Logopedia

Yyy… eeyye… iii… aeyyyy… Jeśli słyszymy takowe dźwięki dobiegające z telewizora, przyczyna może być tylko jedna. Właśnie mówi znany bajkopisarz, a przy okazji poseł i główny eunuch Jarosława Kaczyńskiego, czyli Ludwik Dorn.
Gdybym miał taki dar wymowy jak słynny pan poseł najprawdopodobniej zaszyłbym się w jakiejś dziupli i zadbał o to, by nigdy nie przemawiać publicznie. Jednak nasza klasa polityczna – jak widać – pozbawiona jest grama samokrytycznej myśli.
Poseł Dorn, któremu nie wystarczyło już wydawanie bajek dla dzieci, postanowił dziś opowiedzieć bajkę dorosłym. Bajka była o wojsku. Niestety w aspekcie tego „eeeeyyyeeeeiii”, stanowiące ciągłe expressis posła, nie bardzo można był zrozumieć verbis.
Tak czy inaczej dało się z tego zrozumieć, że minister Klich winien jest wszystkich klęsk polskiej armii poczynając od Powstania Kościuszkowskiego. Oczywiście ze szczególnym uwzględnieniem katastrof lotniczych i zabitych żołnierzy w Afganistanie.
Zamierzam pominąć tu merytoryczne szczegóły i nie zacytować ani kawałka odpowiedzi ministra, ale chcę przypomnieć kilka faktów, które pozostają z całością sprawy w istotnym związku.
Po pierwsze warto wspomnieć, że to partia, w której Dorn pełni zaszczytną funkcję eunucha przy boku wezyra, była najgorętszą orędowniczką naszej ścisłej współpracy z USA i udziału w amerykańskich wojnach. Prezydent Kaczyński w zamian za uścisk ręki Busha wysłał kolejnych tysiąc żołnierzy na misję, bo tylko taki był efekt jego wizyty w USA.
Partia pana Dorna była też przeciwna uzawodowieniu polskiej armii, choć czołowi politycy tej partii wojska na oczy nie widzieli. Zapewne powszechny pobór był im potrzebny, żeby nieposłusznych „w kamasze” wysyłać. Jak to się dobrze nauczyli – Мать Россия dobrą nauczycielką była.
Katastrofa Casy wydarzyła się tuż po dojściu PO do władzy i przy całej niewątpliwej złej woli Dorna, obarczanie winą Klicha jest nieudolne. Na dodatek to pisowski minister Szczygło złożył rezygnację ze szkoleń na symulatorach, to generał Błasik odpowiadał za kiepska sytuację w podległym sobie rodzaju wojsk i nie dało się go odwołać, bo nie zgodził się na to prezydent Kaczyński. Zatem za brak faktycznej poprawy stosowania procedur w wojskach lotniczych odpowiadał właśnie ten generał. Jak wiadomo – poleciał on z prezydentem w ten ostatni lot.
Ponieważ nie jest to związane z katastrofą pominę kwestię radosnej twórczości Antoniego Macierewicza w rządzie PiS. Aczkolwiek nóż w kieszeni się otwiera, gdy ktoś rozumie, co uczynił on z polskim wywiadem i kontrwywiadem wojskowym.
Niewątpliwie pan Dorn powinieneś odwiedzić dwóch specjalistów. Jeden to powinien być logopeda, który popracuje trochę nad płynnością wypowiedzi pana posła. Drugim specjalistą może być sam minister Klich.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.9/10 (10 votes cast)

