Dyskretny urok faszyzmu

Gdy wraz z hukiem bomb i dymem pożarów waliły się zgliszcza faszyzmu włoskiego i jego okrutniejszej odmiany narodowo-socjalistycznej w Niemczech, świat uznał faszyzm za ideologię zbrodniczą i do dziś nikt przy zdrowych zmysłach nie powoływałby się na faszystowską ideologię tworząc zręby nowej polityki we współczesnym świecie. Jednak dla polityków, którzy chcą uwieść tłumy, stać się wodzami i zbawcami narodu, faszyzm wciąż ma swój dyskretny urok pomagający omotać społeczeństwo, uwieść, zbałamucić, a potem odebrać wolność i zakuć w kajdany w dążeniu do władzy absolutnej, która jest żądzą silniejszą niż seks i bogactwo.

Faszyzm buduje swój mit założycielski na kulcie tradycji. W Niemczech było to odwołanie do dawnej wielkości sięgającej aż mitologii germańskiej. We Włoszech odwołanie do wielkości Imperium Rzymskiego. W Polsce mit Międzymorza (lub Trójmorza) wyznaczający Polskę liderem krajów pomiędzy Bałtykiem, Adriatykiem, a Morzem Czarnym, zaś odwołujący się do złotego wieku w czasach panowania Jagiellonów. Do tego tysiącletnia historia chrześcijaństwa z mitem przedmurza chrześcijaństwa i Jana Sobieskiego, szczególnie przydatnym do budowania strachu i nienawiści wobec obcych. Mity służące kultowi tradycji muszą mieć potęgę jednoczenia narodu, dlatego mówi się dziś o tym, że Polska jest tylko jedna. Nie ma w niej miejsca na dyskusję i różnice światopoglądowe. Albo jesteś Polakiem, albo zdrajcą i renegatem.

Kult tradycji to także odrzucenie nowoczesności. Dziś Polska potrzebuje znów węgla, dymiących elektrowni, kopalń, państwowych stoczni i państwowych gospodarstw rolnych. To właśnie kojarzy się Polakom z tradycją, która – jak twierdzi władza – niesłusznie została odrzucona przez poprzednie rządy. Umorusany górnik, chłop w trudzie i znoju uprawiający naszą polską ziemię. Spawacz w stoczni, który tworzy nowy państwowy wielki przemysł. To są obrazy przemawiające do narodu. Owszem gdzieś tam w tle jest grafen, ale co przeciętny mieszkaniec Wypizdowa Dolnego wie o grafenie? Po co zawracać dzieciom w szkole głowę teorią ewolucji, czy układem heliocentrycznym Kopernika. Lepiej dać więcej religii i historii, by kochały ojczyznę i oczywiście wodza, zbawcę narodu również. Wszelka nowoczesność jest podejrzana i modernistyczna. Trudno ją kontrolować i zmusić do działania na rzecz wiodącej siły narodu.

Myślenie jest niewskazane. Należy działać. Dlatego też wódz krytykuje „imposybilizm” poprzedników, deklaruje natychmiastową dobrą zmianę. W sejmie się już nie dyskutuje, tylko w trybie galopu przepycha ustawy, a ich błędy i niekonsekwencje prawne nie mają znaczenia. Wola narodu ma być ponad prawem. A wolę narodu wyraża wódz, bo on wie najlepiej. Skoro działanie – to robotnik, górnik i rolnik. Zaś naukowiec, artysta lub pisarz to osobnicy podejrzani, nic więc dziwnego, że przypina im się pogardliwą łatkę „wykształciuchów”. Państwo powinno mieć władzę nad edukacją, nauką i kulturą. Władzę bezwzględną.

Faszyzm jest ksenofobiczny i rasistowski. Chce zjednoczyć naród pod swoimi skrzydłami, a naród powinien być jednorodny. Wszelkie odmienności są groźne. Dlatego w faszystowskiej interpretacji świata uchodźcy roznoszą pasożyty i choroby. Są zarazą,przed którą naród musi się bronić. Ktokolwiek będzie chwalił różnorodność, jest wrogiem, bo Polska jest tylko jedna. Niezgoda oznacza zdradę. Jeśli prezydent wetuje ustawy, które miały być uchwalone tu i teraz, natychmiast i bez zwłoki, to dla sporej części swego obozu i sporej części rodaków staje się zdrajcą, choć z powodów pragmatycznych zostaje to wyciszone, to jest już przyzwolenie na atakowanie zdrajcy. To jest też ostrzeżenie dla wszystkich, którzy by chcieli się wyłamać.

Faszyzm karmi się frustracją. Pierwszymi wyznawcami, do których zwróci się przywódca, będą ci, którzy uważają się za skrzywdzonych. To oni są solą ziemi, to im należy się więcej. Tak będzie głosić partia i jej funkcjonariusze. Zastana rzeczywistość jest zła, krzywdząca i trzeba ją zmienić, więc gdy faszyzm wygra, to będzie dobra zmiana. Dla tych właśnie, którzy przedtem byli skrzywdzeni. Zwycięstwo będzie więc początkiem sprawiedliwości, która krzywdzonym dotąd obywatelom da satysfakcję.

Faszyzm daje tłumom poczucie tożsamości. Tożsamość buduje się prostymi symbolami, koszulki z orłem, patriotyczne marsze i okrzyki, wojskowa celebra przy najgłupszej nawet okazji. Każdy może być patriotą. Nie trzeba być mądrym, wykształconym, ani nawet uczciwym. Wystarczy głośno krzyczeć razem z innymi i mieć bluzę z żołnierzami wyklętymi, to działa przede wszystkim na młodzież. Dlatego budowanie dumy z własnego narodu musi się wiązać z kreowaniem wrogów. Na pewnym etapie im wrogów więcej, tym zjednoczenie narodu silniejsze. To także jest przyczyną, dla której faszyzm karmi się ksenofobią, antysemityzmem i rasizmem.

