Zamieszkaj w kurniku

Jak mieszkać na powierzchni mniejszej niż 50 metrów kwadratowych? Każdy, kto urodził się w PRL będzie to lepiej lub gorzej pamiętał. Po wojnie kraj był zniszczony, a problem mieszkań, który się wtedy pojawił, nie został rozwiązany do dzisiaj. Warunki klimatyczne nie pozwalają nam mieszkać w slumsach z kartonu lub blachy falistej, gdyby było inaczej, zapewne bylibyśmy krajem kartonowych domków. Przedwojenne (także poniemieckie na ziemiach „odzyskanych”) mieszkania najczęściej dzielono na kilka mniejszych, z wyjątkiem tych o niższym standardzie i rozmiarach, które były mieszkaniami robotniczymi. Jednak jeszcze w latach sześćdziesiątych jeśli na osobę przypadało więcej niż 5 metrów kwadratowych, urząd kwaterunkowy mógł dokwaterować dodatkowego lokatora. Zwykle się tak nie działo, ludzie mieli dzieci, więc ta groźba nie była realna. Jednak w przypadku np. bezdzietnego małżeństwa żyjącego w dwóch pokojach z kuchnią sprawa mogła wyglądać zupełnie inaczej. Oczywiście przez cały czas PRL władze intensywnie rozwiązywały problem mieszkaniowy, budując nowe bloki z bardzo malutkimi mieszkaniami. W tzw. okresie gomułkowskim zmieniono nawet normy, by można było budować mieszkania z „ciemną” kuchnią. Inaczej mówiąc – bez okna.
Jednym słowem mieszkanie w pokoikach, w których zaledwie mieścił się jakiś tapczan do spania, było w naszych warunkach normą. W Europie Zachodniej wyglądało to całkiem inaczej. Najmniej przejmowano się kwestią metrażu w ciepłych południowych krajach. Jednocześnie też struktura mieszkań była inna. W Hiszpanii charakterystyczne było patio otoczone pozostałymi pomieszczeniami, w Grecji często centralną funkcję spełniał przydomowy ogród lub taras. W chłodniejszym klimacie centralnym punktem spotkań rodzinnych był tzw. living room łączący funkcje jadalni oraz pokoju do wypoczynku, w późniejszych latach również pokoju telewizyjnego. Członkowie rodziny mieli swoje własne pokoje – sypialnie i dotyczyło to również rodziców. W Polsce Ludowej salon był równocześnie sypialnią rodziców, a mało wygodna wersalka ich łóżkiem.
Jeszcze inaczej było w Stanach Zjednoczonych. Tam przeciętny dom znajdujący się zwykle na przedmieściach miał ponad 200 metrów kwadratowych. Miał osobne pomieszczenia gospodarcze – pralnię, suszarnię, garaż i pokoje dla wszystkich. Rzecz jasna była też jakaś część populacji mieszkająca w budynkach wielorodzinnych, jednak nie bez przyczyny ogromne miasta amerykańskie to rozległe powierzchniowo osiedla mieszkalne składające się z jednorodzinnych domów. Nie wszyscy jednak korzystali z tego amerykańskiego dobrobytu. Stevie Wonder w piosence „Big Brother” śpiewał: we live in a house the size of a matchbox. Getta murzyńskie dalekie bowiem były od tego amerykańskiego ideału.
Dziś amerykański ideał mieszkania zmienia się nie z powodu rosnących gett murzyńskich, ale ubożejącego społeczeństwa. Programy lifestylowe usiłują tę biedę przekuć w nowy trend. Żyj na mniejszej powierzchni, miej mniej rzeczy. Jednym słowem bardziej być, a mniej mieć. Nie sposób kłócić się z pozytywną wymową takiego trendu. Choć nie sposób też pozbyć się złośliwego komentarza, że żadni z nich trendsetterzy, my w Europie Wschodniej już to przećwiczyliśmy dawno temu. Zamiast przez lata rozwijać kapitalizm, który doprowadził do tego, że dziś trzydziestoletni Amerykanie mogą sobie pozwolić na domek lub kawalerkę o wielkości dwudziestu paru metrów, mogli sobie zafundować realny socjalizm i dziś by z tego wychodzili, tak jak my.
Jakiś czas temu głośna była historia informatyczki z San Francisco, pracującej w znanej firmie, która publicznie na Facebooku poskarżyła się, że nawet pracując na odpowiedzialnym stanowisku nie jest w stanie opłacić kosztów mieszkania w drożejącym wciąż mieście. Reakcją właściciela firmy było zwolnienie jej z pracy.
Lubię programy takie jak „Tiny House Nation”. Pomysły w tych małych mieszkaniach i domkach są często bardzo interesujące, a czasem są to wręcz perły architektury. Życie na małej przestrzeni jest zapewne niezłym pomysłem dla niektórych, ale na miłość boską, nie dla wszystkich. W XX wieku badania psychologiczne i biologiczne ponad wszelką wątpliwość pozwoliły na udowodnienie, że dla prawidłowego rozwoju niezbędne jest zachowanie pewnego obszaru prywatności, że zakłócenie go grozi wzrostem agresji i patologią zachowań społecznych. Nawet bardzo kochająca się rodzina składa się z jednostek autonomicznych, które potrzebują czasem pewnej izolacji. O ile można założyć sens mieszkania w domku o powierzchni dwudziestu metrów w przypadku młodych rodziców z niemowlęciem lub bardzo małym dzieckiem, o tyle mieszkanie czteroosobowej rodziny z dwoma nastolatkami różnej płci na powierzchni trzydziestu metrów kwadratowych to nie jest żaden styl życia, ale hodowla szczurów w zbyt ciasnej klatce. I tu pojawia się konstatacja, że chyba świat nie idzie w dobrym kierunku.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.0/10 (5 votes cast)

