Zdrajcy, wszędzie zdrajcy, sami zdrajcy

Niczym Mickiewicz, „urodzony w niewoli, okuty w powiciu” spędziłem ostatnie ćwierćwiecze w przekonaniu, że wreszcie żyję w wolnym i niepodległym kraju i że powinniśmy cieszyć się i być dumni, bo to odzyskanie wolności nie kosztowało nas krwi setek tysięcy Polaków, którzy wcześniej ginęli za ojczyznę. Odrobiliśmy lekcję historii – myślałem – minione i tragiczne stulecia czegoś nas nauczyły.
Jak bardzo się myliłem, zrozumiałem po obejrzeniu przemówienia Andrzeja Dudy 28 sierpnia w Gdańsku. Przemawiając w kościele podczas symbolicznego pogrzebu dwojga zamordowanych przez Urząd Bezpieczeństwa żołnierzy zbrojnego podziemia, Duda odmieniał słowo zdrajca przez wszelkie możliwe przypadki. Słowo zdrajca poparte zaciętą mimiką cięło powietrze niczym miecz.
Do 1989 roku rządzili w Polsce zdrajcy, ci sami, którzy zamordowali „Inkę” i „Zagończyka” – mówił Duda – po roku 1989 teoretycznie nie. Tak więc dowiedzieliśmy się, że po roku 1989 tylko teoretycznie nie rządzili nami zdrajcy. Mając choć dwie szare komórki na krzyż, można się zdziwić? A rząd Olszewskiego, w którym był Antoni Macierewicz? A rząd Buzka, w którym był ministrem Lech Kaczyński? A prezydent Lech Kaczyński i premier Jarosław Kaczyński? Co mają znaczyć słowa Andrzeja Dudy i jego zacięta, ale też nieco dziwna mimika?
Andrzej Duda w gdańskiej katedrze zadawał retoryczne pytanie, dlaczego dopiero po dwudziestu siedmiu latach odbywa się ten pogrzeb. Prezydent nie możne nie wiedzieć, że pochowane bezimiennie zwłoki odnaleziono dopiero w 2014 roku, a juz w 1991 wyrok stalinowskiego sądu został anulowany, a „Inka” z „Zagończykiem” rehabilitowani. Zamordowanej siedemnastoletniej „Ince” poświęcono we współczesnej Polsce tablice pamiątkowe i pomniki. Jej imię noszą szkoły i drużyny harcerskie. Prezydent Polski nie może tego nie wiedzieć. Za to prawie na pewno nie wiedzą tego tępe tumany zgromadzone pod sztandarami nacjonalistycznej faszyzującej organizacji wokół gdańskiej katedry i to ich zagrzewa do walki Andrzej Duda.
Łatwiej zrozumieć tę dziwną mimikę Dudy, puszczanie oka i agresję w głosie, gdy zrozumiemy, że przemówienie na zewnątrz oglądały tysiące karnych chłopców oenerowców i do nich kierował swe słowa. Oni, brzydcy dwudziestoletni, nie pamiętają poprzednich rządów PiS, nie znają historii, najczęściej zresztą nie potrafią czytać. Za to mają ogromną ochotę na pseudowojskowy sztafaż, są naładowani testosteronem i tęsknią za wojną. Dla nich zabijanie i nienawiść do innych jest najwyższą formą patriotyzmu. To oni w Gdańsku krzyczeli za Lechem Wałęsą: „Śmierć wrogom ojczyzny!”
Nie trzeba nawet szukać, żeby nacjonalistyczne, rasistowskie i antysemickie treści zaczęły nam wpełzać do oczu i uszu. Wystarczy korzystać z mediów społecznościowych. I gdyby uwierzyć bredniom rozpowszechnianym przez tych debili, okazałoby się, że komuna sama się obaliła rękami swoich agentów, przez dwadzieścia siedem lat rządziła nami żydowska mafia z Tuskiem na czele, a największym zdrajcą narodu jest Lech Wałęsa, który w tej mierze o palmę pierwszeństwa walczyć będzie z Józefem Piłsudskim – Litwakiem, czyli pogardliwie litewskim Żydem, zdrajcą, agentem Niemiec i jednocześnie agentem Rosji. Czy mamy jeszcze jakieś świętości?
I te świadectwa nacjonalistycznej prawdy sygnują ludzie, którzy przez lata byli płatnymi donosicielami peerelowskich służb bezpieczeństwa, podlizywali się ówczesnej władzy uczestnicząc w obrzydliwych działaniach w rodzaju PRON lub antysemickim Stowarzyszeniu Grunwald lub niedouczeni kretyni. Twarzą narodowego patriotyzmu, hołubioną w „narodowych” mediach staje się wyjątkowo paskudna kreatura – Marian Kowalski – faszysta i antysemita, a do tego nieuk i chuligan. A wszystko zostaje podlane sosem prostackiej i powierzchownej religijności mocno lansowanej przez najwyższych hierarchów kościelnych wspomaganych dziwacznymi postaciami specyficznych dewiantów w rodzaju niejakiego Jacka Międlara.
Jeśli myśleliście, że Polska – lepiej lub gorzej, ale nieustannie – rozwijała się przez ostatnie ćwierćwiecze, to byliście w błędzie. Polska upadała, była rujnowana rządami zdrajców i Żydów, a to w zasadzie to samo. Dopiero teraz prawdziwi patrioci odzyskują Polskę. Podnoszą ją z kolan i z ruin. I podniosą wtedy, jak już zlikwidują wszystkich sprzedawczyków, zdrajców, nieczyste elementy rozmaitego podejrzanego pochodzenia. Dopiero wtedy „z dymem pożarów z kurzem krwi bratniej” Polska będzie naprawdę wielka. Ein Volk, ein Reich, ein Führer.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.0/10 (9 votes cast)

