Czas wojny, czas pokoju

W mojej rodzinie należę do pierwszego pokolenia, które nie uczestniczyło w żadnej wojnie. Pradziadek walczył w wojnie francusko-pruskiej. Były zabory i taki był los Polaków. Dziadkowie z obu stron przeżyli Pierwszą i Drugą Wojnę Światową. Przy czym dziadek ze strony mojej mamy walczył w tej Pierwszej w armii niemieckiej. Taki był los Polaków pod zaborami. Rodzice przeżyli Drugą Wojnę Światową.
Ja zaś należę do pokolenia powojennego wyżu demograficznego. Prawdę mówiąc, to jestem niejako epigonem. Bo ten wyż zaczął zmniejszać się pod koniec lat pięćdziesiątych. Zatem najstarsi z mojego pokolenia mają dziś koło siedemdziesiątki, najmłodsi też nie są już młodzi, zbliżają się do sześćdziesiątego roku życia. Pierwsze pokolenie w Europie żyjące w czasach pokoju. Potem przyszło na świat drugie „pokojowe” pokolenie. Drugie, które nie zaznało wojny. Nasze dzieci. Dziś rodzą się już wnuki naszych dzieci, a więc trzecie pokolenie czasów pokoju.
Nie chwal dnia przed wieczorem – mówi stare przysłowie. Czy Europa wytrzyma bez wojny choćby sto lat? Czy to moje pokolenie zdąży umrzeć w czasach pokoju? Gdy obserwuję świat wokół mnie, jestem pełen złych przeczuć. Zjednoczona Europa, budowana mozolnie i powoli przez dziesiątki lat, na naszych oczach przestaje istnieć, tendencje separatystyczne pojawiają się powoli wszędzie, a służą głównie jednemu celowi. Mają pokazać obywatelom, kto jest winien, kto stoi na drodze do powszechnego dobrobytu i szczęśliwości. W Zjednoczonym Królestwie – podpalonym euforią brexitu – to imigranci, ale wcale nie ci, o których myślą nasi narodowcy. Przyczyną wszelkiego zła na Wyspach są pracownicy z Europy Wschodniej. Głównie Polacy, to Polaków nienawidzi się tam gorąco. W Polsce nienawidzi się wszystkich. I obcych, i swoich.
Niedługo pojawią się znów granice, druty kolczaste i wieżyczki strażnicze. Najpierw nieufność, potem nienawiść. Najpierw wojny celne, potem granaty, bomby i karabiny. Kto pierwszy rzuci hasło, by zabrać sąsiadom to, co uważamy za nasze? Kto pierwszy rzuci ideę Lebensraumu dla narodu? W którym kraju – jako pierwszym – nacjonalizm, faszyzm i rasizm osiągnie poziom wrzenia?
A gdy to już się stanie, apokaliptyczne fantazje, o których dziś czytamy lub które oglądamy na filmach, będą śmiesznie dziecinne i niegroźne. Każda kolejna wojna na świecie jest coraz okrutniejsza i nieludzka. Ta, która nadchodzi, zadziwi wszystkich poziomem zezwierzęcenia ludzkości.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.1/10 (10 votes cast)

Tarcza

Pod Słupskiem w Redzikowie ma powstać – zgodnie z polsko-amerykańskim porozumieniem – tarcza antyrakietowa. Budowę tej instalacji militarnej dotychczas rozpatruje się wyłącznie w kategoriach ekonomicznych. Jakie straty lub zyski przyniesie ona lokalnej społeczności. Dziś przewiduje się głównie straty. Nie powstanie strefa ekonomiczna, nie zarobią polskie firmy i najprawdopodobniej nie zobaczymy zysków w dolarach z amerykańskiej bazy.
Jednak są jeszcze inne możliwe konsekwencje. Jeszcze niedawno wydawało nam się, że żyjemy w najbezpieczniejszym okresie od kilkudziesięciu lat. Skończyła się zimna wojna, zniknęła żelazna kurtyna. Polska po raz pierwszy znalazła się w silnym sojuszu obronnym, a co najważniejsze wydawało się, że nikt nie ma powodu rozważać wobec nas agresji. Ewentualne zagrożenia rozpatrywano prawie wyłącznie w kategoriach ryzyka ataków terrorystycznych z oczywistych powodów ograniczonych i mało prawdopodobnych w naszym kraju.
Dziś coraz bardziej jasne się staje, że tarcza chroniąca terytorium USA może stać się pierwszym celem ataku w razie wojny. Ponieważ Związek Radziecki został doprowadzony na granice bankructwa przez wyścig zbrojeń, którego nie wytrzymał, a Rosja nadal jest zarówno ekonomicznie, jak i technologicznie zacofana w stosunku do krajów zachodnich, więc w przypadku ewentualnej wojny wykorzysta swój ogromny nadal potencjał nuklearny. Można się spodziewać, że uderzenie będzie nagłe, a do ataku może być wykorzystany system rakietowy SS-25. Symulacja* pokazuje właśnie taki atak na mapie i w opisie niżej.
Oczywiście można też przypuszczać, że użyty zostanie mniejszy ładunek, gruzów i pożarów będzie nieco mniej, a ludzie umierać będą dłużej.

nuclear

W centrum wybuchu o średnicy nieco większej niż 1,5 kilometra po chwili zostałby tylko żużel w zagłębieniu. Obszar fali uderzeniowej to koło o średnicy około 7,5 kilometra. Fala uderzeniowa zamieniłaby miasto i kilka okolicznych wsi w stertę gruzów. Być może część zabudowań ocalałaby ze względu na to, że Słupsk leży w dolinie.
Jednak jest jeszcze fala termiczna na obszarze o promieniu 11 kilometrów. Czegokolwiek nie zburzyła jeszcze fala uderzeniowa, zostałoby podpalone przez ogromną temperaturę. Prawie natychmiast zginęłoby blisko 27 tysięcy ludzi. Dalszych 58 tysięcy odniosłoby obrażenia śmiertelne lub bardzo ciężkie i nie przeżyłoby następnych 24 godzin. Chmura radioaktywna powodująca poważne konsekwencje zdrowotne sięgnąć może aż do Szwecji, lub około 250 kilometrów w inną stronę. Będzie to zależało od kierunku wiatru. Obszar długości kilkudziesięciu kilometrów i szerokości kilkunastu będzie skażony całkowicie, ludzie na tym terenie będą cierpieć na chorobę popromienną i dla sporej części z nich skończy się to szybkim zgonem.
Na terenie Słupska i w jego okolicach nie mamy schronów przeciwatomowych, a nawet gdyby były, to ten atak nie zostanie poprzedzony wypowiedzeniem wojny. Będzie to atak nagły i z zaskoczenia. Tym, którzy przeżyją wybuch nie pozostanie nic innego, jak owinąć się w prześcieradło i powoli czołgać się w kierunku najbliższego cmentarza.


* Symulacja została wykonana przy użyciu strony NUKEMAP

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.6/10 (8 votes cast)

Putiniada 2014

 
Rosjanie nie mają zbyt wielu powodów do zadowolenia. Sytuacja gospodarcza jest kiepska od lat, przeciętny Rosjanin ledwie wiąże koniec z końcem, w skali makroekonomicznej pojawiają się problemy, które są trudne do pojęcia. Łatwo dostępne źródła gazu i ropy kończą się, wydobycie pozostałych wymaga technologii, których Rosja nie ma i które są drogie. Armia jest ogromna, kosztowna, ale niewydolna, technicznie zacofana nawet w stosunku niewielkich armii krajów środkowej Europy. Co Putin dziś ma do zaoferowania swoim obywatelom?

