, kocham go.
 

 
Wyobraźmy sobie jednak, że ten dom to tylko wynajmowane M3 w postpeerelowskim bloku, a pod domem nie stoi Porsche tylko piętnastoletni volkswagen, tylko kawa Jacobs pozostałaby ta sama. Jak wówczas brzmiałyby słowa wypowiadane przez budzącą się kobietę?
Do jasnej cholery, od samego rana muszę sprzątać twoje rozrzucone łachy! Czy ty nigdy nie zrobisz niczego porządnie? Nawet zaparzając kawę, tylko nabrudzisz w kuchni! Zabrałbyś się lepiej porządnie za pracę, zamiast wydawać pieniądze na debilne samochodziki. W ogóle nie wiem, za jakie grzechy wciąż się z tobą męczę! I zabieraj te łapska z mojego tyłka.
Puentą tej zmyślonej sytuacji niech będzie opinia, którą gdzieś wyczytałem dawno temu: Problem w komunikacji między kobietą, a mężczyzną nie leży w tym, że źle to robią, ale że w ogóle próbują.
Jednak nie to jest zasadniczym tematem moich rozważań dzisiaj. Chociaż temat aż prosi się o jakieś dobrą socjologiczną analizę.
Nie lubię stereotypów, a ta reklama aż od nich kipi. Po pierwsze zakłada, że tylko mężczyźni mają hobby, któremu poświęcą czas nawet kosztem innych zajęć. Ludzie z reguły wolą przyjemności niż obowiązki, więc czasami te ostatnie potrafią zaniedbywać. Kobiety także mogą mieć swoje zainteresowania i nie musi to być wyłącznie fryzjer, malowanie paznokci i zakupy. Znam kobiety mające ciekawe i szerokie zainteresowania, a jeśli nie jest ich dużo, to raczej z powodu wychowania i wdrukowanych społecznie wzorców zachowań, a nie z powodu jakiejś specyficznej różnicy obu płci.
Po drugie reklama pokazuje nam świat zamożnych ludzi bez szczególnych zmartwień a określony gatunek kawy ma być synonimem tego luksusu. Jest to kompletna bzdura, bo trudno moim zdaniem znaleźć gorszą kawę. Szukajmy swojej odrobiny luksusu tam, gdzie ona jest, a nie tam, gdzie każe nam reklama.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Hrabia w składzie porcelany

