Słowa kluczowe

 
Czasem zaglądam do statystyk i dziwię się. Wyświetlam sobie słowa kluczowe, po których z wyszukiwarki Google internauci docierają do mojego blogu. Czasami wpadam w stupor ze zdziwienia, a innym razem tarzam się ze śmiechu.
Ostatnio niezwykle rozbawiły mnie koszalińskie tramwaje. Kimkolwiek jesteś człowieku szukający koszalińskich tramwajów, to szukasz źle. Nie było tramwajów w Koszalinie. A gdzie by miały jeździć? Po tej jedynej ulicy? A może po kartofliskach?
Albo… polscy politycy chcą zniewolić kobiety. Jasne że chcą i to nie tylko politycy, i nie tylko polscy. Ale nikt o tym głośno nie mówi, ani tym bardziej nie pisze.
Jeden z najbardziej popularnych zwrotów w wyszukiwaniu jest zwis męski. Kiedyś pisałem o peerelowskiej nowomowie, gdy krawat przechrzczono na zwis męski. Tylko czy internautom właśnie o to chodzi? A może mają problemy z erekcją?
Pisząc niegdyś o protestach przeciw ACTA umieściłem zabawne zdjęcie dziewczyny trzymającej napis „Redtube nie oddamy”. Do dziś wielu internautów trafia na mój blog po słowie redtube. Obawiam się jednak, że nie tego szukali, co na moich stronach można znaleźć. No i niestety, nie będę mieścił się tej branży, wiek już nie ten i możliwości nie takie. 😉
Drugim co do popularności po słowie belfer jest zwrot wynalazki które zmieniły świat. To akurat nic dziwnego, bo taki prywatny ranking kiedyś robiłem i jak widać inni też się nad tym zastanawiają.
Za to jakiś czas temu pojawiło się w wynikach wyszukiwania słowo leszcz i nie uwierzycie ale zaprowadziło szukającego do artykułu o Lechu Kaczyńskim i Możejkach. A słowo honoru daję, że takie słowo nie pojawia się u mnie wcale. Specjalnie przeszukałem bazę danych. Widać Google stosuje mechanizmy heurystyczne. 😉
Na trzecim miejscu znajduje się zwrot gdyby głupota miała skrzydła. Używałem tego zwrotu rodem z czeskiego serialu parę razy. Możecie nie wierzyć, ale ten zwrot zawsze prowadzi czytelników do jakiegoś tekstu o PiS.
Wesołych Świąt zajączki.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Love actually

Czasem nieźle jest włączyć telewizor i metodą „na chybił trafił” obejrzeć cokolwiek. W moim przypadku był to film „To właśnie miłość”, oryginalnie noszący tytuł „Love actually”. Tytuł świetnie pasujący do współczesności, bo angielskie actually zrobiło się takim słowem wytrychem i dodatkiem, podobnie jak niegdyś w Polsce bynajmniej lub obecnie debilno-młodzieżowe no raczej.
– Actually yes.
– Actually no.
– She looks good… actually.
– I actually won.

Przy czym lepiej nie mylić tego z naszym aktualnie (currently), To raczej wypychacz słowny o znaczeniu rzeczywiście, naprawdę, prawdę mówiąc. W slangu tłumaczy takie zestawienia noszą nazwę „fałszywych przyjaciół”. Ale zostawmy te lingwistyczne meandry, bo w filmie actually jest pełno meandrów innego rodzaju. Przede wszystkim mamy tam plejadę sław europejskich od Hugh Granta, poprzez Liama Neesona, Keirę Knightley aż po Rowana Atkinsona, czy Claudię Schiffer lub Billego Thorntona w epizodycznych – choć nie bez znaczenia – rólkach. Już sama obsada wystarczy, by film był hitem, a na dodatek jest w nim scenka, która zapewne wywoływała radość wszystkich Brytyjczyków.
Hugh Grant w roli brytyjskiego premiera spotyka się z Billym Thorntonem, czyli amerykańskim prezydentem i oczywiście rozmowy w ważnych międzynarodowych sprawach idą jak po grudzie z powodu arogancji i niechęci do kompromisu amerykańskiego prezydenta. Na konferencji prasowej wszystko ma jednak wyglądać słodko i idealnie, bo przecież Wielka Brytania to główny partner USA. Jednak brytyjski filmowy premier pod wpływem impulsu mówi to, co Brytyjczycy chcieliby usłyszeć, a żaden z premierów prawdziwych nie miał jaj, by to powiedzieć. Czyli? Że Zjednoczone Królestwo ma już dość arogancji Amerykanów i protekcjonalnego traktowania, że być może są małym krajem, ale krajem dumnym i nie pozwolą sobie więcej na takie traktowanie. Jednak to tylko film, więc pomarzyć dobra rzecz…
Jednak tematem zasadniczym jest miłość i jak widzimy już od pierwszych scen filmu, powoduje ona problemy. Jeden z bohaterów wracając wcześniej do domu dowiaduje się, że dziewczyna zdradza go z jego bratem, inny jest zakochany w żonie swego przyjaciela, dziesięciolatek Sam zakochany jest w koleżance z klasy, która go nie zauważa. Szef pewnej firmy ma chrapkę na wyraźnie go prowokującą sekretarkę, dwoje pracowników tej samej firmy czuje coś do siebie, lecz od lat nie potrafią się z tym uczuciem uporać. Młody i niezbyt interesujący chłopak, pragnąc wreszcie kogoś poznać, leci do USA, sądząc, że wszystkie Amerykanki są napalone na Anglików.
Jednym słowem miłość to same problemy i kłopoty. Najlepiej wyraża to dialog Sama z jego ojczymem Danielem (Liam Neeson), który wzdycha z ulgą dowiedziawszy się, że chłopak się zakochał.
Daniel: Myślałem, ze to coś gorszego.
Sam: [z powątpiewaniem] Może być coś gorszego, niż umierać z miłości?
Daniel: No tak, masz rację. Nie ma nic gorszego.
Jednak to przecież komedia obyczajowa i musi się wszystko skończyć dobrze. Zatem jako deus ex machina są Święta, czyli Christmas. A Święta to przecież czarodziejski czas i same się rozwiązują największe kłopoty. Brytyjski premier dochodzi do wniosku, że kocha swą byłą pracownicę i w asyście ochrony jedzie jej szukać. To taka nieco zubożona wersja Kopciuszka bez pantofelka. Szef firmy dochodzi do wniosku, że nie bzyknie sekretarki i w świątecznym podarunku zamierza jej dać płytę Joni Mitchell by się „dokształciła” nieco w zakresie relacji uczuciowych, a żonie złote serduszko. I choć myli dwa pudełka z prezentami, wszystko kończy się dobrze. Brytyjczyk w Milwaukee spotyka cztery napalone laski. Młody pisarz zakochany w portugalskiej pokojówce jedzie do Lizbony się jej oświadczyć. Sam odważa się wyznać miłość szkolnej koleżance, a jego ojczym Daniel spotyka piękność podobną do Claudii Schiffer, graną oczywiście przez Claudię Schiffer. Jednym słowem szczęście aż tryska z każdej strony, a kulminacja następuje na szkolnych jasełkach wigilijnych, gdzie przez przypadek brytyjski premier w światłach reflektorów całuje się ze swą wybranką.
A jakieś ziarno prawdy? Ociupinka realizmu do jasnej cholery?
Film zaczyna się od sceny, gdy stary rockman nagrywa cover swojego własnego przeboju. Słowa miłość jest wszędzie dookoła (love is all around) w celach typowo komercyjnych zostają zastąpione słowami Święta są wszędzie dookoła (Christmas is all around). Gdy kończy się nagranie rockman z rezygnacją stwierdza:
– Ale to kupa gówna.
– Masz rację – odpowiada jego menedżer – wielka, miękka kupa… forsy.
Jedna z miłosnych historii nie kończy się happy endem. Sara i Karl, pracujący w jednej firmie, po wigilijnym biurowym przyjęciu lądują razem w łóżku, lecz kończy się to kiepsko, bowiem ona ma brata w zakładzie psychiatrycznym, który dzwoni po kilkanaście razy dziennie, a ona bez względu na sytuację mówi zawsze: nie, nie jestem zajęta. I ten epizod przypomina nam, że ta magia świąt to przede wszystkim wielka handlowa ściema i nic nie będzie się działo w cudowny czarodziejski sposób, same nie rozwiążą się żadne problemy. Aby nie spieprzyć sobie życia i nie stracić kogoś dla nas ważnego, trzeba być może komuś innemu powiedzieć: odpierdol się wreszcie.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Wszystkie kolory tęczy