Okruchy życia

Krzyż jest substytutem pomnika. Taki oto odkrywczy bon mot zaprezentował niedawno prezes Kaczyński. W zasadzie nic nowego. Wiadomo było, że żądania prezesa i popierających go „obrońców krzyża” sięgać będą coraz dalej. Pisałem o tym tyle razy, że teraz już staje się to nudne. Pozostaje nam czekać na kolejną demonstrację i okrzyki Santo subito. Nie to jest jednak sednem sprawy, ale to, ze nadal dziennikarze traktują PiS i prezesa jak polityków. A mamy do czynienia z sektą. Media powinny wreszcie zauważyć, że mamy do czynienia z „dupowatą odmianą Hitlera” jak odważył się to określić jeden z dziennikarzy.
Teraz jednak na pierwszy plan wysunęła się słynna już komisja majątkowa oddająca majątki kościołowi i innym grupom wyznaniowym. Wszystko dzięki akcji CBA i aresztowaniu kościelnego pełnomocnika, którym był dawny esbek. Jak widać rzymskie pecunia non olet nadal jest aktualne. Opatom zakonnym, proboszczom kompletnie nie przeszkadzała proweniencja ich plenipotenta, ani sposoby jego działania. Zapewne sprawa się będzie rozwijać i ciekawe, kto jeszcze te łapówki dawał i brał? Może dowiemy się jeszcze czegoś interesującego nie tylko o szeregowych klechach?
Nie tak dawno jeszcze byłem przekonany, że dyskusja na temat kościoła i ograniczenie jego wpływu w Polsce – wzorem Hiszpanii – nie ma szans. Jest to związane z rolą kościoła w PRL, pozytywnymi wspomnieniami, religijnością powszechną. Okazało się, ze wystarczyło kilka miesięcy i kilka wydarzeń. Najpierw kardynał Dziwisz i jego decyzja o pochówku Lecha Kaczyńskiego na Wawelu rozzłościła nawet katolików. Potem Zachowanie niektórych biskupów w sprawie krzyża pod pałacem. Nachalne epatowanie pseudo-pobożnością przez rzekomych obrońców krzyża, wreszcie ostatnie jawne działania Jarosława Kaczyńskiego. Większość ludzi aferę z komisją majątkową powitała z radością. Nie zwróci ona zapewne rozdawanych lekką ręką dóbr, ale zastopuje dalsze rozdawnictwo. Coraz częściej ludzie odważniej mówią o nadużyciach kościoła. Afera krzyżowa i postawa biskupów, którzy niczym Piłat umyli ręce, to był już dość wyraźny sygnał. Kropkę nad i postawiło aresztowanie kościelnego pełnomocnika.
Wśród moich znajomych są także czytelnicy felietonów na blogu i ostatnio nie tylko w sieci, ale i w tzw. „realu” pytano mnie, dlaczego tyle czasu nic nie piszę. Tyle się przecież dzieje.
Są jednak sprawy ważne i nieważne. Są też takie, przy których ten cały jazgot polityczny staje się tylko szumem. Jakiś czas temu spotkałem swych szkolnych znajomych przy okazji pogrzebu. Jeden z nas zakończył swą ziemską wędrówkę. Refleksja typowa: no tak, zaczynają umierać ludzie z mojego pokolenia. Teraz jednak żegnałem przyjaciela, kogoś z kim związany byłem naszą wspólną pasją i działalnością popularyzującą Linuksa. Znaliśmy się dobrze, choć widzieliśmy się zaledwie kilka razy w życiu. Tyle zostało spraw niedokończonych, tyle pomysłów, projektów…
Takie chwile zmieniają perspektywę. Kaczyński i jego wyznawcy nie przestają być groźni, ale stają się żałośni. Zaczynam powoli przyzwyczajać się do myśli, ze mój czas nie jest nieograniczony, że należy się skupić na rzeczach ważnych, by choć w części zdążyć zrobić to, co zaplanowałem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Za, a nawet przeciw