Niemodne dziś określenie savoir vivre częściej jest zastępowane niemieckim kindersztuba. Niekiedy mówi się, że komuś brakuje kindersztuby, często błędnie interpretując zestaw cech, które powinny temu określeniu odpowiadać.
Savoir vivre bowiem przez wiele minionych lat był nie tylko lekceważony, ale klasowo wrogi. W PRL – szczególnie w pierwszym okresie, a potem także w tzw. epoce Gomułki – uważano zasady savoir vivre za przestarzałe, sztuczne i wywodzące się ze znienawidzonych przez komunistów warstw burżuazji i szlachty. Komuniści to byli prostacy, którym przysłowiowa słoma z butów wystawała. Nic dziwnego, że zwalczali takie fanaberie, jak jedzenie ryb dwoma widelcami, a już zupełnie nie potrafili zrozumieć zasady dopuszczającej jedzenie ryby palcami, ale w żadnym wypadku nożem.
Dziś w dobrej restauracji kelner bez rumieńca wstydu poda nam nóż do ryby, a zamiast odpowiedniego wina zaproponuje nam coś, przy czym piwo stanie się lepszym wyborem. Język układania sztućców dla kelnera jest dziś kompletnie niezrozumiały i nie zmieni tego fakt, że w restauracji zapłacimy 300 złotych za obiad na dwie osoby. Z tego powodu do dobrych restauracji w Polsce nie chodzę. Czuję się oszukany w takim lokalu i mam wrażenie, że po prostu znalazłem się na tyłach MacDonalda. Jakiś czas temu w całkiem popularnej gdańskiej restauracji położono mi widelec z prawej strony talerza. Aluzji, że wrócimy niedługo do czasów filmów Barei, gdy aluminiowe miski przykręcano śrubą do stołu, pan kelner nie zrozumiał.
Nie wiem kiedy i jak nauczyłem się, że całując kobietę w rękę należy to zrobić symbolicznie, a nie ślinić się. Należy to zrobić z gołą głową, a nie w czapce, berecie lub kapeluszu. Wreszcie nie należy podnosić kobiecej ręki do swych ust, a przeciwnie – pochylić się.
Nie mam pojęcia skąd, ale wiem, że kłaniając się uchylamy kapelusza lub czapki, jeśli to sztywna czapka z daszkiem, ale nie zdejmujemy czapki wełnianej, miękkiej.
Gdy przyjmujemy gości, to czekamy, aż spoczną na krzesłach lub fotelach goście. Jeśli gospodarz jest mężczyzną, to bezwzględnie czeka, aż usiądą kobiety, podobnie zresztą powinni się zachować inni panowie. Pamiętać też należy o wielu innych burżuazyjnych przesądach, na przykład o tym, że to kobieta podaje pierwsza rękę i jeśli jej nie poda to mężczyźnie nie wypada wyciągać swojej. Można wymieniać te zasady i opisywać, ale nie to jest moim celem.
Tytuł hrabiowski w Polsce ma raczej niewielką wagę. Przyznawali go władcy obcych – głównie zaborczych – krajów. W dawnej Polsce szlachcic mógł mieć tytuł książęcy, jeśli należał do arystokracji. I to wszystko. W przeciwnym razie był po prostu szlachetnie urodzonym i lub szlachectwo mógł zdobyć w boju.
Hrabia to nie jest w polskiej tradycji tytuł wiele ważący, ale jeśli już się przyznaje ktoś do szlacheckich korzeni, to noblesse oblige. Szczególnie, gdy zostaje się prezydentem. A tak, to teraz nam wstyd, za takie faux pas Panie Prezydencie.
A mi szczególnie wstyd, bo jak się córka pytała, dlaczego w końcu ma na tego Komorowskiego głosować, to powiedziałem, że może ma staroświeckie obciachowe wąsy i lubi polować, ale pochodzi z rodziny z tradycjami i nam wstydu za granicą nie przyniesie. No i masz babo placek.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)

Rodzice i dzieci

Mój ojciec nie bardzo sobie radził z małymi dziećmi. Kontakt ze mną nawiązał dopiero, gdy wykiełkowały mi już jakieś szare komórki. Zawdzięczam mu niewątpliwie sporo w zakresie swojego rozwoju intelektualnego, choćby dlatego, że zawsze dbał o to, by w zasięgu mojej ręki znalazły się odpowiednie książki, po które mogę zechcieć sięgnąć. Jednak to mamie i jej ogromnej cierpliwości w tłumaczeniu każdego: dlaczego? a czemu? i podsycaniu ciekawości zawdzięczam to, że jako pięcioletni brzdąc nauczyłem się czytać. Relacje z ojcem budowaliśmy później przez wiele lat dorosłego życia. Nie było to wcale proste.
Gdy sam zostałem ojcem, starałem się nie powtórzyć tych błędów. Powoli i nieustannie uczyłem się tej sztuki, jak być zawsze blisko i jednocześnie dostatecznie daleko, by nie przytłaczać autorytetem, nadmiernym ułatwianiem i nie ubezwłasnowolniać. Czy mi się to udało?
Wszystkie te rozterki i obawy ponownie stały się żywe wczoraj, gdy rozmawiałem z córką o jej egzotycznej podróży. Trudno mi było nie mówić o swoich obawach i rozterkach, choć powstrzymałem się i ograniczyłem do kilku uniwersalnych dobrych rad.