Nowa ministra edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska chce pogodzić rozbieżne światopoglądy rodziców. – podała właśnie Gazeta Wyborcza. Jedne dzieci będą się uczyć na lekcjach wychowania seksualnego o (między innymi) różnych metodach antykoncepcji, zaś drugie dowiedzą się, że tylko kalendarzyk jest dozwolony, a prezerwatywa to grzech. W zasadzie należałoby pochwalić panią Kluzik-Rostkowską. Chce pogodzić ogień z wodą i wreszcie wprowadzić wychowanie seksualne do szkół, co powinno zostać zrobione ponad dwadzieścia lat temu.
Chodząc do szkoły w PRL, miałem zajęcia z przedmiotu nazwanego „przysposobienie do życia w rodzinie socjalistycznej”. Przez rok prowadził te lekcje psycholog i miały one sens. Potem wytypowano nauczycieli, którzy skończyli odpowiednie kursy. W mojej szkole była to pani profesor od historii, która na sam dźwięk słowa seks się rumieniła. Lekcje z nią sprowadzały się do prezentowania filmów o chorobach wenerycznych. Potem z przedmiotu zrezygnowano i pojawiła się koncepcja nowoczesnego kształcenia na wzór krajów zachodnich. Jednak nigdy na poważnie nie znalazł się taki przedmiot w szkołach.
Sam jako wychowawca uważałem, że mam obowiązek nieco uświadomić uczniów. Oczywiście zgodnie ze stopniem ich rozwoju psychofizycznego. Jednak spora część nauczycieli takie tematy sobie odpuszczała, choć mieściły się w zakresie godzin wychowawczych. Temat był dla nich zbyt kontrowersyjny i wstydliwy.
Dziś dowiadujemy się, że wreszcie po wielu latach sporów i protestów części polityków, księży i rodziców jest szansa na wychowanie seksualne w szkołach. Jednak pod warunkiem, że obok będzie prowadzone wychowanie w duchu kościelnym. Może zatem wprowadzić jeszcze więcej opcji? Dla najbardziej religijnych będzie to wyłącznie uczenie się modlitwy do ducha świętego o szczęśliwe poczęcie. Młodsi dowiadywali by się na najpierw o ogromnej roli bocianów w ludzkiej prokreacji.Bardziej liberalni katolicy pozwalaliby na uczenie dzieci o kalendarzyku małżeńskim i że jedyna dozwolona jest pozycja misjonarska. Dla reszty byłyby normalne lekcje wychowania seksualnego.
Zakonnica katechetka „od seksu katolickiego” przechodząc obok takiej klasy czyniłaby znak krzyża, spluwała przez lewe ramię i szeptała:” tfu zgiń, przepadnij genderze nieczysty”.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.6/10 (20 votes cast)

Redtube nie oddamy (2)

Déjà vu? Wszyscy pamiętamy zdjęcie, które obiegło media przy okazji protestów przeciw ACTA.

Redtube nie oddamy.

Redtube nie oddamy.

Było to co najmniej przewrotne lub zwyczajnie głupie hasło w tamtych okolicznościach. ACTA w żaden sposób nie zagrażało pornografii w internecie. Nie ma co ukrywać, przemysł pornograficzny jest potężny i również był zainteresowany ochroną swych praw… hm… autorskich (?).
Jednak niedawno stało się coś, co zdjęciu powyższemu może nadać sens, choć napis powinien być po angielsku. Premier Cameron – skądinąd znany z dość kontrowersyjnych, lecz mało skutecznych, pomysłów politycznych -jakiś czas temu ogłosił, że Wielka Brytania wprowadzi cenzurę pornografii w internecie.
Wkrótce zapytano naszego premiera Tuska, czy Polska podąży podobną drogą. Tusk odparł, że nie. Sens odpowiedzi sprowadzał się do dwóch stwierdzeń. Nie wszystko, co robi Wielka Brytania, jest warte naśladowania i nie wszystko, co nam się nie podoba i wzbudza kontrowersje, należy odgórnie usuwać. Obywatele są sami odpowiedzialni za swoje wybory, za wychowanie dzieci i młodzieży, więc muszą się zmierzyć z wyzwaniami współczesnego świata.
Jako nauczyciel i administrator szkolnych pracowni z problemem blokowania pornografii musiałem się zmierzyć praktycznie. Sposobu idealnego nie ma. Najgorszy z możliwych sposobów to blokowanie numerów IP. Po pierwsze – jest nieskuteczny, bo stron pornograficznych przybywa, zmieniają one często serwery i są powiązane siecią linków. Po drugie firmy hostingowe sprzedają tzw. serwery wirtualne rozmaitym odbiorcom i jeden numer IP może pokazywać nam stronę pornograficzną, ale także edukacyjną.
Blokowanie nazw domenowych też jest mało skuteczne z powodów podobnych jak wyżej. W obu przypadkach zresztą można skorzystać z serwerów proxy i obejść dzięki temu ograniczenia.
Najbardziej sprawdza się filtrowanie heurystyczne opierające się na analizowaniu zawartości stron. Jednak należy uważać, jakie oprogramowanie się stosuje. Największą wpadkę (chyba było to zamierzone) odnotował program Benjamin polecany przez MEN w okresie panowania Romana Giertycha. Program blokował strony związane z seksem (nie tylko pornografię) raczej średnio, bardziej skuteczny był w zakresie blokowania stron związanych z homoseksualizmem, za to przepuszczał wszystkie strony propagujące nacjonalizm oraz ewidentnie rasistowskie, jak np. Redwatch.
Drugi program wprowadzony wówczas to Opiekun Ucznia, który najbardziej skutecznie blokował stronę www.gazeta.pl, z pornografią radził sobie kiepsko, bo blokował po nazwach i wystarczyło zamiast nazw wpisywać numery IP.
Pomimo wielu wad najlepszy jest Dansguardian, który w szkołach się doskonale sprawdza w blokowaniu pornografii, hazardu online, stron rasistowskich i propagujących przemoc. Jednak bez interwencji administratora używanie takiego programu jest również bardzo dyskusyjne. Wiele stron może być odrzucanych przez zbyto ostro ustawione zasady, część stron należy ręcznie dodać do tzw. białej listy.
Oczywiście nikt nie neguje konieczności filtrowania stron w szkołach. Szkoła jest ostatnim miejscem, w którym młody człowiek powinien zetknąć się z pornografią, rasizmem lub przemocą. Także z tego powodu, że współcześni rodzice bardzo chętnie spychają wszelkie przyczyny swoich rodzicielskich niepowodzeń na szkołę i zapewne szybko mielibyśmy „wysyp” pozwów, gdyby szkoły internetu nie cenzurowały.
Jednak zmuszenie dostawców internetu do wprowadzania cenzury to działanie kompletnie poronione. W większości krajów nie ma jednej wspólnej dla wszystkich „bramki” do internetu, jak to jest np. na Białorusi lub w Korei Północnej. Zatem każdy dostawca internetu byłby zmuszony do instalowania oprogramowania filtrującego, co dla małych firm mogłoby się okazać problematyczne. Takie oprogramowanie zwykle wymaga dość sporych zasobów systemowych, a więc bardzo wydajnego i drogiego serwera, na dodatek musiałby być kłopotliwy w konfiguracji system wyłączania blokad na życzenie klienta, a na dodatek system ów ma jedną wadę – to jest serwer proxy, co automatycznie powoduje problemy np. z grami online. Zasadnicza konsekwencja wprowadzenia takich blokad w Polsce to podwyżka cen za dostęp do internetu, bo firmy przerzuciłyby koszty na klientów. Być może wypadłyby z rynku najmniejsze firmy. Bardzo problematyczne byłoby wprowadzanie owych blokad i ich indywidualizacja w sieciach komórkowych. Jednym słowem wiele problemów, a zysk żaden. Biznes porno to bardzo duże zyski, więc firmy działające w tej branży szybko wpadłyby na sposoby lepszego obchodzenia blokad.
Na dodatek przepisy umożliwiające cenzurowanie internetu to bardzo kusząca furtka dla rządów (obojętnie – lewicowych, czy prawicowych), by spróbować cenzurować inne niewygodne treści.
Kilka tygodni po butnej zapowiedzi cenzurowania internetu brytyjski premier przyznał, że sprawa nie jest prosta, ba jest bardzo złożona i trudna.
😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Zrozumieć kobietę