Festiwal złudzeń

Dość powszechne jest mniemanie, że Putin zrobił porządek z oligarchią rosyjską, ukrócił jej samowolę i zlikwidował ogromne nierówności społeczne w Rosji. Nic bardziej fałszywego. Putin powsadzał do więzień kilku oligarchów, którzy postanowili swoich sił spróbować w polityce i na swoje nieszczęście mieli zupełnie inną koncepcję państwa niż Włodzimierz Władymirowicz. Modelowym przykładem jest Chodorkowski, który – mając w perspektywie kolejne oskarżenia – ukorzył się i uwolniony wyjechał z kraju. Oligarchowie jednak mają się dobrze, pod warunkiem, że przyjęli do wiadomości zasadę posłuszeństwa i zdają sobie sprawę, że to Putin jest największym oligarchą. Nierówności społeczne są dalej i podobnie jak w Związku Sowieckim są równi i równiejsi.
Stara anegdota mówi, że rosyjskiego chłopa zapytano: Wania, co byś ty zrobił, gdybyś był carem?
Chłop – gdy już ochłonął z przerażenia wywołanego tak obrazoburczą myślą – odpowiedział: Stanąłbym tu na rozstajach i każdego przechodzącego walił w mordę.
Stara ta historyjka bardzo dobrze pokazuje czym dla rosyjskiego człowieka jest władza. Władza może dać w mordę, władzy trzeba słuchać, władzy trzeba się kłaniać. Tak było w czasach carskich, nic się nie zmieniło w czasach komunistycznych i nadal jest tak samo. To jest kilkaset lat doświadczeń na poziomie pokoleniowym, nieledwie już genetycznym. Posłuszeństwo i poddaństwo. Legenda Putina pokazuje przywódcę i ojca narodu, jako wysportowanego mężczyznę, myśliwego i żołnierza, a jednocześnie troszczącego się o swój naród. To typowa legenda dobrego cara, jak dzieje się źle, to znaczy, że urzędnicy zawinili, to oni kradną, to oni cara oszukują i spotka ich kara.
Rosja jest nadal krajem o mentalności komunistycznej z władzą restrykcyjną i utrudniającą życie obywatelom. Rosjanie się do tego przyzwyczaili i wydaje im się, że inaczej być nie może. Kiepskie perspektywy rozwojowe sprawiają, że Putin nie jest w stanie zaoferować Rosjanom lepszego życia, ale może im dać spełnienie marzeń o Wielkiej Rosji. Od upadku komunizmu tego im właśnie brakuje. Rosja straciła kraje nadbałtyckie, wpływy w Europie wschodniej, Gruzję i kraje środkowej Azji znad Morza Kaspijskiego. Imperium zostało złamane i upokorzone. Rosjanie odbierają upadek Związku Sowieckiego jako osobistą porażkę. Kraje, którym według ich pojęcia, żołnierze Armii Czerwonej przynieśli ogromnym kosztem wyzwolenie z łap faszystowskich oprawców, pogardziły tą radziecką wolnością, rozbiły Układ Warszawski i RWPG. W rosyjskim pojęciu zdradziły. A teraz chcą jeszcze oderwać Ukrainę.

Kłamstwa i nieprawdy

1. Jednym z często powtarzanych kłamstw podczas aneksji Krymu przez Rosję i w czasie pierwszych rebelii na wschodniej Ukrainie było to, które stwierdzało, że przeważająca część ludności wschodnich regionów Ukrainy to Rosjanie. W tej sytuacji mają oni prawo do referendum, dzięki któremu byłaby możliwość pokojowego rozstrzygnięcia przynależności tych ziem do Rosji. Tak naprawdę przewagę procentową Rosjanie mają jedynie na Krymie. Prawdę pokazuje przedstawiona poniżej mapa.

Etniczny skład Ukrainy
Ukraińcy na Ukrainie © Wikipedia

Interesujące jest, że ci sami piewcy prawa ukraińskich Rosjan do samostanowienia, zaczynają zwykle śpiewać na zupełnie inną nutę, gdy chodzi o Kosowo (Rosja była przeciwna wyodrębnieniu Kosowa), a nasi polscy obrońcy Rosji nie są już tak wolnościowi, gdy jest mowa o przyznaniu autonomii Kaszubom lub Ślązakom.

2. Krym został wyzwolony z rąk ukraińskich przez samych mieszkańców, bez udziału Rosji – to kłamstwo drugie, równie początkowo popularne. Teraz i minister obrony, i prezydent nie wstydzą się opowiadać, że do „zwrócenia Krymu” doszło przy udziale regularnej armii. A jeszcze kilka miesięcy temu tę informację oni sami uparcie dementowali, a uzbrojeni ludzie w mundurach armii rosyjskiej byli nazywani przez nich ochotnikami, którzy nabyli uniformy w sieci sklepów Wojentorg (Dziennik „Wiedomosti” za „Gazetą Wyborczą”). Warto też przypomnieć, że podstawowym motywem bezprawnego zagarnięcia przez Rosję Krymu jest baza Floty Czarnomorskiej, a nie kwestia prawa do samostanowienia mieszkańców Krymu.

3. Jednym z najbardziej bezczelnych kłamstw jest twierdzenie, że to Ukraina ponosi winę za trwającą wojnę. Ponosi ją w takim samym stopniu jak Polska w 1939 roku. Nie byłoby wojny z Niemcami, gdyby Polska się nie broniła, a skoro się broniła to byłą winna. Tak twierdzono prawie oficjalnie na Zachodzie, nie byłoby wojny, gdyby Polska potulnie zgodziła się oddać Niemcom eksterytorialny korytarz. Nie byłoby wojny dziś, gdyby Ukraina bez walki oddała Rosji jedną trzecią kraju. Jednak jakim prawem mielibyśmy od Ukrainy takie postawy oczekiwać?
Twierdzenie, że Ukraina ponosi całą odpowiedzialność, za wojnę z Rosją, to znaczy, że ta wojna się toczy. A przecież ci sami kłamcy twierdzą, że Rosja nie bierze udziału w walkach.

4. Rosyjska armia nie bierze udziału w walkach na Ukrainie. To kłamstwo rozpowszechniane według starych sprawdzonych goebbelsowskich wzorów. Jednak w to nie wierzy się nawet w samej Rosji. Wojskowy komentator „Nowej Gaziety” szacuje, że obecnie na Ukrainie jest obecny kontyngent wojskowy w liczbie od 3 do 4 tysięcy żołnierzy.
Jeśli nasi żołnierze nie walczą na Ukrainie – pyta dziennikarz „Wiedomosti” – to gdzie zginęli ci, których niedawno pochowano?
Dziennik przypomniał, że kilka dni temu Minister Obrony odznaczył 76. Dywizję Powietrzno-desantową z Pskowa odznaczeniem bojowym – Orderem Suworowa. Kilka dni temu też pochowano (prawdopodobnie blisko stu) żołnierzy tej dywizji. Początkowo powiedziano rodzinom, że polegli pod Ługańskiem. Ale oficjalne przyczyny zgonów to zawał lub wylew, pisze rosyjski dziennik.