Jak zostałem lewakiem

Życie w Polsce Ludowej przypominało papier toaletowy. Dla niektórych, używany. Papieru oczywiście zwykle brakło, podobnie jak tysięcy innych rzeczy. Życie publiczne było za to festiwalem zakłamania i manipulacji. Nic więc dziwnego, że słowo socjalizm, które odmieniano przez wszystkie możliwe przypadki, kojarzyło się jak najgorzej.
Gdy wreszcie nastąpił ten moment, gdy Polska Ludowa runęła w gruzy, co w sposób oczywisty było nieuchronną konsekwencją doprowadzenia ekonomii do absurdu, nie żałowałem tego ani przez moment. Wiedziałem, że droga do kapitalizmu będzie długa i kręta, że minie przynajmniej ćwierćwiecze, zanim będziemy mogli cieszyć się względnym dobrobytem. Jednak naiwnie wyobrażałem sobie, że zadziałają mechanizmy wolnorynkowe wspomagane rozsądnymi decyzjami kolejnych rządów i to spowoduje, że w przyszłość będziemy mogli patrzeć optymistycznie.
Od początku nie było łatwo. Choć obecność w rządzie Jacka Kuronia, gwarantowała, że – dokonujący bardzo bolesnej terapii bez znieczulenia – Leszek Balcerowicz nie zapomni o losie zwykłych ludzi.
Gdy wprowadzano tylnymi drzwiami religię do szkół, byłem temu umiarkowanie przeciwny, jak wielu ludzi z mojego środowiska. Uważałem, że straci na tym Kościół, że lekcje religii staną się „jeszcze jedną cegłą w murze”, a uczniowie będą chodzić na wagary, bo to będą nudy. Jednak nawet najwięksi pesymiści nie przewidywali, że w ciągu dziesięciu lat religia stanie się wyłącznie narzędziem politycznej manipulacji środowisk prokościelnych, zaś niedouczeni katecheci znajdą się na liście hańby polskiej oświaty.
Gdy podpisywano konkordat, byłem jego umiarkowanym zwolennikiem. Uważałem, że rozpychający się łokciami, coraz bezczelniejszy Kościół, będzie musiał przestrzegać prawa, które ustanowiono na poziomie międzynarodowej umowy. Szybko okazało się, że byłem naiwny. Konkordat przywoływany jest wyłącznie wtedy, gdy Kościołowi stawia się jakieś ograniczenia, zaś nigdy nie powstrzymał zachłannych i nienażartych biskupów od ciągłego dojenia społeczeństwa i państwa.
Również tzw. kompromis aborcyjny wydawał mi się rozsądnym prawem. Nie byłem bowiem zwolennikiem traktowania aborcji jako antykoncepcji. Jednak w najczarniejszych przewidywaniach nie spodziewałem się, że tego kompromisu trzeba będzie bronić przynajmniej raz na kadencję parlamentu, zaś praktyczne jego zastosowanie na uprzywilejowanej pozycji postawi fanatyków religijnych i ortodoksów katolickich, którzy na głowie staną, by uniemożliwić kobietom realizację ich praw.
Kolejne rządy starały się jak najszybciej wprowadzić Polskę w krąg europejski, negocjując warunki wstąpienia do Unii Europejskiej, a także zapewnić nam bezpieczeństwo, dołączając do NATO. To niewątpliwie słuszny kierunek, ale szybko zapomniano o warunkach życia zwyczajnych ludzi. Dziś stanowczo mogę powiedzieć, że zarówno do NATO, jak i do Unii kraj wjechał na plecach milionów biednych ludzi. Kolejne partie rządzące uważały, że czyniąc konieczne oszczędności najlepiej zabrać tym, którym państwo płaci bezpośrednio. Emerytom, nauczycielom, pielęgniarkom… ale skrupiło się to także na szerokiej rzeszy pracowników pozbawionych wszelkiej obrony przed drapieżnym kapitalizmem, który pokazał swą dziewiętnastowieczną twarz. Najpotężniejszy związek zawodowy zajął się polityką i moszczeniem wygodnych foteli swoich przywódców.
Nie tak sobie to wyobrażałem.
Sądziłem, że gospodarka rynkowa przyczyni się do poprawy dobrobytu wszystkich pracujących i wytwarzających dobra tak, jak to wcześniej działało w innych krajach europejskich. Że skorzystają nie tylko właściciele środków produkcji, ale także szeroka rzesza pracowników. To z kolei pozwoli państwu na efektywne ściąganie podatków, z których coraz bardziej godziwie będzie się opłacać nauczycieli, lekarzy, pielęgniarki, strażaków… a i emeryci nie będą żyć w skrajnej biedzie. Byłem naiwny. Głupi.
Tak więc przez ponad ćwierć wieku powoli i nieustannie dowiadywałem się jakim byłem głupcem, jak życzeniowe i nierealne były moje oczekiwania. Wraz z każdym rokiem nie tylko przybywało mi siwych włosów, ale też powoli z liberała w sprawach gospodarki i umiarkowanego konserwatysty w sprawach etycznych ewoluowałem w stronę liberalnej lewicy antyklerykalnej. Dziś wiem z całą pewnością, że Kościół Katolicki w Polsce nigdy się nie opamięta w swojej pazerności, a w obliczu stopniowo zanikającej religijności będzie dążył do zdobycia realnej władzy podstępem a nawet przemocą. Dlatego potrzebne jest nam prawo, które w sposób realny określi funkcjonowanie i finansowanie instytucji kościelnych i stanowczo oraz bezwarunkowo określi zakaz ingerowania religii w politykę.
Trudno dziś byłoby usunąć religię ze szkół, choćby ze względy na wygodę setek tysięcy rodziców, ale z całą pewnością należy surowo karać wszelkie przejawy nietolerancji wobec niewierzącej mniejszości i bezwzględnie pilnować świeckości szkoły, pozbywając się fanatycznych i radykalnych nauczycieli oraz dyrektorów.
Ustawa dotycząca aborcji na pierwszym miejscu powinna bezwzględnie stawiać dobro i prawa kobiet. Zaś fanatycznych lekarzy należy usuwać z państwowych przychodni i szpitali. Nie mielibyśmy żadnych wątpliwości, gdyby lekarz – Świadek Jehowy – odmawiał dokonania transfuzji jako sprzecznej ze swą religią lub lekarz – muzułmanin – odmawiał użycia produktów spirytusowych do dezynfekcji z powodów religijnych. Kazalibyśmy się im wynosić z państwowego szpitala. Dlaczego mamy tolerować katolickiego fanatyka, dla którego zygota jest ważniejsza niż realne życie i zdrowie kobiety, która istnieje?
Państwo powinno dbać o swoich biedniejszych obywateli. Jednak nie tak, że rzuca im się ochłapy ukradzione pozostałej części społeczeństwa. Bez gwarancji tego, że nie zdewastuje to rozwoju gospodarczego, który jest niezbędny. Należy obywatelom zapewnić bezpieczeństwo. A to oznacza, że za dokonywanie idiotycznych rewolucji ideologicznych w rodzaju odbywającej się właśnie „reformy” edukacji należy się przynajmniej Trybunał Stanu. Zrównoważony rozwój nie potrzebuje rewolucji, potrzebuje stabilności i doskonalenia prawa. Podatki mają być sprawiedliwe, co nie oznacza, że równe. Środki stymulujące rozwój i stabilizacji rodziny powinny być powiązane z podatkami i pracą, nie mogą stanowić darowizny do pracy zniechęcającej.
Należy stanowić prawo jasne i proste, a nie takie, które daje władzy kij do ręki, tak na wszelki wypadek. Bogaci mają płacić większe podatki, bo są bogaci i stać ich na to. Jeśli o tym zapomnimy, to cofniemy się do wieku dziewiętnastego, gdy zwykły człowiek nie czuł żadnej radości ze swego istnienia, ponieważ ci bogaci i mający władzę zabierali mu wszystko. A wtedy zawsze pojawi się jakiś dyktator, który obiecując gruszki na wierzbie, dążyć będzie do zniszczenia bezpieczeństwa, pokoju i demokracji w imię swoich chorych ambicji.
Minęło ponad ćwierć wieku od czasu gdy przestała istnieć Polska Ludowa. Zawsze mówiłem, że teraz to jest nasza Polska, wspólna, nie ludowa. A dziś mam coraz więcej wątpliwości i coraz mniej czuję, że to jest moja Polska. Gdy słyszę, jak słowem patriotyzm wycierają sobie gębę szmaciarze i nieudacznicy, coraz częściej mam wrażenie, że los spłatał nam potwornego figla.

