Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej

Powoli, ale nieubłaganie partia prezesa Kaczyńskiego szykuje się do złożenia w ręce prezesa władzy absolutnej. Przed nami są wybory samorządowe, będziemy też jednocześnie wybierać posłów do europarlamentu i to jest dla Kaczyńskiego poligon. Za rok okaże się, czy dotychczasowe zmiany będą wystarczające, by pozbyć się opozycji w wyborach parlamentarnych za dwa lata. Wszystkie działania partii rządzącej mają ten jeden i nadrzędny cel. A oto jak zdobywa się rząd dusz w Polsce.

Chłop żywemu nie przepuści

Mieszczuch może nie wiedzieć, ale trzeba sobie to uświadomić, o ile chcemy zrozumieć kulisy następnego sukcesu wyborczego PiS, chłop polski Unię Europejską traktuje jak krowę. Najważniejsze jest jej wydojenie, a jak się już nie da wydoić, to bez żalu odda ją do rzeźni. Wszelkiego rodzaju ekologów traktuje zaś jak dopust boży i najchętniej poczęstowałby ich widłami. Nikt mu bowiem nie będzie mówił, że nie wolno wypalać łąk i pól, bo tak robił jego ojciec, dziad i pradziad. A ksiądz proboszcz na mszy mówił, że w Biblii stoi „czyńcie sobie Ziemię poddaną”. Więc czyni, a jeśli ma akurat ochotę psa albo babę kijem zatłuc, to nic nikomu do tego. Jego baba i jego pies. Dlatego właśnie minister Szyszko dążąc do wyrżnięcia Puszczy Białowieskiej kazał się swoim podwładnym oprzeć o motywację religijną. Ekolodzy to są sataniści i lewacy, którzy chcą przeszkodzić ludziom wsi w sprawiedliwym korzystaniu z dóbr przyrody, którą dał nam przecież Bóg. Co nas obchodzi jakieś tam międzynarodowe lewactwo z UNESCO. Szyszko grzmi głośno,że w 2014 r. łamiąc prawo, bezprawnie wpisano Puszczę Białowieską na listę światowego dziedzictwa przyrodniczego i grozi doniesieniem do prokuratury, a Polska zaściankowa głośno klaszcze, bo co nam jacyś obcy będą dyktować, jak my mamy żyć. Ogromna rzesza chłopów z dziewiętnastowieczną mentalnością, pracowników leśnictwa, którzy są państwem w państwie, oddadzą głos na PiS, jeśli ten zapewni ich, że bez skrępowania dalej będą mogli prowadzić wyniszczającą środowisko rabunkową gospodarkę leśną i rolną.

Komuno wróć

Minister rolnictwa Jurgiel właśnie oświadczył, że do państwa dziś należy ogromny popegeerowski majątek, który się marnuje i że należy reaktywować PGRy. Warto wiedzieć, że na wsi, prócz rolników indywidualnych mieszka bardzo wielu byłych pracowników PGRów. Szczególnie w Polsce północnej i zachodniej na tzw. ziemiach odzyskanych były ogromne państwowe latyfundia w czasach Polski Ludowej. Po roku 1989 okazało się, że rolnicy indywidualni są w stanie wyprodukować żywność dla całego kraju, a niewydolne państwowe gospodarstwa musiały upaść, bo państwa nie było stać, by dopłacać do ich produkcji. Pracownicy PGRów to najsłabiej wykształcona i nieudolna życiowo grupa społeczna. Aby jakoś urządzić się w życiu wystarczyło dostać się do PGR, a zwykle też dostawało się mieszkanie i nie trzeba było wykazać się żadnym wykształceniem, ani umiejętnościami. Jeśli ktoś miał prawo jazdy na ciągnik i kombajn, to już w PGRze był elitą. Ci ludzie po likwidacji PGRów znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji, nikt nie zadbał o nich w takim stopniu jak o górników lub stoczniowców. A na dodatek na wsi pracy nie było. Większość z nich do dziś jest przekonana i przekonywana nadal przez szarlatanów politycznych, że do upadku państwowych gospodarstw doprowadzono celowo, aby ziemię Niemcom sprzedać. To dawniej był potężny elektorat Samoobrony, dziś ci ludzie pójdą za PiS.

Odbudujemy stocznie

Jedna z narracji pisowskich polityków, a wcześniej PC, lecz także kilku innych partii, było przekonanie, że polski przemysł stoczniowy został celowo zniszczony przez liberalnych polityków, na zlecenie Niemców. Niewydolne państwowe stocznie dotowane na przekór zasadom ekonomicznym nie miały siły, by konkurować ze stoczniami dalekowschodnimi, a polski przemysł stoczniowy nie zniknął, tylko przekształcił się w mniejsze, ale nowoczesne firmy produkujące najnowocześniejsze i bardzo zaawansowane technologicznie statki. Jednak tysiące byłych stoczniowców i stoczniowych emerytów, chętnie słuchają o tym, jak zniszczono stocznie. Przecież przez dziesiątki lat PRL wmawiano im, że tworzą dziesiątą potęgę gospodarczą świata.
Jeśli teraz do Szczecina przybywają najważniejsi politycy PiS z wicepremierem na czele i w dawnej Stoczni Szczecińskiej kładą stępkę pod prom o wartości 450 milionów złotych, obiecując jednocześnie reaktywację państwowego przemysłu stoczniowego, to jest to obietnica wyborcza na miarę wskrzeszenia PRL. To miód na serce milionów tęskniących za komuną Polaków. I nic ich nie obchodzi, że tego promu nawet nikt jeszcze nie narysował, nie mówiąc już o projekcie. A armator zamówi ten prom za nasze, czyli podatników pieniądze u producenta, który nie ma pojęcia, jak takie promy budować, nie ma fachowców, pracowników, ani potrzebnej infrastruktury. Marzenia mają postać głosu oddanego na PiS.