5. Ukraina nie wpuściła konwoju humanitarnego nad którym patronat objął Czerwony Krzyż. Rosjanie nie zgodzili się na pełną kontrolę konwoju, zatem Czerwony Krzyż nie zgodził się na firmowanie konwoju. W tej chwili nie mamy z tym konwojem nic wspólnego – powiedział Frederic Joly, rzecznik tej organizacji – Nie zgadzamy się, by akcja humanitarna odgrywała polityczną rolę w konflikcie ukraińskim. Konwój wjechał przez przejście graniczne kontrolowane przez separatystów i wkrótce potem nastąpiła kolejna ofensywa separatystów w kierunku południowym. Co było zawartością ciężarówek?

6. Ukraińcy zestrzelili malezyjski samolot cywilny. Warto sobie uświadomić, co dziś w Rosji pisze się o tym incydencie.
„Komsomolska Prawda” znalazła rosyjskiego Macierewicza, który co prawda nazywa się Jurij Antipow, ale zna się równie dobrze na katastrofach lotniczych i lotnictwie wojskowym. Jest on zadania, że samolot zestrzelony nad Ukrainą nie jest podobny do tego, który wyleciał z Amsterdamu, ale jest podobny do tego, który wystartował z Kuala Lumpur 8 marca. Pasuje ta teoria do relacji o rzekomo „nieświeżych” ciałach, które widział na miejscu katastrofy Igor Girkin-Striełkow, oficer rosyjskiej FSB – dowodzący wówczas rebeliantami na tym terenie. Powstaje pytanie, po co jedna z najważniejszych prorządowych gazet publikuje tak oczywiście debilne teorie, skoro to nie Rosjanie zestrzelili samolot?
Na nieszczęście Putina Ukraina jest pod baczną obserwacją amerykańskiego systemu satelitarnego. Już parę dni po katastrofie Amerykanie opublikowali zdjęcia, dane i obliczenia, które lokalizują dokładnie wyrzutnię BUK, którą rebelianci dostali z Rosji, a obsługę jej stanowił oddział rosyjski, dowódcą rebeliantów był również człowiek z Rosji.

7. Rosyjscy żołnierze, których wzięła do niewoli armia ukraińska, trafili na Ukrainę przez pomyłkę w czasie manewrów na terenach Rosji. Zapewne „przez pomyłkę” Rosjanie jeszcze nie raz trafią tam, gdzie toczą się jakieś działania wojenne, w których rzekomo Rosja nie bierze udziału. Nie można się oprzeć przed porównaniami z „bratnią pomocą” jakiej udzielała Armia Czerwona Węgrom w 1956 i Czechosłowacji w 1968. Są to tak samo bezczelne i jednocześnie głupie wymówki.

8. Sami Ukraińcy nie chcą walczyć za swój kraj, bo się z nim nie identyfikują. Typowe kłamstwo z gatunku FUD wynalezionego przez Microsoft. Rozpowszechnianie pocztą pantoflową plotek o klęskach, przegranych potyczkach, utraconych pozycjach z powodu nieudolności i tchórzostwa Ukraińców. Sytuacja pokazuje, że jest odwrotnie. Ukraińska armia po pierwszym okresie szoku i rozsypki zaczęła odzyskiwać tereny zajęte przez „separatystów” – przez niektórych nazywanych „zielonymi ludzikami”. Rosyjski konwój „humanitarny”, który wjechał z pomocą, nie był przypadkowy i nieprzypadkowo wjechał od strony Ługańska zajętego przez rebeliantów. A wkrótce potem nastąpiła ofensywa „separatystów” w stronę Mariupola. Rebelianci oczekują coraz to większej pomocy, nie potrzebowaliby jej, gdyby armia ukraińska dezerterowała i wciąż się wycofywała.

9. Ukraińcy to prymitywni faszyści, którzy chcą wymordować Rosjan, dopuszczają się zbrodni wojennych, a ich zamiarem jest również wymordowanie Polaków. W każdym współczesnym kraju są dziś organizacje neofaszystowskie. Zaczynając od samej Rosji, poprzez Polskę, na demokratycznej Szwecji i Norwegii kończąc. Nikt jednak nie twierdzi, że Szwedzi to sami faszyści. Nikt też nie ocenia wszystkich Rosjan przez pryzmat kilku faszystowskich i rasistowskich organizacji.

Historia kołem się toczy

Kolejnym internetowym hoaxem powtarzanym dość powszechnie, jest mniemanie, że Europa nie dała żadnej szansy Rosji na pokojowe rozwiązanie konfliktu. Europa rzekomo miała być agresywna i ograniczać się wyłącznie do gróźb i sankcji. Kompletna brednia stworzona chyba przez propagandowy sztab Putina. Po pierwsze konflikt wewnątrzukraiński nie wymagał od Rosji interwencji zbrojnej, zrobiła to na własne życzenie, nie chcąc dogadywać się z nowym rządem na temat stacjonowania Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu.
Teoria rzekomej ostrej postawy Unii Europejskiej kompletnie nie przystaje do rzeczywistości w sytuacji, gdy Francja nie zamierza stosować embarga, a przynajmniej nie wobec podpisanych już kontraktów wojskowych, z sankcjami nie zgadza się Słowacja, a Węgry wręcz ostentacyjnie podpisały z Rosją umowę o modernizacji elektrowni atomowej. Orban wyraźnie popiera Putina wbrew stanowisku Unii. Sankcje ogłaszano „z pewną taką nieśmiałością” i dopiero retorsje Rosji wobec importu z UE spowodowały mocniejszą reakcję. Putin zauważył, że może rozgrywać poszczególne kraje i nie liczyć się z Unią i tak się właśnie dzieje.
NATO z jednej strony przypomina, ze będzie bronić swych członków, ale znacznie mocniej przypomina, że Ukraina nie należy do sojuszu. Amerykanie wciąż przypominają, że wiąże ich umowa z Rosją i nie będzie żadnych stałych baz NATO na terenie państw Europy Środkowej i Wschodniej. Cichutko natomiast jest na temat tego, że Rosja bez skrupułów złamała postanowienia memorandum budapeszteńskiego, w którym gwarantowała Ukrainie nienaruszalność granic. Zarówno Europa, jak i USA okazały się wobec Rosji bardzo ugodowe i miękkie, pozwalając przez to na kolejne coraz dalej idące działania Rosji na Ukrainie.

Nie da się ukryć, że dzisiejsza sytuacja bardzo przypomina Europę z 1938 roku. Angielski premier Chamberlain wracał triumfalnie z Monachium twierdząc, że załatwił Europie sto lat pokoju, tymczasem dwa lata później brytyjskie wojsko brało cięgi pod Dunkierką, a za kolejne parę miesięcy losy Zjednoczonego Królestwa wisiały na włosku. Francuzi nie chcieli umierać za Gdańsk, a w 1940 okazało się, że nie mają ochoty umierać także za Francję, a Druga Wojna Światowa jest w sporej części historią francuskiej hańby.

Po 1989 roku wydawało się wszystkim, że oto nadchodzi nowa era, że agresja jako sposób uprawienia polityki odchodzi w niepamięć, że obronny sojusz NATO będzie w stanie zapewnić pokój na świecie i uchronić nas przed kolejną wojną światową. Dla Polski oznaczało to wreszcie szansę, której nie otrzymała w 1945 roku. Dziś widać, że przynajmniej w pewnej części mieliśmy bardzo optymistyczne złudzenia. Jak kiedyś hitlerowskie Niemcy, tak dziś Rosja stopniuje napięcie i sprawdza, jak daleko może się posunąć.
Europa i Stany Zjednoczone wciąż pozostają w szoku po kryzysie ekonomicznym. Amerykański prezydent dał się ograć Putinowi już kilkakrotnie, w Europie każdy kraj ma wobec Rosji swoją politykę, a Putin ma gaz i już dziś ustami swego ministra daje do zrozumienia, że zimą tę kartę przetargową wykorzysta. W tej sytuacji polski premier, który od dawna zabiega o spójną europejską politykę energetyczną i europejską solidarność energetyczną, wyrasta do roli wręcz jasnowidza, którego na nieszczęście Europy nie słuchano zbyt uważnie.
Jeśli polityka europejska dalej będzie szła ścieżką wytyczoną przez Chamberlaina, to koniec będzie równie żałosny jak nieco ponad siedemdziesiąt lat temu.