Upokorzenie jest budulcem faszyzmu. Wyznawcy muszą się czuć upokorzeni siłą i i bogactwem wrogów. Właśnie dlatego wrogami narodu są „banksterzy”, o których opowiada się, że to Żydzi, którzy zmierzają do zniszczenia narodu. Nie ma rzecz jasna tej narracji oficjalnie, nie teraz, nie po Drugiej Wojnie Światowej i holokauście, ale funkcjonariusze systemu lubią zadawać retoryczne pytania, w nieoficjalnych sytuacjach puszczać w obieg pewne aluzje i wykorzystywać do siania nienawiści część aktywnych wyznawców. Pokonanie potężnego wroga będzie większym zwycięstwem. Dlatego w narracji publicznej pojawiają się słowa o totalnej opozycji, ubeckich wdowach, komunistycznych upiorach, o finansowaniu tejże totalnej opozycji i protestów przez Sorosa, który jak wiadomo jest Żydem. Upokorzenie zwiększa agresję i żądzę zwycięstwa. Zwiera szeregi, buduje jedność.

Elitaryzm to kolejna cecha faszyzmu. Faszyzm nie opiera się na wolnych wyborach i konkurencji. Zawsze dąży do zdobycia rządu dusz na zawsze. Ponieważ nie wywodzi się z tradycji arystokratycznej, musi więc znaleźć jakieś inne uzasadnienie dla swych niedemokratycznych rządów. Zatem naród jest z istoty rzeczy słaby i potrzebuje wodza, zbawcy ojczyzny, który poświęci się dla niej i dla którego dobro narodu jest celem życia. Dlatego musi mieć władzę absolutną, by działać dla dobra narodu. Ponieważ jednak nie może działać sam, więc spośród narodu wybierani są najlepsi, którzy w imieniu wodza sprawują władzę. Najlepsi są poza krytyką. Nieważne, czy funkcjonariusz nazywa się Misiewicz, czy Jaki lub Ziobro. Dopóki jest pod ochroną wodza, jest nietykalny. Jednak wódz w każdej chwili może dowolnego funkcjonariusza strącić z piedestału. Zatem członkiem wyjątkowej silnej i lepszej od pospólstwa kasty jest się z woli wodza, a nie z powodu własnych przymiotów. To znaczy, że każdy może być bohaterem, jeśli namaści go wódz.

Naczelnik, wódz, przywódca, zbawca ojczyzny jest tylko jeden. On wie najlepiej, czego chce naród. W demokracji podstawą działań rządów są wybory. Demokratyczne władze szanują trójpodział władzy, wolę większości w pewnych granicach i podlegają samoograniczeniom, choć każda władza ma chęć na więcej prerogatyw niż dostaje. Jednak zwykle politycy potrafią zrozumieć ograniczenia, bo wiedzą, że za kilka lat mogą przyjść ich przeciwnicy, którzy też skorzystają z większych przywilejów i możliwości. Faszyzm nie szanuje demokracji. Wystarczy mu jakakolwiek większość, która zapewni władzę. W kolejnym etapie nie są już potrzebne wybory, ani słuchanie woli ludu. Lud w swej masie nie ma przecież jednej opinii na każdy temat. To wódz jest tym, który wie, jaka jest wola ludu. Wybory, dyskusje, parlament – są to tylko czynniki przeszkadzające w realizacji idei, którą przedstawia wódz i jego partia.

Faszyzm musi mówić do narodu nowym językiem. Orwell w swej książce „Rok 1984” wymyślił termin nowomowa. Dobrze on pasuje do języka faszyzmu. Faszyzm musi nazywać wszystko po swojemu. Zbigniew Nienacki doskonale to ujął w swej powieści „Dagome Iudex”: Nie istnieje człowiek, sprawa, zjawisko, a nawet żadna rzecz, dopóty, dopóki w sposób swoisty nie zostały nazwane. Władzą jest więc moc swoistego nazywania ludzi, spraw, zjawisk i rzeczy tak, aby te określenia przyjęły się powszechnie. W ten sposób właśnie zamiast elity kulturalnej i naukowej w faszyzmie pojawiają się wykształciuchy. Ludzie, którzy się sprzeciwiają władzy to totalna opozycja. Pojawiają się też inwektywy, które są częścią budowania jedności narodu. Każdy, komu przyszłoby do głowy się sprzeciwić, musi wiedzieć, że stanie się zdradziecką mordą, kanalią, komunistycznym upiorem. Faszyzm też z upodobaniem sięga do nowomowy komunistycznej, choć niby komunizmem gardzi. Dlatego faszyści będą mówić GazWyb na Gazetę Wyborczą. W nieoficjalnych rozmowach nazwą ją GazŻydem podśmiewając się z dwuznacznej wymowy tego skrótu. Faszyści wiedzą, że moc nazywania zjawisk i ludzi jest potężną bronią.

Zapewne spora część czytelników już wcześniej domyśliła się, że opisując zjawiska obecne dziś w Polsce, posłużyłem się definicjami, które sprecyzował Umberto Eco w swym artykule „Ur-Fascism” z roku 1995, a który można znaleźć na stronie New York Review of Books. Po raz kolejny oddając hołd innemu wielkiemu pisarzowi – parafrazując motto do głośnej powieści Heinricha Bölla – muszę podkreślić, że moje nawiązania do artykułu Umberto Eco nie są ani celowe, ani przypadkowe, lecz po prostu nieuniknione.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.1/10 (10 votes cast)

Jesień patriarchy

Czytaliśmy niegdyś Marqueza jako alegoryczną opowieść o dyktaturze. Oczywiście każdy wiedział, że Marquez pisał o realiach latynoskich, a przecież w Ameryce Południowej i na Karaibach aż się roiło od dyktatur. Jednak chcieliśmy też choć trochę odnieść tę książkę do naszej polskiej rzeczywistości. Poszukać podobieństw do Bieruta, Gomułki lub Gierka i Jaruzelskiego. Nie da się ukryć, że tak trochę na siłę szukaliśmy wtedy tego uniwersalnego przesłania.
A ta opowieść jest jak baśń chwilami, a czasem jak tandetna jarmarczna opowiastka. Kicz i banał splata się z jakimiś elementami fantazji, wszystko pogmatwane i dziwne. Dziś po latach pamiętam z atmosfery powieści przejmującą samotność dyktatora.