Żebyś zdechł komuchu. Ty pier*** lewacka gnido. Za nienawiść do Kościoła będziesz wisiał. Żebyś zdychał długo i boleśnie [krótkie cytaty szczerych życzeń przesyłanych mi przez współczesnych polskich patriotów]

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.2/10 (13 votes cast)

Janosik z Żoliborza

Legendarny Janosik rabował bogatych i wspomagał biednych. Ot taka legenda ku pokrzepieniu serc biednych ludzi. Prawdziwy Janosik współczesny pochodzi z Żoliborza i wśród jego dokonań jest jak na razie odwrotna akcja. Obrabować biednych i wspomóc bogatych. Oto jego idea. Jak to zrobił? Elementarnie proste. Podczas swoich rządów doprowadził do wejścia w życie ustawy o darowiznach, dzięki którym bogaci ludzie mogli odjąć od swego majątku poprzez darowizny dzieciom do 100 tysięcy złotych rocznie. Pieniądze te nie były opodatkowane, więc należność fiskusa zmniejszała się w takim przypadku o 32 tysiące. Wcześniejsza ustawa takie darowizny zwalniała z podatku tylko do wysokości 10 tysięcy. Nie mam wyliczeń ile przez tę ustawę stracił fiskus, czyli my wszyscy – przeważnie biedni ludzie. Może problemy z NFZ byłyby o jakąś sumę mniejsze? Trudno orzec. Ale sukces Janosika jest oczywisty.
A co proponuje Janosik dziś? W wywiadzie udzielonym „Rzeczypospolitej” rzucił kilka ważnych sformułowań: …duża cześć naszego kapitału to ludzie wywodzący się z nomenklatury /…/ są przedsiębiorcy całkowicie nieinnowacyjni, którzy żyją z eksploatowania pracowników, niczym chłopów pańszczyźnianych. Duży i średni biznes w niemałej części, ale small biznes także stanowił i niestety w wielu przypadkach nadal stanowi przystań dla ludzi dawnego systemu.Uważam, że dziś w Polsce za pośrednictwem państwa należy wymusić podniesienie płac, bo są one zaniżone.
Na pytanie jak to zrobić nasz geniusz ekonomiczny odpowiada: Jest wiele metod. Można też wprowadzić karne podatki.
Jaka szkoda, że Dzierżyński nie żyje, przydałby się naszemu Janosikowi z Żoliborza. Pozostaje nam mieć nadzieję, ze i tak jakoś sobie poradzi. Wygra wybory i urządzi nam wspaniałe życie. Powinien wziąć korepetycje u Kim Dzong Una. Ten to jest skuteczny.

Jeszcze prezes, czy juz król?

Janosik z Żoliborza

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Czym skorupka nasiąkła?

Podobno przysłowia są mądrością narodów. Jedno z nich brzmi: Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.
Może zatem warto porozmawiać o tym, czym nasze skorupki nasiąkły?
Kilka lat temu jedną z obietnic PiS podczas kampanii wyborczej było wybudowanie trzech milionów mieszkań, jeśli partia ta zdobędzie władzę.

Trzy miliony mieszkań?

Trzy miliony mieszkań?


Większość Polaków pamięta czasy PRL i doskonale wie, że mieszkania były zawsze jednym z głównych priorytetów „władzy ludowej”, a zarazem jedną z wielu klęsk tej władzy. O mieszkaniach zawsze mówiło się „problem mieszkaniowy”, a wiele polskich komedii zajmowało się tym „problemem”. Śmialiśmy się, oglądając serial „Alternatywy 4”, choć był to trochę śmiech przez łzy. „Władza” budowała mieszkania i przydzielała je obywatelom. Zwykle wciąż było mieszkań za mało, a ponieważ to „władza” decydowała, więc często nadzieje wielu potencjalnych lokatorów spełzały na niczym, bo mieszkanie dostawał ważny specjalista (często kolega lokalnego prezesa lub sekretarza partii), milicjant lub wojskowy, a potem dopiero zwykły obywatel zapisany do spółdzielni i czekający kilkanaście lat.
Lata, które upłynęły od czasu bankructwa PRL, źle się obeszły z pamięcią wielu rodaków. Zdążyli zapomnieć, że na upragnione mieszkanie czekało się przynajmniej kilkanaście lat, ale zapamiętali, że mieszkania się „dostawało”, co zresztą niezupełnie zgodne jest z prawdą.
Nic więc dziwnego, że hasło budowy trzech milionów mieszkań spotkało się z doskonałym przyjęciem wyborców. Kaczyński oczywiście od początku wiedział, że jego rząd nie zbuduje ani jednego mieszkania, bo w żadnym normalnym kraju rząd nie zajmuje się budowaniem mieszkań. Budowaniem zajmują się firmy budowlane, które działają na zlecenie inwestorów, a to z kolei oznacza, że zbudowane mieszkania trzeba sprzedać tak, by przyniosły zysk, a nie rozdawać je za darmo. Dziś z jednej strony mieszkań w Polsce wciąż brakuje, a z drugiej jest ich w nadmiarze i stoją puste.
Pluskwa, czyli karaluch

Pluskwa, czyli karaluch


Kilka dni temu poseł „Solidarnej Polski”, czyli przedstawiciel wyrzuconych z PiS, podczas przemówienia uzasadniającego wniosek o odwołanie ministra transportu, usiłował wręczyć przedstawicielom rządu pluskwę w słoiku. Pluskwa okazała się potem karaluchem, a wniosek upadł. Ale jest to również przykład z gruntu fałszywej tezy, że minister transportu buduje drogi. Minister ma zadanie stworzyć odpowiednie warunki i ramy prawne w których poruszać się będą instytucje i firmy budujące drogi. Drogi budowane są przez firmy i przypadki ewentualnych nadużyć w tych firmach nie są sprawą ministra, ale prokuratury oraz policji. Jeśli ktoś myśli, że powinno być inaczej to znaczy, że tkwi wciąż w realiach PRL. To właśnie tam w naszej niedawnej historii był ciąg przyczynowo-skutkowy od ministra po prezesa spółdzielni, który był tak samo „władzą” jak milicjant lub sekretarz partii.
Możemy mieć do rządu wiele rozmaitych pretensji, często bardzo słusznych, ale rząd nie jest od rozdawnictwa mieszkań, ani też od tworzenia miejsc pracy. Jeśli ktoś oczekuje od rządu miejsca pracy, to powinien pamiętać, że w dawnym PRL dostawało się nakazy pracy i ruszało się z tobołkiem na drugi koniec Polski. Bo tak decydowała władza.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.9/10 (13 votes cast)

Hugo Chávez

O Ameryce Łacińskiej wiemy zazwyczaj niewiele i nie chcemy wiedzieć nic więcej. Jest to dla Europejczyków egzotyczny region świata, a na dodatek ma skomplikowaną historię i nie mniej skomplikowaną teraźniejszość. Zwykle ograniczmy się do ikonizacji zjawisk i problemów związanych z Ameryką Południową. Gdzieś tam w zakamarkach zwojów mózgowych tkwi Che Guevara – dla jednych symbol terroryzmu, dla drugich walki z krwiożerczym kapitalizmem. Oczywiście jest też Kuba – rum, gorący klimat i kobiety oraz jednocześnie jeden z ostatnich skansenów komunizmu, a także jego zmurszały ze starości symbol – Fidel Castro. Argentyna – Peron (cholera wie co on takiego zrobił), junta wojskowa i morderstwa, wojna o Falklandy. Do tego Andy i Amazonka i już mamy przewodnik wykształconego Europejczyka po Ameryce Łacińskiej bardziej światli rzucą w dyskusji jeszcze lasami deszczowymi, ciężkim losem Indian i walką o środowisko. Mniej wykształceni zapewne ogranicza się do karnawału w Rio.