Na molo w Sopocie

Na molo w Sopocie


Ten niewidzialny łańcuch, który każe rodzicom wpływać na życie ich dzieci, a życie dzieci uzależnia od decyzji rodziców, należy przeciąć w odpowiednim momencie. Rodzice, którzy sami – w ten czy inny sposób – mają ustabilizowane życie, wyrażają naturalną tęsknotę do minimalizmu. Zawsze będą skłonni swojemu dziecku powiedzieć – wybierz bezpieczniejszą drogę, mniej osiągniesz, ale też unikniesz rozczarowania. Tylko to nieprawda. Rozczarowaniem będzie kiedyś każda zmarnowana okazja, każdy zbyt mały krok. Czasem przyjdzie nam pogłaskać i przytulić nasze duże małe dziecko, gdy wróci jak zbity pies po jakiejś klęsce. I to wystarczy. Nie używajmy nieśmiertelnego – a nie mówiłem. Po prostu myśmy już swój potencjał błędów wyczerpali, jedni lepiej inni gorzej. Teraz pozwólmy młodym, niech robią swoje własne. A może się im uda i dotkną gwiazd? Tylko niech to będą ich własne gwiazdy, a nie te, które kiedyś wymarzyli sobie rodzice.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Emancypantka czy feministka

Feminizm i emancypacja kobiet to nie jest zagadnienie, które w jakiś szczególny sposób spędzałoby mi sen z powiek. Tym bardziej, że za ostatni tekst na ten temat, zebrałem cięgi zarówno od kilku znajomych płci męskiej – z jednej strony, zaś od własnego dziecka z drugiej. Jednak zaobserwowana ostatnio dyskusja na Faceboku wśród znajomych i znajomych znajomych spowodowała, że ponownie zacząłem na ten temat myśleć. Problem nie zniknie od tego, że ja nie będę się nim zajmował.
Na co dzień postawy wobec kwestii praw kobiet są przyczajone. Ujawniają się znacznie częściej dopiero w sytuacjach takich, jak obecnie – gdy zbliżają się wybory i ktoś tę sprawę uparcie wyciąga.
Prawicowy publicysta Rafał Ziemkiewicz – na marginesie niezły pisarz SF – napisał: Chrońmy kobiety przed polityką. Kobiety nie poprawiają polityki. Wręcz przeciwnie: polityka psuje kobiety. Wchodząc w to środowisko, stają się bardziej od mężczyzn brutalne, perfidne i fałszywe.
Ciekawe co by było gdyby jakaś znana publicystka napisała: Chrońmy mężczyzn, dobrze zapowiadających się literatów, przed publicystyką polityczną. Gdy stają się politycznymi komentatorami, głupieją, ich myśli stają się prymitywne i trywialne, a do literatury już nigdy nie wrócą.
Ponieważ nazywamy wszystko od chwili, gdy zaczynamy mówić, więc sposób nazywania świata i zjawisk jednoznacznie charakteryzuje nasz stosunek do tego świata. Określenie chrońmy kobiety przed… jest w swej istocie tak mizoginiczne, że aż śmieszne. Chronić przed czymś należy zwykle dzieci, bo są jeszcze niedojrzałe i niedoświadczone, więc póki nie dorosną chronimy je. Jednak kobiety są już dorosłe i samodzielne, więc jeśli mamy je chronić, to dlatego że pod jakimś względem są gorsze, głupsze i niesamodzielne. Angażując się w jakieś sfery życia zrobią sobie krzywdę, więc my mężczyźni musimy je chronić przed ich własną nieodpowiedzialnością. Od takiej postawy już tylko krok do stwierdzenia chrońmy kobiety przed edukacją, bo zrobią się przemądrzałe i nie będą tak posłuszne. Chrońmy je przed dostępem do własnego konta bankowego, lepiej gdy mąż wydzieli im pieniądze, bo przecież one nie mają rozsądku.
A co się będziemy ograniczać! Ubierzmy nasze kobiety w hijab i nikab, żeby się obcy faceci na nie nie gapili. Zamknijmy je w domu, żeby nie miały okazji zdradzić swojego mężczyzny.
Mam czasem wrażenie, że taka męska postawa jest wyrazem lęku przed dominacją, którą niektórzy wynieśli z domu i tradycji rodzinnej. Takim modelowym przykładem jest słynna pani Dulska i jej rodzina z komedii Zapolskiej. Poruszyłem ten problem kiedyś pisząc o stereotypie Matki Polki. A skoro jest lęk, to znaczy jest niepewność. Chrońmy kobiety tak naprawdę znaczy trzymajmy kobiety z daleka od naszych zabawek, bo przyjdą i tu także okażą się lepsze. W gruncie rzeczy jest to postawa frustrata i impotenta, który tylko dzięki utrzymaniu władzy i zależności potrafi realizować swoje seksualne spełnienie.
Niestety współczesne kobiety dość chętnie wpisują się w ten stereotyp, tak jakby wygodniejsze dla nich było rządzenie mężczyzną przez domowo-łóżkową manipulację niż istnienie we wspólnym świecie na równych prawach. Tu także kluczowe są słowa. Pozytywnie przyjmuje się określenie emancypantka, negatywnie feministka. Niedostatek wiedzy lingwistycznej uspokajająco zakłamuje rzeczywistość, bo obydwa słowa odnoszą się do tego samego zjawiska. Tyle że różni je cała epoka. Naprawdę sedno relacji miedzy kobietami zawiera się w angielskiej szkolnej anegdotce. Profesor napisał na tablicy: A woman without her man is nothing i polecił uczniom wstawić znaki przestankowe. Chłopcy napisali: A woman, without her man, is nothing. Dziewczęta zaś napisały: A woman – without her, man is nothing. Paradoksalnie obydwie strony miały rację patrząc z punktu widzenia socjologicznego. Psychologicznie żadna ze stron nie miała racji, bo takie myślenie jest przejawem niedojrzałości. Osoba niedojrzała, w związku zachowuje się w myśl zasady: kocham cię, bo cię potrzebuję. Człowiek dojrzały myśli: potrzebuję cię, bo cię kocham.
Dziwię się konserwatystom, którzy chcieliby wzorem dziewiętnastowiecznych przodków, zamknąć kobietę w obrębie spraw wyłącznie domowych. Po pierwsze dziś tak się już nie da. Po drugie obserwując scenę polityczną, widzę, że kobiety zachowują znacznie więcej rozsądku (choć sprawiedliwie dodam, nie wszystkie). Po trzecie, nie rozumiem jak kogoś może podniecać i fascynować bezbarwna i głupia kura domowa.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 6.0/10 (2 votes cast)