Wszyscy pamiętają słowa Wałęsy: jestem za, a nawet przeciw i zupełnie niesłusznie stały się one synonimem politycznej dezynwoltury byłego prezydenta. Gdy obserwuję dziś medialny szum wokół wyborów, to mam wrażenie, że trafiłem do jakiegoś zakładu specjalnej troski.
Kierowca, który w sposób ewidentny łamie przepisy i stwarza zagrożenie na drodze, karany jest mandatami i punktami karnymi. Po przekroczeniu pewnego limitu taki delikwent traci prawo jazdy i aby pozwolenie to odzyskać ponownie musi zdać egzamin.
Natomiast fachowcy od polityki wypowiadają się w mediach, plotą bzdury i nic. Dziennikarze im wtórują i nawet nie przyjdzie im do głowy zareagować na największe bzdury. A my wyborcy? Można się niestety domyślać, że niektórzy łykają te brednie bez oporu.
Przypadkowo wpadł mi w ręce Głos Pomorza z 22 kwietnia 2010. Na drugiej stronie gazety wypowiada się dr Maciej Drzonek – politolog. Niedawno jeszcze wydawało mi się, że w tej specyficznej sytuacji partie mogłyby wystawić jednego kandydata. Ale nie widzę takiej osoby. Zniszczyliśmy autorytety.
Ślicznie. A jakie to bogoojczyźniane i politycznie poprawne. A że piramidalnie głupie, tego dziennikarz Mariusz Parkitny nawet nie raczył zauważyć. Pan doktor politolog nie zna konstytucji i wcale nie usprawiedliwia go to, że wcześniej taką samą piramidalną głupotę strzelił poseł Gowin. Poseł Gowin ma społeczną funkcję pochodzącą z wyboru. Wyborcy mają prawo wybrać nawet największego kretyna, jeśli im to odpowiada. Taki urok demokracji. Pan doktor jednak powinien dostać punkty karne za braki w podstawowej wiedzy. Za problemy z konstytucją to oczko – 21 punktów i doktorat do poprawki. Zaś dziennikarz, który na taką głupotę nie zareagował odwalił fuszerkę – dostarczył czytelnikom byle jaki produkt. Wydawca powinien mu obciąć premię. Za buble się nie płaci.
Ostatnio toczyła się w telewizji dysputa na temat powołania prezesa NBP, w której zarówno dziennikarze jak i inni komentatorzy dowodzili, że w końcu Komorowskiemu nie zaszkodziłoby gdyby poczekał z tą propozycją (kandydatura Marka Belki) i zgłosił po wyborach. Argumentowano, że to najwyżej trzy lub dwa tygodnie opóźnienia. Wszyscy ci radośni dyskutanci zapomnieli o jednym, gdyby marszałek wybory wygrał to opóźnienie w nominacji faktycznie byłoby niewielkie. Ale jest wakacyjna przerwa sejmu i zapewne zatwierdzenie kandydatury mogłoby się odbyć pod koniec sierpnia, a to już prawie trzy miesiące.
Gdyby wybory wygrał Kaczyński, to byłoby jeszcze gorzej i nie mam na myśli problemów z uzyskaniem w sejmie większości dla kandydata, którym zapewne nie byłby Marek Belka, chodzi tu tylko o same formalne terminy, które byłyby możliwe. Nikt z dyskutantów w TVN24 nie zająknął się też nawet o ryzyku pozostawienia NBP bez prezesa przez być może długie miesiące. Za brak wyobraźni ekonomicznej i umiejętności dostrzegania niebezpieczeństw dałbym po 4 punkty, tak jak za przekroczenie prędkości dozwolonej na terenie zabudowanym.
Litościwie pominę tu profesor Jadwigę Staniszkis, która z komentatora politycznego stała się bezkrytyczną wielbicielką Jarosława Kaczyńskiego i kolejnymi głupotami zasłużyła sobie na wdzięczne miano honorowej teściowej prezydenta in spe. Ponieważ przeszła na pozycje typowo polityczne i partyjne, sprawę przyznawania punktów karnych można pominąć, ale na litość boską niech już więcej nie udaje socjologa.

Wyrazy czci dla prezesa

Wyrazy czci dla prezesa

Po katastrofie w Smoleńsku media przez tydzień robiły widowni pranie mózgu wmawiając, czego pragnie naród i jak my tę żałobę przeżywamy. Wkrótce potem wielu dziennikarzy i komentatorów usiłowało wmawiać nam, że oczekujemy spokojnej i kulturalnej kampanii, w której różnice polityczne należy stonować, bo wyborcy mają już dość kłótni. Oczywiście też była to bzdura. Kłótnie i spory wpisane są w samą istotę polityki i demokracji. Gdyby Kaczyński nie różnił się od Komorowskiego, a może i od innych, to po co wybory? Proklamujmy monarchię. Do czego prowadzi pranie mózgów widać na zdjęciu powyżej – niestety nie wiem, skąd jest to zdjęcie i kto jest jego autorem, zatem z góry przepraszam za brak stosownej informacji.
Sporo mówi się o prymitywnym poziomie polskiej klasy politycznej. W porównaniu z poziomem polskich mediów to politycy są Himalajami intelektu. Gdyby mi ktoś udowodnił tak żenujący brak wiedzy w mojej dziedzinie, to popełniłbym rytualne seppuku lub przynajmniej wlazł do mysiej dziury. Tak drzewiej bywało…