Куда господин Путин?

Putin prowadzi politykę faktów dokonanych. Dokonał aneksji Krymu i sprawdzał jakie są reakcje świata. Reakcje świata ograniczyły się do świętych wyrazów oburzenia, zaś Ukraina w w stanie permanentnego kryzysu politycznego nie potrafiła podjąć obrony. Zatem Putin wykonała następny krok.
Pojawili się „separatyści” na wschodnich obszarach Ukrainy, formowali własne armie, ogłaszali „niezależne” republiki ludowe. Stany Zjednoczone wraz z Unią europejską wysłały jeszcze więcej wyrazów oburzenia. W odpowiedzi Rosja wysłała na Ukrainę jeszcze więcej tzw. zielonych ludzików.
Eskalacja działań wojennych i prowokacji rosyjskich stała się rzeczywistością. Świat niemrawo zareagował na zestrzelenie cywilnego samolotu, nie zareagował wcale na wprowadzenie rzekomego konwoju humanitarnego, więc Putin wyznaczył nowe cele. Dziś celem jest Donbas, czyli Donieckie zagłębie węglowe i jednocześnie potencjalnie ważny okręg przemysłowy.
Unijne i amerykańskie sankcje są nieskuteczne i niespójne, a jednocześnie Niemcy i Francja wysyłają sygnały pojednawcze – właśnie ze względu na ich sprzeciw NATO oznajmiło, że nie będzie stałych baz w Polsce, ani krajach bałtyckich. Wysłano sygnał schizofrenicznie sprzeczny – będziemy bronić wschodnich członków NATO,ale nie wyślemy tam na stałe, żadnych naszych wojsk, aby nie drażnić Putina. Czy to będzie taka sama obrona jak w 1939 roku? Czy w razie agresji Polska ma się liczyć z kolejną „dziwną wojną”?
Putin zatem ma wolną rękę, a na dodatek ma narzędzie nacisku, czyli gaz. Nie może pozwolić, na zdławienie separatystycznych rebelii, jeśli zatem Ukraińcy zaczną wygrywać, Rosja zwiększy liczebność swojego kontyngentu wojskowego, którego rzekomo tam wcale nie ma.
To nie tylko teoria, zasady ograniczonej interwencji zbrojnej Rosja przećwiczyła wcześniej w w Mołdowie i Gruzji, a moje obawy nie są odosobnione. Niedawno dosadnie i bez ogródek wypowiedział się politolog profesor Waldemar Dziak: Putin siedzi przy biurku i analizuje. Jaka była reakcja na zestrzelenie samolotu? Żadna. Jaka była reakcja, gdy weszliśmy na Krym? Żadna. To idziemy dalej, zobaczymy, gdzie nam postawią gorącą granicę. Nasi rysują linię, a gdy Putin ją przekracza, to przesuwają ją dalej. (za „Gazetą Wyborczą”)
Nie bez racji profesor przytoczył też stary dowcip, znany starszym Polakom z czasów Związku Sowieckiego:
– Z kim graniczy Rosja?
– Z kim chce!

Wojna

Wojna Rosji z Ukrainą jest faktem, nie zmienia tego ograniczony zakres działań wojennych i stosunkowo niewielka liczba ofiar. Przyzwyczajeni do okrucieństw Drugiej Wojny Światowej, gdy ginęły miliony ludzi, mamy w Europie skłonność lekceważyć wojny, w których ofiary liczy się setkami zabitych.
W 1939 roku hitlerowskie państwo specjalizujące się głównie w produkcji broni stało na skraju bankructwa. Napaść na sąsiadów od czasów prehistorycznych była sposobem na wzbogacenie się lub przynajmniej na odsunięcie w czasie problemów ekonomicznych. Hitler postąpił identycznie jak plemienni przywódcy neandertalczyków. Dziś ten ponadczasowy sposób stosuje Putin, bo historia kołem się toczy.
Wojna toczy się również w świecie cyfrowym. Według nieoficjalnych danych wywiadu NATO, władze rosyjskie zatrudniają nawet do kilkudziesięciu tysięcy trolli internetowych, których zadaniem jest bronić racji rosyjskich i rozpowszechniać fałszywe informacje na temat Ukrainy i państw europejskich. Z przebiegu dyskusji internetowych na polskich forach wynika, że oprócz tego istnieje w Polsce również bardzo silne prorosyjskie lub raczej proputinowskie lobby, które nie cofa się przed żadną dezinformacją, kłamstwem i fałszerstwem. Jest bowiem mało prawdopodobne, żeby wszystkie te osoby należały do rosyjskiej agentury w Polsce.
Wszystko wskazuje na to, że obecnie celem Rosji jest Donbas i możliwa jest eskalacja konfliktu do zaangażowania nawet trzydziestu tysięcy żołnierzy z Rosji. Jednak powstaje pytanie co dalej? Czy Rosja zaangażuje się w „obronę” mniejszości rosyjskiej na Łotwie i w Estonii? Czy zajmie Mołdawię? Czy zdecyduje się odzyskać Gruzję? A może zażąda eksterytorialnego korytarza łączącego obwód kaliningradzki z resztą kraju? Może „zielone ludziki” pojawią się w okolicach Suwałk? Dlaczego niektórym się wydaje, że Putin zatrzyma się w swojej ekspansji ot tak, tak samo jak zaczął.
Od miesięcy przekracza kolejne wytyczane przez Zachód linie zupełnie bezkarnie, dlaczego nie miałby przekroczyć linii na Bugu?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.3/10 (7 votes cast)