Mgła

Jest szary, zimny i wilgotny poranek. Mgła. W ten sposób zaczęła się podróż, która niedługo potem stała się ogromną tragedią. Tysiące ludzi, dziennikarze, politycy – trudno znaleźć kogoś, kto nie zadawałby pytania: dlaczego?
Podsumujmy fakty. Wiadomo, że do VW Transportera wsiadło 17 osób, z których każda zapłaciła kierowcy 10 złotych, to był wspólny wyjazd do sezonowej pracy, do zrywania jabłek. Droga była mokra, zimno (być może w nocy był lekki przymrozek) i mgliście. Widoczność na szosie około 100 metrów. Taki dystans samochód jadący 60 km/h pokonuje w 6 sekund. Dwa samochody jadące naprzeciw siebie od chwili, gdy stają się widoczne do momentu minięcia pokonają w 3 sekundy. W praktyce oznacza to, że nawet ominiecie stojącego pojazdu może być problemem, hamowanie – uwzględniając czas reakcji kierowcy – może być nieskuteczne.
Wiemy, że kierowca próbował wyprzedzać inne auto i wtedy zderzył się z nadjeżdżającą z przeciwnego kierunku ciężarówką. Wszystko wskazuje na to, że jechał szybciej. Zderzenia nie przeżył, ani on, ani nikt z jego pasażerów.
To były fakty.
Teraz można zacząć spekulować. Z jaką prędkością jechała ciężarówka? Czy kierowca ciężarówki jest winien wypadku? Wyżej siedzący kierowca samochodu ciężarowego zwykle ma lepszą widoczność, nawet w czasie mgły. Czy uznamy go winnym wypadku, jeśli jechał 90 km/h? Gdyby jechał 30 km/h to pasażerowie volkswagena mieliby szansę przeżyć. Dlaczego ta ciężarówka znalazła się akurat w tym miejscu? Może kierowca skracał sobie trasę, może miał jechać trasą E67 lub E77 i gdyby tak się stało, szosa byłaby w tym miejscu pusta, transporter nie trafiłby na przeszkodę. Czy zatem jest winny katastrofy? Może rano pokłócił się z żoną i wyjechał wcześniej, może zaspał i wyjechał później, może po drodze tankował, co opóźniło jego podróż, a może jechał trochę ryzykownie – przy większej ostrożności byłby w tym tragicznym miejscu nieco później? Czy kierowca ciężarówki jest winien? A jaka jest rola firmy dla której ów kierowca pracował, czy kontrola techniczna była prawidłowa, czy załadunek prowadzony był prawidłowo? Czy ludzie z tej firmy maja swój udział w tej katastrofie? Prawdopodobnie też obaj kierowcy używali tzw. CB Radia. Rozmawiali z innymi kierowcami, którzy być może mówili o warunkach drogowych, o przyczepności jezdni. Może udzielili niewłaściwych informacji, może mówili, że widoczność jest dobra? Czy powinni czuć się winni?
Tak, wiem. Zawinił kierowca, biorąc 17 osób, z których większość kucała, siedziała na skrzynkach lub na podłodze. Zawinił jadąc zbyt szybko i wyprzedzając prawie na ślepo. Zawinili pasażerowie – zmuszeni sytuacją życiową – wsiedli wszakże do tego samochodu, łamiąc wszelkie zasady bezpieczeństwa. Ale czy takie wyjaśnienie nie jest zbyt proste, czy nie obraża pamięci tych ludzi?
Uważacie, że czynię aluzję do katastrofy smoleńskiej i słynnego „zespołu Macierewicza”? Racja, o to właśnie mi chodziło.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.1/10 (8 votes cast)