Nie dla idiotów

To oczywiście tylko marzenie. Jednak gdybym mógł, ograniczyłbym czynne i bierne prawo wyborcze przy pomocy kryterium intelektualnego. Spośród elitarnego grona wyborców eliminowałaby osobnika wiara że:

  • na samolot lecący do Smoleńska dokonano zamachu i inne spiskowe teorie dziejów;
  • Unia Europejska jest organizacją zmierzająca do zniszczenia Polski;
  • Polska ma światową misję wynikającą z faktu, że jest mesjaszem narodów;
  • telewizor za dwa tysiące można kupić za pięćset złotych i nie ma w tym nic dziwnego, ani podejrzanego;
  • Janusz Korwin Mikke jest konserwatywnym liberałem.

A teraz serio. Niedługo będziemy wybierać prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Zgłosiło się wielu kandydatów, co jest zresztą zaskakujące, zważywszy na wyjątkowo krótkie terminy. Niektórzy z kandydatów to w sposób oczywisty plankton polityczny, który nie ma żadnego znaczenia. Jeśli zdobyli sto tysięcy podpisów, to wyczerpali tym całą pulę swoich zwolenników. Nie dzieje się tak dlatego, że działają jakieś spiski eliminujące kandydatów, oni sami eliminują się swoimi poglądami. Pozwolę sobie na uszczegółowienie.