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Meandry logiki

Mój profesor matematyki z liceum, oprócz wszelkich innych zasług, ma jedną i to dla mnie bardzo wielką. Jedną z pierwszych rzeczy, z którymi nas zapoznał, były podstawy logiki matematycznej. Dzięki niemu takie dziwaczne pojęcia jak koniunkcja, alternatywa, implikacja, czy równoważność zdań stały się dla mnie oczywistością. Miało to znaczenie później, gdy rozpocząłem studia. Nie wiem jak dziś, ale wówczas – gdy studiowałem – kandydat na polonistę musiał zaliczyć kurs logiki. Nietrudno sobie wyobrazić, że dla standardowego studenta filologii polskiej to była zmora. Przyszedł na studia z szumnym Młodości dodaj mi skrzydła, a mamrotał pod nosem bo mi logika obrzydła. Gdy jeszcze weźmiemy pod uwagę, że większość stanowiła płeć piękna, która się z logiką wyjątkowo nie lubiła – to mamy realistyczny wizerunek piekła.
Dla mnie jednak – że się pochwalę – logika nie miała tajemnic, nie tylko dzięki profesorowi z liceum, ale także dzięki ojcu, który zainteresował mnie lwowską szkołą matematyczną i pracami profesora Hugona Steinhausa (ojciec miał szczęście być jego studentem). Jednak nie przechwalanie się jest moją intencją, lecz raczej załamanie rąk nad stanem logiki obecnie. Przy czym obecnie nie oznacza braków młodzieży, ale zgodnie z zasadami logiki znaczy to – teraz, w czasie – w którym żyjemy.
Za sprawą notatki na Facebooku umieszczonej przez jednego ze znajomych zapoznałem się z obszernym fragmentem wypowiedzi profesora Bogusława Wolniewicza w telewizji publicznej. Pomijając różnice w światopoglądzie, zastanowiła mnie zasadnicza opinia. Wolniewicz jest filozofem i logikiem, a wygłosił zdanie, które jest nie do przyjęcia. Otóż uznał, że przyczyną kiepskiego poziomu polskich uczelni wyższych jest duża liczba studentów.
Jak napisał Boy-Żeleński: paraliż postępowy najzacniejsze trafia głowy. Jest to jedyne rozsądne wytłumaczenie tej bredni. Równie dobrze możemy uznać, ze po polskich drogach źle się jeździ, bo mamy za dużo samochodów. A co tam się będziemy ograniczać – towary są drogie, bo jest za dużo chętnych do ich kupowania. W ten sposób dochodzimy do absurdu, który sformułować można ogólnie tak: podniesienie jakości uda się osiągnąć, sztucznie ograniczając popyt. Teraz już zaczynam rozumieć dlaczego profesor Wolniewicz do 1981 roku był członkiem PZPR. Ja już skądś znam te idee.
Ad rem, jak mawiali starożytni Rzymianie. Pominę dalsze złośliwości, których mam pełno pod adresem czcigodnego profesora. Otóż w czasach PRL wmawiano Polakom, że są bardzo dobrze wykształceni, co nie było prawdą, bo procent ludzi z wyższym wykształceniem był niewielki i dużo czasu zabrało nam dochodzenie do średnich wskaźników w Europie. Jeszcze w połowie lat 90′ było to 6,5%, w 2002 – 10,2%, a po wejściu do Unii w 2006 – 14,6%. Można jeszcze dodać, że nadal populacja miejska zdobywa lepsze wykształcenie niż wiejska, a ponadto, że wśród osób z wyższym wykształceniem więcej jest kobiet. Choć zbliżyliśmy się z naszymi wynikami do średniej europejskiej, to nadal mamy mniej obywateli z wyższym wykształceniem niż rozwinięte kraje europejskie – Finlandia, Szwecja, Francja lub Wielka Brytania. Aby nie powodować rumieńca wstydu, napiszę tylko, że w tych krajach jest to ponad 20%. W niektórych dużo ponad. Nie mamy co marzyć aby dorównać Kanadzie, ale i – patrząc na wschód – Rosji. Podsumowując, dalej doganiamy rozwinięte kraje świata. Można się zastanawiać, dlaczego poziom edukacji uniwersyteckiej się tak obniżył (a może – czy się obniżył), ale liczba studentów jest tu kompletnie bez znaczenia.
Na moją notkę na Facebooku otrzymałem ripostę, którą przytoczę we fragmentach.
Musisz się zgodzić ze mną, że ze studiów faktycznie wychodzą teraz masy – nie w porównaniu z innymi państwami, a z nie tak odległymi czasami w Polsce. Posiadanie wyższego wykształcenia nie jest już czymś wyjątkowym, stało się normą.
Otóż właśnie nie zgodzę się, wciąż mamy za mało ludzi z wyższym wykształceniem, o czym mówią liczby przytoczone powyżej. A dlaczego za mało, napiszę później.