Okruchy życia

Krzyż jest substytutem pomnika. Taki oto odkrywczy bon mot zaprezentował niedawno prezes Kaczyński. W zasadzie nic nowego. Wiadomo było, że żądania prezesa i popierających go „obrońców krzyża” sięgać będą coraz dalej. Pisałem o tym tyle razy, że teraz już staje się to nudne. Pozostaje nam czekać na kolejną demonstrację i okrzyki Santo subito. Nie to jest jednak sednem sprawy, ale to, ze nadal dziennikarze traktują PiS i prezesa jak polityków. A mamy do czynienia z sektą. Media powinny wreszcie zauważyć, że mamy do czynienia z „dupowatą odmianą Hitlera” jak odważył się to określić jeden z dziennikarzy.
Teraz jednak na pierwszy plan wysunęła się słynna już komisja majątkowa oddająca majątki kościołowi i innym grupom wyznaniowym. Wszystko dzięki akcji CBA i aresztowaniu kościelnego pełnomocnika, którym był dawny esbek. Jak widać rzymskie pecunia non olet nadal jest aktualne. Opatom zakonnym, proboszczom kompletnie nie przeszkadzała proweniencja ich plenipotenta, ani sposoby jego działania. Zapewne sprawa się będzie rozwijać i ciekawe, kto jeszcze te łapówki dawał i brał? Może dowiemy się jeszcze czegoś interesującego nie tylko o szeregowych klechach?
Nie tak dawno jeszcze byłem przekonany, że dyskusja na temat kościoła i ograniczenie jego wpływu w Polsce – wzorem Hiszpanii – nie ma szans. Jest to związane z rolą kościoła w PRL, pozytywnymi wspomnieniami, religijnością powszechną. Okazało się, ze wystarczyło kilka miesięcy i kilka wydarzeń. Najpierw kardynał Dziwisz i jego decyzja o pochówku Lecha Kaczyńskiego na Wawelu rozzłościła nawet katolików. Potem Zachowanie niektórych biskupów w sprawie krzyża pod pałacem. Nachalne epatowanie pseudo-pobożnością przez rzekomych obrońców krzyża, wreszcie ostatnie jawne działania Jarosława Kaczyńskiego. Większość ludzi aferę z komisją majątkową powitała z radością. Nie zwróci ona zapewne rozdawanych lekką ręką dóbr, ale zastopuje dalsze rozdawnictwo. Coraz częściej ludzie odważniej mówią o nadużyciach kościoła. Afera krzyżowa i postawa biskupów, którzy niczym Piłat umyli ręce, to był już dość wyraźny sygnał. Kropkę nad i postawiło aresztowanie kościelnego pełnomocnika.
Wśród moich znajomych są także czytelnicy felietonów na blogu i ostatnio nie tylko w sieci, ale i w tzw. „realu” pytano mnie, dlaczego tyle czasu nic nie piszę. Tyle się przecież dzieje.
Są jednak sprawy ważne i nieważne. Są też takie, przy których ten cały jazgot polityczny staje się tylko szumem. Jakiś czas temu spotkałem swych szkolnych znajomych przy okazji pogrzebu. Jeden z nas zakończył swą ziemską wędrówkę. Refleksja typowa: no tak, zaczynają umierać ludzie z mojego pokolenia. Teraz jednak żegnałem przyjaciela, kogoś z kim związany byłem naszą wspólną pasją i działalnością popularyzującą Linuksa. Znaliśmy się dobrze, choć widzieliśmy się zaledwie kilka razy w życiu. Tyle zostało spraw niedokończonych, tyle pomysłów, projektów…
Takie chwile zmieniają perspektywę. Kaczyński i jego wyznawcy nie przestają być groźni, ale stają się żałośni. Zaczynam powoli przyzwyczajać się do myśli, ze mój czas nie jest nieograniczony, że należy się skupić na rzeczach ważnych, by choć w części zdążyć zrobić to, co zaplanowałem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

63 dni umierania

Jeden z najstarszych pomników powojennych w Słupsku poświęcony jest powstańcom warszawskim. Pamiętam go od zawsze. Jako mały chłopiec, a później licealista, bo pomnik stał w parku nieopodal szkoły.

Pomnik powstańców

Pomnik powstańców

Wojna w świadomości mojej i kolegów była czymś żywym, to nie była tylko historia. Powstanie Warszawskie to była jedna z tych spraw, o których się mówiło raczej po cichu. Pojawiały się okolicznościowe artykuły, czasem jakaś książka. Z reguły z dydaktycznym i politycznym wydźwiękiem. O tym jak młodość i waleczność bohaterskich warszawiaków została wykorzystana przez dowództwo AK, które nie liczyło się z życiem ludzi i miało na względzie swoje polityczne cele.
Dla mnie to byli bohaterowie – piękni, wspaniali, niedosięgli w swej aureoli patriotyzmu i waleczności. Znacznie później, gdy sam już przebrnąłem przez wojsko, przez brud, dojmujące zimno, czołganie się w błocie, byłem w stanie przynajmniej wyobrazić sobie fizyczny aspekt powstańczej walki. Umieranie w gównie i brudzie nie jest piękne, ale dalej jest bohaterskie.
Gdy myślę o Baczyńskim, Gajcym i wszystkich tych bezimiennych, którzy nigdy się nie zestarzeli, płaczę, nad tym losem – który zabrał nam najlepszych, ale nad tym też, który nam zabrał czas – ten najlepszy.
Nie wiem, jak kiedyś historia oceni ten czas, być może jako kolejną Somosierrę, być może jako głupi i bezsensowny zryw. Lecz dziś boli, gdy słyszę te same głosy, które dziś powtarzają słowa komunistycznej propagandy sprzed lat.
Sierpień jest miesiącem umierania.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.0/10 (4 votes cast)