  • Bogusław Ziętek – kandydat Polskiej Partii Pracy. Partia ta opowiada się za „bezpłatną edukacją i służbą zdrowia, państwem opiekuńczym, zniesieniem poboru i wprowadzeniem armii zawodowej, 35-godzinnym tygodniem pracy i płacą minimalną na poziomie 68% średniej krajowej”. Armie zawodowa już mamy, więc ten postulat zostawmy. Jeśli zredukujemy czas pracy i wprowadzimy obowiązkową pensję minimalną na proponowanym poziomie oraz jeszcze zwiększymy opiekuńczość państwa, to kto za to zapłaci? Krasnoludki?
  • Kornel Morawiecki – znana postać polskiego ruchu opozycyjnego. Wsławił się działalnością w okresie stanu wojennego w ramach Solidarności Walczącej. Wspiera go Konfederacja Polski Niepodległej – Obóz Patriotyczny.Obecnie nie jest to nawet zarejestrowana partia polityczna, a programu kandydata, ani popierającego go ugrupowania znaleźć nie można. Są tylko slogany o tym, że teraz rządzi polityczny układ i parę bzdur o patriotyzmie i zdrajcach narodu. Wskazana pomoc lekarza specjalisty.
  • Andrzej Lepper – kandydat Samoobrony. Wolne żarty. Ta partia i ten pan już pokazali wszystko, na co ich stać, więc dziś jakiekolwiek omawianie tej kandydatury może tylko sprowokować złośliwy chichot historii.
  • Marek Jurek – Prawica Rzeczypospolitej. Dawny członek PiS i fundamentalistyczny katolik. Odszedł z Prawa i Sprawiedliwości, ponieważ partia ta była dla niego za mało konserwatywna i katolicka. Omawianie programu jego partii jest o tyle bezcelowe, że założenia Kościoła zna prawie każdy. Argumentem przeciw kandydatowi jest to, że są w Polsce ludzie niewierzący i wyznający inne religie. Idee tego kandydata pozbawiałyby ich podstawowych praw.
  • Waldemar Pawlak – Polskie Stronnictwo Ludowe. To poważny kandydat, ale zmarginalizowana partia. Zarówno partia, jak i kandydat nie ma dziś bardzo dużego poparcia społecznego. Ponieważ zdecydowanie i jednoznacznie w ostatnich latach bronili tylko interesów jednej grupy społecznej, to oczywiste jest, że tylko ta grupa społeczna będzie udzielać kandydatowi poparcia. A i to zapewne nie w całości.
  • Janusz Korwin Mikke – kandydat partii Wolność i Praworządność. Kandydat stanowi swoisty ewenement, ponieważ we wszelkich internetowych sondażach otrzymuje poparcie w granicach 10%, a podczas prawdziwych głosowań nie wychodzi poza granice błędu statystycznego. Wszystko stanie się jasne, gdy poczytamy jego stronę internetową i obejrzymy fragmenty jego wystąpień na Youtube. Młodzi ludzie po prostu uważają, ze to jest zabawne, jednak już podczas prawdziwego głosowania stają się bardziej poważni. Jakie poglądy prezentuje kandydat oraz jego partia, a także popierająca go Unia Polityki Realnej? Przede wszystkim wymienię prawo do posiadania broni. Nie jest to może najważniejszy postulat, ale mający ważne konsekwencje dla nas, gdyby został wprowadzony. Inne państwa europejskie wprowadziłyby nam natychmiastową kontrolę graniczną. Zamiast Keine Grenzen zaśpiewalibyśmy Alles Grenzen. Kolejny pomysł tej partii to przywrócenie kary śmierci. Jeśli dodamy do tego wyraźnie ciągotki monarchistyczne, to zaczniemy się zastawiać, czy nie cofnęlibyśmy się w wiek XIX. Nie jest to wcale moja złośliwość, bo na stronie partii znajdziemy teksty udowadniające, że monarchia dziedziczna jest najlepszym sposobem sprawowania władzy (mniejszość rządzi większością). Choć nie znajdziemy tego sformułowania wprost, to analizując program partii i wypowiedzi lidera, musimy zdać sobie sprawę, że wprowadzenie tego programu oznacza wystąpienie z Unii Europejskiej. W praktyce musielibyśmy oddać miliony wydane na drogi, na infrastrukturę i rozwój zasobów ludzkich. Wrócilibyśmy do słupków na granicach i kompletnej izolacji Polski z zachodu i ze wschodu. To pomysł niebezpiecznie idiotyczny. Jeśli dodamy do tego wypowiedzi kandydata o homosiach, pedziach i pedałach oraz opinie o roli kobiet w życiu społecznym (coś w rodzaju niemieckiego Kinder, Küche, Kirche), to wyłania się nam obraz nie konserwatywnego liberała, ale stetryczałego homofoba ogarniętego niechęcią do kobiet.
  • Andrzej Olechowski – popierany przez Stronnictwo Demokratyczne. tak naprawdę to ni pies, ni wydra. W czasach PRL radził sobie świetnie i do opozycji żadnej nie należał. W obradach Okrągłego Stołu brał udział po stronie rządowej. Po upadku PRL stopniowo przesuwał się na prawo, aby w końcu stać się jednym z założycieli Platformy Obywatelskiej. W PO jego rola nie była jasno określona i w końcu, po długim okresie bezczynności, z partii wystąpił. W swoich wystąpieniach w charakterze kandydata mówi o spokoju i umiarze oraz łączeniu poglądów. Jego wypowiedzi są na tyle bezbarwne i ogólnikowe, że faktycznie trudno z nim polemizować. Kandydat równie dobrze dla wszystkich, jak i dla nikogo. Szkoda głosu.
  • Grzegorz Napieralski – kandydat Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Należy podkreślić, że nie jest to kandydat lewicy, a jedynie jednej partii. W Polsce potrzebna jest partia lewicowa, ale Napieralski wybrany przewodniczącym głosami prowincjonalnych dołów partyjnych w imię resentymentów z czasów PZPR, takiej nowoczesnej partii nie stworzy. Zajęty jest wyłącznie własnym wizerunkiem i doprowadził do marginalizacji SLD. Gesty wykonywane wobec spoglądających w przeszłość dawnych członków PZPR nie pomogą, tego elektoratu już niedługo nie będzie z przyczyn biologicznych. Przykre, ale szkoda zmarnować głos.