W takich dniach jak dziś robi się nam trochę głupio – Kim jest ten Chávez i co to do cholery jest ta Wenezuela?
Otóż zmarły Hugo Chávez był trzecią kadencję prezydentem Wenezueli. Jak wiele innych krajów na kontynencie południowoamerykańskim, Wenezuela przez długie lata była krajem kapitalizmu dziewiętnastowiecznego. Przeciętny mieszkaniec Europy od dawna nie godził się z wyzyskiem, nierównością społeczną i brakiem opieki medycznej, ani też z niewolniczą pracą dzieci. W Wenezueli panował kapitalizm w stylu amerykańskim – 1% ludzi ma 99% dóbr, zaś pozostałe 99% ludzi ma 1% dóbr. Na dodatek kolejne rządy z demokracją niewiele miały wspólnego. Zresztą Wenezuela była pod specjalną opieką USA, ponieważ kraj ten ma duże zasoby ropy. A wiadomo, gdzie są duże zasoby tego surowca, to na pewno są tam USA.
Hugo Chávez stał się postacią publiczną w roku 1992, gdy jako podpułkownik usiłował dokonać zamachu stanu. Choć wcześniej również prowadził działalność polityczną, to ten nieudany pucz stał się symbolicznym początkiem jego kariery. Gdy po paru latach wyszedł z więzienia, stał się założycielem ruchu boliwariańskiego o wyraźnie socjalistycznych poglądach. W 1998 roku Hugo Chávez wygrał wybory prezydenckie. Aby nie wdawać się w nudne szczegóły, zapoczątkował wiele zmian, które zdecydowanie się nie podobały dotychczas najbogatszej części społeczeństwa. Zmiany Cháveza idą bowiem wyraźnie w stronę socjalizmu. W 2002 dochodzi do nieudanego zamachu stanu – nieudanego, ponieważ po dwóch dniach pod wpływem nacisku społeczeństwa zamachowcy oddają prezydentowi władzę. Od tego momentu Chávez coraz dalej idzie w stronę socjalizmu. Staje się jedynym po upadku Związku Radzieckiego przyjacielem Kuby i Korei Północnej. Reżim Fidela Castro nękany trwającym od dziesięcioleci embargiem amerykańskim uzyskuje od Cháveza spore wsparcie finansowe. Wrogiem prezydenta były – rzecz jasna – Stany Zjednoczone, które finansowały pucz w 2002 i wenezuelską opozycję. Przeciw sobie miał również kościół katolicki, który jak zwykle był po stronie bogatych, a nie biednych. Jednym słowem sytuacja w Wenezueli przypominała t z lat siedemdziesiątych w Chile. Tylko Hugo Chávez był dużo sprytniejszy. Od początku zadbał o wykorzystanie pieniędzy ze sprzedaży ropy, z biegiem czasu przemysł naftowy został znacjonalizowany, a prezydent miał po swojej stronie wojsko.
Jednak w kraju rozpętała się swoista wojna domowa. Oligarchia skupiając w swoich rękach 90% mediów prowadziła bezpardonowe ataki medialne na prezydenta, ten w rezultacie odwdzięczył się prawie całkowitą likwidacją prywatnych mediów parę lat temu. Władze za to prowadziły politykę upaństwowienia gospodarki i odbierania przywilejów dawnej klasie posiadającej. Jednocześnie opozycja miała zadanie coraz trudniejsze wobec dużego poparcia dla Cháveza. Nie udało się referendum w sprawie odwołania prezydenta w 2003 roku, bez skutku pozostały międzynarodowe naciski krajów, które często w dobrej wierze zaniepokojone były wewnętrznym chaosem w państwie. Po roku 2003 rządy Cháveza stawały się coraz bardziej autorytarne. Jednocześnie rozrasta się aparat państwowy i zaczyna kwitnąć korupcja. Zwiększa się inflacja, która w roku 2008 doprowadza do denominacji. Wzrost gospodarczy zaczyna z roku na rok spadać i zawdzięczany jest tylko złożom ropy naftowej. Biurokracja i korupcja dobijają gospodarkę, a jednocześnie Chávez zaczyna myśleć o zapewnieniu sobie bezterminowej władzy. Próbuje zmienić konstytucję tak, aby zapewnić sobie kolejne kadencje i obniżyć wiek wyborczy, by zapewnić sobie głosy popierającej go młodzieży. Nie udaje się to w 2007, lecz udaje się w 2009, gdy ludzie prezydenta mają już praktycznie cały kraj pod kontrolą.
Hugo Chávez coraz częściej w swej politycznej drodze powołuje się na legendarnego wyzwoliciela Ameryki Południowej z kolonialnej niewoli – Simona Bolivara. Samozwańczo mianuje się jego następcą, a jak twierdzą niektórzy uważa, że jest nowym wcieleniem Bolivara. Jednym słowem zaczyna uważać, że jako władca kraju odpowiada już tylko przed sobą. Jego poparcie dla skompromitowanych komunistycznych reżimów na Kubie i w Korei Północnej jest kompromitujące, popiera też upadający reżim Kadafiego w Libii i Assada w Syrii. Gdy zaczyna chorować, informacje o jego stanie zdrowia nie są rzetelne, podobnie jak to już w historii bywało z innymi dyktatorami. Czas pokazał, że prezydent Wenezueli cierpiał na nieuleczalny nowotwór.

Niedawno twórcy portalu The Pirate Bay, zaciekle zwalczanego przez amerykańskie koncerny medialne przy sporym poparciu rządu USA i jego nacisku na władze Norwegii, oznajmili, że otrzymali wsparcie ze strony komunistycznego dyktatora Korei Północnej, który jest gotowy do popierania swobody wymiany informacji w światowej sieci. I tu pojawia się dylemat. Bowiem czy fakt, że w obronie swych interesów wielkie amerykańskie koncerny wykorzystują władzę do gwałcenia demokracji na świecie, powoduje, że Korea Północna staje się czymś lepszym? Nikt przy zdrowych zmysłach tego nie potwierdzi. Czy Chavez walczący na każdym możliwym polu z amerykańską dominacją i jednocześnie gwałcący demokrację we własnym kraju staje się przez to obrońcą demokracji, czy wręcz przeciwnie? Tutaj już sprawa nie wydaje się tak prosta. Hugo Chávez miał do końca ogromne poparcie przede wszystkim biedoty, która nadal stanowi 37% ludności. Wdrażał rozmaite programy dla biednych, które pożerały bezpowrotnie zyski z wydobycia ropy. Jak zwykle bywa w biurokracji i dyktaturze ogromna część tych pieniędzy trafiała do nowej kasty oligarchicznej – urzędników państwowych. Pieniędzy z ropy nie wykorzystywano tak, aby pracowały na przyszłe zyski, „przejadano” je na bieżąco. Czy można inaczej? Można – doskonałym przykładem jest Norwegia. Złym przykładem jest Arabia Saudyjska, budująca nowoczesną infrastrukturę w anachronicznym społeczeństwie. Gdy kiedyś ropa się skończy zobaczymy tam obrazki jakby żywcem wyjęte z „Mad Maxa”.
Hugo Chávez nie był dobrym bohaterem bajki z happy endem. Wenezuela zbliża się do zapaści gospodarczej i nie wiadomo, czy następca Cháveza będzie w stanie coś zmienić. Czy wrócą wpływy USA? Czy Wenezuela stanie się drugą Kubą? Czy wybuchnie wojna domowa? Szanse na dobry scenariusz są bardzo niewielkie.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.2/10 (6 votes cast)