Śmierć na dwa fronty

Z uwagą wysłuchałem dziś dyskusji posłów Kalisza i Mularczyka. Ten drugi – potocznie zwany Herr Flickiem – najpierw zaprzeczył jakiemukolwiek związkowi kancelarii prezydenta z organizowaną wizytą Lecha Kaczyńskiego w Katyniu, a potem powiedział o tak zwanej śmierci Blidy. Wybiórcza pamięć PiS to przypadek nadający się do annałów psychiatrii. Śmierć Barbary Blidy jest tak zwana, czyli nieprawdziwa? Może udawana i na niby? Katastrofa zaś jest zbrodnią, choć ma to mieć niby znaczenie potoczne, a ofiary wypadku komunikacyjnego poległy śmiercią męczeńską. Zespół Macierewicza będzie zadawał pytania na pewnej podbudowie, a fachowcy internetowi pomogą rozwiązać sprawę tej zbrodni. Patrząc na posła Macierewicza widzę manipulatora i oszusta politycznego, ale patrząc na posła Mularczyka widzę kompletnego bałwana i zastanawiam się, czy aby nie należałoby odebrać prawa nauczania niektórym nauczycielom i wykładowcom akademickim. Macierewicz manipuluje z pełną świadomością i z oczywistymi intencjami, Mularczyk tak, jak by nie znał i nie rozumiał znaczenia niektórych słów.
Żal mi rodzin ludzi, którzy zginęli, ponieważ ci ludzie na ostatnim miejscu stawiali kwestie walki politycznej. Jednak próba zawłaszczenia tego wypadku przez nacjonalistyczno-kościelną ideologię PiS spowodowała, że wbrew żałobie, pomimo traumy i rozpaczy ludzie ci zostali zmuszeni do wystąpienia publicznego. Byłem pełen podziwu dla wdowy po Stanisławie Komorowskim, dla męża posłanki Szymanek-Deresz i kilku innych osób, które powiedziały Macierewiczowi dość.
Wdowa po Stanisławie Komorowskim opowiedziała, że jej mąż negocjował z Amerykanami porozumienie dotyczące sytuacji prawnych związanych z ich pobytem w bazach na terenie Polski. Wspomniała, że sprawą oczywistą było to, że w razie jakichkolwiek wydarzeń na terenie Polski to nasz kraj będzie gospodarzem i prowadzącym śledztwa. Jednak Macierewiczowi nie przeszkadza to dziwić się, ze gospodarzem śledztwa wypadku, który wydarzył się na terenie Rosji – jest Rosja właśnie. Większość rodzin wypowiada się z uznaniem o tym, jak przyjęto ich w Moskwie i z jaką empatią traktowano ich w tych trudnych chwilach. Większość rozumie, ze katastrofy lotnicze wyjaśniane są miesiącami a nawet latami. Smutne jest jednak, ze manipulacje Macierewicza doprowadzają do sprzecznych nieraz zachowań. Wdowa po wiceministrze Merta, najpierw na posiedzeniu zespołu Macierewicza mówiła co innego, a w wywiadzie telewizyjnym już nie była taka zdecydowana. I odwrotnie – pan o nazwisku Melak wcześniej wypowiadał się z uznaniem o pomocy rosyjskiej i ze strony władz konsularnych, a na zespole Macierewicza rzucał oskarżenia dość poważnego kalibru.
Dziś wydaje się pewne jedno. W psychiatrii powstanie określenie zespół Macierewicza i będzie ono oznaczało manipulację psychologiczną dokonywanych na krewnych osób tragicznie zmarłych.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.8/10 (5 votes cast)

Polak, Niemiec – dwa bratanki

Zwykle w światopoglądzie radiomaryjowym trwa zacięta konkurencja Niemców i Rosjan o to, którzy z nich są większymi wrogami Polski. Tak globalnie to wygrywają Rosjanie – bo zabory, car, Syberia, Katyń no i teraz jeszcze zbrodnia smoleńska i nasi męczeńską śmiercią polegli święci z PiS. W aspekcie regionalnym wygrywają Niemcy – bo mają kasę (a to już grzech śmiertelny), przyjeżdżają tu, czasem kupują domki, a niektórzy polscy Niemcy (lub niemieccy Polacy jak kto woli) usiłują odzyskać swą dawną własność.
Jednak nagle okazuje się, że polski socjalistyczny narodowiec i katolicki konserwatysta zaczyna lubić Niemców. Po prostu krzyż czyni cuda.

Krzyż z lodu

Krzyż z lodu

Ten nasz modelowy Polak i Katolik jest skłonny przymknąć oko, że w Duisburgu odbywała się słynna Love Parade, na której pedały i lesby z wszystkich stron Europy paradowały z gołymi dupami. Że grano tam diabelską muzykę techno. Jednak jak zdarzyła się tragedia, to zobaczcie wszyscy krzyż postawili. Czyli jednak chrześcijanie, porządni i wierzący, nasi bracia.
Nauczeni jednak awanturą pod polskim pałacem prezydenckim Niemcy poszli po rozum do głowy. Postawili krzyż, ale z lodu. Nie trzeba go potem usuwać lub przenosić. Sam się roztopi.
Z drugiej zaś strony Niemcy też uczą się czegoś od sąsiadów ze wschodu. Niektórzy już zaczęli krzyczeć, że ta tragedia to tak naprawdę zbrodnia.
Wydarzenie w Duisburgu uczy, że rozmaite katastrofy się zdarzają, a ich przyczyny są różne. Często jest to pazerność na pieniądze, a czasem na władzę. Czasem brak odwagi, a czasem brawura. Jednak zwykle są to przyczyny wtórne, na czele zawsze stoi głupota.
Jak powiedział Bertrand Russel – można napisać historię ludzkiej głupoty, ale nie różniłaby się ona wiele od historii powszechnej.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Makabra będzie

Niespełna 48 godzin wcześniej zdecydowałem się napisać tekst na temat katastrofy w Smoleńsku, w którym podtrzymywałem swoje opinie i przypuszczenia z pierwszych dni po wypadku. Niektórzy z moich czytelników zbesztali mnie, że pomimo wcześniejszych przecieków, nadal jest za wcześnie na ocenę. Dziś został opublikowany stenogram rozmów w kokpicie i choć nie wiemy nadal wszystkiego, to okazuje się, że nadal wszystko zmierza w jednym kierunku. Stenogram zaczyna się od rozmowy niezrozumiałej na początku, a potem są to informacje zapewne dotyczące generała Błasika.
Nawigator: /…/ za wielką wodę… Dowódca mówił.
Drugi pilot: /…/ za wielką wodę… /…/ za wielką wodę na czterogwiazdkowego generała.
Drugi pilot: I teraz tak zapierdala, bo musi jeszcze nalatać 40 godzin.