Napisałem wyżej, aby nie porównywać nas z innymi państwami, dlatego, że trzeba spoglądać na realne możliwości gospodarcze kraju. – pisze dalej mój respondent. Niby sensownie, ale strasznie nielogicznie. Trzeba porównywać się z innymi, bo dzięki temu mamy punkt odniesienia, a możliwości kraju w danym momencie są takie – bo są powiązane silnie z zasobami ludzkimi. Jeśli wygenerujemy lepsze zasoby ludzkie, to możliwości gospodarcze kraju na tym skorzystają. To właśnie jest logiczne, bo nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że sednem możliwości rozwoju nie są dobra materialne i zapas gotówki zgromadzonej w bankach, ale potencjał ludzki. Ale też jednym z kontrargumentów było stwierdzenie, że sen o dostaniu ciepłej posadki po studiach pryska wraz z kilkoma latami życia, bo okazuje się, że miejsc pracy mało, a magistrów cała rzesza. Ten argument niestety pokazuje, że w społeczeństwie wciąż żywe są czasy, gdy skrót mgr tłumaczono jako może gówno robić. PRL hołubił robotników ze względów ideologicznych. Przecież klasa robotnicza to była podstawa systemu. Jako początkujący nauczyciel zarabiałem jedną trzecią pensji początkującego robotnika fabryki butów. Zgodnie z takim podejściem (do dziś żywym) absolwent studiów to myśli tylko o ciepłej posadce. Nie. Moja posada w szkole przez trzydzieści lat nie była ciepłą posadką, na której mogłem gówno robić. Gdybym skończył studia dziś? Być może byłby to inny kierunek, być może wybrałbym inny zawód? Nie wiem. Studia nie mają zapewnić ciepłej posadki, tylko zapewnić pewien kapitał, z którym można wystartować w życiu.
Niedawno spotkałem znajomego, który jest tzw. headhunterem. Inaczej mówiąc prowadzi prywatną agencję pracy szukającą dla różnych firm pracowników. Nurtowało mnie jedno pytanie – dlaczego nawet do stosunkowo prostych stanowisk szuka się ludzi z wyższym wykształceniem? Odpowiedź była trywialnie prosta – ponieważ potrafią się uczyć, zmiana profilu stanowiska nie jest dla nich problemem. Są intelektualnie mobilni. Warto to zapamiętać, bo za chwilę wrócę to tego zagadnienia. W ripoście na Facebooku czytam dalej, że:
Tak więc problem polega na tym, że managerowie nie mają kim zarządzać, a inżynierowie co produkować, a brakuje fachowców, którzy w pracę wkładają więcej pasji niż całek. Pieniądze zaś robią ci, którym udało pogodzić się edukację z realizacją swoich ambitnych planów lub ci, którzy tę edukację wyższą olali kompletnie. Niestety.
Błędne jest przeświadczenie, że po studiach od razu trzeba być managerem przynajmniej średniego szczebla. Jak wygląda i jak powinno wyglądać podejście szefa lub właściciela firmy? Podam przykład praktyczny firmy komputerowej z zachodniej Polski. Szef zatrudniał młodych ludzi bez wykształcenia, którzy przy realizacji dużego projektu mieli zadania najprostsze – wiercenie dziur w ścianach, przykręcanie szaf krosowych i zarabianie kabli. To było świetne rozwiązanie, bo nisko kwalifikowany pracownik jest tanim pracownikiem. Wszystkie zadania skomplikowane wykonywał sam właściciel. Jednak gdy pojawił się problem dotrzymania terminów, konieczne okazało się zatrudnienie pracownika samodzielnego, który poradzi sobie z zaawansowanymi zadaniami. Tak też zrobił właściciel to tego jednego zadania. Jego wydatki wzrosły, ale w konsekwencji zadanie zostało wykonane i przyniosło dochód. Pojawił się zatem pomysł stałej współpracy z nową osobą, lecz okazało się, że właściciel firmy bardziej sobie cenił pewien niewielki pułap jaki osiągnął i podstawowym celem było utrzymanie maksymalnie wysokich zysków własnych, nawet kosztem ekspansji i rozwoju, ponieważ zgodnie z wybranym celem narzucił sobie cel pośredni – płacić pracownikom, jak najmniej. Fachowiec dla niego dalej już pracować nie chciał.*
Jaki morał wynika z tej opowieści? Morałów jest kilka i każdy ważny. Po pierwsze w dłuższej perspektywie takie firmy skazane są na klęskę, bo o sile firmy nie świadczy mercedes właściciela, ale zasoby ludzkie. Po drugie właścicielowi zabrakło perspektywy rozwoju, nie każdy z natury jest Billem Gatesem, gdyby szef miał wyższe studia, może miałby podstawy z zakresu ekonomii i lepsze dane wyjściowe do podejmowania decyzji. Inaczej mówiąc, gdy chcesz zostać szewcem, potrzebujesz kopyto, młotek i ćwieki, ale jeśli chcesz przejąć wszystkie zakłady szewskie w mieście potrzebujesz szewców i studiów z zakresu marketingu. Dlatego też osoby po wyższych studiach mają potencjalnie tę buławę marszałkowską w tornistrze i szansę osiągnięcia sukcesu.
Odrębną kwestią jest kompletny upadek poziomu studiów, tyle że nie ma to nic wspólnego z liczbą studentów**. Jak już wspomniałem, przykład Billa Gatesa to nie jest reguła na sukces – rzuć studia i rób karierę, to jest zdecydowanie wyjątek od reguły.
Wracając zaś do głównej kwestii – myślę, że w naszej edukacji obecnie brakuje tego, co ja otrzymałem – podstaw logiki. Przypuszczam, że obowiązkowa logika w liceum i na każdym kierunku studiów bardzo by się przydała. Bardziej krytycznie analizowalibyśmy wówczas wypowiedzi rozmaitych autorytetów i z większą odwagą obnażalibyśmy ich błędy. A dlaczego potrzeba nam więcej ludzi z wyższym wykształceniem? Bo przy całym szacunku dla pracy fizycznej, facet z łopatą rakiety na księżyc nie wyśle, a po studiach – kto wie…