Kołobrzeskie klimaty

Kołobrzeg to, obok Sopotu i Ustki, jeden z najbardziej znanych kurortów nadmorskich. Dawniej słynny istnieniem hotelu Skanpol, który był symbolem kapitalistycznej jakości i kapitalistycznej ceny w okresie PRL. Licznie przybywali do niego zagraniczni turyści ze Szwecji, żeby się napić do woli i tanio. I niemieccy turyści, żeby… nie dokończę.
Po upadku PRL znacznie podupadł też Kołobrzeg i nie podniósł się do dziś. Podczas mojego kilkudniowego pobytu zimą 2010 zasłużył sobie (w mojej opinii) na miano najgorzej odśnieżanego miasta w Polsce. Opady wówczas były dość spore, a miasto tonęło w śnieżno-solnej brei po kolana. Raz tylko zauważyłem gościa w zielono-żółtej kamizelce z łopatą do odśnieżania. Jednak nie byłem pewny, czy to on trzymał łopatę, czy może ona jego.
Przyjechałem wówczas na pewną konferencję i zatrzymałem się przed hotelem, po kilku minutach ostrzeżony przez usłużną recepcjonistkę, znalazłem za szybą mandat. Przed hotelem parkować nie wolno. Znaki tego nie pokazywały z powodu śniegu zasypującego je permanentnie. Znaki poziome również były zasypane. Mandat zapłaciłem, lecz nie znalazłem w nim, oprócz dziwnej nadgorliwości, niczego podejrzanego. Nawiasem mówiąc, w tym samym czasie w moim rodzinnym mieście parkowanie było przez dwa tygodnie bezpłatne, ponieważ służby miejskie nie nadążały z porządnym odśnieżeniem miejsc parkingowych. W Kołobrzegu również nie nadążały. Ba, nawet nie usiłowały nadążać. Ale kasować za parkowanie to i owszem.
Niedawno znalazłem się w Kołobrzegu ponownie, tym razem śniegu nie było. Za to znalazłem dowód, że zarabianie na mandatach jest tam celowo zaplanowanym biznesem.

To, co widzi kierowca.

To, co widzi kierowca.


Szukając miejsca parkingowego znajdziemy je bez kłopotu. Zawsze na początku ciągu parkingowego są też dobrze oznaczone miejsca dla niepełnosprawnych. Kierowca z obcego miasta rzuci okiem na znaki i zapewne przystanie. Po wyjściu z samochodu zwykle nie idziemy dokładnie przyjrzeć się znakom drogowym. W Kołobrzegu to błąd, który może nas kosztować 50 złotych.
To, czego kierowca nie widzi.

To, czego kierowca nie widzi.


Dopiero z chodnika widać na niebieskim znaku symbol parkometru oznaczający, ze parking jest płatny. Łatwo to przegapić, bo automatów do płacenia jest niewiele i nie są zbyt widoczne. Wygląda na to, że w Kołobrzegu PRL ma się dobrze, więc jeśli zamierzasz – drogi czytelniku – tam jechać… wybierz Ustkę.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.5/10 (6 votes cast)

Jest takie miejsce

W moim mieście, prawie w samym centrum, w dzielnicy starych poniemieckich kamienic jest skrzyżowanie ulic. Na jego przeciwległych rogach są dwa sklepy spożywcze. Gdyby nie parkujące wzdłuż ulic nowoczesne auta, można by mieć wrażenie podróży w czasie. Zresztą z rana jest ich mniej, dopiero potem podjeżdżają ludzie, pracujący w centrum i chcący uniknąć strefy płatnego parkowania.
Jeden sklep ma dwa duże okna wystawowe, szare od kurzu i odgrodzone od ulicy ogromnymi kratami, które zostały wmurowane na stałe wiele lat temu. Za szybami tkwią przyklejone wyblakłe plakaty sprzed lat. Drugi jedno z okien – to mniejsze – ma zaspawane blachą, zaś na drugim – podobnie jak u konkurenta – jest masywna krata.
W obydwu sklepach są przestarzałe lady chłodnicze z czasów, gdy właścicielem sklepów był PSS czy MHD. Już dawno nie chłodzą, bo się popsuły, a dyby nawet nie to zużycie energii czyniłyby te urządzenia nieopłacalnymi. Półki sklepowe pamiętają czasy mojego dzieciństwa, zbudowane są z metalowych rurek i rozwarstwiającej się dziś sklejki. Niemalowane od lat ściany z lamperią są w obydwu sklepach, podobnie jak stare i poszarzałe od brudu kafelki na podłodze.
Gdy przechodzę tamtędy latem, przez otwarte drzwi czuć woń kurzu, potu, pleśniejącego chleba i piwa. Nigdy nic bym nie kupił w żadnym z tych sklepów, choć zapewne w okolicy mieszkają jednak ludzie, którzy zakupy tam robią. Pewnego razu nawet zadzwoniłem do wydziału promocji urzędu miasta. Upewniłem się, czy w ramach oferowania turystom nowych atrakcji nie otwarto jakiegoś na przykład muzeum handlu. Nic o tym nie wiedzieli.
To skrzyżowanie, z tymi dwoma – dziś, o dziwo, prywatnymi – sklepami, to żywy i działający skansen PRL z lat dobrobytu gierkowskiego. Dobrze się przejść, zobaczyć i cieszyć się tym, że dziś już to tylko relikty przeszłości.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.5/10 (2 votes cast)