Niech się uczą, jak dawniej

Zmiany w edukacji też nie są przypadkowym wymachiwaniem dwuręcznym mieczem przez porcelanowozębną minister Zalewską. Dla ogromnej wiejskiej i małomiasteczkowej rzeszy nieaktywnych wyborców wprowadzenie gimnazjum było bezrozumnym małpowaniem zachodu. Trudno powiedzieć dlaczego, ale ośmioklasowa podstawówka i dwuletnia zawodówka (nie zapominając oczywiście o czteroletnim liceum i pięcioletnim technikum) uważana jest za coś zgodne z naszą tradycją. Jest to oczywista bzdura, bo w przedwojennej Polsce obowiązywały rozmaite drogi do zdobycia wykształcenia, a pluralizm wynikał z różnych modeli kształcenia we wcześniejszych zaborach, pod którymi żyli Polacy.
Jednak w powszechnej opinii utrwaliła się zła opinia gimnazjów, spotęgowana powszechnymi żartami z „gimbazy” i „gimbusów”. Jeśli więc PiS likwiduje gimnazja i nie pozwala iść do szkoły sześciolatkom pod hasłem „niech mają dłuższe dzieciństwo”, to może na takim ruchu tylko zyskać. Masowe protesty i żądanie prawie miliona osób o przeprowadzenie referendum są w tym wypadku mało ważne. Ważne jest, czy mile połechtani wyznawcy tradycji pójdą na następne wybory.

Nasza chata z kraja

Już w „Weselu” Wyspiańskiego pojawiają się te słynne słowa: Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna. Ten sposób myślenia właściwy jest wielu Polakom. Nic dziwnego, bo od XVII wieku wojny nękały Polskę często, zatem się nie można dziwić, jeśli Polak docenia pokój. Jednak kraj w środku Europy nie może się izolować. Usilne dążenie, by odseparować się od wszelkich zewnętrznych spraw może dać efekty odwrotne od oczekiwanych. Pozbędziemy się sprzymierzeńców i sojuszników. Taką właśnie politykę międzynarodową prowadzi PiS. Historia się powtarza, powtarzane są sanacyjne błędy z lat trzydziestych. Do tego dochodzi rozmyślne i celowe budzenie nienawiści i strachu wobec obcych. Od kampanii wyborczej w roku 2015 Kaczyński ze swymi akolitami konsekwentnie budzi polskie upiory – rasizm, antysemityzm, ksenofobię. To może się przełożyć na duży sukces wyborczy, ponieważ rasistów i antysemitów w Polsce jest więcej, niż kiedykolwiek chcieliśmy to przyznać.

Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie

Niezawisłe sądownictwo, które stało się podstawą demokracji, nie jest wartością dla ludzi, którym demokracja się nie podoba, ani dla tych, którym na demokracji nie zależy. Chęć opanowania sądownictwa stała się po wyborach oczywistością. Najpierw doszło do złamania niezależności Trybunału Konstytucyjnego. Trwało to długo i wzbudziło wiele kontrowersji. Był to jednocześnie poligon doświadczalny, aby politycy PiS mogli się nauczyć w jaki sposób przejąć kontrolę nad sądami powszechnymi i Sądem Najwyższym. Ciąg dalszy właśnie nastąpił.
Sędziowie należą do grupy barwnie nazwanej wykształciuchami przez Ludwika Dorna, gdy jeszcze był trzecim bliźniakiem. Ludzie takich nie lubią, pokończyli uniwersytety i się mądrzą, zwykle jakoś się w tej nowej rzeczywistości zaczepili, a sędziowie budzą złość największą. Mają bowiem kilka przywilejów, które gwarantują ich niezawisłość wobec władzy wykonawczej.
Władza zaś myśli nie bez racji, że zamiast sędziów niezależnych lepiej mieć sędziów podległych. Bowiem będą wydawać takie wyroki, jakich oczekuje władza. A przeciętny obywatel Polski powiatowej, nie rozumie dziś, że kiedyś się uderzy o mur, gdy całkiem nawet niepolitycznie będzie chciał się przeciwstawić jakiemuś lokalnemu funkcjonariuszowi wiodącej siły narodu. Wtedy już nie będzie niezależnego sędziego, który go obroni przed bezprawiem władzy. Niestety, będzie już za późno.

Miałeś chamie złoty róg

Nie mam zamiaru analizować, dlaczego stało się właśnie tak, a nie inaczej i jakie są przyczyny upadku Polski jako państwa prawa. To jest zadanie dla historyków oraz socjologów i psychologów, którzy zapewne za sto lub więcej lat napiszą na ten temat sążniste rozprawy naukowe. Zadaniem tego tekstu jest pokazanie rzeczywistości, która nieuchronnie doprowadzi do wygranej PiS w kolejnych wyborach parlamentarnych. Myślę, że poddani Pana Prezesa nie będą nawet zmuszeni do fałszowania wyborów, choć liczą się z taką potrzebą i się do niej solidnie przygotowują. Mieliśmy złoty róg demokracji i pozwoliliśmy go sobie zabrać.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.0/10 (23 votes cast)

I po szkodzie głupi

Gdy widzę w mediach społecznościowych odliczanie, ile nam jeszcze pozostało do końca rządów PiS, nie wiem, czy powinienem podziwiać niezłomny optymizm i wiarę w zwycięstwo dobra nad złem, czy jak Jan Hus na stosie, zakrzyknąć: O santa simplicitas! Zwolennicy teorii szybkiego upadku partii prezesa Kaczyńskiego głoszą, że „dobra zmiana” zachowuje się wszędzie jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany, więc rozmiar dokonywanych zniszczeń pozbawi ich wkrótce poparcia wyborców. Nie jest to wcale pewne, ponieważ jednocześnie funkcjonariusze partii rządzącej umiejętnie wciąż podsycają złość i nienawiść wykorzystując do tego rzekomy zamach smoleński. Teorie spiskowe zawsze łatwo trafiały do części społeczeństwa, więc podtrzymanie tego liczącego około 20% elektoratu nie będzie trudne. Przy globalnym zniechęceniu do polityki i tradycyjnie niewielkiej frekwencji w wyborach, pozycja partii Kaczyńskiego wcale nie wygląda beznadziejnie.

Optymiści nie biorą też pod uwagę, że obóz rządzący może również lekko „skorygować” ordynację wyborczą, aby zwiększyć swe szanse, a nawet sfałszować wybory. No i co im zrobimy? Za dwa lata będą mieli w rękach nie tylko Trybunał Konstytucyjny, tajne służby, wojsko, policję i prokuraturę, ale sporą część sądownictwa, o ile nie całe. Czy Unia Europejska nam wówczas pomoże? Jeszcze niedawno się wydawało, że sieć powiązań prawnych, gospodarczych i politycznych z krajami europejskimi, które – tak jak my – są we wspólnocie europejskiej, jest gwarancją demokracji. Dziś okazuje się, że osłabiona przez brexit Unia, wcale nie jest tak skłonna do zajmowania się Polską. Można nawet domniemać, że chętniej zgodzi się nawet na Polexit, niż zaangażuje się w wyniszczające spory polityczne z partią Jarosława Kaczyńskiego.