Gdy niedawno zobaczyłem na jakimś amatorskim nagraniu wykonanym smartfonem, jak Kaczyński przemykał się ciemnymi korytarzami sejmu do bocznego wyjścia, pomyślałem znów o powieści Marqueza. Stary, wyłysiały i spocony, przestraszony, choć otoczony ochroniarzami, dyktator. Z oddali jego wrogowie skandują nienawistne mu hasła. A miał dożyć spokojnie dziewięćdziesiątki jako emerytowany zbawca ojczyzny. A tym czasem słudzy mówią mu, że może być groźnie. Że tłum może zaatakować. Słudzy, ochroniarze, poddani. Dyktator nie ma przyjaciół. Jest znienawidzony nawet przez swoich. Boją się, słuchają rozkazów, ale go nienawidzą. Jest samotny, chory i stary. Nigdy nie będzie wybawcą ojczyzny i on to już wie.

Jeszcze ma tę chwilę szyderstwa, śmiechu lub raczej ordynarnego rechotu, gdy policja siłą usuwa blokujących mu drogę protestantów. Gdy ponownie natyka się na blokadę jadąc do pochowanego na Wawelu brata, już nie jest mu do śmiechu. On już przeczuwa, że dla niego nie znajdzie się miejsce w tej krypcie, przeczuwa może, że i zwłoki brata kiedyś następne pokolenia stamtąd wykwaterują. Wie, że go nienawidzą. Mówi, że nic go to nie obchodzi, że jest ponad to. Że to Bóg dał mu Polskę. Choć być może przeczuwa, że miliony spluną na jego grób.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.9/10 (10 votes cast)

A mury rosły

Gdy Jacek Kaczmarski napisał w 1978 roku słowa piosenki „Mury”, które potem stały się nieoficjalnym hymnem „Solidarności”, pieśnią sprzeciwu i nadziei, zwracaliśmy uwagę na słowa refrenu, które mówiły, że „mury runą”.
Nie chcieliśmy słuchać tego, co Kaczmarski śpiewał dalej.

Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas
I z pieśnią, że już blisko świt, szli ulicami miast
Zwalali pomniki i rwali bruk – Ten z nami! Ten przeciw nam!
Kto sam, ten nasz największy wróg! A śpiewak także był sam

Patrzył na równy tłumów marsz
Milczał wsłuchany w kroków huk
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg…

Wtedy chcieliśmy, by była to pieśń nadziei, a nie prawdy. A Poeta po raz kolejny okazał się Wieszczem.
Minęły lata, skończyła się walka, bohaterowie siedli przy kominku, odpoczywali z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Jak te tłuste koty wygrzewające się na słońcu. A tymczasem mury rosły. Historia zatoczyła koło, jak wąż Uroboros zjadający swój własny ogon.
I dziś znów potrzeba nam pieśni. I ta pieśń powstała, żeby budzić sumienia, poruszyć serca, dawać nadzieję.


VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Rok nie wyrok

Rok nie wyrok. Dwa lata jak dla brata. Tak mówiło dawne porzekadło, popularne w kręgach złodziejaszków w czasach PRL. W świetle tego, że jeden z oskarżonych w tzw. aferze mięsnej dostał karę śmierci, porzekadło miało swój głęboki sens.
Dziś mija rok od momentu, gdy swój pięcioletni wyrok zaczął odsiadywać Andrzej Duda. Klatka co prawda jest złota. Żyrandol, którego ma pilnować, kryształowy, ale wyłącznik znajduje się na Nowogrodzkiej w siedzibie najjaśniejszego cesarza PiS, Jarosława Kaczyńskiego. Kiedyś nawet pomyślałem sobie, że tak musiał się czuć Stanisław August Poniatowski ze świadomością, że jest królem malowanym, od którego nic nie zależy. Ale nie. To nie tak. Ostatniego króla Polski przeciwnicy nazywali „ciołkiem”, co niezbyt dobrze o nim świadczy, pomimo to trudno porównywać Andrzeja Dudę do niego. Poniatowski biegle znał kilka języków.
Jeśli się jednak dobrze przyjrzeć, można znaleźć pewne podobieństwa. Obaj byli tylko tytularnymi przywódcami Polski. Poniatowski całkowicie był uzależniony od swej byłej kochanki carycy Katarzyny, to ona uczyniła go królem i ona wymagała określonych działań, zaś on spełniał jej rozkazy. Duda został wyniesiony z trzeciego rzędu przeciętnych partyjniaków przez Jarosława Kaczyńskiego na stanowisko prezydenta Polski i odtąd wykonuje jego rozkazy. Poniatowski jednak parę razy się zbuntował. Jednym z momentów była próba ratowania państwa w okresie Sejmu Czteroletniego. Andrzej Duda zaś posłusznie wypełnia i będzie wypełniał polecenia Kaczyńskiego. O Stanisławie Poniatowskim rzec można, że pomimo swej słabości politycznej, usiłował dla kraju uczynić coś pożytecznego, choćby w dziedzinie sztuki i edukacji. Był postacią tragiczną. Andrzej Duda jest postacią śmieszną i żałosną, dzięki której Kaczyński może niszczyć Polskę.
Ostatni król Polski po abdykacji ostatnie swe lata przeżył na wygnaniu w hańbie i zapomnieniu. Andrzej Duda nie zasłużył na lepszy los.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.0/10 (9 votes cast)