Przeczytałem kiedyś doskonałą amerykańska anegdotę doskonale obrazującą dzisiejszy temat. Niewiele amerykańskich rzeczy dziś mi się podoba, ale dowcipy są przednie, especially about lawyers.
Zaczynała się owa anegdota jak dobra baśń. Once upon a time w Ameryce żył dobry, sprawiedliwy, mądry oraz bogobojny człowiek (Yyy… i to był Amerykanin? przyp. autora). Bóg pragnął wynagrodzić jego wspaniałą postawę w życiu. Zjawił się zatem przed nim i zapytał, czego by sobie życzył w nagrodę.
Ów zaś, szczęśliwy i zawstydzony, padł na kolana i nieco się zacinając rzekł:
– Panie Boże, wiesz, że mam dwie niewielkie przypadłości, które utrudniają mi życie, boję się latać i boję się wielkiej wody, więc gdyby tak stąd na Hawaje była autostrada, mógłbym wreszcie odwiedzić to wspaniałe miejsce.
Pogięło cię dude – wrzasnął Bóg po amerykańsku – Ty wiesz co się będzie działo, jak nagle pojawi się autostrada z Frisco do Honolulu? Wymyśl sobie coś innego.
Zakłopotany mężczyzna przyznał Bogu rację, ale po chwili przyszło mu do głowy inne życzenie:
– Słusznie Panie Boże, to był zły pomysł, spraw zatem by, potrafił zrozumieć kobiety.
Nastała chwila milczenia, która mężczyźnie wydała się wiecznością, wreszcie Bóg odrzekł:
– Ekhm… to ilu pasmowa ma być ta autostrada?
Internet pełen jest żartów na temat nieporozumień między kobietami i mężczyznami, ale żaden nawet w jednej setnej nie jest tak dobry jak ten. Jest też sporo książek z naukowymi wręcz ambicjami, które mają objaśnić mężczyznom (głównie), jak próbować zrozumieć kobietę i porozumieć się z nią.
Zapewne większość czytelników pamięta najbardziej znany podręcznik z tego cyklu – „Mężczyźni są z Marsa, kobiety są z Wenus”. Jest to coś w rodzaju skomplikowanej instrukcji obsługi do software, które jest jeszcze bardziej skomplikowane i nie każdy przypadek jednostkowy da się przewidzieć. W zakresie zrozumienia mężczyzn za to, to rodzaj instrukcji do mało przydatnej, ale gadżeciarskiej zabawki, która zwykle się psuje.
Problem nie jest błahy, bo dotyczy wszystkich z wyjątkiem dzieci, a te kiedyś dorosną i też będą miały problem. Wyjaśnię to na jednym tylko przykładzie (bo w przeciwnym razie nigdy nie skończyłbym tego felietonu – przyp. autora). Gdy mężczyzna mówi, że jest głodny, to jest głodny. Zje coś, co upichci mu żona (kochanka, dziewczyna, narzeczona… whatever), ewentualnie coś w restauracji, barze, fastfoodzie. W ostateczności ugotuje coś sam i nie będzie z tego robić specjalnych problemów.
Gdy kobieta mówi: „jestem głodna”, może to oznaczać, że pragnie aby mężczyzna zabrał ją do restauracji, czasami będzie to znaczyć DO TEJ i ŻADNEJ INNEJ restauracji, tej w której wyznawaliście sobie uczucia (ale do cholery co to była za knajpa?), a czasami to będzie znaczyć, że chce zjeść coś, co przygotuje i poda jej mężczyzna, a czasami jeszcze będzie chodziło o konkretną potrawę. Niekiedy będzie to znaczyło, ze ma ochotę na pyszne lody, a innym razem, że pragnie tylko otrzymania przynajmniej kilku rozmaitych propozycji, po czym sama zabierze się za gotowanie, aby zabłysnąć nową potrawą. No i bądź tu mądry mężczyzno i domyślaj się.
Wbrew tabunom psychologów – moim zdaniem – problem nie polega na tym, że kobiety i mężczyźni źle zabierają się do tej bilateralnej komunikacji, ale że w ogóle próbują.
Taka historia powinna mieć jednak inny, bardziej optymistyczny morał. Jaki? Nie, nie, nie – wcale nie związany z seksem. Optymistyczne dla kobiet niech będzie to, że jednak mężczyźni będą się starali. A dla mężczyzn? Optymistyczne jest tylko to, że kiedyś przestanie wam zależeć, kompletnie. My mężczyźni jesteśmy prości.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.8/10 (8 votes cast)