Dalsza część dialogu prowadzona jest w podobnym tonie. O kim rozmawia załoga? Określenie na czterogwiazdkowego generała musi dotyczyć, kogoś kto już generałem jest. Mowa o godzinach nalotu wskazuje na pilota. Rozmowa toczy się w końcowej części lotu, możliwe, że już w kontekście nadchodzącego lądowania. Jeśli dotyczy generała Błasika, może wskazywać na jakąś jego zależność od prezydenta związaną z awansem. Tego jednak nie przesądzam, choć w kontekście późniejszej obecności Błasika w kokpicie i informacji, którą podałem w poprzednim tekście, może mieć to znaczenie.
Chwile później niezidentyfikowana osoba mówi: To będzie… makabra będzie. Nic nie będzie widać. Piloci więc zdają sobie sprawę z warunków meteorologicznych na lotnisku.
O 10:23 pojawia się interesujący fragment:
Anonim: To jest…
Dowódca: Tak.
Drugi pilot: Pamiętaj w metrach.

Ten dialog wskazuje na to, ze załoga wie, i pamięta o różnicy w sposobie dokonywania pomiarów. Rosjanie używają systemu metrycznego. Jedna z tez spekulowała, że piloci posługiwali się miara angielską i wysokość mierzyli w stopach. Widać, że to nieprawda.
Prawdą natomiast są warunki pogodowe, o 10:24 toczyła się rozmowa z pilotem Jaka-40, który wylądował wcześniej.
Pilot Jaka-40: No to witamy ciebie serdecznie. Wiesz co, ogólnie rzecz biorąc to pizda tutaj jest. Widać jakieś 400 metrów, około i na nasz gust podstawy są poniżej 50 metrów, grubo.
Drugi pilot: A wyście wylądowali już?
Pilot Jaka-40: No, nam się udało tak w ostatniej chwili wylądować. No natomiast powiem szczerze, że możecie próbować, jak najbardziej. Dwa APM-y są, bramkę zrobili, tak że możecie spróbować, ale… Jeżeli wam się nie uda, za drugim razem, to proponuję wam lecieć na przykład do Moskwy, albo gdzieś.

Problemem jest kwestia decyzji o lądowaniu, która powinna należeć wyłącznie do pilotów, a jak widać nie należała.
Drugi pilot: Mówi też że mgła /…/
Dowódca: Panie dyrektorze, wyszła mgła… W tej chwili w tych warunkach, które są obecnie, nie damy rady usiąść. Spróbujemy podejść, zrobimy jedno zejście, ale prawdopodobnie nic z tego nie będzie. Jak się okaże /…/ to co będziemy robili? Paliwa nam tak dużo nie wystarczy do tego /…/
M. Kazana: No to mamy problem…
Dowódca: Możemy pół godziny powisieć i odlecieć na zapasowe.

Kilka minut później o 10:29 również pada kilka ważnych słów.
Dowódca: Spytaj, czy Rosjanie już przylecieli.
Drugi pilot: Czy Rosjanie już przylecieli?
Pilot Jaka-40: Ił dwa razy podchodził i chyba gdzieś odlecieli.

To również jest dowód bankructwa innej teorii spiskowej, która mówiła o tym, że polski samolot gwałtownie obniżył lot unikając zderzenia z rosyjskim Iłem. Ten ostatni miał wysadzić na lotnisku rosyjską ochronę polskiej delegacji.
Wydaje się, ze sprawa decyzji jest w jakiś sposób rozważana, o 10:30 słychać głos dyrektora Kazany: Na razie nie ma decyzji prezydenta, co dalej robić. Piloci znali warunki na lotnisku i wiedzieli że: tam jest, że jest dziura, tam są chmury i jest mgła… Na dziesięć minut przed katastrofą prawdopodobnie stewardessa mówi coś niejasnego, pada pytanie drugiego pilota: No i? oraz dowódcy: Co z nami Basiu? – być może dotyczy to kwestii decyzji o lądowaniu. Na dwie minuty przed katastrofą, gdy według danych zawartych w stenogramie samolot zniżał lot do tzw. wysokości kręgu (500 m.) anonimowy głos mówi: Wkurzy się, jeśli jeszcze /…/ – jest to nie do końca zrozumiała wypowiedź i nie można wykluczyć, że jest to głos obecnego w kokpicie od paru minut generała Błasika.
Wszystkie powyższe fakty, wskazują, ze piloci nie otrzymali bezpośredniego rozkazu lądowania za wszelką cenę. Jednak warto uświadomić sobie, że jest tam mowa o decyzji prezydenta o tym że się wkurzy (kto?). Decyzja o lądowaniu powinna zależeć wyłącznie od pilotów. A tuż przed lądowaniem mieli w kabinie dowódcę wojsk lotniczych i szefa protokołu dyplomatycznego. Presja na lądowanie i zdążenie na czas była ogromna.
Porównanie zapisu rozmów ze schematami przygotowanymi przez Sergieja Amielina wskazuje na to, że samolot schodził w dół za szybko (chwilami nawet 10 m/s) i przypuszczalnie próba poderwania maszyny nastąpiła dopiero, gdy pilot faktycznie zauważył drzewa, a to mogło być na wysokości 30 metrów. I to było za późno.
Oczywiście, jest w tym element zgadywanki, ponieważ nie mamy danych technicznych zsynchronizowanych ze stenogramami. Niemniej jednak wiadomo z tych rozmów, ze piloci złamali wszystkie możliwe procedury. Zatem nie zamach, nie błąd przyrządów wynikający ze złej interpretacji, nie próba uniknięcia zderzenia z Iłem, ale niezgodna z elementarnym rozsądkiem chęć wykonania zadania za wszelką cenę. Pomimo alarmujących terrain ahead i pull up systemu TAWS, pomimo komendy odchodzimy wydanej przez drugiego pilota, nic się nie zmieniło, dowódca kontynuował zniżanie.
Stenogramy rozmów nie wniosły zasadniczo nic nowego do wcześniejszych moich przypuszczeń. Dały jedynie pewność.
Wiemy jak. Lecz nie potrafimy zrozumieć dlaczego.