Dziękuję ci Platformo

Jest za co dziękować. Przede wszystkim za to, że w 2007 roku mieliście tyle energii by jednak wygrać. I za ciepłą wodę w kranie – bez ironii – bo wasi poprzednicy zdążyli dowieść, że wolą organizować podsłuchy, afery, bawić się w Agenta 007, niż myśleć o polepszeniu życia Polaków. Dziękuję za kolejnych osiem lat względnego spokoju i za to, że za granicą już nikt nie śmiał się z Polski.
Muszę też jednak podziękować Wam za to, że przez osiem lat nie udało wam się pociągnąć do odpowiedzialności Zbigniewa Ziobry i gdy wreszcie za pięć dwunasta wysłaliście wniosek o Trybunał Stanu dla niego, to postaraliście się, by zabrakło kilku posłów i żeby ten wniosek nie przeszedł. Gdyby nie to, to dziś Ziobro byłby poza polityką, a ja nie mógłbym przypomnieć sobie jak to jest żyć w PRL.
Serdeczne podziękowania należą się Wam też za pięć lat znoszenia wyzwisk pod adresem prezydenta i zezwalania kohortom fanatyków oskarżać go o zdradę, szpiegostwo i rosyjską agenturę. Dzięki Wam prezydent Komorowski mógł przegrać, a my możemy się znów przekonać jak to jest mieć za prezydenta człowieka małostkowego i pospolitego.
Uniżenie wręcz dziękuję za to, że do ostatniej chwili odkładaliście sprawę Mariusza Kamińskiego, dzięki czemu w chwili wyborów nie siedział jeszcze w więzieniu i mógł objąć stanowisko, na którym będzie nas wszystkich podsłuchiwał. Choć to Was będzie głównie podsłuchiwał i przeciw Wam montował kolejne afery. Być może niektórzy z Was nawet znajdą się tam, gdzie powinien być Mariusz Kamiński, przecież Ziobro niedługo będzie miał w garści nie tylko prokuratorów, ale i sędziów.
Należy się Wam też podziękowanie za bardzo wyraźną dykcję, która pozwoliła dobrze nagrać Wasze rozmowy i nie pozostawiła złudzenia, że jesteście co prawda względnie przyzwoitymi, ale jednak idiotami, którzy dali się nagrać bandzie kelnerów. No a w każdym razie należy się podziękowanie, że próbowaliście rozwikłać tę aferę z wdziękiem Misia o Bardzo Małym Rozumku. Dzięki temu PiS do dnia wyborów mógł rozgrywać podsłuchy, a wy przegraliście wybory koncertowo.
Nie da się ukryć też, że specjalne podziękowanie należy się za IPN. Każdy średnio rozgarnięty gimnazjalista byłby w stanie zrozumieć, że jest to instytucja powołana do obrzucania łajnem prawdziwych dysydentów z okresu PRL ze szczególnym uwzględnieniem Lecha Wałęsy. Na szczęście nie zlikwidowaliście tego pisowskiego instytutu opluwania Wałęsy, dzięki czemu dziś może on dokończyć swe szczytne zadanie udowodnienia światu, że w Polsce żadnej rewolucji nie było, a komuna sama się zlikwidowała rękami własnych agentów pod wodzą bohaterskiego generała Kiszczaka.
Kolejne podziękowania są być może nieco na wyrost. Ale dziękuję Wam, że zachowujecie się jak banda niedojdów, która potyka się o własne nogi. Bo dzięki temu, że bez przerwy znikacie z sali obrad sejmu, PiS pewnej pięknej nocy uchwali nam nową konstytucję, dzięki której już na zawsze przypomnimy sobie, jak żyło się w PRLu.
Za to beznadziejne nieudacznictwo muszę Wam podziękować szczególnie serdecznie, bo dzięki temu zrozumiałem, że jesteście już trupem, tylko o tym nie wiecie. Zatem czas pomyśleć o tym, na kogo głosować w następnych wyborach. O ile jeszcze będą jakieś wybory.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.6/10 (21 votes cast)

Jaka piękna katastrofa

To nie była porażka, nie była to też przegrana, trudno to nawet nazwać klęską. To był całkowity pogrom, kompletna katastrofa, jakiej w ciągu 25 lat demokracji jeszcze nie było.
Urzędujący prezydent, który przez pięć lat prezydentury miał 70% pozytywnych ocen i jeszcze miesiąc przed wyborami cieszył się poparciem 60% obywateli przegrywa z kandydatem wyłonionym z trzeciego szeregu PiS. Kandydatem, którego główną zaletą jest to, że nie jest Jarosławem Kaczyńskim. Kandydatem bez żadnych znanych wyborcom osiągnięć, który wyróżnia się wyłącznie iście księżycowymi obietnicami. Prezydent przegrywa w pierwszej turze, mając poparcie w pierwszej turze o połowę mniejsze niż przez poprzednich pięć lat. Po czym odbywa się akcja w rodzaju katastrofy na Titanicu i pomimo rozpaczliwych prób samego prezydenta, aby jeszcze zaistnieć pozytywnie i namówić do głosowania szeroką rzeszę niezdecydowanych, orkiestra gra nadal, a okręt tonie.
Byłem zwolennikiem Bronisława Komorowskiego i długo nie zauważałem nadchodzącej katastrofy. Mea culpa, choć jako nic nieznaczący komentator życia politycznego i tak nie miałbym wpływu na areopag leśnych dziadków doradzających prezydentowi. Jednak ta katastrofa wyborcza ma jakieś przyczyny i warto o nich powiedzieć, choćby po to by zrozumieć.

Pierwsza przyczyna tkwiła w braku aktywności. Gdy Duda jeździł po kraju i agitował, pan prezydent po prostu był, jak majestatyczny dąb „Bartek”, istniał wspomagany potakiwaniami leśnych dziadków, którzy byli zdania, że jeśli nie przejedzie kobiety w ciąży na pasach, to wygra, nic nie robiąc. To nie była najważniejsza z przyczyn, ale dała powód do niewybrednych żartów ośmieszających prezydenta, który rzekomo siedzi w pałacu i pilnuje żyrandola. Ośmieszenie jest niewątpliwie powodem utraty pewnej liczby głosów.

Przyczyna druga leży poza samym Komorowskim. Zapłacił za osiem lat rządów Platformy. Podsłuchany minister Bartłomiej Sienkiewicz wyraził to wulgarnie, ale wyjątkowo celnie, po cóż miałbym się silić na własne słowa:

Bo jego podstawowe pytanie jest: a co ja z tego kurwa mam?! Gdzie jest ten pieniądz u mnie w portfelu? A nie że ma wypierdolonego orlika przed oknami, bo on ma w dupie tego orlika, podobnie ma tę autostradę w dupie! Bo dla niego jest pytanie o efekt rozbudzonych aspiracji, jak się rozbudziło aspiracje, to są pewne konsekwencje. Najpierw są takie aspiracje, aby państwo było bardziej umyte i bardziej przypominało to, co ma na Zachodzie albo co sobie wyobraża. A potem się aspiracje przesuwają do własnego portfela.