Seks i apokalipsa

Mija – jak co roku 8 marca – Dzień Kobiet. W telewizji dyskusje o roli kobiet w polityce i życiu publicznym, parytetach i uprawnieniach. Posłowie ganiają po Warszawie z kwiatkami lub prezerwatywami w poszukiwaniu kobiet, aby wykorzystać je do powiększenia słupków sondaży. A w wigilię żeńskiego święta telewizja zaserwowała nam nieśmiertelną „Seksmisję”.
Komedia Machulskiego wydaje nam się dziś tak samo aktualna i nie zestarzała się zbytnio przez prawie 30 lat. Niektóre efekty wydają się co prawda dość prymitywne, ale jak na film science-fiction, to ogląda się ten obraz całkiem nieźle. Odwieczny antagonizm płci został w tej dość prostej historii sprowadzony głównie do relacji seksualnych i prokreacyjnych. Dwóch hibernowanych nieudaczników w gruncie rzeczy nie ma szans wobec całej cywilizacji nowoczesnych i zdecydowanych kobiet. Są od nich głupsi, ubożsi o kilkadziesiąt lat doświadczenia, które spędzili w hibernacji, nawet bić się nie potrafią. Jednak wykorzystują seksapil a rebours – pocałunek sprawia, że logiczne i zdecydowane samice więdną w ich ramionach i mdleją. Życiowo mało prawdopodobne. Wiemy, że zmysły kobiet budzą się powoli, a wzrokowa fascynacja nie jest głównym czynnikiem ekstazy erotycznej. Jednak uznajemy tę umowność dla zachowania ciągłości fabuły. Albert i Maks to przecież tak żałosne dwie niedojdy, że patrząc na nich w zasadzie czujemy ulgę, że rodzaj męski wyginął. Jednak jest podtekst. Cywilizacja kobiet jest w gruncie rzeczy odwzorowaniem PRL. Wszystko jest powierzchowne, udawane i byle jakie. Koło nowoczesnych monitorów stoi blaszane wiadro do którego cieknie woda z sufitu, skafandrów w stacji wyjściowej jest za mało. A na dodatek właz otwiera się na hasło „kurwa mać” – jak wiele rzeczy w PRL.
Jedyną rolą ocalałych samców jest przywrócenie status quo sprzed atomowej zagłady, która miała miejsce pod koniec XX wieku. Nawet nie próbujemy sobie wyobrażać ich dalszej roli w budowaniu nowego ładu. Oni zwyczajnie są na to za głupi. W końcu jednak to tylko komedia, mamy zwrócić uwagę na zabawniejsze elementy odwiecznej męsko-damskiej wojny.
Kilka lat przed komedią Juliusza Machulskiego za oceanem pojawiła się niewielka powieść, która wstrząsnęła światem nie tylko literackim. Nosiła tytuł „Houston, Houston, Do You Read?” i sygnowana była nazwiskiem James Triptree, Jr. Jeden z krytyków napisał w swej recenzji, że temat został poruszony w tak głęboki sposób i z taką subtelnością stylu, jakby napisała to kobieta. Paradoksalnie okazało się, że miał rację.
Prawdziwą autorką była znana pisarka Alice Bradley Sheldon, a James Triptree, Jr to jej pseudonim. Czytelnicy dowiedzieli się o tym znacznie później. W Polsce powieść opublikowała „Fantastyka” tuż po śmierci pisarki w 1987.
Lektura tej – w zasadzie – mikropowieści była dla mnie wstrząsającym doświadczeniem i w zasadzie od samego początku miałem wielką potrzebę podzielić się z kimś swoimi refleksjami.
Kogo to jednak wówczas obchodziło, ani ówczesnych znajomych, ani tym bardziej nikogo z zewnątrz. Dziś po wielu latach nadal uważam, że ten tekst to jedno z najważniejszych dzieł literatury XX wieku. Ponieważ jednak w naszym kraju jest to pozycja mało znana, pozwolę sobie na streszczenie fabuły. W całkiem nieodległej przyszłości na Ziemię wraca statek kosmiczny. Astronauci wyruszyli na rekonesans poza nasz układ słoneczny i nie jest ważne, co odkryli i z jakimi wieściami wracają. Ważne jest, że podróżowali z prędkością podświetlną i dla nich upłynęło zaledwie kilka lat, jednak na Ziemi w tym czasie minęły setki lat.
Sytuacja jest podobna jak w polskiej komedii. Mężczyźni wyginęli. W wyniku niezdefiniowanego kataklizmu ludność świata została zredukowana do kilku milionów. Genotyp rodzaju ludzkiego zaczął się zmieniać i mężczyźni przestali się rodzić. W końcu jedynym sposobem okazało się coś w rodzaju partenogenezy. Gdy trzech bohaterów powraca z dalekiego kosmosu, mężczyzn na Ziemi już nie ma. Zamiast kontroli lotów w Houston odzywa się do nich ktoś żeńskim głosem, na stacji orbitalnej również spotykają kobiety. Stacja kosmiczna Gloria sprawia na astronautach wrażenie niekorzystne. W ich pojęciu panuje tam bałagan, są rośliny i zwierzęta, a urządzenia nie wskazują, by od ich odlotu dokonał się jakiś postęp technologiczny. Astronauci zaczynają budować obraz rzeczywistości ze strzępków rozmów i fragmentarycznych danych. Kobiety na stacji nazywają się siostrami, nigdy nie mówią o swych mężach lub chłopakach. Wreszcie astronauci dowiadują się strasznej dla siebie prawdy. Tylko klonowanie zapobiegło zagładzie ludzkości. Powstała nowa cywilizacja kobiet, zapłodnienie jest funkcją medyczną, a miłość została oderwana od funkcji prokreacyjnej. Nie stosuje się jak w „Seksmisji” tabletek kierujących popęd seksualny na dążenie do kariery, ale seksu też już nie ma. Pewnych aspektów życia możemy się tylko domyślać, bowiem zostały przez narratora ledwo zarysowane. Tu nie ma miejsca na niewybredne żarty seksualne, świat kobiet w tej powieści jest zdecydowanie lepszy, niż ten który znamy. Wyeliminowano wojny i wszelką zbędną agresję, jest harmonijnie rozwijająca się całkiem nowa ludzkość. Astronauci ze statku Sunbird dość szybko -zaczynają rozumieć, że w tym świecie nie ma już powrotu do przeszłości. Kobiety nie wymazały kilku tysięcy lat historii i nie twierdzą, że „Kopernik była kobietą”, jednak nie odczuwają najmniejszej potrzeby wprowadzenia trzech reliktów przeszłości do swojego społeczeństwa. Fakt, że komandor Sunbirda jest jednocześnie chrześcijańskim fundamentalistą nie ułatwia dialogu. Wyobraża on sobie, że Bóg wybrał go, aby odbudował świat, inaczej mówiąc by spełnił funkcję podobną do biblijnego praojca Adama. Kobiety podają astronautom narkotyk, aby uwolnić w ich zachowaniu „prawdziwe ja”. To ostatnie wydarzenia w powieści.
Czy są jakieś argumenty za powrotem do przeszłości? Przecież przez tysiące lat mężczyźni troszczyli się o swoje rodziny, opiekowali się nimi i bronili ich. Przed kim bronili kobiet i dzieci? Przed innymi mężczyznami. Przez tysiące lat wszystkie wojny wyniszczające ludzkość były dziełem mężczyzn. Męska ekspansywność zapewne była z jednej strony motorem napędzającym cywilizację, źródłem odkryć, zdobyczy i wynalazków, a z drugiej powodem wojen, rzezi i tragedii.
Kobiety żyją w swoim nowym doskonałym świecie i są szczęśliwe. Załoga stacji orbitalnej Gloria nie zamierza pozwolić astronautom przeżyć. Przestudiują ich, zbadają, wykorzystają ich spermę, aby poszerzyć nadwątlone przez kataklizm zróżnicowanie genotypu, ale nie potrzebują trzech samców w swym perfekcyjnym i szczęśliwym świecie.
Nie wszystko jest w powieści dookreślone. Jednak czytelnik wie, że astronauci nie mogą przeżyć. Nowa cywilizacja kobiet musi swą nową drogę zacząć od grzechu Kaina. Ostatnią scenę powieści widzimy oczami jednego z astronautów – Lorimera, który pomimo narkotyku zachowuje pewną jasność umysłu i poczucie rzeczywistości. Wysadźcie nas na jakiejś wyspie – mówi – na trzech wyspach – poprawia się, choć już wie, rozumie lub przeczuwa, co będzie dalej. Ostatnie zdanie powieści jest wstrząsające w swojej lekkości, w niedopowiedzeniu, w niewiadomej, która się czai na końcu
Drink jest chłodny i kojący, coś jak pokój i wolność – myśli Lorimer – albo śmierć.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)

Rok Tygrysa

Może bym lubił Nowy Rok, gdyby nie to, że przypada zimą. Ta pora roku ma dla mnie tylko jedną dobrą cechę – kiedyś wreszcie się kończy. Niestety zima, która rozpoczęła rok nie sprawiała wrażenia chętnej do odejścia, a ta która kończy rok, daje do zrozumienia, że przyszła na długo.