Homo sovieticus

Czytelnikowi, który zaczyna lekturę od tego właśnie tekstu, należy się wyjaśnienie. Jest to dalszy ciąg moich wspomnień związanych z PRL, dlatego też warto najpierw przeczytać materiał wcześniejszy:Retrospekcja.
Wrócę jeszcze do wspomnienia owych kolorowych prospektów turystycznych i przygnębiającego uczucia, że ten świat jest dla mnie zamknięty i niedostępny. Znacznie później, mój szkolny przyjaciel zaproszony został do Niemiec Zachodnich. Znalazł się w pięknym mieście Kolonii i tam przebywał jako gość przez kilka tygodni.
Po jego powrocie spotkaliśmy się i pytałem o wrażenia, bowiem moje doświadczenia sięgały jedynie tzw. demoludów. Z pewnych względów nie miałem szans na otrzymanie paszportu dopóki istniał PRL. Kolega opowiadał sporo, ale na początku miał problem, jak zacząć. Wreszcie zaczął od zdania, które zapamiętałem bardzo mocno: Tam nawet bruk na chodniku jest lepszy. Opowieści były wspaniałe i smutne – znowu pojawił się świat, którego nigdy nie miałem zobaczyć.
Najzabawniejsze i najtragiczniejsze jednocześnie było to, że kolega ów pochodził z odpowiedniej klasowo robotniczej rodziny, był synem człowieka, który wierzył w socjalizm. Jego idee fix po powrocie było wyjechać na zawsze, co w końcu mu się udało. Wyjechał nie dla pieniędzy, choć na zachodzie żył przez lata całe dużo lepiej niż ja w kraju.
Nikt z Europy zachodniej nie uciekał do Polski, do ZSRR, czy NRD. Nie musiał uciekać, mógł sobie wyjechać i zostać na stałe, nikt mu tego nie zabraniał. PRL trzymał swoich obywateli w dużym więzieniu o dość niewielkim w niektórych okresach rygorze. Można było dostać paszport za współpracę z SB, będąc posłusznym członkiem partii. Czasami można było dostać paszport w jedną stronę, jeśli władza bardzo chciała się kogoś niewygodnego pozbyć. Otrzymanie paszportu zawsze też było dobrą kartą przetargową w rękach władzy. Można było zmusić kogoś, komu bardzo zależało, do współpracy, do uległości. Więzienie pozostaje więzieniem nawet wtedy, gdy na pierwszy rzut oka nie widać strażników i drutów kolczastych. W latach siedemdziesiątych zamaskowano druty kolczaste i stwarzano wrażenie, że PRL jest normalnym krajem.
Podczas swojej włóczęgi wakacyjnej spotkałem w Warszawie trzech włoskich studentów, którzy przyjechali na wakacje zwiedzać egzotyczną dla nich Polskę. Interesowali się głównie blondynkami, więc podejrzewam, że nie muzea były w głównym kręgu ich zainteresowań. Poprosili mnie o znalezienie jakiegoś taniego noclegu, bo oni są „poor students”. Zamieszkali więc w młodzieżowym schronisku na Smolnej, ale swojego opla kadeta musieli zaparkować nieco dalej, co nie bardzo im się podobało, jako że samochód biednych studentów mógł się stać łakomym kąskiem dla lokalnych warszawskich złodziei. Zwiedzałem wraz z nimi Zamek Królewski. Właśnie odbudowano go do stanu surowego i była w nim fotograficzna wystawa o sukcesach PRL. W zasadzie udało mi się wyjaśnić sympatycznym Włochom wiele elementów rzeczywistości naszego kraju, które budziły ich nieustanne zdumienie. Przy zdjęciu z pochodu pierwszomajowego padło pytanie o politykę. A dokładniej o partie polityczne. Zapytali która z partii jest opozycją, a która rządzi. Aby wytłumaczyć fenomen istniejących wtedy trzech partii politycznych, z których żadna nie była opozycją, musiałem uciec się do pojęć religijnych. Przywołałem trójcę świętą, a więc God Father, Son of God and Holy Spirit i zapytałem najpierw kto rządzi, a potem who is an opposition? Zdaje się, że zrozumieli.
Byli to młodzi i sympatyczni chłopcy, niewiele starsi ode mnie – wówczas licealisty. Różniliśmy się głównie tym, że ja nie mogłem pojechać, by zobaczyć Koloseum, Kaplicę Sykstyńską lub Wenecję.
Poza tym PRL był systemem dystrybucji braków. Czymkolwiek zainteresowało się państwo, natychmiast pojawiało się na liście braków. Gdy w prasie pojawiała się informacja, ze z Brazylii płyną statki z ładunkiem cytrusów i na święta nie powinno ich zabraknąć, ludzie zaczynali się niepokoić, bo oznaczało to zwykle brak tychże cytrusów. Dziś może ktoś zadać pytanie, jak to może być, ze w sklepie nie dostanie się mandarynek lub bananów? Wydaje się to niemożliwe.Tym bardziej, że starsi ludzie opowiadali, ze przed wojną owoce egzotyczne były dostępne. Co się stało trzydzieści lat po wojnie w rzekomo normalnym kraju, że banany były rarytasem, którego większość ludzi nie widziała na oczy, nie z powodu ceny, ale z powodu chronicznego braku tego towaru? Handel zagraniczny i transport morski były w stanie dowieźć owoce z tzw. ciepłych krajów już sto lat wcześniej. Ludzie kupowali tyle, na ile ich było stać. W PRL pomarańcze i banany kupowało państwo za prawdziwe pieniądze (dolary) a sprzedawało je za walutę bez żadnej realnej wartości (złotówki). Państwo zatem miało poczucie, ze sprawia swoim obywatelom niczym nie uzasadnione prezenty. A ponieważ PRL nie był krajem atrakcyjnym gospodarczo, niewiele rzeczy produkowanych nadawało się na eksport, więc państwo odczuwało stały brak dewiz (inaczej mówiąc prawdziwych pieniędzy). Wydawanie pieniędzy na pomarańcze, banany, czy też amerykańskie filmy było nieracjonalną fanaberią. Od braku pomarańczy się nie umiera i z powodu braku pomarańczy się nie strajkuje. Przecież zamiast tego można łyknąć witaminę C z krakowskiej Polfy.
Ponieważ wszystkiego zawsze było za mało, a szczególnie produktów o wyższej jakości, powstały specjalne systemy dystrybucji dóbr. Oficjalna cena samochodu stanowiła zwykle 20% ceny prawdziwej, jaką trzeba było zapłacić. Dlaczego? Bo samochodów było mniej niż chętnych. Zatem wprowadzano system dystrybucji za pomocą talonów. Talony rozdzielano w partii, w urzędach, milicji. Aby dostać talon trzeba się było jakoś państwu przysłużyć. Kupiony samochód sprzedawało się na wolnym rynku po kilku latach, a otrzymana zapłata starczała na kupno następnego (na talon oczywiście) i jeszcze na zakładowe wczasy w Bułgarii.
W okresie gomułkowskim były słynne sklepy „za żółtymi firankami”, ja sam pamiętam jeszcze słynne „Konsumy”, gdzie nie każdy mógł zrobić zakupy. Oprócz tego państwo bardzo starało się pozyskać wszelkie prawdziwe pieniądze. Dlatego były sklepy takie jak „Baltona” i „Pewex”, w których kupowało się za dolary. Pomimo to, że posiadanie obcej waluty było prawnie zabronione (można było mieć tylko państwowe bony), ale w tych sklepach nikt nie pytał o nic, gdy płaciło się dolarami. Oficjalny kurs dolara był niski, ale prawdziwy był dziesięciokrotnie wyższy. Przeciętny Polak zarabiał w PRL równowartość 20$ i to również było skuteczną barierą w wyjazdach zagranicznych.
Niektórzy mieli lepiej niż inni. Należeli do partii, pracowali w milicji, w wojsku, służbie bezpieczeństwa. A czasami wystarczyło, ze mieli współczującą i dobrą rodzinę w krajach zachodnich.
Miałem znajomego, prawie że sąsiada. Uczyłem w szkole jego syna. Miał podobnie jak ja malucha i garaż z kanałem, więc bywało, że korzystałem z możliwości naprawienia sobie czegoś. On był majsterkowiczem z powołania, zawsze tam w tym swoim warsztacie coś robił, spawał, piłował, przecinał. Ja naprawiałem malucha, bo przy intensywnej eksploatacji ta namiastka auta miała awarie rozmaite co kilkaset kilometrów. Mój znajomy miał rodzinę w Niemczech, która dość obficie zaopatrywała go we wszelkie dobra doczesne. Kawa, czekolada, pomarańcze, to były rzeczy których mu nie brakowało. Antena satelitarna pojawiła się na jego dachu wtedy, gdy polskie służby graniczne nie wiedziały co to takiego i nie zabraniały przywozu. Jako jeden z pierwszych miał magnetowid i z zachodu przywiezione kasety. To u niego oglądałem nielegalny w PRL film „Rambo 2”. Ze ścieżką dźwiękową po niemiecku i z amatorsko dogranym lektorem (ktoś z rodziny). Ogólnie mówiąc znajomy mój był człowiekiem zadowolonym z życia. Nie brakowało mu niczego, w kolejkach stać nie musiał, bo dopełniając szczęścia żona jego pracowała w miejscowym GSie.
Potem nasze kontakty się nieco rozluźniły, może dlatego, że sam dochrapałem się garażu pod domem, w którym reanimowałem sfatygowanego malucha.
Spotkałem znajomego po dłuższej przerwie gdzieś w drugiej połowie 1991 roku. Zaczynałem wówczas nowy rozdział swego życia. Zamierzałem stanąć na nogi i rozpocząłem działalność gospodarczą. Było ciężko, ale były spore nadziej na przyszłość. Filmowałem kamerą VHS – głownie wesela, ale także wszelkie inne uroczystości. Na jednym z wesel spotkałem nieco podciętego już znajomego. W chwili przerwy zacząłem z nim rozmawiać i ze zdziwieniem stwierdziłem, że jest zgorzkniały, niezadowolony i rozgoryczony. Lubiłem go, więc zacząłem wypytywać. Może kłopoty z dziećmi? Może coś z żoną, zdrowie? Może stracił pracę i nie ma z czego żyć?
Okazało się ze nie. Prace ma dobrą, nawet lepszą jak wcześniej, bo firma przeszła na własność zagranicznej spółki. Dzieci też radzą sobie dobrze, ma niezłą „furę” – całkiem nowego jeszcze mercedesa.
W końcu się wściekłem. To powiedz wreszcie chłopie, o co ci chodzi – wywrzeszczałem – wszystko masz, żyje ci się wygodnie i lepiej niż przed paru laty, na tej przemianie ustrojowej nic nie straciłeś, a wręcz przeciwnie. Wyjaśnij mi to, bo za chwilę chyba oszaleję.
Wiesz – powiedział w końcu „z pewną taką nieśmiałością” – ale teraz to każdy ma satelitę, magnetowid i dobry wóz, a wtedy to ja byłem kimś.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.2/10 (11 votes cast)