Cud nad Wisłą

Cud nad Wisłą to popularne określenie Bitwy Warszawskiej, która miała miejsce w dniach 13 – 25 sierpnia 1920 roku na przedpolach Warszawy. Wynik tej bitwy uratował istnienie powstającej dopiero po latach zaborów państwowości polskiej. Bitwa Warszawska była przełomowym momentem wojny z Bolszewikami, którą Polska toczyła w latach 1919 – 1920. Warto tu wspomnieć, że ówczesny Związek Radziecki, choć powstał na gruzach wyniszczonej I Wojną Światowej Rosji, choć wyniszczony trwającą od 1918 roku wojną domową, był potęgą wobec Polski, która powstała dopiero pod koniec 1918 roku i nawet nie do końca jeszcze miała określone swoje granice. Polska administracja na terenach dawnych zaborów dopiero się tworzyła, armia była w stadium organizacji, a państwo było nie mniej wyniszczone niedawną wojną niż przeciwnik. W kluczowych momentach bitwy po stronie sowieckiej walczyło blisko 900 tysięcy żołnierzy, po stronie polskiej zaledwie 123 tysiące.
Gdy w początkach sierpnia Bolszewicy stanęli u bram Warszawy, wydawało się, że klęska jest nieunikniona. We wspomnieniach moich dziadków, którzy niecały rok wcześniej uciekali przed komunistycznymi bandami z kresów wschodnich, była to nieledwie apokalipsa. Wraz z niespełna półrocznym pierworodnym (moim ojcem) ewakuowali się z Warszawy.
Ostatecznie polskie zwycięstwo miało kilka przyczyn. Brawurowy manewr oskrzydlenia sowieckich oddziałów był tylko jedną z nich. Całkiem prawdopodobne, że polskie działania odnosiły sukcesy dlatego, że złamano bolszewickie szyfry. Polskie dowództwo wiedziało, jakie są plany Armii Czerwonej i potrafiło im przeciwdziałać. Skutecznie też zakłócano komunikację radiową sowieckiej armii dzięki zdobyciu jednej z dwóch sztabowych radiostacji czerwonoarmistów. Do dziś jest wiele kontrowersji dotyczących bitwy, w której brało udział wielu znanych wcześniej i później dowódców takich jak generał Haller czy Sikorski. Od samego początku niektórzy usiłowali „odebrać” pomysł strategiczny Piłsudskiemu, znajdując wiele mniej lub bardziej wymyślnych powodów zwycięstwa. Jednym z nich było podkreślanie cudowności tego zwycięstwa.
Paradoksalnie upływ lat stosunkowo niewiele przyczynił się do złagodzenia sporów i dyskusji o bitwie z większym obiektywizmem. Wraz z upływem czasu Kościół Katolicki coraz bardziej akcentuje element cudu wpływającego na wynik tej bitwy. W nocy z 14 na 15 sierpnia miał także miejsce cud objawienia się Najświętszej Maryi Panny nad oddziałami Armii Czerwonej, wywołując popłoch w jej szeregach, co jest udokumentowane – stwierdził w przeddzień rocznicy arcybiskup Hoser, skądinąd znany ze sprowadzenia do Polski na „gościnne występy” znanego księdza uzdrowiciela z Rwandy i głośnej awantury w sprawie księdza Lemańskiego.
Pozostaje tylko zapytać pana Hosera, dlaczego Maryja nie pomogła Polakom zwyciężyć w 1939 roku, a potem nie uchroniła Polski od 50 lat zależności od Związku Radzieckiego? Czyżby przeszła na stronę Niemców i Bolszewików?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (9 votes cast)

Wasze dzieci, wasi wnukowie

Kolejna – trzecia – część niemieckiego filmu „Nasze matki, nasi ojcowie” potrafiła przebić poprzednie dwie w fałszowaniu historii. A kiedy już się zna całość, można też powiedzieć więcej o samej idei, zamyśle przyświecającym twórcom. Rozmowa polskich i niemieckich historyków oraz dziennikarzy po filmie, pokazała dość spore różnice w poglądach, ale też wyrażała potrzebę dialogu pomiędzy naszymi nacjami. Warto ten dialog podjąć i dlatego moja dzisiejsza wypowiedź będzie formą takiego dialogu.
Drodzy normalni Niemcy!
Film zaczyna się w roku 1941, ale wojna nie zaczęła się w tym roku. Narrator zdawkowo wspomina tylko o swej „służbie” w Polsce i we Francji. A to właśnie w Polsce rozpoczęliście wojnę w 1939 roku. W Polsce też rozpoczęliście zaplanowane przez waszego ukochanego Führera dzieło ludobójstwa. Pierwsi niewinni cywile zginęli właśnie w Polsce, gdy bombardowaliście ewakuujące się kolumny cywilnych uchodźców, bo właśnie prowadziliście wojnę totalną. To nie paskudne gestapo zrzucało bomby, ale wasze lotnictwo, normalni Niemcy. Być może bohater tego filmu już w Polsce rozstrzeliwał cywilów, u których znaleziono radio. Tak, radio. Posiadanie radia było karane śmiercią. Do połowy 1941 roku – gdy zaczyna się film – tysiące Polaków wywieziono już do Auschwitz. A elitę intelektualną – profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego – wymordowaliście już w 1939 roku.
Drodzy normalni Niemcy, czy pamiętacie z jakim nabożnym skupieniem i radością w sercach słuchaliście przemówień Hitlera i jak gorąco wierzyliście w Lebensraum na wschodzie? Uderzyliście więc na wschód. Hitler rozkazał zabijać schwytanych komisarzy ludowych. Nie mam powodu kochać rosyjskich komisarzy, ale to była kolejna zbrodnia wojenna, której dopuszczaliście się wy – normalni Niemcy. Potem zaczęliście świńskim truchtem uciekać z Rosji i stopniowo przestawaliście kochać swojego ubóstwianego wodza. Tak, trzeba przyznać, że to pokazuje wasz film dość dokładnie. Bohater tak bardzo przestaje kochać Hitlera, że aż dezerteruje. Jednak wielu normalnych Niemców walczyło do końca. Postacie bohaterów niemieckich w filmie przedstawione są z zachowaniem głębi psychologicznej i pokazują ewolucję zachowań, jednak wszystko, co jest na wschód pokazano jako barbarzyńską antysemicką dzicz.
Obraz Armii Krajowej przedstawiony jest odrażająco. Partyzanci, którzy napadli na pociąg, otwierają wagony z więźniami w pasiakach i natychmiast zamykają je, zakładając, że w środku są Żydzi. Polacy doskonale wiedzieli, że w obozach są też setki tysięcy ich rodaków i choć oddział partyzancki nie miał możliwości udzielić więźniom pomocy, to nawet jako antysemici przecież sprawdziliby chociaż, czy są tam Polacy. Film dopuszcza się więc wyjątkowo ordynarnego fałszerstwa. Są też fałszerstwa śmieszne. Pociąg się zatrzymuje przed postawioną na torach tabliczką stop. Bo niemiecki maszynista – mówi polski partyzant – musi się zatrzymać przed niemiecką tabliczką. Sami sobie wystawiliście świadectwo.
Cały polski epizod w filmie został zrobiony wyjątkowo niechlujnie, w sposób sprawiający wrażenie, ze zajmował się tym kompletny ignorant. Polacy mówią jakimś dziwacznym językiem, który trochę tylko podobny jest do polskiego. Warto byłoby obejrzeć polskie filmy. Tam często dbałość o realia była ogromna. Aktorzy grający Niemców mówili perfekcyjnym niemieckim z rozróżnieniem nawet różnic językowych pomiędzy różnym regionami Niemiec.
Jest w tym filmie jedno zdecydowanie prawdziwe zdanie. I nie wiem, czy znalazło się tam celowo, czy może to kolejny wyraz indolencji realizatorów. Narrator mówi w ostatnich minutach filmu: Już niedługo wojna się skończy i będą sami Niemcy, i ani jednego nazisty.
Tak właśnie było. Gdy wojna się skończyła, spaliliście swoje mundury i frontowe pamiątki i staraliście wzajemnie się przekonać, że byliście w jakimś sensie również ofiarami nazizmu. Ale tak naprawdę byliście tylko ofiarami swej wiary w nazizm, wiary, która wypełniała wasze radosne serca aż do mocnego kopa pod Stalingradem.
Pokolenie waszych dzieci, które zrozumiało bezmiar waszych – normalnych niemieckich zbrodni – wykrzyczało wam prosto w twarz, ze jesteście pokoleniem morderców i nie jest ważne, czy ktoś należał do NSDAP, czy był w Wermachcie. Wszyscy byliście winni. To wy rozpoczęliście wojnę totalną, podczas której morduje się kobiety i dzieci, to wy daliście swą zgodę na holokaust i jeśli pod koniec wojny doświadczyliście rewanżu w postaci totalnego zniszczenia Drezna, to powiem, że na to zasłużyliście sobie latami waszej własnej totalnej wojny. Całe zło, które wyrządziliście wróciło do was w spotęgowany sposób i słusznie wasze dzieci wstydziły się swoich rodziców.
Dziś żyje już pokolenie waszych wnuków. I to wnukowie nakręcili ten skandaliczny i fałszujący historię film. Bo wnukowie nie potrafią dziś już pogodzić się z waszymi zbrodniami i gorączkowo szukają kogoś, z kim mogliby się podzielić winą.
My Polacy też mamy swoje winy I też nie wszyscy chcą je przyjąć do wiadomości. Był pogrom w Kielcach – tuż po wojnie, gdy wydawało się, że potworne niemieckie zbrodnie odstraszać powinny fatalnym przykładem. Było Jedwabne, byli szmalcownicy, którzy w zamian za obietnicę milczenia pozbawiali Żydów wszystkiego, niektórych spotkała za to śmierć z rąk Armii Krajowej. Byli i są wśród nas antysemici. Ale to nie myśmy zorganizowali obozy śmierci, myśmy w nich umierali. Te obozy założyli normalni Niemcy, którzy wierzyli w swego Führera jak w boga. Wasze dzieci miały z tym problem, dziś mają go wasi wnukowie, a za jakiś czas z tym samym problemem będą się musieli zmierzyć wasi prawnukowie. Wasze zbrodnie nie przestaną istnieć z tego powodu, że ktoś zrealizuje wybielający was film.
Jedna z końcowych scen filmu pokazuje, jak tuż po kapitulacji żydowski i cudem ocalały bohater Wiktor odnajduje w administracji oficera SS, który go wysłał do obozu i zdumiony dostrzega, że Amerykanie, którzy go zatrudnili doskonale o tym wiedzą. Jest w tym pewna prawda. Zarówno Amerykanie jak i Rosjanie wykorzystywali nazistowskich funkcjonariuszy do zarządzania okupowanymi Niemcami. Ale też jest w tym fałsz, bo w maju 1945 w Berlinie nie było Amerykanów. Berlin Zachodni powstał później.
O naszej wspólnej historii powinniśmy rozmawiać i dyskutować, jest bolesna i trudna, ale rozpoczynanie dyskusji od fałszerstwa to zdecydowanie głupi pomysł.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Nasze mity, nasze złudzenia