Parking trzeba było sobie odśnieżyć samemu.

Parking trzeba było sobie odśnieżyć samemu.

Dobrze, że wymyślono zimowe opony i mam nadzieję, że mi one wystarczą i nie będę musiał łańcuchów na koła zakładać. Pomimo tak paskudnej pogody jestem pod wrażeniem sprawności służby drogowych. W styczniu i lutym dawały sobie radę wręcz perfekcyjnie, teraz w grudniu nieco gorzej, ale też aura nas nie rozpieszcza. Na przemian padający i marznący deszcz, a potem mróz.

Brama do wiosny

Brama do wiosny

Mam tylko nadzieję, że nie będzie u nas wyglądać tak, jak w pewnym gospodarstwie na Bornholmie, gdzie właściciel musiał sobie wykopać bramę do świata zewnętrznego. Kilka dni temu wracając ze sklepu (per pedes – żeby było jasne), widziałem ciekawą scenkę. Eleganckie beemwu z elegancką blondynką a la Barbie i dresem w charakterze kierowcy nie mogło wyjechać z zaśnieżonego chodnika. Młodzian wyskoczył i z pasją zaczął rozprawiać się ze śniegiem glanami. Rzucał przy tym śliczne wiązanki wyrażające jego dbałość o świeżość ojczystego języka. Przechodząca staruszka, zatrzymała się, popatrzyła uważnie i skomentowała głośno: w dupach wam się od tego dobrobytu poprzewracało.
Gdy wyszedłem sobie odśnieżyć miejsce parkingowe, to z okien patrzono na mnie dość dziwnie, a pamiętam czasy, gdy ludzie potrafili się sprężyć i zrobić coś razem, a nie tylko czekać. Tak… w dupach wam się poprzewracało od tego dobrobytu.
Ten rok dla mnie był też szczególny, bo za namową kilku znajomych zacząłem swoje spostrzeżenia na temat otaczającej mnie rzeczywistości notować na blogu. Zakładałem, że będzie czytać mnie trochę znajomych, no góra może ze trzydzieści osób. Kilka odwiedzin dziennie, kilkadziesiąt na miesiąc. Ku mojemu zaskoczeniu już po miesiącu czytało mnie kilkadziesiąt osób dziennie, a w szczytowym – o dziwo – wakacyjnym lipcu, nawet kilkaset. Googlowy system Analytics mówi mi, że odwiedzin było już ponad 13 tysięcy, a przeciętny czytelnik czyta przy jednej wizycie cztery strony. Musiałem nawet serwer zmienić, bo pierwszy, na którym umieściłem stronę, się zatykał.

Dziwne wyniki wyszukiwania.

Dziwne wyniki wyszukiwania.

Średnio 15% moich czytelników znajduje stronę w wyszukiwarkach, otwiera ją i czyta. Jednak zdumiewa mnie to, czego szukają i dziwię się, bo wchodząc na stronę chyba niektórzy (niektóre) spodziewają się czegoś zupełnie innego. Powyższy obrazek zawiera jedną z faz wyszukiwania. Zdarzyło mi się napisać tekst ze słowem „seks” w tytule, ale jeśli ktoś liczy na gorące porno, to raczej się zawiedzie. Gorące komentarze polityczne – owszem.

Wrak TU-154

Wrak TU-154

To nie był dobry rok. Katastrofa w Smoleńsku przewróciła do góry nogami polską politykę. Wszyscy spodziewali się jesiennych wyborów i spokojnego odejścia w niebyt formacji, która chciała przywrócić w życiu politycznym stare wzorce nienawiści klasowej znanej z komunizmu. Spokojnie i bez nerwów przegrałby Lech Kaczyński, być może nawet w pierwszej turze. Do drugiej tury wszedłby kandydat lewicowy Jerzy Szmajdziński i wtedy byłoby ciekawie.
Niestety zdarzyła się katastrofa, która przyniosła ocalałemu w cudowny sposób bliźniakowi wzrost poparcia do nawet 47% w drugiej turze. Jednak natura woli równowagę. Wkrótce przytrafiły się naszemu krajowi inne problemy.
Powódź.

Powódź nie dla każdego jest wesoła.

Powódź nie dla każdego jest wesoła.

Na dobrą sprawę to do kompletu nieszczęść w tym roku brakuje jedynie trzęsienia ziemi i tsunami. Prawdopodobnie Bałtyk jest zbyt małym morzem, by rozwinęło się porządne tsunami, ale co do trzęsienia ziemi – wszystko przed nami.
Wbrew powyższemu zdjęciu, większość scen z powodzi nie wyglądała ani powabnie, ani seksownie.

To będzie nowy wódz.

To będzie nowy wódz.

Pod koniec roku dowiedzieliśmy się, że psychopatyczny wódz komunistycznej Korei namaścił swego syna na następcę. Wkrótce na cześć sukcesora zaatakowano bogu ducha winną wysepkę południowokoreańską. W Europie w gruncie rzeczy mało kto się przejął tak odległym incydentem, ale to tam rozpocznie się kolejna wojna światowa.
W Polsce zaś polityczna wojna na śmierć i życie. Wbrew pozorom to nie są takie sobie przepychanki. PiS doprowadził wojnę z rządem na skraj absurdu, a media – goniąc za sensacją – publikują coraz bardziej debilne insynuacje.

Tusk to wcielone zło.

Tusk to wcielone zło.

Oto idiotyczny nagłówek idiotycznego artykułu. Niedługo będzie kolejny. Tusk to szatan, a jego symbol to 666 i koniec świata nadchodzi. Tusk winien już jest nie tylko polskim oblodzonym szosom, ale paraliżowi na lotniskach w Dublinie, Paryżu, Londynie. Jak by nie było Tuska, to PiS musiałby go wymyślić. Idiotyzm prezentowany przez wierną drużynę prezesa sięgnął takich Himalajów, że TVN24 postanowiła wykreować nową partię polityczną. Mowa o inicjatywie wyrzuconej z PiSu świętej Joannie od prezesa. Najpierw usiłowała nam wcisnąć psychopatę na prezydenta, a teraz udaje, że dla niej Polska jest najważniejsza. Już Hans Kloss w „Stawce większej niż życie” mówił: nie ze mną te numery. Wbrew ogromnej medialnej machinie nic z tego nie będzie – PiS w wersji light też jest ciężkostrawny.

Stary kawaler z kotem

Stary kawaler z kotem

A tymczasem w opozycji dalej króluje stary kawaler – brzydactwo niesłychane – z kotem (i grupą klakierów). Wieczorami w domowym zaciszu gra w fantastyczną grę RPG pod nazwą „Czwarta Rzeczpospolita”.
A jaki był ten rok i co w nim było ważne, co może stać się ważne? Niedawno, znany czytelnikom Wojtek Dąbrowski – autor wiersza „Nie zagłosuję na Jarka”, podesłał mi kilka swoich tekstów. Pozwolę sobie zacytować jeden, który jest dedykowany Kongresowi zwołanemu na początku października przez Janusza Palikota.