Dla dociekliwych pełny tekst stenogramu do pobrania:



Stenogram


W poprzednim tekście podawałem zaś odnośniki do strony Sergieja Amielina i jego galerii na Picasaweb.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.0/10 (1 vote cast)

Krajobraz we mgle

Mija drugi miesiąc od katastrofy w Smoleńsku. Opadły żałobne emocje. Realistycznie nastawiony obserwator sceny politycznej mógł dostrzec od razu, że smoleńska tragedia zostanie wykorzystana politycznie, choć wydawało się to nie do wiary. Pozwolę sobie przypomnieć, że pisałem też o sposobie wykorzystania katastrofy. Dziś w zasadzie wszystko, co pisałem, się sprawdziło. Z jednym wyjątkiem – nie jestem jasnowidzem – nie przewidziałem powodzi. Nieszczęśliwie dla Jarosława Kaczyńskiego kampania oparta na katastrofie smoleńskiej spłynęła wraz z powodzią. Przez kilka tygodni tylko najzagorzalsi zwolennicy spiskowych teorii dziejów emocjonowali się katastrofą i budowali kolejne wersje wydarzeń. Dziś, gdy woda opadła, przychodzi ponownie pora na rozegranie karty smoleńskiej. Zapewne poza oficjalną kampanią, ale na pewno zostanie ona wykorzystana.
Teorie spiskowe
Zwróćmy uwagę na szczegóły budowanej legendy smoleńskiej. Media przychylne Kaczyńskiemu, a więc w pierwszym rzędzie Radio Maryja i Nasz dziennik, a ponadto audycja Misja Specjalna i Bronisław Wildstein w telewizyjnej jedynce, roztaczali wizję niechcianej wizyty Lecha Kaczyńskiego, której Rosjanie chcieli zapobiec. Od samego początku też pojawili się eksperci od spraw rosyjskich i sensacyjnych – Romuald Szeremietiew i Antoni Macierewicz – obydwaj związani z niesławnym rządem Olszewskiego. Ci eksperci rozpoczęli kampanię pomówień pod adresem Rosji. Zgodnie z ich relacjami Polska, rządzona przez PO, prowadzi politykę uniżoności wobec Rosji. Rosja w tym śledztwie mataczy i należy się domagać przynajmniej międzynarodowego śledztwa. Wszystkie te bzdurne i kłamliwe teorie opierają się na powszechnej niewiedzy. Otóż komisja badająca wypadek jest międzynarodowa, w jej składzie są rosyjscy i polscy eksperci, a w pewnym zakresie byli także amerykańscy. natomiast oddzielnie prowadzone są śledztwa prokuratorskie. Te drugie z natury rzeczy będą opóźnione, bo muszą się opierać na ustaleniach komisji lotniczej.
Te brednie nie oznaczają, że wszystko jest jasne. Jest wiele niejasności i wątpliwości, zapewne nie zostaną wyjaśnione niektóre z nich z oczywistych powodów. Jednak informacji wiarygodnych jest dostatecznie dużo, aby zacząć sobie to wszystko układać w pewną całość. Niewątpliwie ważną rolę odegrał Sergiej Amielin – fotograf ze Smoleńska, który wyjątkowo dokładnie nie tylko przygotował dokumentację fotograficzną, ale też wszystkie znane fakty opisał. Nawet gdyby ktoś chciał dziś fałszować fakty, trudno by było, gdy znamy zdjęcia schematy i symulacje przygotowane przez dociekliwego Rosjanina.
Chronologia wydarzeń
Dzień przed katastrofą wiadomo było, że pogoda będzie niesprzyjająca. Prognozy były dość jednoznaczne. Można się tylko zastanawiać, kto zdecydował, że podróż zaplanowano z zaledwie godzinnym zapasem czasu i na dodatek samolot wyleciał z Warszawy spóźniony pół godziny. Ostrzeżenie o mgle przekazywane było pilotom kilkakrotnie w czasie lotu.