Sieroty po Marksie

Urodziłem się, wychowywałem i kształciłem w państwie, w którym obowiązywała jedyna i jedynie słuszna ideologia. Studiując nauki humanistyczne, musiałem zaliczyć marksistowską filozofię, marksistowską ekonomię, a nauki polityczne z wyraźnym odchyleniem marksistowskim były obecne w edukacji praktycznie już od ostatnich klas podstawówki*. W swojej specjalności – czyli literaturoznawstwie również miałem do czynienia z oczywistym wpływem marksizmu.
Skrótowo mówiąc, marksizm to filozofia walki klas i choć Marks sam nie miał okazji wypróbować swoich teorii, to w sposób zdecydowany zrobił to jego uczeń i kontynuator – Włodzimierz Lenin. Rzecz jasna główną domeną realizacji marksizmu w praktyce było państwo i ekonomia.
Kapitalistyczna produkcja nie może rozwijać się inaczej aniżeli skokami, dwa kroki naprzód i krok (a nieraz i całe dwa) wstecz. Jak już nadmieniliśmy, kapitalistyczna produkcja jest produkcją na sprzedaż, wytwarzaniem towarów na rynek. A produkcją zarządzają poszczególni kapitaliści każdy z osobna i nikt nie może wiedzieć dokładnie, ile i jakich mianowicie produktów potrzeba na rynku. Wytwarza się na chybił trafił, troszcząc się jedynie o to, aby prześcignąć się nawzajem. Jest więc rzeczą zupełnie naturalną, że ilość wytworzona może nie odpowiadać potrzebom rynku. – pisał Lenin w roku 1901. Ci, którzy pamiętają półki z na przemian poustawianym octem i musztardą w socjalistycznych sklepach późnego PRL i sklepy dzisiejsze, mogą mieć uzasadnione wątpliwości.
Marks w manifeście komunistycznym pisał tak: Nasza epoka, epoka burżuazji, wyróżnia się jednakże tym, ze uprościła przeciwieństwa klasowe. Całe społeczeństwo rozszczepia się coraz bardziej i bardziej na dwa wielkie wrogie obozy, na dwie wielkie, wręcz przeciwstawne sobie klasy: burżuazję i proletariat. Ten krótki cytat ukazuje sedno rzeczy. Rozwój marksizmu to rozwój teorii walki klas. Państwo marksistowskie było paradoksalnie państwem bardziej klasowym niż burżuazyjne.
Wpływ marksizmu na sferę idei i sztuki opiszę na przykładzie. Nowela Henryka Sienkiewicza Janko Muzykant jest jednym z utworów od dawna widniejących w spisach lektur szkolnych. W latach sześćdziesiątych (i później jeszcze również) obowiązywała następująca interpretacja utworu. Bohater noweli żyje w świecie nieledwie feudalnym, jago matka – biedna wyrobnica – nie jest w stanie zapewnić dziecku wykształcenia, ani opieki medycznej i dlatego życie Janka kończy się tak szybko i smutno. Dydaktycznie i ideologicznie pożądane było, by uczniowie napisali swoją wizję tego, jak inaczej potoczyłoby się życie Janka w Polsce Ludowej. U schyłku PRL akcent został przeniesiony na zacofanie dziewiętnastowiecznej wsi, a jednocześnie akcentowanie kosmopolityzmu ziemian i ich braku zainteresowania własnym narodem. Współcześnie nieco inaczej interpretuje się tę nowelę. Epoka staje się coraz bardziej odległa dla współczesnych dzieci, więc trzeba ją nieco przybliżyć, ale też zwracamy dziś uwagę na wyobcowanie Janka. Na to, że różnił się on od innych. Że matka bohatera była zapewne tzw. panną z dzieckiem. Zadajemy pytanie, jak dziś w środowisku naszym traktowane są osoby inne, wykraczające poza powszechnie uznawane normy? Czy dziś Janek nie byłby przypadkiem również odrzucony przez społeczność i rówieśników?
Ten dość długi i wyjaśniający wstęp zakończę anegdotycznie. Całkiem niedawno w pewnej szkole, odruchowo sięgnąłem po zeszyty pozostawione przez nauczycielkę do sprawdzenia. Zobaczyłem wypracowanie na temat „Dlaczego dziś życie Janka wyglądałoby zupełnie inaczej. Po dokładniejszym zapoznaniu się z tematami zrozumiałem, ze nauczycielka – stosunkowo młoda osoba – przeprowadzała analizę utworu wyraźnie z pozycji marksistowskich.
Parę dni temu oglądałem w telewizji relację z obrony stoczni. Potem był wywiad z leciwym działaczem związkowym. Można przypuszczać, że Lenin byłby zadowolony. Nie padały tam określenia z manifestu komunistycznego, ale sedno było oczywiste. Liberalne i kapitalistyczne rządy w Polsce zniszczyły największy dorobek klasy robotniczej w Polsce – stocznie, huty i kopalnie. Jeśli sięgniemy pamięcią do strajków i manifestacji z ostatnich paru lat, to zauważymy oczywistość rzucającą się w oczy. Rachunek ekonomiczny, nierentowność, przestarzałe technologie, brak zbytu – wszystkie kategorie ekonomiczne są dla robotników nieważne. Oni dalej są na etapie walki klas.
Prezes Jarosław Kaczyński, przywódca partii Prawo i Sprawiedliwość, także rozumuje w kategoriach walki klas. Na swój i partii użytek nazwał to nieco inaczej. W PRL byli słuszni robotnicy i chłopi oraz wrodzy socjalizmowi kułaccy (posiadacze ziemi), prywaciarze (właściciele środków produkcji), a także inteligenci (w traktowaniu tych ostatnich widać dualizm). Kaczyński podzielił społeczeństwo na wzór marksistowski – partia bez wrogów ideowych nie ma racji bytu, ale tu podział poszedł dalej. Mamy więc Polaków, katolików i prawdziwych patriotów, a w opozycji do nich liberałów, tych, którzy są tam, gdzie stało ZOMO, zatem nieprawdziwych Polaków i fałszywych patriotów, bo naprawdę to realizują oni bliżej nieokreślone interesy Rosji lub Niemiec. Nie pada słowo zdrajcy w oficjalnym języku PiS, ale mowa jest o polityce zagranicznej na kolanach. Natomiast w kręgach zwolenników język się radykalizuje i już słyszymy o pachołkach Rosji, zdrajcach narodu lub odszczepieńcach.
Dobrym przykładem jest opisywanie katastrofy smoleńskiej. Prezes w oficjalnej wypowiedzi tylko zaznacza, że nie trzeba śledztwa by wiedzieć, kto politycznie jest odpowiedzialny i że to była dziwna katastrofa. Pretorianie prezesa w sugestiach idą krok dalej – że wspomnę ciało prezydenta w błocie na deszczu i w ruskiej trumnie**.
Podobnie jak francuscy intelektualiści w rodzaju Sartre’a dla marksizmu byli pożytecznymi idiotami legitymizującymi państwa marksistowskie w świecie, tak dzisiaj są twórcy w rodzaju Marcina Wolskiego lub Jana Pietrzaka, którzy identyczną rolę pełnią dla PiS, dodając do tego spore rzesze pożytecznych idiotów w internecie i przypartyjnych*** ochotników takich jak Jan Pospieszalski w mediach. Nawiasem mówiąc dialektyka marksistowska zastosowana przez PiS w dyskursie politycznym jest tak oczywista, że zdziwiony jestem brakiem reakcji politologów w tej mierze.
Podsumowując muszę stwierdzić, że w przestrzeni publicznej naszego kraju jest i długo jeszcze będzie pojawiać się tęsknota za marksizmem wyrażana w taki lub inny sposób. Biorąc pod uwagę to, że wyznaczniki marksizmu pasują bardziej do tych, którzy w sferze ideologicznej deklarują walkę z pozostałościami dawnego systemu, to mamy do czynienia z wyjątkowo perfidnym chichotem historii.