Niestety kolejne rządy od ponad dwudziestu lat o tym zapominały i Platforma nie była wyjątkiem. Zresztą to nie tylko wina PO, po prostu kapitalizm (szczególnie w warunkach kryzysu i egoizmu kiełkującej warstwy pracodawców) okazał się nie taki fajny, jak wszyscy myśleli. Zapomniano o tym, że kasjerka w „Biedronce” też jest potrzebna i pracownik fizyczny również, i także mają ochotę godnie żyć. Nie każdy może założyć własna firmę i żyć wygodnie z zagospodarowywania funduszy europejskich, które za parę lat zresztą się skończą. Andrzej Duda miał proste recepty, które nie liczyły się z możliwościami państwa. Twierdził, że podwyższy kwotę wolną od podatku do 8 tysięcy, zwolni emerytów z PIT, da 500 zł miesięcznie na drugie i następne dziecko w rodzinie, przywróci wcześniejszą ustawę emerytalną, co spowoduje zwiększenie liczby miejsc pracy dla młodszych ludzi. Urzędujący prezydent na taki beztroski populizm nie mógł sobie pozwolić. Jednak to również nie była najważniejsza przyczyna katastrofy.

Trzecia przyczyna jest winą samej Platformy. Przez pięć lat było wolno mówić „Komoruski”, „pachołek Rosji”, „morderca naszego prezydenta”, Nie rozliczono przestępstw 4RP. Wariaci i psychole stawali się coraz bardziej aktywni i bezkarni. To implikowało całą resztę, choć jeszcze nie przesądziło o wyniku ostatecznym.

Ostatecznie przed drugą turą prezydent wziął udział w dwóch debatach, w których zaprezentował się nieźle. Pierwsza z nich obejrzało ponad 10,5 miliona widzów. Według tradycji poprzednich wyborów prezydenckich od 1990 roku powinien wygrać. Tak dotychczas bywało. Jednak pojawił się tak zwany X factor, czyli nowy i nieznany wcześniej czynnik, który zmienił dotychczasowe zasady tak bardzo, że wszelkie przewidywania stały się mało aktualne. Czynnikiem X w tych wyborach stał się internet. Szacowne grono leśnych dziadków w sztabie Bronisława Komorowskiego zbagatelizowało internet całkowicie. Być może prezydent nie jest fanem komputerów, tabletów i smartfonów, ale w końcu jest jakaś grupa młodzieży w Platformie? Zamiast marnować chęci tych młodych ludzi do debilnego roznoszenia ulotek, trzeba było wysłać swoją własną armię internetową. PiS to zrobił i architektem sukcesu stał się mało znany Paweł Szefernaker kierujący internetowym zespołem w sztabie Andrzeja Dudy.
Dziś młodzi ludzie należą do pokolenia digital native, ich żywiołem są smartfony, memy internetowe, selfie, eventy facebookowe i lajki. Nie lubią dużo czytać, nie lubią polityków, nie oglądają debat przedwyborczych. Oglądają filmy z Youtube i memy – obrazki i zdjęcia z krótkimi, złośliwymi podpisami. To zjawisko nie jest nowe, przed każdymi wyborami pojawiały się krążące w ten sposób materiały. Były zwykle preparowane przez tzw. kuców Korwina. Często były to króciutkie filmiki pod tytułem np. „Korwin masakruje lewaka”. Zawierały zwykle jakąś celna ripostę wodza, bo nie o dyskusję tam chodziło, ani nie o argumenty. Podczas tych wyborów pojawiła się masa krytykujących, ośmieszających lub obrażających prezydenta memów. PiS to wykorzystał i zwielokrotnił zatrudniając tzw. internetowych trolli. Praktycznie nie sposób było znaleźć memy krytyczne wobec Dudy, wszystkie tego typu strony zostały opanowane przez ekipę PiS. Na przykładzie strony demotywatory.pl można stwierdzić, że memów antyprezydenckich było nawet kilkadziesiąt dziennie, były one „podbijane” nie tylko przez armię internetową sztabu Dudy, ale sporą grupę wolontariuszy. Zaś krytyczne wobec Dudy były natychmiast oceniane źle i w rezultacie zwykły internauta nie miał szans ich odnaleźć. Zarówno filmy, jak i memy były następnie rozsyłane i powielane przez rozmaite fora od „Naszego Dziennika” po „Gazetę Wyborczą”. Stawały się tematem postów na Facebooku i Twitterze. Wykorzystywano je do promowania rozmaitych antyprezydenckich eventów facebookowych. W rezultacie każdy posiadacz smartfona musiał się natknąć na to przynajmniej kilka razy dziennie. Konsekwentnie cała grupa młodych ludzi została zaatakowana obrazem prezydenta jako śmiesznego „Bula”, który skacze po krzesłach w japońskim parlamencie i z satysfakcją podwyższa podatki, żeby żyło się lepiej jemu samemu i kolesiom z PO.
Powiedzmy sobie szczerze – to jest grupa podatna na manipulację. Spora część z nich nie pamięta rządów PiS, bo byli dziećmi, często dopiero startują w dorosłym życiu, mają ogromne apetyty i małe możliwości. Nie wiedzą nic o PRL i prawdziwych kosztach transformacji, które ponosiliśmy przez 25 lat. Atakowani propagandą przez kilka tygodni, łatwo przyswoili sobie przekaz ośmieszający prezydenta.
A co było po drugiej stronie? Oldskulowy „telefon do przyjaciela” i zero aktywności internetowej. Ludzie, czy tam w waszym sztabie czas się zatrzymał w latach dziewięćdziesiątych? Młodzi dziś korzystają z instant messaging, nie rozmawiają przez telefon, w ogóle mało rozmawiają, bo nie bardzo potrafią. Tak, trzeba ich wychowywać, ale wybory to nie jest zbyt dobra pora na działania edukacyjne.
Platformerska rada starszych na ten zalew internetowego szamba zareagowała podobnie jak niedawno Stefan Bratkowski w swej internetowej gazecie.

Co do nas, nie lubimy internetowego chamowa. Chamowo obrzuca nas obelgami, ale tylko samo sobie wystawia świadectwo.