Dane przygotowane przez dziennikarza i fotografa Sergieja Amielina jednoznacznie zaprzeczają wszelkim dziwnym teoriom. Mgła była wyjątkowo gęsta i to właśnie wtedy, gdy zbliżał się do lotniska prezydencki samolot. Do teorii o sztucznej mgle odnosić się nie będę. O mgle ostrzegali również piloci naszego samolotu Jak-40, który przy mniejszej nieco mgle wylądował wcześniej. Później był jeszcze rosyjski samolot, który na polecenie kontrolerów lotu, zrezygnował z lądowania.
Warto zajrzeć na polskie forum lotnicze, tam wypowiadają się koledzy pilotów.
Teraz nieznany Wam fakt: meldunek przed lotem Prezydentowi złożył nie Dowódca Załogi a Generał Błasik. Atmosfera przed lotem była grzecznie mówiąc zła. Wszystko co działo się później tylko potęgowało napięcie – pisze jeden z pilotów. Przytoczę też inny fragment, który dość obrazowo przedstawia sytuację: Na wypadek złożyło się szereg zdarzeń i okoliczności. Od chwili podjęcia decyzji o wizycie (kancelaria Prezydenta) „ser zaczął się dziurawić”. Efekt końcowy – więcej „dziur niż sera”.
Nie sposób się z tym nie zgodzić. Tym bardziej, że dziś już wiadomo, ze atmosfera lotów z prezydentem była zła, wszyscy słyszeli o incydencie gruzińskim. Z biegiem czasu także inni piloci zaczęli mówić. Zdaje się, ze arogancja i próby sterowania pilotem to była immanentna cecha naszych VIPów.
Dziś wiemy, że przed lądowaniem do kabiny weszła niezidentyfikowana osoba pytając o opóźnienie. Parę minut później wszedł generał Błasik, który pozostał do samego końca. Wieża ostrzegała i doradzała zmianę lotniska na zapasowe. Mgła była wyjątkowo gęsta. Ja sam widziałem tę mgłę. Rano 10 kwietnia miałem zamiar robić zdjęcia wału Dniepru. Ale o 8 rano, wyglądając przez okno, nigdzie nie poszedłem, bo to wszystko było w lekkiej mgle, a po 10 godzinie jeszcze bardziej nasiliła się. Nie widziałem przez okno domu obok – pisze Sergiej Amielin.
Piloci za wszelką cenę usiłowali wylądować. Samolot zszedł na tzw. wysokość decyzyjną 120 m i zniżał lot dalej. Pomimo alarmujących komunikatów urządzeń, wbrew wszelkiej logice. Wszystko wskazuje na to, ze zahaczył o drzewo lewym skrzydłem w chwili, gdy być może piloci próbowali poderwać maszynę. Wtedy doszło do utraty sterowności i odwrócenia się maszyny do góry nogami.
Dokładnie przedstawiają to zdjęcia i schematy które opublikował Sergiej Amielin. Dobrze zapoznać się też z opisem wydarzeń sporządzonym przez Sergieja.
Po katastrofie
Prezydent Polski nie został zamordowany, nie poległ na polu bitwy, nie poległ w walce o prawdę nie zginął śmiercią męczeńską. Zginął wraz z innymi w katastrofie lotniczej. Jest ofiarą katastrofy, a nie bohaterem. Wszystko wskazuje na to, że łańcuch przyczyn tej katastrofy zaczyna się od prezydenta, a kończy na pilotach. Nie było zamachu. Nie było awarii technicznej. Oddajmy głos ponownie pilotowi z forum lotniczego: Powiem więcej – bo czas zacząć o tym mówić – atmosfera na lotach z Pasażerem była fatalna od dłuższego czasu. Arogancja i lekceważenie wszelkich procedur stała się normą. Osoby nie godzące się na to były szkalowane i publicznie upodlane. To podejście można zamknąć w stwierdzeniu: dupa jest od srania, pilot od lądowania. Jak się wszędzie widzi wrogów i spisek na prowadzoną politykę to nie ma miejsca na „mgłę”. Mgła może być tylko rozpatrywana w kategorii elementu spisku przeciw prowadzonej polityce. I nie jest to post polityczny lecz odnoszący się do przyczyn tej katastrofy. Jej się nie da wyjaśnić bez uwzględnienia tego czynnika. I nie piszmy o szkoleniu. Powtórzę, że przyczyną jest schizofrenia. Możecie szkolić pilotów na symulatorach latami, mogą mieć lata wylatanych godzin, a jak są poddawani takiej presji to i tak dojdzie do katastrofy. Zwalczmy przyczynę pierwotną. Raz na zawsze zamknijmy drzwi od kokpitu!!!!
Można sobie wyobrazić, że od początku tego spóźnionego rejsu presja wisiała w powietrzu. Nie będziemy zapewne w stanie na pewno powiedzieć kto wywierał presję największą. W pewnym sensie zawinili wszyscy: VIPowie latający rządowymi samolotami od lat, zapewne mało profesjonalna kancelaria prezydencka – która nie potrafiła realnie zaplanować podróży, a na samym końcu dopiero za mało asertywni piloci. Zapewne jakaś część moralnej winy spoczywa też na kontrolerach z wieży, którzy w obawie o skandal dyplomatyczny nie zdecydowali się na zamknięcie lotniska. Wiele informacji zostanie w przyszłości jeszcze ujawnionych, komisja i prokuratorzy zakończą kiedyś pracę. Jednak pamiętać należy o tym, ze zasadniczym celem ich pracy nie jest poszukiwanie winnych, ale stworzenie procedur, które ochronią nas na przyszłość, bo procedury pisane są krwią tych, którym wydawało się, że dadzą radę.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Timeo Danaos

Kapłan Laokoon w Eneidzie Wergiliusza na widok konia trojańskiego mówi: Timeo Danaos et dona ferentes (Boję się Greków nawet, gdy przynoszą dary). Jakże żywa staje się ta sentencja w roku 2010. Już wcześniej wiadomo było, że grecka gospodarka słabo sobie daje radę w warunkach kryzysu. W lutym przez Grecję przetoczyła się fala strajków i ulicznych demonstracji. Polskie palenie opon to był przysłowiowy pikuś przy demonstracjach ateńskich. Palenie samochodów, koktajle Mołotowa, niszczenie wszystkiego, co w zasięgu ręki.