Porozmawiajmy o przyszłości,
Spróbujmy wreszcie się dogadać,
Bez nienawiści, zapiekłości,
Bez słowa: zdrada.
Związani razem wspólnym losem,
W Warszawie, Łodzi, Biłgoraju.
Zacznijmy mówić jednym głosem
O naszym kraju.

I choć trudności są niemałe,
A doświadczenia zbyt bolesne,
Nie chcemy Polski zapyziałej,
Lecz nowoczesnej!
Nie damy Polski zmienić w skansen,
Zatrzymać jej na bocznym torze!
Gdy przegapimy swoją szansę,
Nikt nie pomoże!

Porozmawiajmy o przyszłości,
O tym co boli, co uwiera.
Kiedy wyrwiemy się z bierności,
Jeśli nie teraz?
Awanturnikom i frustratom
Nie pozwolimy dojść do głosu.
Odpowiadamy dzisiaj na to
W stanowczy sposób.

Niech nami rządzą mądrzy ludzie,
Czas złe nastroje uspokoić.
Nie – oszołomom! Stop obłudzie!
Dość paranoi!
Trzeba odwagi, wytrwałości,
Władza nie może być niemrawa.
Porozmawiajmy o przyszłości.
To ważna sprawa!

Ruch zainicjowany przez Palikota, choć rozwija się z dala od blasku fleszy, z dala od telewizyjnych kamer, to być może jest sygnałem, że czas na zmiany.
Zapewne niektórzy zastanowią się, dlaczego taki tytuł nadałem swemu podsumowaniu. Czy dlatego, że rok mijający to chiński rok tygrysa? Być może. A może dlatego, że wciąż czuję się tygrysem? Wyliniały, futro już jakieś zszarzałe, refleks już nie ten i zęby powypadały… ale wciąż tygrys, a nie stary kocur. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Wyznania hipokryty

Po raz pierwszy podejrzenie, że coś jest nie tak, zakiełkowało, gdy miałem cztery lata. Mikołaj miał buty i spodnie wujka. Gadał jakoś dziwnie i śmierdział rybą w occie.
Później już się nie pojawiał osobiście, a zawsze po kolacji wigilijnej, ktoś z dorosłych lub chociaż tylko starszych – w zależności gdzie akurat spędzaliśmy święta – wyprowadzał mnie do innego pomieszczenia, aby przez okno wypatrywać Mikołaja. A potem radośnie wołała mama, że Mikołaj właśnie był i szybko, szybko może go jeszcze zobaczysz.
Gdy miałem siedem lat, Mikołaj pojawił się na szkolnej choince, choć było to już po świętach. Miał białą brodę, podejrzanie przypominającą watę. Chwilę po rozdaniu paczek wyszedłem z zabawy do toalety. Mikołaj stał przy oknie, brodę z waty już zdjął i palił „Sporta”. Można to było poznać po wyjątkowo cuchnącym smrodzie. W zasadzie już wtedy miałem pewność, choć zachwiali nią nieco rodzice, tłumacząc, że taki Mikołaj w szkole to nie jest prawdziwy, że to tylko taki Dziadek Mróz na niby, bo prawdziwy Mikołaj to przychodzi niezauważenie.
Przed kolejnymi świętami znalazłem pod bielizną w szafie trzy tomy „Winnetou” Karola Maya* Coś mnie powstrzymało od zaanonsowania tego znaleziska rodzicom. Kilka dni później znalazłem te książki pod choinką i to oznaczało całkowitą już utratę niewinności.
Pomimo tego tkwiłem w zakłamaniu, ponieważ młodszy brat, który ledwo co wyszedł z pieluch, święcie wierzył w Mikołaja. Szkoda mi się zrobiło i nie puściłem pary z gęby. Udawałem z premedytacją jeszcze przez kilka następnych lat, że wierzę w Mikołaja, aż do momentu, gdy sam chciałem dać upominki innym członkom rodziny.
Minęły lata. Dorosłem. Dojrzałem. Sam zostałem ojcem i swoim dzieciom zacząłem wmawiać istnienie Świętego Mikołaja, który przynosi prezenty.
Kłamałem. Przez wiele lat, gdy nadchodziły święta, kładłem prezenty pod choinką i udawałem, że to Święty Mikołaj je przynosi.
Dziś po latach kłamstwa i obłudy, muszę to wreszcie powiedzieć. Nie ma Świętego Mikołaja, nie istnieje. To blaga i oszustwo. Od czasu do czasu ktoś przebiera się w czerwony strój, przypina fałszywą brodę i oszukuje dzieci, ale naprawdę Święty Mikołaj** nie istnieje.


* Tak, to były czasy, gdy ośmiolatek potrafił już czytać coś więcej niż cyferki na pilocie od telewizora.
** Tak, masz rację drogi czytelniku, historia o Mikołaju jest alegorią.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Studium przypadku

Wśród moich znajomych jest sporo osób zainteresowanych polityką w mniejszym lub większym stopniu. Sensownie się rozmawia ze zwolennikami lewicy, można się z nimi nie zgadzać, ale mają argumenty i potrafią je prezentować. Trochę trudniej rozmawia się ze zwolennikami Janusza Korwina Mikke, potocznie zwanymi korwinistami. Im bowiem podobają się głównie inteligentne bon moty, które Korwin Mikke wygłasza okraszając je zabawnymi historyjkami z życia wziętymi. Gdy przychodzi do argumentów jest już gorzej i dyskusja najczęściej kończy się słowami: ale przecież on i tak nie wygra. Trochę mnie to dziwi, bo ja głosuję na kandydata dlatego, że chcę jego wygranej. Wśród znajomych mam nawet konserwatywnych prawicowców, dla których PiS to partia prawie lewacka. Tez się z nimi mogę wdawać w dyskusje. Nie przekonamy się raczej wzajemnie, ale argumenty są po obu stronach.
Jedyną opcją polityczną, z którą dyskutować się nie da są wyznawcy PiS. Nie używam słowa zwolennicy. Używam celowo słowa wyznawcy. Oni bowiem nie mają argumentów i dowodów w rozmowie, mają swoją niezachwianą wiarę w Kaczyńskich – tego na Wawelu i tego o mało co prezydenta.