Może to i kulturalna reakcja, ale chamowo właśnie wygrało wybory. Wszystko bowiem wskazuje na to, że to właśnie Paweł Szefernaker z armią pisowskich trolli stał się Wunderwaffe Andrzeja Dudy.
Dziś PiS jest na fali, będzie dalej korzystać ze swej najskuteczniejszej broni, zaś Platforma Obywatelska to dziś (cytując wspomnianego klasyka) „chuj, dupa i kamieni kupa”. I obawiam się, że Donald Tusk nie przyjedzie z Brukseli, żeby ogarnąć tę beznadzieję. Zatem wszystko wskazuje na to, że przegracie wybory jesienią.

PS. Sorry, taki mamy klimat. Obym się mylił.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.2/10 (66 votes cast)

Wybory

Dziś piątek. Za nieco ponad 12 godzin zacznie się cisza wyborcza, więc pozwolę sobie na ostatni mój komentarz dzisiaj.
Przytoczę opinię, którą wyraziła moja córka:
Wybory prezydenckie w Polsce: biznesmen przechrzczony na lewaka, stetryczały ex- wokalista, stetryczały cham z muszka (na maskowanie braku kultury) i poczciwy pan, który nie umie napisać „ból” poprawnie. No i zupa ogórkowa.
W zasadzie nic dodać nie trzeba. Plankton polityczny i przydupas Duda nie zasługują na wzmiankę. Przez kilka poprzednich tygodni czytałem wiele wypowiedzi o dość podobnym wydźwięku. Od 1989 roku tylko podczas pierwszych wyborów głosowałem z poczuciem, że głosuję na właściwych i najlepszych kandydatów, potem już zawsze to był jakiś kompromis.

pp

Obecnie także nie będę w pełni usatysfakcjonowany oddanym głosem. I między innymi dlatego nie będę pisać o kandydacie, na którego zamierzam oddać głos. Jednak idę na wybory ze świadomością jednego bardzo istotnego faktu. PiS, Kaczyński i sam Andrzej Duda odniosą wielki sukces (w swoim własnym mniemaniu, ale nie tylko), jeśli wywalczą drugą turę.
Sapienti sat.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Najgłupszy naród świata

My Polacy bardzo lubimy krytykować swój kraj i współrodaków. Z drugiej zaś strony mamy też przysłowia potępiające taką postawę w rodzaju: zły to ptak, co własne gniazdo kala, które stanowią zręby plemiennej i klanowej solidarności nakazującej zmowę milczenia i niedopuszczającej krytyki. Postawy zatem są zwykle dwubiegunowe – z jednej strony permanentne narzekanie i swego rodzaju patologiczna w swoim masochizmie krytyka wszystkiego od legendarnego Popiela począwszy, z drugiej strony choleryczna obrona nawet najgłupszych właściwości rodaków i nazywanie każdej krytyki przynajmniej brakiem patriotyzmu. Niedawno natknąłem się na taką oto opinię:

Wystarczy zagłębić się w historię RP i już wiadomo że takiego głupiego kraju nie ma w Europie: potęga-rozbicie dzielnicowe, bitwa pod Grunwaldem-wygrana w konsekwencji haracz dla Watykanu i krzyżaków oraz zwrot ziem odzyskanych po bitwie itd. Od stuleci nie mamy wpływu na wybór władz, narzucono nam prze papieży, cesarzy lub bratnie kraje a dzisiaj jesteśmy nic nie znaczącym ogniwem eurolandu, pod silnym wpływem Watykanu. Tak minęło nas Oświecenie i tkwimy w średniowieczu. Taka jest nasza dola biednych parafian.*

Przeanalizujmy zawarte w cytacie tezy pod kątem ich prawdziwości. Polska – jak powszechnie wiadomo – przyjęła chrzest w 966 roku. Niezależnie od późniejszej roli Kościoła wówczas była to dobra politycznie decyzja. W pewnej mierze zabezpieczała kraj od tzw. wypraw chrystianizacyjnych z zachodu oraz umacniała dziedziczność władzy, jako że w tej religii władza pochodziła od Boga. Kraj zaczął się rozwijać bardzo dynamicznie i nagle mamy idiotyczną decyzję Bolesława Krzywoustego (któremu nie dane było zostać królem namaszczonym przez władzę kościelną) o podziale kraju pomiędzy synów. Miał nadzieję, że skomplikowany system podziału i dziedziczenia władzy utrzyma jedność kraju i nie przyczyni się do walk o władzę. Stalo się dokładnie odwrotnie. Oczywiście mógł wyrżnąć wszystkich synów oprócz pierworodnego i jemu przekazać władzę lub też wyrżnięcie w pień braci pozostawić jemu. Kraj zachowałby jedność i zapewne najstarszy Władysław zdołałby utrzymać władzę? Czy jednak na pewno? Zdaje się średniowiecze nie było tak ordynarnie prymitywne, jak to się dziś niektórym wydaje. Rozbicie feudalne nie było polską anomalią. Przeżywała je Francja przez ponad 300 lat i zaczęło się ono wcześniej niż w Polsce. W Niemczech rozdrobnienie zaczęło się później, ale za to nie skończyło się w średniowieczu. Istniało także na Rusi przez ponad 400 lat. Czasami rozdrobnienie feudalne kończyło się całkowitym rozpadem państwa. Taki los spotkał Śląsk, który w innym wariancie wydarzeń mógłby być (kto wie) jednym z naszych południowych sąsiadów. Również Królestwo Burgundii przestało istnieć z powodu rozbicia feudalnego. Czy zatem Bolesław Krzywousty wtrącił nas w otchłań mieszczącą najgłupsze narody świata?

Bitwa pod Grunwaldem. Wiadomo dziś, że wiktoria nad Krzyżakami nie została dostatecznie dobrze wykorzystana. Czy jednak jest to dowód jakiejś szczególnej głupoty? Wiadomo, że po wymarciu dynastii Piastów, Polacy zdecydowali się na Unię z Litwą** i w ten sposób królem został Władysław Jagiełło. Nie śpieszył się on do ataku na Malbork po grunwaldzkim zwycięstwie, bowiem dla Litwy korzystne było pozostawienie wspólnego wroga, aby przypadkiem Polacy nie doszli do wniosku, że nie chcą już Unii. Nie należy jednak zapominać, że ówczesna armia to było pospolite ruszenie składające się w Polsce z osiadłej szlachty, której śpieszno było do swych gospodarstw i żniw. Wiadomo, że pańskie oko konia tuczy. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że w tamtym czasie trudno byłoby prorokować zdarzenia, które były wynikiem znacznie późniejszej reformacji i należy stwierdzić, że Polska podejmowała sensowne działania na forum ówczesnej Europy, by zabezpieczyć swe roszczenia i – co najważniejsze – doprowadziła do traktowania państwa zakonnego w taki sam sposób jak innych państw świeckich.