Zamieszki w Atenach

Zamieszki w Atenach


Koszmarną prawdą okazała się konieczność drakońskich cięć budżetowych i naprawy finansów państwa wbrew marzeniom i oczekiwaniom obywateli. Obecnie w kwietniu demonstranci ponownie wyszli na ulicę. Naturalne jest, że społeczeństwo wini polityków. To oni za niemałe pieniądze państwowe dostają mandat do rządzenia, ale też powinni ponosić konsekwencje. Jednak sprawiedliwość nie mieszka na ulicach. Dziś ujrzałem informację, że w pożarze podpalonego przez demonstrantów banku spaliły się żywcem trzy osoby. Część ludzi skakała z okien i balkonów, a trzy osoby zginęły, bo demonstranci nie dopuścili straży pożarnej na miejsce pożaru.
Nie wiem, kto zginął, ale mogę sobie wyobrazić, że czyjaś matka, żona lub córka nie wróci już do domu, bo demonstranci byli źli na rząd.
Czy po zniszczeniu setek prywatnych samochodów, prywatnych sklepów, prywatnych restauracji i hoteli będzie Grekom łatwiej spłacać swoje zadłużenie? Czy te trzy zabite osoby mają być ofiarami dla starożytnych bogów, aby pomogli wyjść z kryzysu? Grecja jest dziś chorym człowiekiem Europy i jej problemy w pewien sposób obciążają całą Unię. Kraj żył na kredyt i dziś trzeba zacząć go spłacać.
Te rozważania dedykuję tym, którzy zbyt często psioczą na głupotę i prymitywizm polskiej społeczności. A ja patrzę na dwadzieścia lat naszej demokracji i widzę, że Grecy mogliby się czegoś od nas nauczyć.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Czy ta klisza może kłamać?

Od pierwszego dnia po katastrofie w Smoleńsku zaczęły się pojawiać rozmaite teorie spiskowe. Pytania o to, czemu ochrona z prezydentem nie wyskoczyła, skoro samolot leciał tak wolno i tak nisko, pozostawię bez komentarza. Był też film z miejsca katastrofy z odgłosem wystrzałów w tle, a co nowszy link do Youtube pokazywał nam film z większą liczbą wystrzałów.
Oczywiście w teoriach dominowały te z zamachem rosyjskim w tle i żadne tłumaczenie nielogiczności takiego zamachu nie przekonywało nikogo. Gorętsi wielbiciele zmarłego prezydenta i jego brata mówili wprost, że za zamachem stoją Tusk z Putinem. Dobrym przykładem takiego podejścia spiskowego był film, Solidarni 2010, o którym już pisałem.
Spiskowe teorie pojawiały się nie tylko w Polsce. Niejaka Jane Burgemeister miała dziesiątki teorii spiskowych na swojej stronie. Zaczynając od tego, że nie było żadnej mgły nad Smoleńskiem po teorię, że za zamachem stoi supertajna organizacja Nowy Porządek Świata, która zmierza do tego, by Polskę zmusić do przyjęcia euro. I kiedy wreszcie to euro w Polsce stanie się faktem, będzie miała niezbity dowód.
Przez długi czas te wszystkie bzdurne teorie pojawiały się głównie w internecie. Z jednym wyjątkiem, twórczo były rozwijane w Telewizji Trwam i Naszym Dzienniku (obydwa media należące do Tadeusza Rydzyka potocznie zwanego Ojcem Dyrektorem). Jednak trzy tygodnie po katastrofie dziennikarze innych telewizji zrozumieli, że zostali daleko w tyle za internetem. Teorie spiskowe zaczęto rozwijać w gazetach i telewizjach.
Pod pretekstem, że odbiorcy powinni mieć szerokie spektrum wiedzy, dziennikarze zapraszają kolejnych ekspertów i zadają im coraz głupsze pytania. Rozumiem, ze należy zadawać wiele pytań, ale czy te pytania muszą być na poziomie lekko debilnego szóstoklasisty?
Dziś pokazano nam znaleziska z miejsca katastrofy z ogromnym oburzeniem, bo przecież takie niezabezpieczenie miejsca to jakaś profanacja. Pokazano kawałek blachy i wywołaną kliszę. Czy komuś w tej wspaniałej telewizji nie przyszło do głowy, ze znalezienie się na pokładzie samolotu prezydenckiego wywołanej kliszy jest równie prawdopodobne, jak przewożenie żywego pingwina? Do tego jeszcze stówka czyściutka i prawie niezniszczona. Nie podważając całkowicie autentyczności przekazu, mam jednak wrażenie, że to jest fragment kampanii wyborczej, która ma rozgrywać dawne polskie fobie, nieufność i wrogość wobec Rosji.
Już wcześniej byłem przekonany, ze kampania tak naprawdę rozegra się poza głównym nurtem polityki. Teraz widzę, ze do tych celów zostały zaprzęgnięte i media, niekiedy bezwolnie.
Zastanawiające jest to, że dziennikarze doskonale wiedzą o procedurach działania komisji wypadków lotniczych. Te komisje pracują miesiącami, zanim zostaną podane do wiadomości ich raporty. Nasi dziennikarze zaczynają się domagać wyników, choć nie upłynął nawet miesiąc. Można się zastanawiać, czy to zwyczajna głupota, czy może dla zwiększenia słupków oglądalności gotowi są na każdą podłość?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)