Skoro zacząłem recenzować niemiecki film „Nasze matki, nasi ojcowie” już po pierwszej części, to uczciwe będzie jeśli i drugą część ocenię z osobna.
Najpierw ewidentne kłamstwa. Wiktor – ów wspomniany wcześniej Żyd z piątki przyjaciół ucieka z transportu, który jedzie z Sachsenhausen do Auschwitz. Ucieka wraz z młodą Polką, która usiłowała uciec z przymusowej pracy w Niemczech. Kradną ubrania w wiejskim gospodarstwie kilkadziesiąt kilometrów od Auschwitz. Gospodarz wybiega z chałupy z karabinem i strzela do nich. Sytuacja powtarza się drugi raz, gdy ukrywają się w innej wsi. Tym razem gospodarz nie strzela, ale również mierzy do nich z karabinu. Polak z karabinem w domu podczas okupacji narażałby się na natychmiastowe rozstrzelanie bez sądu w razie rewizji. Zatem te sceny są oczywistym fałszerstwem wojennej historii. Rewizje na wsi wcale nie należały do rzadkości, ponieważ Niemcy siłą odbierali kontyngenty nałożone na rolników. Przypomnijmy, że nawet za zabicie świni w celu własnego spożycia było karane śmiercią.
Drugim fałszem jest obraz polskich partyzantów, którzy paradują po lesie z biało-czerwonymi opaskami z napisem AK. Opaski nosili powstańcy w Warszawie, którzy nie mieli mundurów, a chodziło o to, by Niemcy musieli zgodnie z konwencją haską traktować ich jak regularne wojsko. Opaska była namiastką munduru. Warto tu przypomnieć, że konwencję haską stosowano wobec powstańców wybiórczo. Niektórzy trafili do obozów jenieckich, ale byli także tacy, których rozstrzeliwano lub kierowano do innych obozów.
Co jest prawdziwe? Obraz wojny i zmiany, które dokonują się w ludziach. Z owej piątki przyjaciół dwaj bracia trafiają na front rosyjski. Koleje ich losu pokazują stopniowe oswajanie się ze zbrodniczą machiną wojenną Niemiec. I stopniowe narastanie zwątpienia w sens tego, co robią. Starszy z braci po niezwykle traumatycznym przeżyciu zostaje skazany za dezercję, młodszy ledwo uchodzi z życiem. Jedna z dziewcząt zostaje pielęgniarką i stopniowo zmienia swe fanatyczne przywiązanie do idei głoszonych przez władze. Druga z owej piątki, zostaje piosenkarką i kochanką nazisty. Zmienia swe poglądy, gdy po występach na froncie wschodnim widzi wojnę z bliska.
Film ma bardzo silną wymowę antywojenną. Pokazuje wyraźnie, że dobra, słuszna wojna nie istnieje. Że ludzie stają się wypaleni, okrutni i nieczuli, że jedynie śmierć na wojnie jest pewna.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Prawo do śmierci

Gdy dawno temu chodziłem do szkoły podstawowej, kwiecień był Miesiącem Pamięci Narodowej. Właśnie w kwietniu najczęściej zabierano nas na filmy traktujące o ostatniej wojnie. Tak, niektóre z nich to był propagandowy komunistyczny chłam, inne może były patriotyczne, ale niezbyt wysokich lotów, ale wszystkie przypominały o wydarzeniach, których myśmy nie znali, choć doskonale były znane naszym rodzicom. W kwietniu też często zapraszano do szkół ludzi, którzy przeżyli wojnę i mogli opowiedzieć o tych przeżyciach. Byli to czasami więźniowie obozów koncentracyjnych, partyzanci, żołnierze – zarówno z Zachodu jak i ze Wschodu. Po latach coraz mniej zwracano w szkołach uwagę na ten miesiąc, już w latach 80 kończyło się na jakimś apelu i gazetce ściennej o obozach koncentracyjnych. Pod koniec stulecia jakby zapomniano o tym. Dziś uczniowie o historii mówią „dawno” i równie dawno jest dla nich II Wojna Światowa, jak zabory i bitwa pod Grunwaldem.
Gdy pierwszy raz usłyszałem o Powstaniu w Getcie Warszawskim, byłem zaszokowany. Nie mogłem zrozumieć, jak to się odbywało. Z jednej strony muru świstały kule, grzmiały wybuchy, a z drugiej normalnie jeździły tramwaje?
Druga Wojna Światowa była ogromną częścią moich historycznych zainteresowań. Nie. To nie oddaje sedna tych zainteresowań. Druga Wojna Światowa była częścią mnie, choć sam jej nie przeżyłem. O Powstaniu żydowskim w Warszawie czytałem potem wiele i wciąż trudno było mi zrozumieć. Czesław Miłosz w Campo di Fiori rysuje scenę, gdy na stosie zginął Giordano Bruno, a Campo di Fiori nadal tętni życiem, handluje owocami, rybami.. i porównuje tamten moment z żydowskim powstaniem w Warszawie, gdy za murem płonęły domy, a tuż obok była karuzela i skoczna muzyka. Jednak wtedy znałem też powieść Kolumbowie. Powoli zaczynałem rozumieć, że oprócz wojny, była też zabawa, papierosy, wódka i seks, choć działo się to w obliczu zagłady. Lata później czytałem wspomnienia Marka Edelmana, który pisał o życiu i powstaniu w getcie, pisał o gwałtownych i krótkich miłościach: Oczywiście oboje później zginęli, ale to nie ma znaczenia. Bo ten czas, który przeżyli razem, przeżyli w spokoju.
Wielokrotnie podczas lektur na temat Powstania w Getcie, ale także czytając o Powstaniu Warszawskim, miałem ochotę wyć z rozpaczy, bo choć rozumiałem bezsilność ludzi patrzących z drugiej strony muru i ich własną chęć przeżycia, rozumiałem polityczne aspekty Powstania Warszawskiego i zbrodnicze, choć logiczne decyzje Stalina, to moje emocje nie potrafiły się z tym pogodzić i chyba do dziś nie potrafią.
To ludzie sobie wymyślili, że ładniej się umiera z bronią w ręku – napisał w swoich wspomnieniach Marek Edelman. O co walczyli tak naprawdę żydowscy powstańcy. Nie mogli wygrać, nie mieli szans na pomoc, mogli tylko zginąć. Myślę, że powstańcy walczyli tak naprawdę o prawo do śmierci. Postanowili zginąć inaczej, niż zaplanowali to zbydlęceni wykonawcy rozkazów Hitlera.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.7/10 (11 votes cast)