Haracze dla Watykanu? Zdaje się, że chodzi chodzi o dziesięcinę. Od czasów Średniowiecza cała Europa była chrześcijańska i Polska niczym się w tej mierze nie wyróżnia. Początkowo w każdym kraju chrześcijaństwo było religią przynoszącą postęp, piśmiennictwo, sztukę i naukę. Jednak z biegiem czasu dochodziło do spięć i walki o władzę. To niemiecki cesarz Henryk IV w tej konfrontacji okazał się największym przegranym. Kto wie, czy ostatecznie właśnie słynna jego pielgrzymka do Canossy nie podcięła skrzydeł cesarstwu i nie doprowadziła w końcu do rozdrobnienia feudalnego. Chrześcijaństwo zachodnie dzięki większej lub mniejszej niezależności papiestwa nie stało się nigdy narzędziem władców absolutnych. Chrześcijaństwo prawosławne podległe carom ruskim było zaś skutecznym narzędziem do odbierania niezawisłości kolejnym narodom słowiańskim i rusyfikacji. Bilans chrześcijaństwa w Europie jest dyskusyjny i często kontrowersyjny, ale warto pamiętać, że to właśnie Polska okazała się odporna na wojny religijne, na inkwizycję i powszechnie stawiane w Europie stosy, na których palono czarownice i kacerzy.

Nasz wpływ na wybór władzy? No cóż, jest w tym ziarenko prawdy, nasza zwyrodniała demokracja (tylko) szlachecka doprowadziła w końcu do upadku państwa, więc trudno się dziwić, że podczas zaborów nie mieliśmy wpływu na wybór władzy. To samo dotyczy epoki PRL. Nie ma też co się dziwić rozdrobnieniu partyjnemu w czasach II Rzeczypospolitej i po 1989 roku. To są niestety koszty uczenia się demokracji. Wiele wskazuje na to, że mimo wszystko uczymy się dość szybko.

Czy jesteśmy mało znaczącym ogniwem Eurolandu? Tak może powiedzieć tylko ten, kto nigdy nie rozmawiał z mieszkańcami innych krajów, nieraz zaskoczyć nas może to, za co nas cenią. Powiem tylko, że wbrew pozorom nie za zbieranie ogórków w Niemczech, winogron we Francji i truskawek w Hiszpanii. Dość powszechnie Polska jest widziana jako wzór wykorzystywania szans, a Polacy jako bardzo zdolni, pracowici i inteligentni.

Czy jesteśmy pod silnym wpływem Watykanu? Owszem w pewnej części tak. Ale równie silna jest ta część społeczeństwa, która coraz głośniej jest antywatykańska, antyklerykalna i antyreligijna. A każdy zwolennik umiarkowanych poglądów dostaje w łeb z jednej i z drugiej strony. Znów jesteśmy dwubiegunowi?

Wbrew dość powszechnemu biadoleniu, że „rozdziobią nas kruki i wrony”, Polska ma się dość dobrze. Po raz pierwszy od setek lat mamy szansę na polityczny i gospodarczy rozwój w pokoju i w bezpiecznym świecie. Pawiem narodów i papugą nie jesteśmy. Ba, coraz częściej odnoszę wrażenie, że rozmaite nasze wady są bardziej europejskimi wadami niż typowo polskimi. Nie jesteśmy ani najmądrzejszym, ani też najgłupszym narodem. Jesteśmy zwyczajni.


* Cytat pochodzi z grupy Nie dla PiS na Facebooku.
** Celowo upraszczam dość skomplikowany proces powstawania związku Polski z Litwą. Dokładny opis przekracza znacznie ramy felietonu.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.8/10 (4 votes cast)