Żadne zaklinanie rzeczywistości nie pomoże. Mamy tylko dwóch prawdziwych kandydatów. Nie są to pierwsze wybory z taką polaryzacją, ale jeśli Polacy okażą się mądrzy, to mogą być ostatnie. Mamy z jednej strony ideologię IV RP, paranoiczną wręcz obsesję służbami specjalnymi i rozliczaniem prawdziwych i urojonych grzechów przeszłości. A z drugiej strony pragmatyczną i dość sensowną wizję zwyczajnego państwa. Z jednej strony Jarosław Kaczyński z obowiązkiem kontynuacji świętej misji brata i innych patriotów, którzy zginęli śmiercią męczeńską. Z drugiej strony zwyczajny Bronisław Komorowski – może i bez charyzmy, ale porządny, sumienny, pragmatyczny i kompromisowy.
Dla mnie omamy jagiellońskiej potęgi są dziś wyłącznie historią, nie zależy mi na Polsce silnej, której inni by się bali, zależy mi na Polsce, która jest zamożna i dobrze wkomponowana w nowy europejski i światowy ład. A przede wszystkim spokojna, bo dość już mam oglądania bez przerwy audycji politycznych. I jeszcze raz spokojna, bo chcę pisać na blogu o wielu innych fajnych sprawach.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)