One way ticket

Antoni Czechow, mówiąc o konstrukcji dzieła literackiego, powiedział, że jeśli w pierwszym akcie widz zobaczy wiszącą na gwoździu dubeltówkę, to najpóźniej w ostatnim akcie musi ona wystrzelić. Miał na myśli fakt, że w konstrukcji fabularnej nie może być elementów przypadkowych i zbędnych, bo one rozpraszają odbiorcę i utrudniają odbiór utworu. Ma to swoje uzasadnienie psychologiczne, ale to długa historia i nie ma związku z dzisiejszym tematem.
Ważniejsze jest, że ta zasada ma swój odpowiednik w życiu. Wielokrotnie w historii bywało, że kraj, który zaczynał się zbroić i kładł główny nacisk w swej polityce na armię, w końcu musiał rozpocząć jakąś wojnę. Zbrojenia są drogie i zwykle odbijają się na poziomie życia obywateli w sposób niekorzystny. Można ludziom wmówić konieczność zbrojenia się z powodu zewnętrznych wrogów i można tę strategię polityczną ciągnąć przez wiele lat. Jednak w końcu ludzie zapytają: to gdzie jest ten wróg, który miał na nas napaść? Lub co gorsza sami tak bardzo uwierzą w tego wroga, że będą chcieli go zaatakować.
W niedawnej historii był przykład hitlerowskich Niemiec, które po latach zbrojeń, aż paliły się do wojny. Nawet sceptyczni wobec nazizmu Niemcy byli entuzjastycznie nastawieni do „odbierania tego”, co rzekomo niesprawiedliwy Traktat Wersalski im zabrał. Całkiem niedawno w państwie rządzonym przez Saddama Husseina użyto wojny jako metody odwrócenia uwagi od poważnych problemów gospodarczych spowodowanych przez ciągły wzrost znaczenia armii. Irak zaatakował mały Kuwejt. Nie tak oczywistym, ale prawdziwym przykładem jest największa potęga świata – USA – które wciąż się zbroją i wciąż uczestniczą w jakichś wojnach. Po zamachach na WTC w 2001 roku należało dać obywatelom złudne przeświadczenie, że kogoś za te zamachy spotka kara. Atak na Irak był tego przykładem, choć tak naprawdę to nie Irak był kolebką Al-Kaidy, lecz rzekomo sojusznicza Arabia Saudyjska, z której wywodził się Osama Ben Laden i z której pochodzi do dziś większość potajemnych funduszy na fanatyczny muzułmański jihad. Tylko Arabia jest formalnie sojusznikiem, więc jakże ją atakować.

Armia ponad wszystko

Armia ponad wszystko


Komunistyczna Korea Północna od sześćdziesięciu lat się zbroi. Armia jest jedyną wizytówką tego kraju. Koreańska armia to ponad milion żołnierzy i ponad osiem milionów rezerwistów. Większe armie mają jedynie Indie, Chiny i USA, przy czym te państwa mają ponad kilkaset milionów obywateli, Chiny nawet ponad miliard. Korea zaś liczy sobie zaledwie 22 miliony ludzi, co w praktyce oznacza największe zmilitaryzowanie społeczeństwa na świecie.
Korea to kraj głodu. Wszystkie środki przeznacza się na wojsko, a i ono nie dojada. Ludzie jedzą trawę, a jak świadczą z rzadka pojawiające się bezpośrednie relacje uciekinierów, nawet kanibalizm stał się dość częstym zjawiskiem. Korea ma broń atomową, a obywatelom wmawia się, że mieszkają w najpotężniejszym kraju świata. Ponieważ od 60 lat są całkowicie odizolowani od świata, być może wierzą, że ich kraj jest potężny, a cały świat jest wrogo nastawiony i zamierza zaatakować ich kraj. Formalnie Korea Północna jest wciąż w stanie wojny z Koreą Południową.

Wojenna retoryka

Wojenna retoryka


Wielokrotnie już w ciągu ostatnich lat komunistyczni dyktatorzy z północy prężyli muskuły. Wielokrotnie grozili wojną, chcąc wymusić od bogatego południa dostawy żywności do głodującego kraju. Ostatni zbrojny incydent, ostrzelanie przygranicznej wyspy, miał miejsce stosunkowo niedawno.
Korea Północna to faktycznie ostatni komunistyczny kraj na świecie. Jako swoisty relikt nędzy, głodu, armii i boskiej niemal czci oddawanej przywódcy, którym jest dziś wnuk pierwszego dyktatora Kim Ir Sena.
Dziś wobec kolejnych gróźb rzucanych przez Koreę Północną, świat zaczyna się zastanawiać, co dalej? Może lepiej było zastanawiać się wcześniej, lecz tego nie zrobiono. Zwykle wobec kolejnych ultimatów północnokoreańskich rozpoczynano jakieś negocjacje, które kończyły się przyznaniem pomocy materialnej. Tym razem chyba już nie ma o tym mowy.
Ta strzelba wisi na gwoździu już od 60 lat i niedługo wystrzeli.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.3/10 (6 votes cast)