Agresja pod krzyżem

Agresja pod krzyżem

Zdjęcie powyżej zostało zrobione podczas młodzieżowego happeningu pod pałacem prezydenckim. Grupa młodych ludzi przyszła spożyć spaghetti. Miała to być demonstracja, że skoro można zawłaszczyć przestrzeń publiczną na polityczną manifestację wokół krzyża, to również piknik będzie au courant. Pani widoczna na zdjęciu znalazła się na celowniku aparatu, bowiem była agresywna wobec tej grupy i rozpyliła na nich gaz pieprzowy. Nie ona jedna wyrażała bezpośrednia agresję. Z różnych relacji wiem, że wyzwiska w rodzaju: wynocha, tu są katolicy i Polacy, precz żydowscy agenci, won gnoje są na porządku dziennym. Jeśli ktoś wpadłby na pomysł, by na krzyżu zawiesić też zdjęcie Jerzego Szmajdzińskiego lub posłanki Jarugi-Nowackiej przekonałby się zaraz, które ofiary smoleńskiej katastrofy są godne uczczenia. Dla tych ludzi Tusk jest Żydem i kieruje żydowskim rządem, choć to się kupy nie trzyma w świetle słynnego dziadka z Wermachtu sprzed kilku lat. To obnaża także sedno polskiego antysemityzmu – Żydem nazywa się kogoś, kogo się nienawidzi i jego faktyczna narodowość nie ma żadnego znaczenia.
Jako przeciwnik narodowego socjalizmu i zawłaszczania przestrzeni publicznej przez jakąkolwiek religię nie czytam Gazety Polskiej i Naszego Dziennika. To oczywiste, nie zgadzam się z prezentowaną tam ideologią. Nie słucham Radia Maryja i nie oglądam TV Trwam. Wyjątkiem są sytuacje, w których chce o jakimś kłamstwie lub manipulacji napisać, wtedy szukam materiałów źródłowych. Nie czytuję tez dość głupawych blogów w rodzaju Matki Kurki lub Kataryny i nie pisuję tam komentarzy – z wiarą się nie dyskutuje, a na tych blogach jest więcej religijnego szału niż na blogu europosła Migalskiego.
Wyznawcy PiSu mają jednak misję. Oni muszą ewangelizować naród. Dlatego poddają się sami katuszom, oglądając Szkło Kontaktowe w TVN24. Dzwonią do audycji lub wysyłają smsy. Oglądają wieczorne rozmowy z widzami w Superstacji. Dzwonią do prowadzących i narzekają na spiski, które w kraju są przeciw ich ukochanemu prezesowi i religii. Ja im w żadnym wypadku nie żałuję, ależ naści piesku kiełbasy. Tylko przecież reporterów TVN, Superstacji i Gazety Wyborczej lżą i wyzywają od najgorszych przed pałacem prezydenckim. A potem dzwonią do tych stacji? Czy to nie jest objaw psychozy maniakalnej?
Nawet mój skromny blog znalazł sobie „wielbiciela”. Wyznawca PiSu mający lat około pięćdziesięciu ze średnim lub zawodowym wykształceniem, pracujący na jakimś stanowisku pracy, na którym jest dostęp do internetu. Zapewne pracuje w niewielkiej firmie, ponieważ z rana odwiedza mój blog używając IP neostrady i komputera z nieco przestarzałym Windows 2000, czasem z samego rana, nawet o 6:00. Mogę przypuszczać, że jest sprzedawcą w jakimś sklepie – może komputerowym lub o podobnym profilu (w spożywczym nie ma czasu na czytanie blogów). Może jest pracownikiem serwisu, technikiem przyjmującym zgłoszenia, być może pracuje na zmiany (bardzo wcześnie zaczyna) – nie mam zamiaru go inwigilować – przedstawiam tylko ogólną grupę społeczną, do której może należeć. Wieczorami odwiedza mój blog używając IP lokalnej kablówki z Nowego Targu i komputera z Windows XP. Ma zapewne tzw. pakiet promocyjny telewizja, internet i telefon – to dość częste zjawisko, korzystają z tego ludzie, którym trudno jest wybrać faktycznie korzystne oferty różnych dostawców.
Czytelnik ów przybrał sobie pseudonim father boss, co według niego ma nawiązywać do ojca dyrektora, szefa Radia Maryja. A tak naprawdę oznacza ojciec szef i zgodnie z analizą innego komentatora ma to ukryty sens. Komentujący moje teksty ojciec szef autorytatywnie zwykle stwierdza kłamstwo, a w najlepszym razie głupotę w polemikach z innymi czytelnikami. Można odnieść wrażenie, że cieszy się jak dziecko, gdy może przytoczyć jakikolwiek fakt potwierdzający jego teorię, że jest źle i będzie jeszcze gorzej. Jest to o tyle dziwne, że takie perwersyjne szukanie wszystkiego co najgorsze, przypomina dziurawienie szalupy, w której się siedzi. Czytając moje teksty musi się ogromnie męczyć, ponieważ zdecydowanie wszystkie nie popierają ani PiSu, ani narodowego socjalizmu z religijnym podtekstem, ani też kurduplowatej kopii zmarłego prezydenta. Mimo to nie ma dnia, by father boss nie zostawił swojego komentarza. W jednym z komentarzy napisał, że gdyby mieli mu płacić za to, co lubi – musiałby być aktorem porno. Może to świadczyć o dość pogłębionym poziomie frustracji seksualnej. W normalnej sytuacji erotycznej mężczyzna przecież coś daje swojej partnerce, radość z seksu musi być obopólna. Jeśli ktoś marzy o przeżyciach rodem z filmu pornograficznego, znaczy, że w normalnych relacjach ma problemy – brak porozumienia, chęć by partnerka podporządkowała się całkowicie, kompleks własnej wartości – tak czy inaczej problem.
Wydaje mi się, że father boss jest prawie statystycznym modelem wyborcy PiS. Mężczyzna – niemłody już, bez wyższego wykształcenia, mieszkający na Podkarpaciu, niezadowolony z pracy, niezadowolony z życia seksualnego i rodzinnego – frustrat, który raczej ma negatywny stosunek do kleru, ale dość mocno tkwi w okowach religijnych tabu. Jednym słowem świetny kandydat na ogarniętego manią prześladowczą, bo ktoś przecież musi być winny, że on ma tak schrzanione życie.
Z czasów młodości przypomina mi się takie wojskowe powiedzonko. Dotyczyło ono nowego wówczas stopnia młodszego chorążego, który miał na pagonach oznakę sierżanta oraz dodatkową gwiazdkę (<*). Mówiło się o takim: złamane życie i gwiazdka nadziei, ponieważ to stanowisko na otarcie łez dostawali podoficerowie, którzy nie mieli dostatecznego formalnego wykształcenia, by dalej awansować. Zatem baczność, bo młodszy chorąży father boss nadchodzi. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.5/10 (6 votes cast)

Nie lękajcie się.

Mój ulubieniec poseł Gowin, który już od czasu katastrofy smoleńskiej tryska inteligencją*, właśnie orzekł, że słowa nie lękajcie się zostały użyte przez papieża Jana Pawła 2 i w związku z tym użycie ich jest obrazoburcze i prowokacyjne. Tymi słowami organizatorzy zachęcają do wzięcia udziału w tegorocznej warszawskiej Europride. Sądząc po liczbie wizyt naszego papieża – rodaka w Polsce i liczbie wygłoszonych przez niego homilii, a także utworów literackich, które napisał – poseł Gowin powinien zaproponować Polakom używanie innego języka, bo zapewne nie znaleźlibyśmy takich słów, których papież nie użył. No, może ewentualnie dla nas zostałoby co najwyżej gromkie kurwa mać!