* Wiedza o społeczeństwie i Historia w klasie ósmej mocno zajmowały się zagadnieniami marksizmu.
** Joachim Brudziński w Kropce nad i w TVN24.
*** Musiałem utworzyć neologizm określający osoby, które prowadzą intensywną propagandę, ale partia może się od nich odciąć twierdząc, że to głos ludu.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Kto płaci za studia?

Gdy rozpoczynałem pisanie na blogu, wydawało mi się, że będę pisał – o czym będę chciał. W praktyce okazuje się, z e coraz częściej pisze o tym, na co w jakiś szczególny sposób zareagowali czytelnicy. Tym razem o studiach. Płatne czy darmowe, a tak w ogóle kto za nie płaci, bo w prawdziwym świecie za darmo nic nie ma.
Gdy sam zaczynałem studia, były one darmowe, wszystko było darmowe, a państwo -czyli władza – utwierdzało nas w przekonaniu, ze jesteśmy balastem i pasożytami, bo owo państwo wszystko nam daje. W kategoriach tischnerowskich była to gówno-prawda. Państwo zabierało nam wszystko – wolność, możliwość dokonywania wyboru – a w zamian dawało ciasną klatkę i miskę ochłapów. Na wyjazd poza żelazną kurtynę mogli liczyć nieliczni lub dzieci partyjnych bonzów. Podobnie na studia.
Gdy PRL upadł wydawało się, że sytuacja stanie się bardziej normalna. Założenie nowych władz przez te wszystkie lata było oczywiste – wspieramy edukację, musi być darmowa. Jednak w realnym społeczeństwie i w prawdziwym państwie uczelnie generują koszty. Ktoś za to płaci. Pan za to płaci i pani za to płaci i tamten emeryt także. To są koszty pokrywane z naszych podatków. A ponieważ są to nasze wspólne pieniądze – niestety stanowczo za małe – to chcielibyśmy, by były wydawane sensownie.
Dziś w Gazecie Wyborczej przeczytałem, że atrakcyjne studia na uczelni prywatnej kosztują 100 tysięcy złotych. Aby te studia były atrakcyjne dla bogatych – którzy chcą być jeszcze bogatsi – uczelnia prywatna podkupuje kiepsko opłacanych wybitnych fachowców z uczelni państwowych. Uczelnie państwowe, chcąc fachowców zatrzymać uruchamiają płatne studia zaoczne. Człowiek kupujący takie studia otrzymuje określony towar – dyplom. Niedawno ostrzyłem sobie zęby na dość intratną fuchę, która pozwoliłaby mi spędzić paskudny najbliższy grudzień na Wyspach Kanaryjskich. Niestety okazało się, że musiałbym w tym celu przez około pół roku współpracować z absolwentem pewnej słynnej uczelni. Tyle że kończył zaocznie płatne studia. Nazwanie go idiotą byłoby niczym nieuzasadnionym komplementem. Jako emeryt dbam w pierwszym rzędzie o swoje zdrowie (tym razem psychiczne), więc z fuchy zrezygnowałem.
Nie jestem ekonomistą, więc nie będę się wymądrzał. Wiem jedno – koszty studiów trzeba w jakiś sposób urealnić. Zniwelować przewagę dupków z bogatymi rodzicami. Uniemożliwić niby-uczelniom podkradanie niedoszacowanych profesorów uczelni państwowych. Być może lepszym sposobem byłby jakiś rodzaj bonu oświatowego, być może system podobny do angielskiego. Mając pewną wiedzę o studiach w Anglii i mając też wiedzę o studiach w Polsce – nie mam złudzeń. Brak zdecydowanych kroków w tej dziedzinie spowoduje, że w Polsce będą studiować wyłącznie bogaci kretyni, zaś biedni, ale zdolni pojadą studiować za granicę, bo paradoksalnie tam dostaną szansę.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)