Najgłupsza wojna XX wieku

Wojna o Falklandy, która wybuchła 30 lat temu, mało nas wówczas interesowała. Myśmy tutaj u nas mieli własną wojnę polsko-jaruzelską. Nasza wojna była pozbawiona spektakularnych wybuchów i strzelanin, ale pochłaniała nas bez reszty, bowiem nie chcąc ograniczać się do wyboru – ocet czy musztarda – w sklepach, musieliśmy się sporo nagłówkować, aby przeżyć tę biedę.
Telewizja oczywiście podawała wiadomości z tego odległego zakątka świata, a niektórzy z nas po raz pierwszy dowiadywali się o istnieniu takich wysp na Atlantyku. Niektórzy wiedzieli, że w Argentynie rządzi wojskowa dyktatura i dzięki temu zdawali sobie sprawę, dlaczego polskie komentarze krytykują Wielką Brytanię. Ręka rękę myje, generał popiera generała – mówiono.
Argentyńska dyktatura, która wcześniej zdążyła doprowadzić do permanentnego kryzysu i osiągnęła 160% inflacji, szukała sposobu na podreperowanie swojego wizerunku. Jak wiadomo wojskowi najbardziej nadają się do tego, by coś rozpieprzyć. Gospodarkę argentyńską rozwalili w sposób dokładny. Dziś byśmy powiedzieli, że decyzja wojskowej junty podyktowana została pijarem, jak debilnie określa się skrót od public relations. Ówczesny przywódca Argentyny generał Galtieri wymyślił sobie, że skoro w kraju jest tak źle, ze już gorzej być nie może, to zdobędzie Falklandy zwane przez Argentyńczyków Malwinami. Zjednoczy w ten sposób naród i odwróci uwagę od wewnętrznych problemów. Argentyna rościła sobie pretensje do archipelagu już ponad sto lat, choć te wyspy zostały zasiedlone przez Brytyjczyków, bowiem nie miały żadnych rdzennych mieszkańców. Falklandy przechodziły z rąk do rąk już od XVI wieku, ale nie miały nigdy żadnego istotnego znaczenia gospodarczego. Argentyna zawładnęła wyspami na krótko tuż po powstaniu państwa argentyńskiego (było to w 1820 r.). Jednak zrobiła tam tylko kolonię karną, a kilka lat później wprowadzili się tam Brytyjczycy. Dziś żyją tam głownie potomkowie szkockich osadników, którzy przyzwyczajeni są do surowego klimatu wysp i podobnie jak szkoccy przodkowie trudnią się hodowlą owiec.
Żeby było śmieszniej, to Wielka Brytania sama chciała się wcześnie pozbyć niewygodnych wysp i przyznać im niepodległość, ale mieszkańcy w liczbie około 2 tysięcy chcieli zostać nadal obywatelami Zjednoczonego Królestwa. Argentyna, choć nie miała żadnego pomysłu na zagospodarowanie wysp, od dawna zgłaszała swoje pretensje. Mało to odpowiadało mieszkańcom, bo wojskowa junta najwyżej mogłaby urządzić im stan wojenny.
Woja rozpoczęła się 2 kwietnia 1982 roku. Argentyńczycy w liczbie kilku tysięcy bohatersko pokonali prawie setkę obrońców wysp. Spowodowało to wielkie patriotyczne uniesienie w całej Argentynie. Ludność mogła nażłopać się wina i tańczyć tango, zapominając na chwilę o inflacji, bezrobociu i trzymających naród za mordę generałach.
Jednak w Wielkiej Brytanii premierem była wówczas Margaret Thatcher, zwana nie bez racji Iron Lady. Rząd brytyjski podjął decyzję o natychmiastowym odbiciu Falklandów i wysłano tam prawie natychmiast spory kontyngent wojskowy.
Rezultatem była trwająca niespełna trzymiesięczna wojna, w czasie której Argentyńczycy dostali niesamowity łomot, mocno raniący ich dumę narodową, ale też dobrze wpływający na ich realizm i intelekt. Junta wojskowa upadła wkrótce i Argentyna zyskała szansę powrotu do demokracji. Czy ją dobrze wykorzystała, to już inna bajka.
Po drugiej stronie oceanu brytyjska pani premier poprawiła swe notowania i rok później została wybrana na następną kadencję.
Jaki morał wynika z tej historii? Wojskowi są jak psy, trzeba ich trzymać krótko i jasno określać, kto jest panem. W przeciwnym razie wbiją sobie do głowy, że są najważniejsi. A jak wygląda dom, w którym przywódcą stada jest pies? Sapienti sat.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.5/10 (4 votes cast)

Zły to ptak

Należę do pokolenia powojennego, ale w mojej świadomości wojna nie była wydarzeniem historycznym, tylko czymś realnym, prawdziwym, bliskim. Wszyscy ludzie z pokolenia moich rodziców przeżyli wojnę, wojna była widoczna tuż obok. Dziury po kulach w ścianach domów, zabawy chłopców w ruinach – to była codzienność dzieciństwa*.
Ojciec kolegi opowiadał o głodzie w obozie Stutthof. Ciotka o tym jak ukrywano się, gdy Rosjanie „wyzwalali” Polskę. Inny znajomy dorosły o wędrówce kanałami podczas Powstania Warszawskiego. To jeszcze wtedy nie byli staruszkowie nad grobem, tylko zwyczajni ludzie koło pięćdziesiątki. Nauczyciele, lekarze, inżynierowie, kierowcy autobusów. To był taki niesamowity dysonans dla nas – smarkaczy. Z jednej strony zwyczajny pracujący człowiek, a w tle wojna.
Interesowałem się wojną od małego, a w wieku lat czternastu wiedziałem także to, o czym w ówczesnej Polsce prawie nie mówiono. O Żydach w przedwojennej Polsce opowiadał mi ojciec, babcia… Oficjalna historia twierdziła, że Polacy pomagali Żydom. Ale też pomniejszano fakt holokaustu. Wielu moich kolegów po lekcjach historii miało wrażenie, że w Oświęcimiu zginęli głównie Polacy.
Wiedza o zagładzie Żydów zaczęła stawać się powszechna dopiero w latach osiemdziesiątych za sprawą publikacji z drugiego obiegu, a także częściowo ówczesnej oficjalnej prasie opozycyjnej**.
Wówczas też zaczęło do świadomości społecznej docierać, że w czasach wojny nie byliśmy tylko narodem bohaterów, ale też narodem szpicli i szmalcowników. To był dobry moment na narodowy rachunek sumienia.
To prawda, że wśród Polaków jest najwięcej odznaczonych medalem „Sprawiedliwy wśród narodów świata”. To prawda, że za ukrywanie Żydów i pomaganie im groziła śmierć. To prawda, że bycie człowiekiem kosztowało więcej.
Jednak, oprócz pomagających Żydom ludzi i organizacji, był też powszechny – szczególnie na wschodzie – antysemityzm. Powszechne przyzwolenie, nie na zabijanie, ale na donoszenie, na denuncjowanie ukrywających się osób narodowości żydowskiej. Dobrze się stało, że w naszej polityce znalazło się miejsce na oficjalne gesty i przeprosiny. Dobrze, że historycy drążą ten temat i powstają książki, które boleśnie mówią nam prawdę o nas samych. Nie zapominajmy, że jesteśmy dziś jedynym krajem na świecie, w którym istnieje silny antysemityzm przy praktycznym braku Żydów. Słowo Żyd w potocznym języku polskim jest obelgą.
Dziś obejrzałem program Tomasza Lisa, w którym rozmawiano o nowej książce Grossa, a dokładniej o stosunku Polaków do Żydów w czasie wojny i po niej. Być może książka Grossa jest prowokacyjna, przerysowana i tendencyjna. Jednak polscy naukowcy potwierdzają wiele faktów, o których on opowiada. Zresztą – nie trzeba być historykiem, by wiedzieć o pogromie kieleckim. Sensem tej audycji była chęć zwrócenia uwagi na ten trudny problem, zmierzenia się z historią. Jak zgrzyt żelaza po szkle brzmiał w niej głos posła Girzyńskiego z PiS i historyka IPNu – Gontarczyka. Dla tych dwóch wszystko, co zdejmuje aureolę z głowy narodu polskiego jest działaniem antypolskim, godzącym w suwerenność patriotyzm i wiarę. Dla nich jest tylko jedna wizja Polski, a jeśli fakty do niej nie pasują, to źle dla faktów. Nie ten ptak zły, co własne gniazdo kala, lecz ten, co mówić o nim nie pozwala. Chylę głowę przed Norwidem.

* Piszę o tym w części prywatnej blogu.
** Mam na myśli głównie Tygodnik Powszechny, Tygodnik Solidarność i miesięcznik Res Publica.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)