Kolejnym błędem optymistów jest też przekonanie o niewzruszonym poparciu Polaków dla naszego członkostwa w strukturach UE. Społeczeństwo opowiada się za Unią, ponieważ wciąż widzi korzyści. Rolnicy dostają dopłaty, budowane są drogi, remontowane zabytki, dofinansowane rozmaite lokalne projekty. Korzystają instytucje i firmy, a pośrednio też obywatele. Nieudolność „dobrej zmiany” powoduje, że już zaczynamy tracić unijne pieniądze, a wszędzie tam, gdzie się coś nie udaje, Prawo i Sprawiedliwość wskazuje palcem Unię. W perspektywie najbliższych lat możemy stracić 80% pieniędzy, które teoretycznie są w naszym zasięgu. Pozytywne postrzeganie Unii znacznie się zmniejszy.

W tym roku wzorem lat ubiegłych zaproszono do sejmu przedstawicieli nastolatków. Na fikcyjnym posiedzeniu, którego ogólna tematyka miała dotyczyć dekomunizacji pozwolono się jednak gimnazjalistom i licealistom wypowiadać nieco szerzej. Wśród zabierających głos całkiem spora grupa w swym przemówieniu rozmaitymi – choć podobnymi – słowami wzywała do zniszczenia Unii Europejskiej. Ci młodzi idioci są przekonani, że prawo do podróżowania bez wiz, otwarte granice, możliwość studiowania i pracy w krajach zachodnich, dostali w czasie narodzin w sposób naturalny, jak dwie nogi i dwie ręce. Nie pamiętają kolejek na granicach, wiz, stempli w paszportach, bo przeważająca część ich życia upłynęła właśnie w kraju unijnym. W 2015 roku również nie wzięto pod uwagę, że oto prawa wyborcze dostała grupa niedawnych nastolatków, która nie pamiętała fatalnego eksperymentu noszącego nazwę Czwarta Rzeczpospolita. To nie przerzedzone wiekiem „moherowe berety” stanowią siłę Prawa i Sprawiedliwości, ale rosnące tabuny młodych kretynów. Dzisiejsi smarkacze nawołujący w sejmie do zniszczenia Unii Europejskiej, podczas kolejnych wyborów będą mieli już dowody osobiste. Być może najlepszym hasłem wyborczym za dwa lata będzie wyjście Polski z Unii Europejskiej.

Partia Kaczyńskiego zawsze była antyeuropejska i ksenofobiczna, ale dzięki kryzysowi migracyjnemu związanemu z wojną w Syrii, zyskała nowy wymiar propagandy nacjonalistycznej. Bez skrupułów wykorzystuje i podsyca drzemiący w Polakach antysemityzm i rasizm. Nigdy przedtem politycy żadnej partii nie wykorzystywali najbardziej prymitywnych instynktów, które drzemią w ludziach. To jest jednak bilet w jedną stronę. Polska znajdzie się na uboczu cywilizowanego świata na długie dziesięciolecia.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (9 votes cast)

Tusk na białym koniu

Historia kołem się toczy. Tak brzmi współczesna polska przeróbka rzymskiego przysłowia o fortunie. Inne z przysłów mówi, że historia się lubi powtarzać. Ono także pasuje do obecnej sytuacji.
Tuż po wojnie wielu Polaków marzyło o tym, że liczebnie spore i dobrze uzbrojone Polskie Siły Zbrojne na zachodzie przybędą z generałem Andersem na czele i za zgodą i przy wsparciu zachodnich sojuszników uwolnią nas od komunistów i stalinowskiego nadzoru nad Polską. Stąd frazeologizm „Anders na białym koniu”. Tego zwrotu kpiąco używali też przedstawiciele władzy w Polsce Ludowej.
– Myślicie panowie szlachta, że przyjedzie Anders na białym koniu i będzie po staremu? – mówił jakiś anonimowy ubek dziadkowi, gdy go przesłuchiwał w czterdziestym dziewiątym roku. Dziadek żadnym tam panem szlachtą nie był, ale przedwojennym pepeesowcem i do połączonej „zjednoczonej” i robotniczej partii zapisywać się nie chciał.
Anders na białym koniu nie przyjechał i nie uwolnił Polski. I kilkadziesiąt lat później całkiem inni ludzie stosując metodę kropli, która drąży skałę, rozsadzili system, który zresztą od samego początku ulegał erozji. Komunizm, realny socjalizm – tak mówili niektórzy – lub inaczej kapitalizm państwowy, w którym to państwo było właścicielem wszystkich środków produkcji i jedynym kapitalistą, który nie znosił konkurencji, klęskę miał niejako w swoim genotypie.
Dziś Polska ponownie znalazła się w sytuacji, gdy znów mamy rządy ekonomicznych idiotów, a polityczne matołectwo stało się cnotą, więc znów rozmyślamy, kto nas uratuje. Na dodatek dziś wiemy, że nie zawiniła Jałta, nikt nas nie zdradził i nie sprzedał oprócz nas samych. I znów marzymy…
Przyjedzie z Brukseli Tusk na białym koniu? Czy Tusk uratuje kraj przed zniszczeniem, które nam w ekspresowym tempie banda idiotów, a może i zdrajców pod wodzą mentalnego kurdupla peerelowskiego kipiącego aż z nienawiści i tęskniącego za czasami swej młodości?
Gdy patrzymy na nieudolność obecnej opozycji parlamentarnej i żałosny brak pomysłów pozaparlamentarnej, to faktycznie pozostają marzenia. Nie mamy szczęścia do przywódców. Schetyna nadaje się na karbowego w folwarku, a charyzmy ma tyle, co krawężnik z betonu. Petru – choć ma doskonałą ekipę żeńską w swej partii – sprawia wrażenie, jakby pomiędzy podstawówką a studiami ekonomicznymi całkowicie pominął edukację licealną. Kijowski miota się między Scyllą a Charybdą, oznajmiając, że marzy mu się Dzień Niepodległości pod egidą nacjonalistyczno-antysemickiego Dmowskiego, a chwilę potem chciałby maszerować z narodowcami i falangą. Deklaruje, że nie jest przeciwnikiem PiSu, a nawołuje do demonstracji przeciw niszczeniu Trybunału Konstytucyjnego. A w końcu kto niszczy ten Trybunał? Krasnale ogrodowe? Partia Razem chce z kolei demonstrować osobno, zaś SLD wciąż umiera z tęsknoty za PRLem i Magdaleną Ogórek równocześnie. Chyba za panią Ogórek bardziej, bo walą takie głupoty, że kwiatki na parapecie więdną. Panom z PSL to nic nie powiem, bo choćbym im wyjaśniał dzień i noc, to zrozumieliby z tego tyle, że są jak niedomyty psi tyłek…*.
Oczywiście Tusk za jakiś czas ma spore szanse zostać prezydentem, który stanie się takim rozjemcą narodowym i człowiekiem, który będzie umiał utemperować przywódców partyjnych, a może nauczyć ich trudnej sztuki kompromisu. Aby się tak jednak stało, potrzebne są wolne i demokratyczne wybory, które nie zostały dane nam raz na zawsze, a PiS ma zdecydowane zamiary przy ordynacjach wyborczych w naszym kraju manipulować.
Jednak żaden cud nie uratuje demokracji i przybycie Tuska z Brukseli, czy to w przyszłym roku, czy za trzy lata nic nie zmieni. Wręcz przeciwnie – dla Polski korzystne byłoby, gdyby przywódcy europejscy zdecydowali się przedłużyć jego kadencję aż do roku 2020.
A co w kraju? Pozostaje mieć nadzieję, że pisowskie programy takie jak Misiewicze+, Wyższe podatki+, Wdowy smoleńskie+, Ekshumacje+ oraz deportacja+ przeważą program 500+, zanim partia Kaczyńskiego całkowicie rozwali gospodarkę, wojsko, edukację i służbę zdrowia.