Prawo do bycia idiotą

Dzisiejszy tekst, który poświęciłem zamorskiej wyprawie dwojga wyznawców Jarosława Kaczyńskiego, był tendencyjny. Nie da się ukryć – Macierewicza uważam za politycznego szkodnika. Fotyga zaś stanowi zaprzeczenie wszystkiego, czym powinien się charakteryzować minister spraw zagranicznych w jakimkolwiek rządzie. Zdjęcia dobrałem tendencyjnie, aby wyeksponować idiotyczne miny obydwojga. W przypadku Ziobry również, ponieważ jego akurat oceniam jeszcze gorzej.
Tendencyjność zarzuciła mi pewna pani w mailu kontaktowym ze strony. Oczywiście miała rację, bo przecież nie tworzę Wikipedii, tylko piszę komentarze polityczne. Serdeczne pozdrowienia dla pani o wdzięcznym nicku puchatka65.
Zasiadłem dziś przed telewizorem i obejrzałem trochę przedwyborczych audycji. Jeden z szydził, że jego przeciwnicy „cuda obiecywali i drugą Irlandię”, ale oczywiście według niego cudów nie było. A to nie jest prawda. Inny z moich czytelników zwrócił uwagę, na bardzo istotny fakt. W trakcie trwania Czwartej Rzeczypospolitej wszyscy urzędnicy, w tym prokuratorzy i sędziowie byli mądrymi i sprawiedliwymi ludźmi bez skazy, podejmującymi się tylko odpowiedzialnych i niezbędnych dla dobra państwa zadań – pisze Maruda. No fakt! – pomyślałem sobie – ot chociażby taki sędzia Kryże, już w PRLu wiedział, że ten Komorowski to niezłe ziółko. Pominąłem jednakże swoje dygresje i czytam dalej. Wszyscy wiemy, że IV RP zeszła przedwcześnie i nagle z tego świata i co się stało dalej, gdy rządy objęła banda Tuska? – wszyscy oni zostali zastąpieni przez bandę nieodpowiedzialnych, niesamodzielnych agentów rosyjskich – pisze dalej ów czytelnik. Biorąc pod uwagę opinie wcześniej opisane pani Ani i pana Antka oraz wszystkich innych posłów, którzy dotknięci zostali tzw. zespołem Macierewicza, to fakt. Przecież nie darmo prezes nad prezesami powiedział, że nasz kraj to dziś kondominium rosyjsko-niemieckie. A dlaczego tak powiedział? Jak wyjaśnił niegdyś poseł Błaszczak, żyjemy w demokratycznym kraju i każdy może wygłaszać swoje opinie. Uściślę zatem – żyjemy w demokratycznym kondominium.
Aby jednak nie stracić sedna sprawy, czytajmy dalej: jeżeli Tuskowi i jego ekipie udało się w ciągu tego okresu po cichu wymienić wszystkich urzędników by spowodować katastrofę w Smoleńsku, ujść odpowiedzialności i najważniejsze by zrobić to tak dyskretnie, aby nikt tego nie zauważył – konkluduje Marudato jest to najskuteczniejszy polityk wszechczasów. Mało tego, dodam od siebie, to jest cud prawdziwy. Ale uwaga, miłośnicy teorii spiskowych!
Ale jak nie Tusk ich podmienił, to zostaje chyba UFO, nawet wywiad rosyjski, niemiecki z Mosadem łącznie mają pewne ograniczenia. – podsumowuje czytelnik w swoim mailu. I to jest prawdziwa zagadka dla pana Macierewicza, myślę że powinien się tym zająć, gdy tylko już rozwiąże sprawę zbrodniczego zamachu w Smoleńsku.
Wróciłem do oglądania audycji wyborczych w samą porę by usłyszeć od prezesa Kaczyńskiego, że PiS idzie drogą solidarności. Na wszelki wypadek schowałem głębiej portfel, bo takie deklaracje zwykle znaczą, że ktoś ma chrapkę na moją kasę. Ostatnio prezes chciał opodatkować TVN, żeby założyć lokalne Radio Maryja w Rzeszowie. Ja co prawda tyle aż nie mam, ale i tak wolę swe pieniądze wydać na swoje przyjemności niż cudze dewiacje. A propos dewiacji. Kaczyński powiedział też, że: Platforma proponuje drogą neoliberalną. To dewiacja. Znam przyjemniejsze dewiacje, ale cóż, każdy ma takie dewiacje, na jakie zasługuje.
Demokracja mimo wszystko jest fajna, czasem trudna i nudna, a czasem zabawna. Za tydzień pójdziemy na wybory, od naszej decyzji będzie zależało jak Polska będzie się rozwijała w następnych latach. W demokracji każdy ma prawo być idiotą*, ale nie korzystajmy z tego prawa.


* Po napisaniu tego tekstu dowiedziałem się przypadkiem, że taki sam tytuł nosi nowa płyta zespołu Dezerter. Nie jestem miłośnikiem nowoczesnej muzyki, więc uprzedzam – nie wiem, czy śpiewają o Kaczyńskim.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.6/10 (7 votes cast)

Złote myśli Eriki

Odpowiedzialnością za wysiedlenia nie można obarczać jedynie hitlerowskich Niemiec, a rozpętaną przez nie drugą wojnę światową narody wschodniej Europy wykorzystały jako pretekst, aby pozbyć się Niemców. – taką tezę zawiera nowa książka Eriki Steinbach – wyczytałem w Gazecie Wyborczej. Steinbach – główny chochoł w galerii strachów PiSu, przed każdą kampanią wyborczą – na pewno nie jest miłośniczką Polaków. Wielokrotnie zarzucano jej próby zmniejszania odpowiedzialności Niemiec za Drugą Wojnę Światową. Ostatnio nawet członkowie jej własnej partii stracili cierpliwość po kolejnej dość niezręcznej wypowiedzi swej koleżanki.
W pewnym sensie jednak teza Steinbach jest prawdziwa. Biorąc pod uwagę, że niemiecka piąta kolumna doprowadziła do rozbioru Czechosłowacji, w Polsce spora część mniejszości niemieckiej brała udział w prowokacjach i walce za linią frontu, to rzecz jasna po wojnie pierwszą reakcją było pozbycie się takiego zagrożenia na przyszłość. I nawet, gdyby władzy nie objęli komuniści, przypuszczam, że byłoby podobnie. Na dodatek Polska dostała jako reparacje wojenne tereny zamieszkiwane przez ostatnich kilkaset lat głównie przez ludność niemiecką. Co prawda spora cześć tej ludności wypędziła się sama, pod wpływem informacji o cywilizowanych metodach działania Armii Czerwonej. Ci, którzy przeżyli przejście frontu i zostali, zostali zmuszeni do wyjazdu w ciągu paru lat. Zasilili głównie tereny będące pod okupacją radziecką. Wówczas liczono się z wojną i szczerze, i nie bez podstaw nienawidzono Niemców, więc w tej mierze pani Steinbach ma rację.
Jednak retoryka pani Eriki przypomina mi dowcip szkolny o Jasiu. Nauczycielka otrzymała od Jasia odpowiedź na zadane pytanie i pochwaliła go za „sposób rozumowania”. Jaś zadał pani zagadkę: co to jest? Długi, sztywny i sprężysty na trzy litery? Słysząc oburzenie nauczycielki Jaś mówi: To jest łuk proszę pani, ale podoba mi się pani sposób rozumowania.
Sposób rozumowania pani Eriki każe nam przypuszczać, że sporą część winy za powszechne gwałty pod koniec wojny dokonywane przez żołnierzy radzieckich ponoszą Niemki. Bo po pierwsze były kobietami, a po drugie nie uciekały dostatecznie szybko. Pani Steinbach usiłuje zapomnieć, że od dawien dawna tak się dzieje w historii, że agresor i to taki, który przegrał, ponosi wszystkie konsekwencje swej agresji. Konsekwencje były straszne, ale mniej straszne od tego, co zrobili sami Niemcy i nie byłoby ich, gdyby niemieccy żołnierze (w tym tatuś pani Eriki) nie zaatakowali Polski we wrześniu 1939.
Dziś mamy czasy zupełnie inne. Nie musimy się wzajemnie obawiać. Wszystkie życiowe interesy związane są z pokojowym współistnieniem między sąsiadami. Jednak zdarzają się takie dziwaczne relikty przeszłości. Niemcy maja swoją Steinbach, Polacy mają Kaczyńskiego.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.5/10 (4 votes cast)