Motyw graficzny Europride

Motyw graficzny Europride


Jednak nie polityka jest dziś tematem numer jeden, ale seks. Dziś znów o kwestii zasadniczej, na ile seks jest elementem kulturowym, a na ile wynika z paradygmatów biologicznych. Parada gejów i lesbijek znów skłania do zajęcia się tą sprawą. W artykule Seks w nieprawym łożu poddawałem w wątpliwość sporą część socjologicznych dogmatów na temat seksu. Do ponownego dyskursu sprowokowała mnie z jednej strony parada, z drugiej zaś komentarze do tekstu poprzedniego.
Libertino napisał: Heteroseksualizm nie istniał przed wiekiem XIX, podobnie jak homoseksualizm oraz inne perwersje /…/ Bowiem dopiero wtedy „medycyna”, „psychologia” i rodząca się „seksuologia” je zdefiniowały. Wcześniej były akty bez tożsamości /…/ Heteroseksualizm jest pewnym konstruktem społeczno-historycznym na usługach wpierw Kościoła, a później Kapitalizmu i Państwa.
Pozwolę sobie przypomnieć grecką poetkę Safonę z wyspy Lesbos oraz to, że miłością z Lesbos nazywano podobne zachowania erotyczne, jakie ona przejawiała. Identyfikowano je już w antyku, a pojawiało się to pojęcie wielokrotnie później. Zatem identyfikowano zjawisko przed wiekiem XIX. Nie chce mi się teraz szukać informacji na temat męskiej homoerotyczności, zapewne jednak też by się coś dało znaleźć. Również przypisywanie kościołowi wykreowania (w pewnym sensie) heteroseksualizmu jest mocno nieścisłe. Przecież znaczy to, że heteroseksualizm pojawił się znacznie przed wiekiem XIX. No i jeśli zwrócimy uwagę na prawne aspekty związane z seksem, to musimy wspomnieć, że wszelkie akty homoseksualne podlegały ciężkim karom do śmierci włącznie. Podobnie zdrada kobiet.
Karanie zdrady czy nawet homoseksualizmu zapewne nie przyszłoby do głowy mieszkańcom Wysp Triobriandzkich, którzy nie wiedzieli o związku seksu z prokreacją. Ale w większości struktur ludzkich jest to typowy objaw samczej obrony własnych genów. Zatem to biologia wpłynęła na powstanie pewnych tabu kulturowych. Homoseksualizm był tępiony, jako zachowanie bezużyteczne. A religia dorobiła do tego ideologię – Sodoma i Gomora to świetny przykład.
I jeszcze jeden cytat: Seksuologia doradza terapię w parach… Cóż za zbieg okoliczności! Kościół też zawsze faworyzował pary (małżeństwo) i podczas gdy seksuologia nie robi tego w tak obsceniczny i obsesyjny sposób, jak kościół, to jednak trudno jest nie dostrzec w jej terapii wpływów nienaukowych, bo moralnych, judeochrześcijańskich.
Dlaczego seksuologia doradza terapię w parach? Ponieważ to co dobrze wychodzi samotnym to samogwałt**. Zatem seksuolog pojedynczej osobie może pomóc głównie w masturbacji, a to dlatego, ze do seksu potrzebne są przynajmniej dwie osoby. Seksuologia pojawia się tylko tam, gdzie w seksie chodzi o coś więcej niż prokreację, gdzie chodzi o przyjemność i dobre relacje między ludźmi. Zatem porównanie – którego dokonał Libertino – z gruntu fałszywe. Na dodatek jeszcze dodam, że jakkolwiek nie jestem socjologiem, ani lekarzem, to wiem, że w naukach o seksualności współcześnie mówi się o tzw. LGBT (od słów angielskich Lesbians, Gays, Bisexuals, Transgenders) jako alternatywnym orientacjom w stosunku do heteroseksualizmu. Pojęcie autoerotyzmu nigdzie nie jest traktowane jako dodatkowa orientacja seksualna. Jest to jak by nie patrzeć, zawsze zachowanie zastępcze właściwe tym, których oznaczymy literką H, czy też LGBT.
W dalszej części komentarza Libertino pisze tak: Do innych poglądów judeochrześcijańskich zaliczyłbym niezwykle patologiczny nakaz wierności /…/ czy ograniczenie wyboru partnerów seksualnych /…/ ograniczenia są szkodliwe dla naszej ekspresji seksualnej, umotywowane jedynie moralnymi względami.
Te słowa są konsekwencją teorii, że zachowania seksualne mają wyłącznie socjologiczny i kulturowy charakter. To zdecydowanie błędne mniemanie i dla samych gejów i lesbijek szkodliwe, bo stwarza podstawę do teorii podobnych – że homoseksualizm można leczyć. Nakaz wierności, generalnie wynika z egoistycznej samczej ochrony własnych genów. Podawałem przykład pewnego wyjątku – plemienia, w którym z racji braku powiązania logicznego aktu erotycznego z narodzinami, nie była karana zdrada. Jednak to wyjątek, który potwierdza ogólną regułę. Po prostu mężczyźni tam nie chronili własnych genów, a kobiety nie musiały. Religia islamu, religie politeistyczne w rozmaitych częściach świata miały dokładnie to samo tabu, zdrada kobiety była zwykle karana śmiercią. W islamie do dziś. Zaś ekspresja seksualna to nie to samo, co sztuka, nawet jeśli byśmy bardzo chcieli. Posłużę się porównaniem – wiara pani socjolog, profesor Staniszkis w Jarosława Kaczyńskiego nie uczyni go mężem stanu. Oczywiście umiejętność dobrego wyrażania naszej ekspresji seksualnej jest rzeczą wspaniałą, czyni to nas szczęśliwszymi, mocniej wiąże z partnerem (dowolnej płci), ale ta ekspresja nie jest celem samym w sobie.
Według mnie komentujący popełnił jeszcze jeden błąd, mówiąc: nie jest tu dobrym argumentem, że istnieje tolerancja, bowiem ona toleruje odmienność, ale jej nie naucza. Jeśli założymy, że będziemy nauczać orientacji seksualnej, to zakładamy, że jest ona czymś do wyboru. Możesz sobie wybrać, czy będziesz gejem czy heteroseksualistą. Otóż współczesne badania naukowe mówią, że nie możesz. Badania na zwierzętach zdecydowanie udowodniły, że za zachowania seksualne odpowiedzialny jest gen związany z reprodukcją. Pozbawienie tego genu powodowało np. u myszy płci żeńskiej unikanie samców w ogóle i wyraźne zbliżenie do samic***. Oczywiście te nowinki naukowe wymagać będą jeszcze potwierdzenia i wielokrotnego sprawdzenia, ale zgodne są z dotychczasową wiedzą na ten temat.
Sprawa jest o tyle istotna, że w aspekcie dzisiejszej Europride wypowiadali się rozmaici naprawiacze świata, którzy sypali bzdurami, jak siewca na polu. Homoseksualizm nie jest chorobą i leczyć go nie można, choć zapewne da się intensywną psychoterapią wmówić komuś, że jest kimś zupełnie innym – na jakiś czas. Nie jest też zboczeniem seksualnym rozumianym w kategoriach medycznych, a nie obyczajowych. Pewna część każdej populacji taka się rodzi i należy przyjąć to do wiadomości.
Natomiast zdecydowanie należy się zgodzić z tezą, że każda społeczność, w której wartością nadrzędną jest stworzenie jedności kosztem wolności obywateli, będzie opresyjna w zakresie seksu. Doskonałym przykładem jest okres PRL, gdy tzw. władza ludowa była znacznie bardziej nieraz konserwatywna niż zachowawczy i tradycjonalistyczny kościół.
Na koniec nieco żartobliwie przypomnę znaną komedię Arystofanesa Lizystrata. Sednem akcji jest zmowa kobiet, które chcą zmusić mężczyzn do zaprzestania wojen. Skoro nie pomogły argumenty słowne, kobiety postanowiły odwołać się do prymitywniejszej – bo instynktownej – strony męskiego ja. Wprowadziły mężczyznom prohibicję seksualną i doprowadziły w ten sposób do zawarcia pokoju. Dekonstrukcja faszystowskiej heteroseksualności /…/ poprawiłaby w sposób o wiele bardziej efektywny pozycję kobiet – pisze na koniec Libertino. To też błąd. Arystofanes to wykazał już w starożytności. 🙂

* Polecam na ten temat tekst Piąta kolumna.
** Nieścisły cytat z A. Sapkowskiego, słowa Jaskra, chyba w powieści Chrzest ognia.
*** Znalezione na http://www.popsci.com.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)