* Swobodne zapożyczenie z książki „Taniec kogutów”. Stanisława Broszkiewicza.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (10 votes cast)

Po drugiej stronie lustra

Patrzę w lustro. Czterdzieści lat i czterdzieści funtów temu byłem przystojnym facetem. Dziewczyny. Mogłem wybierać. I obracać je na tylnym siedzeniu mojego buicka. Zwykle w piątki jeździliśmy całą bandą nad Laramie. Po potańcówce. Nieważne, tak naprawdę jedyna, która mi dała, to Amy. I zaraz zaszła. Nawet do college’u nie poszedłem, bo trzeba było się żenić.
Ale i tak jakąś tam karierę zrobiłem. Jestem kierownikiem działu odzieżowego w Walmarcie. Same cipy ze mną pracują. Czasem sobie jakąś klepnę po zgrabnym tyłku. Wiem, gdzie kamery nie zauważą. Wendy też pracowała w Walmarcie. Mieliśmy romansik. Nieźle loda robiła.
Wszystko to do dupy. Wendy uciekła z Amy. Tak z moją żoną. Dziesięć lat temu do Las Vegas. W całej dzielnicy się ze mnie śmieją.
Patrzę na siebie w tym lustrze, a czoło coraz bardziej się zbliża do kołnierzyka. Jeszcze da się zaczesać. Trochę z tyłu trochę z boku i odrobina lakieru do włosów. Takiego super strong. To lustro ma plamy. A może to ja mam plamy na twarzy.
Teraz już jestem sam w domu. John, mój syn, wyjechał parę lat temu. Gdzieś – powiedział – przed siebie do innego świata. Ostatnią pocztówkę przysłał mi rok temu. Z Hanoi. A myśmy tych żółtków naparzali. Po co? Żeby mój syn u tych komunistów teraz mieszkał?
Sue to moja córka. Nie odzywa się do mnie. Wywaliłem szmatę, jak się zaczęła prowadzać z tym gnojkiem od Haleyów. Co z tego, że lekarz. Czarnuch to czarnuch. I chuj. Teraz to mogę tylko do lustra tak powiedzieć, bo poprawność polityczna. Ameryka schodzi na psy.
Patrzę w lustro. To ja. Sześćdziesiąt lat i teraz przed emeryturą chcą mnie wywalić, bo nie umiem tych komputerów. Dranie. Muszę iść. Może jednak nie zwolnią.
Dlaczego nie mam głosować na Trumpa?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Don’t worry. Keep pussy.

Nowe amerykańskie hasło. Na dziś. Amerykanie mają Trumpa. Sami sobie wybrali, tak jak Węgrzy Orbana, Turcy Erdogana, a Polacy Kaczyńskiego. Nie będzie lepiej, ale będzie śmieszniej. Waszczykowski ma nadzieję, że Trump zniesie wizy. A jeden z moich znajomych twierdzi, że Trump złapie Dudę za cipę podczas najbliższego spotkania.
A u nas taniec na grobach. Smoleńsk, Smoleńsk über alles. Naprawdę jest ciekawie.
Kiedyś marzyłem, by dożyć końca świata i zobaczyć jaki on będzie. Dzisiaj okazuje się, że mam szansę.

trump

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.6/10 (8 votes cast)

Jak zostałem lewakiem

Życie w Polsce Ludowej przypominało papier toaletowy. Dla niektórych, używany. Papieru oczywiście zwykle brakło, podobnie jak tysięcy innych rzeczy. Życie publiczne było za to festiwalem zakłamania i manipulacji. Nic więc dziwnego, że słowo socjalizm, które odmieniano przez wszystkie możliwe przypadki, kojarzyło się jak najgorzej.
Gdy wreszcie nastąpił ten moment, gdy Polska Ludowa runęła w gruzy, co w sposób oczywisty było nieuchronną konsekwencją doprowadzenia ekonomii do absurdu, nie żałowałem tego ani przez moment. Wiedziałem, że droga do kapitalizmu będzie długa i kręta, że minie przynajmniej ćwierćwiecze, zanim będziemy mogli cieszyć się względnym dobrobytem. Jednak naiwnie wyobrażałem sobie, że zadziałają mechanizmy wolnorynkowe wspomagane rozsądnymi decyzjami kolejnych rządów i to spowoduje, że w przyszłość będziemy mogli patrzeć optymistycznie.
Od początku nie było łatwo. Choć obecność w rządzie Jacka Kuronia, gwarantowała, że – dokonujący bardzo bolesnej terapii bez znieczulenia – Leszek Balcerowicz nie zapomni o losie zwykłych ludzi.
Gdy wprowadzano tylnymi drzwiami religię do szkół, byłem temu umiarkowanie przeciwny, jak wielu ludzi z mojego środowiska. Uważałem, że straci na tym Kościół, że lekcje religii staną się „jeszcze jedną cegłą w murze”, a uczniowie będą chodzić na wagary, bo to będą nudy. Jednak nawet najwięksi pesymiści nie przewidywali, że w ciągu dziesięciu lat religia stanie się wyłącznie narzędziem politycznej manipulacji środowisk prokościelnych, zaś niedouczeni katecheci znajdą się na liście hańby polskiej oświaty.
Gdy podpisywano konkordat, byłem jego umiarkowanym zwolennikiem. Uważałem, że rozpychający się łokciami, coraz bezczelniejszy Kościół, będzie musiał przestrzegać prawa, które ustanowiono na poziomie międzynarodowej umowy. Szybko okazało się, że byłem naiwny. Konkordat przywoływany jest wyłącznie wtedy, gdy Kościołowi stawia się jakieś ograniczenia, zaś nigdy nie powstrzymał zachłannych i nienażartych biskupów od ciągłego dojenia społeczeństwa i państwa.
Również tzw. kompromis aborcyjny wydawał mi się rozsądnym prawem. Nie byłem bowiem zwolennikiem traktowania aborcji jako antykoncepcji. Jednak w najczarniejszych przewidywaniach nie spodziewałem się, że tego kompromisu trzeba będzie bronić przynajmniej raz na kadencję parlamentu, zaś praktyczne jego zastosowanie na uprzywilejowanej pozycji postawi fanatyków religijnych i ortodoksów katolickich, którzy na głowie staną, by uniemożliwić kobietom realizację ich praw.
Kolejne rządy starały się jak najszybciej wprowadzić Polskę w krąg europejski, negocjując warunki wstąpienia do Unii Europejskiej, a także zapewnić nam bezpieczeństwo, dołączając do NATO. To niewątpliwie słuszny kierunek, ale szybko zapomniano o warunkach życia zwyczajnych ludzi. Dziś stanowczo mogę powiedzieć, że zarówno do NATO, jak i do Unii kraj wjechał na plecach milionów biednych ludzi. Kolejne partie rządzące uważały, że czyniąc konieczne oszczędności najlepiej zabrać tym, którym państwo płaci bezpośrednio. Emerytom, nauczycielom, pielęgniarkom… ale skrupiło się to także na szerokiej rzeszy pracowników pozbawionych wszelkiej obrony przed drapieżnym kapitalizmem, który pokazał swą dziewiętnastowieczną twarz. Najpotężniejszy związek zawodowy zajął się polityką i moszczeniem wygodnych foteli swoich przywódców.
Nie tak sobie to wyobrażałem.
Sądziłem, że gospodarka rynkowa przyczyni się do poprawy dobrobytu wszystkich pracujących i wytwarzających dobra tak, jak to wcześniej działało w innych krajach europejskich. Że skorzystają nie tylko właściciele środków produkcji, ale także szeroka rzesza pracowników. To z kolei pozwoli państwu na efektywne ściąganie podatków, z których coraz bardziej godziwie będzie się opłacać nauczycieli, lekarzy, pielęgniarki, strażaków… a i emeryci nie będą żyć w skrajnej biedzie. Byłem naiwny. Głupi.
Tak więc przez ponad ćwierć wieku powoli i nieustannie dowiadywałem się jakim byłem głupcem, jak życzeniowe i nierealne były moje oczekiwania. Wraz z każdym rokiem nie tylko przybywało mi siwych włosów, ale też powoli z liberała w sprawach gospodarki i umiarkowanego konserwatysty w sprawach etycznych ewoluowałem w stronę liberalnej lewicy antyklerykalnej. Dziś wiem z całą pewnością, że Kościół Katolicki w Polsce nigdy się nie opamięta w swojej pazerności, a w obliczu stopniowo zanikającej religijności będzie dążył do zdobycia realnej władzy podstępem a nawet przemocą. Dlatego potrzebne jest nam prawo, które w sposób realny określi funkcjonowanie i finansowanie instytucji kościelnych i stanowczo oraz bezwarunkowo określi zakaz ingerowania religii w politykę.
Trudno dziś byłoby usunąć religię ze szkół, choćby ze względy na wygodę setek tysięcy rodziców, ale z całą pewnością należy surowo karać wszelkie przejawy nietolerancji wobec niewierzącej mniejszości i bezwzględnie pilnować świeckości szkoły, pozbywając się fanatycznych i radykalnych nauczycieli oraz dyrektorów.
Ustawa dotycząca aborcji na pierwszym miejscu powinna bezwzględnie stawiać dobro i prawa kobiet. Zaś fanatycznych lekarzy należy usuwać z państwowych przychodni i szpitali. Nie mielibyśmy żadnych wątpliwości, gdyby lekarz – Świadek Jehowy – odmawiał dokonania transfuzji jako sprzecznej ze swą religią lub lekarz – muzułmanin – odmawiał użycia produktów spirytusowych do dezynfekcji z powodów religijnych. Kazalibyśmy się im wynosić z państwowego szpitala. Dlaczego mamy tolerować katolickiego fanatyka, dla którego zygota jest ważniejsza niż realne życie i zdrowie kobiety, która istnieje?
Państwo powinno dbać o swoich biedniejszych obywateli. Jednak nie tak, że rzuca im się ochłapy ukradzione pozostałej części społeczeństwa. Bez gwarancji tego, że nie zdewastuje to rozwoju gospodarczego, który jest niezbędny. Należy obywatelom zapewnić bezpieczeństwo. A to oznacza, że za dokonywanie idiotycznych rewolucji ideologicznych w rodzaju odbywającej się właśnie „reformy” edukacji należy się przynajmniej Trybunał Stanu. Zrównoważony rozwój nie potrzebuje rewolucji, potrzebuje stabilności i doskonalenia prawa. Podatki mają być sprawiedliwe, co nie oznacza, że równe. Środki stymulujące rozwój i stabilizacji rodziny powinny być powiązane z podatkami i pracą, nie mogą stanowić darowizny do pracy zniechęcającej.
Należy stanowić prawo jasne i proste, a nie takie, które daje władzy kij do ręki, tak na wszelki wypadek. Bogaci mają płacić większe podatki, bo są bogaci i stać ich na to. Jeśli o tym zapomnimy, to cofniemy się do wieku dziewiętnastego, gdy zwykły człowiek nie czuł żadnej radości ze swego istnienia, ponieważ ci bogaci i mający władzę zabierali mu wszystko. A wtedy zawsze pojawi się jakiś dyktator, który obiecując gruszki na wierzbie, dążyć będzie do zniszczenia bezpieczeństwa, pokoju i demokracji w imię swoich chorych ambicji.
Minęło ponad ćwierć wieku od czasu gdy przestała istnieć Polska Ludowa. Zawsze mówiłem, że teraz to jest nasza Polska, wspólna, nie ludowa. A dziś mam coraz więcej wątpliwości i coraz mniej czuję, że to jest moja Polska. Gdy słyszę, jak słowem patriotyzm wycierają sobie gębę szmaciarze i nieudacznicy, coraz częściej mam wrażenie, że los spłatał nam potwornego figla.

Żebyś zdechł komuchu. Ty pier*** lewacka gnido. Za nienawiść do Kościoła będziesz wisiał. Żebyś zdychał długo i boleśnie [krótkie cytaty szczerych życzeń przesyłanych mi przez współczesnych polskich patriotów]

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.2/10 (13 votes cast)

Dwa kroki wstecz

Żaden obywatel nie zna pojęcia „za niskie podatki”, z kolei politycy nie znają pojęcia „za wysokie podatki”. Jednym z postulatów ekonomicznych Prawa i Sprawiedliwości jest dodatkowe opodatkowanie sklepów wielkopowierzchniowych. Ma to rzekomo zwiększyć konkurencyjność drobnego handlu w stosunku do wielkich firm. A co to oznacza w praktyce?
Cofnijmy się nieco w czasie. PRL nie rozpieszczał tzw. prywaciarzy. A i tak małych sklepików było pełno. W okolicy, w której mieszkałem, było kilka niewielkich piekarni. Były to typowe rodzinne firmy, w których piekarz piekł chleb, a jego żona stała za ladą w sklepiku. Były to firmy ledwie dające utrzymanie rodzinie, tylko niektórym z nich udawało się rozszerzyć asortyment o ciastka, wypieki okolicznościowe i lody. To te firmy utrzymały się na rynku, gdy nastała gospodarka wolnorynkowa. Podobnie było z małymi sklepikami spożywczymi. W czasach mego dzieciństwa w promieniu kilkuset metrów od domu było osiem niewielkich sklepików spożywczych, które od siebie oddalone były o około 50 – 100 metrów. Sprzedawały podstawowe produkty spożywcze, głównie nabiał, słodycze i pieczywo. To także nie były sklepy przynoszące duże zyski i po 1989 roku prawie wszystkie znikły. Nie znaczy to, że nie ma niewielkich sklepów, ale funkcjonują one na innej zasadzie. Mają szeroki asortyment towarów, często od małych lokalnych producentów i choć ceny mają wyższe, to wygrywają jakością.
Dziś spora część ludzi robi zakupy w dyskontach, a niektórzy wybierają sklepy wielkopowierzchniowe. Jeśli te ostatnie zostaną zmuszone do podniesienia cen, bo tak właśnie skończy się nałożenie dodatkowych podatków, to wzrośnie bezrobocie. Hipermarkety zwolnią pracowników, bo zmniejszy się liczba klientów. Zapewne dyskonty i małe sklepy również nieco podniosą ceny, bo czemu nie? Dla ogółu konsumentów oznacza to zwiększone koszty utrzymania, bo ceny żywności stanowią nadal sporą część rodzinnego budżetu.
Bardzo podobne jest to do sytuacji w rolnictwie przed laty. Od czasów feudalnych w Polsce powszechne były małe gospodarstwa rodzinne. Parę hektarów z ledwością dawało utrzymanie rodzinie. Gospodarstwa takie charakteryzowały się małą wydajnością pracy i małym zyskiem. Z reguły członkowie rodziny okresowo musieli wynajmować się do pracy, by zdobyć środki potrzebne na towary, który w gospodarstwie nie produkowano. Zwiększenie zysków było możliwe tylko przy zwiększeniu areału i zatrudnieniu – przynajmniej sezonowo – pracowników. Taki model gospodarki rolnej doskonale opisał Reymont w powieści „Chłopi”. Po Drugiej Wojnie Światowej Polska była jedynym krajem socjalistycznym, w którym nie udała się przymusowa kolektywizacja rolnictwa. Miało to dobre skutki w okresie PRL, ponieważ dzięki temu drobnotowarowa gospodarka rolna mogła wypełnić braki w zaopatrzeniu ludności, a niewielkie rodzinne gospodarstwa zdobyć dodatkowe dochody. Jednak po roku 1989 szybko okazało się, że mała produktywność sukcesywnie eliminuje te gospodarstwa z rynku pomimo, że politycy, wbrew zdrowemu rozsądkowi, starali się opóźnić polskie rolnictwo na drodze do gospodarki wyspecjalizowanej o dużej wydajności. Dopiero wejście do Unii Europejskiej postawiło kropkę nad i.
Z tego względu pomysły ekonomiczne promujące mało efektywne rozdrobnienie przedsiębiorstw, powinny zdecydowanie należeć do historii XIX wieku, a nie do współczesnych rozwiązań na przyszłość. Tak samo jak PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.0/10 (3 votes cast)

Święto ciepłej wody w kranie

To już 26 lat, jak Polacy poszli wybierać swoich przedstawicieli do sejmu i utworzonego właśnie senatu. Po raz pierwszy od lat ich głos miał jakieś znaczenie. Data jest tylko symbolem, bo zmiany zaczęły się nieco wcześniej, a powstanie we wrześniu 1989 roku pierwszego niekomunistycznego rządu Tadeusza Mazowieckiego nie było końcem zmian. Do dziś tworzymy nową Polskę i jest to niełatwe budowanie. Wolność nie została nam zesłana przez ducha świętego i dana raz na zawsze. Jeśli o tę wolność nie zadbamy, to nam ją zabiorą i to niekoniecznie będą obcy. Wśród nas samych są tacy, którzy znów chcieliby zmontować swoisty Front Jedności Narodu z jedyną słuszną ideologią i jedynym wspaniałym wodzem.
To oni właśnie wyśmiewają dokonania wolnej Polski twierdząc, że to jest ideologia ciepłej wody w kranie. Wyśmiewać ciepła wodę w kranie, może tylko idiota lub smarkacz, który nigdy nie doświadczył jej braku.
Wielu Polaków pamięta ten ideowy kraj, rzekomą dziesiątą potęgę gospodarczą świata, Polską Rzeczpospolitą Ludową, w której często był tzw. dwudziesty stopień zasilania oznaczający nie tylko brak ciepłej wody w kranie, ale i wielogodzinne przerwy w dostawach prądu i gazu. Może komuś się wydawać, że to kiepskie osiągnięcie, bo przecież Niemcy, Brytyjczycy, czy Szwedzi mają tę ciepłą wodę od siedemdziesięciu lat i się specjalnie tym nie chwalą. Owszem, ale oni po drodze nie mieli państwa, w którym problemem było wyprodukowanie dostatecznej ilości papieru toaletowego.
Święto ciepłej wody w kranie? A dlaczego nie. Niech będzie. Także święto papieru toaletowego, masła bez kolejki i mięsa bez kartek. Czekolady z prawdziwej czekolady, benzyny bez talonów i towarów kupowanych bez talonów z PZPR.
A niech to nawet będzie święto narzekania na to, że jeszcze nie jest tak, jak byśmy sobie wymarzyli. Bo mamy także wolność narzekania. Jednak pamiętajmy – parafrazując słowa Lecha Wałęsy – że taką będziemy mieli Polskę, na jaką zasłużymy. I uważajmy, by pewnego dnia zamiast ciepłej wody z kranu nie poleciała jedynie słuszna ideologia.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (8 votes cast)

Wasz prezydent, wasz premier

Po czerwcowych wyborach w 1989 roku padła niespodziewana i rewolucyjna propozycja Adama Michnika: „Wasz prezydent, nasz premier”. Mimo początkowego niedowierzania, a czasem wręcz oburzenia strony solidarnościowej, ta propozycja okazała się dobrym sposobem na płynne przejęcie władzy od komunistów. Dzięki temu już we wrześniu powstał pierwszy niekomunistyczny rząd pod przywództwem Tadeusza Mazowieckiego.

Być może dziś jest pora, aby rzucić całkiem inne hasło? Wasz prezydent, wasz premier!
Dlaczego? Wybory prezydenckie okazały się tak naprawdę plebiscytem, w którym wyborcy głosowali przeciw prezydentowi postrzeganemu jako strażnik układu władzy stworzonego przez Platformę. Chociaż prezydentowi udało się zmobilizować sporą część tzw. miękkiego elektoratu, to ponad osiem milionów głosów nie dało mu zwycięstwa. Platforma Obywatelska ma znacznie gorsze notowania i wszystko wskazuje na to, że nie przejmie głosów Bronisława Komorowskiego. Na dodatek wszystko wskazuje na to, że politycy Platformy kompletnie nic nie zrozumieli z tej porażki.
W realu Komorowski wcale nie przegrał. Przegrał w internecie, gdzie dominowały spirala hejtu i karykatura prezydenta – powiedział dziś w TOK FM europoseł PO Janusz Lewandowski. Pan europoseł wyraźnie nie rozumie internetu tak, jak kilka lat temu nie rozumiał Jarosław Kaczyński mówiąc, że młody człowiek sobie obejrzy porno, wypije piwo, a w przerwie zagłosuje. Dziś to już nie jest internet nieletnich „kuców” Korwina, którzy dawali mu w internecie 50% zwycięstwo, które przekładało się potem na 2% w prawdziwych wyborach.
Niestety nie przyjdzie przewodniczący PKW i nie powie: „to był prima aprilis, w realu wygrał Bronek”. Inni politycy PO niestety nie wypowiadali się wiele mądrzej niż Lewandowski. Ich receptą na sukces jest powiesić więcej bilbordów, więcej występować w telewizji, robić więcej wieców i przede wszystkim więcej mówić o sukcesach Platformy.

Dlaczego jednak Platforma powinna podać rząd do dymisji i dążyć do wcześniejszych choćby o dwa miesiące wyborów parlamentarnych?
Po pierwsze, dostaną czas na znalezienie przywództwa i strategii, bo obecne ruchy przypominają pożar w burdelu.
Po drugie, Kukiz będzie miał mniej czasu na zorganizowanie się i będzie można wykorzystać wszystkie błędy, które będzie popełniał – a wierzcie mi – będzie popełniał ich sporo.
Wreszcie po trzecie, idą ciężkie czasy w polityce międzynarodowej. Cameron twardo będzie walczył o przywileje dla Wielkiej Brytanii skierowane przeciw imigrantom, a Merkel już dała do zrozumienia, że możliwa jest zmiana traktatów europejskich. Niechęć do imigrantów z krajów Europy środkowej i wschodniej rośnie wszędzie i w przeciwieństwie do wystąpień antyislamskich nie narusza zasad poprawności politycznej, bo jesteśmy europejscy i biali. Rządy chcą coś dać ksenofobom, więc rzucą im na pożarcie Polaków, Bułgarów i Rumunów. Niech to odium spadnie na rząd pisowski, któremu będzie można zarzucać nieporadność w polityce europejskiej. Do tego będzie można rozegrać przeciw PiS stosunki z Rosją, a te się raczej nie poprawią. Jeśli rząd nie sprowadzi wraku, to będzie hańba, jeśli się uda, to zapytamy jaką cenę zapłacili Putinowi. Pomnik przed pałacem prezydenckim i korowód idiotyzmów wokół tzw. zamachu smoleńskiego rozwścieczy społeczeństwo i to stanie się kolejnym gwoździem do trumny narodowo-katolickiej socjalistycznej prawicy. Nie uniknie się strat, niezależnie od tego, czy PiS zacznie rządzić jesienią, czy dopiero pod koniec roku, ale szybsze wybory nie pozwolą Andrzejowi Dudzie zwalić winy za brak realizacji jego postulatów na rząd Platformy.

Trzeba będzie oddać rządy na przynajmniej dwa lata, bo na tyle wyliczam zdolność PiSu do skłócenia wszystkich i rozbicia własnej koalicji zawartej ze wszystkimi (poza PO), którzy wejdą do sejmu. Będą straty i zatrzymanie rozwoju, ale jeśli Platforma poczeka do października, będzie jeszcze gorzej. Przeżyjemy to jakoś, jeśli będziemy widzieć światełko w tunelu.
Na dodatek obecnie Platforma ma handicap. Wyborcy są zszokowani klęską Bronisława Komorowskiego i nawet ci obojętni wyobrażają sobie z niepokojem, jak 4RP puka do drzwi. Więc jeśli Platforma schowa swoich leśnych dziadków jak Kaczyński Macierewicza, wybierze jako przywódcę kogoś bardziej zorientowanego w realiach, jak choćby Rafał Trzaskowski, przestanie nawijać o swoich sukcesach, zwróci się do wyborców i stworzy strategię walki w internecie, to kto wie. Wszystko jest jeszcze możliwe. Atutem będzie właśnie ta natychmiastowa gotowość do oddania władzy. Jeżeli poczekacie do października, to znów staniemy się świadkami spektakularnej katastrofy.

Zatem AVANTI Platformo!

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.6/10 (13 votes cast)

Houston, Houston Do You Read?

Mam dylemat. Jak nie jebnę na początku jakiejś soczystej kurwy, to nie mam szans na sukces w blogowaniu, o czym świadczą panowie z „make life harder”, którzy ostatnio obśmiali Kubę Wojewódzkiego i kabaret „Ani Mru Mru” jako relikty odległej przeszłości przedinternetowej. Zresztą nie ukrywam, że przyszłoby mi to łatwo, albowiem powyborczy stupor Platformy Obywatelskiej nie da się określić kulturalnymi słowy.
Z drugiej strony, czy belfrowi wypada? 😉
Gdyby kogoś zdziwił kolejny tytuł mojego felietonu, to wyjaśniam, że obecny jest aluzją literacką, do znanej fanom fantastyki mikropowieści, której bohaterami są trzej astronauci powracający po latach na Ziemię. Ziemia w czasie ich nieobecności przeszła kataklizmy, ale pozbierała się, a ludzkość jest szczęśliwa i zadowolona. No prawie. Tyle że nie ma już mężczyzn. Wymarli, a kobiety opanowały sztukę dzieworództwa. Ci wspaniali astronauci, którzy życie poświęcili na zdobywanie kosmosu, patrzą na to wszystko i pojąć nie mogą, że są już zbędni, niepotrzebni, że ich czas minął wówczas, gdy byli daleko. Zupełnie jak politycy Platformy Obywatelskiej.
Biedacy stanęli w pół kroku niczym żona Lota i nadal nie potrafią zrozumieć jak to się stało. Przecież byli tacy wspaniali, a ich kandydat miał wygrać w pierwszej turze. Niestety z dość ogólnikowych wypowiedzi prominentów PO wynika, że kompletnie nic nie zrozumieli z lekcji, której udzielili im wyborcy. Na Facebooku fanpage Prezydenta Komorowskiego milczy już od ciszy wyborczej. Z kolei fanpage Platformy obywatelskiej po wyborach umieścił podziękowania Ewy Kopacz. Pani Premier sformułowała je tak, że płakać się chce. Niestety też nie zrozumiała, że w tym wyścigu na podium stają tylko pierwsi. Nie ma drugiego zaszczytnego miejsca, a ostatnich gryzą psy. Głosy, które dostał Bronisław Komorowski w żaden sposób nie przekładają się też na poparcie dla Platformy.
To my – pospolite ruszenie – osamotnieni i zdani wyłącznie na siebie walczyliśmy o naszego kandydata na forach, facebookowych grupach i fanpage’ach. Was z Platformy – przekonanych o własnej zajebistości – tam nie było. Przez pięć lat nie zrobiliście nic, aby naszego prezydenta nie można było bezkarnie obrażać oskarżeniami o zdradę, o zamach smoleński, o wysługiwanie się obcemu mocarstwu.
Te ponad osiem milionów głosów to nasza praca i nasz sukces. Waszym platformianym dziełem jest bardziej to, że dawaliście się w ostatnich miesiącach podsłuchiwać jak matoły, prowadząc głupie i jeszcze głupsze dialogi.
Niestety politycy Platformy nie zrozumieli, że internet nie jest jeszcze jednym medium, w którym będą wygłaszać swe mądrości posłusznym tłumom, które potem pójdą na nich głosować. Nie zdali sobie sprawy, że to jest miejsce, w którym powinni prowadzić dialog z wyborcami. I że tutaj odbywa się być może najważniejsza część walki wyborczej.
PiS odrobił lekcję. Kaczyński przez ośmieszenie w internecie stał się politykiem „niewybieralnym”, ale teraz tę broń zastosowano w sposób zmasowany wobec Bronisława Komorowskiego. Stosowano ją od dawna, ale Platformie wydawało się, że to nieważne, że internet to zabawka, że dobrze poprowadzona debata i parę plakatów załatwi zwycięstwo. A najgorsze jest, że po wyborczej katastrofie dalej tak sądzą.
Nie chcę być Kassandrą, ale jeśli Kaczyński nie spuści ze smyczy Antka Policmajstra wraz z Głodną Krychą i nie zacznie nam urządzać wielotysięcznych manifestacji potęgi pod pałacem prezydenckim, żeby szybciej wygonić stamtąd „uzurpatora”; jeśli nie urządzi nam do października hucpy zespołu Macierewicza, a sam nie będzie przemawiać codziennie w telewizjach wszelakich, to Platforma nie ma szans na zwycięstwo w jesiennych wyborach do sejmu.
My wyborcy Bronisława Komorowskiego jesteśmy zmęczeni. Nie walką w internecie o naszego kandydata, ale Waszą Platformo arogancją i bezmyślnością. Nie wiem, czy będzie nam się jeszcze chciało walczyć jesienią, skoro nie wiemy nawet, czy Wy sami jesteście jeszcze po Swojej stronie.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (9 votes cast)