* Historia jest prawdziwa, choć celowo nie podaję żadnych szczegółów.
** To interesujące zagadnienie i mam swoją koncepcję, może jeszcze do tego wrócę.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Dyktatura demokracji

Niekiedy biorę udział w jakichś dyskusjach internetowych na tematy polityczne. I żeby było jasne – dyskusja polityczna nie musi oznaczać deklaracji, kto jest za PiS, a kto przeciw. Polityka, wbrew temu, co niektórzy deklarują, jest obecna w naszym życiu na co dzień, choć często nazywamy to inaczej.
W jednej z dyskusji wyraziłem swoje credo, że demokracja jest fajna, bo każdy ma prawo wyrażać swoje poglądy i może przekonywać innych. Wywiązała dyskusja licząca prawie setkę wypowiedzi i jeśli pominiemy te, które zawierały wyłącznie wyzwiska pod moim adresem, to i tak zostaje jeszcze kilkadziesiąt sensownych. Spośród nich warto pokazać kilka z nich. Internauta o pseudonimie abner skomentował moją wypowiedź tak: Przy okazji pyskówki, po której niczego dobrego się nie spodziewałem, okazało się, że istnieją ludzie, którzy uważają demokrację za coś fajnego. Teraz pójdę sobie do kącika i przemyślę to sobie…
Winston Churchill powiedział: Stwierdzono, że demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu i ja się z tym stwierdzeniem zasadniczo zgadzam. W demokracji wszystko dzieje się irytująco wolno. Chcielibyśmy, żeby jakieś przepisy prawne szybko zmieniły oblicze naszego kraju, a tu kicha. Ślamazarnie to wszystko się zaczyna, potem równie ślamazarnie kłócą się o to jakieś tam komisje, jeszcze miesiące konsultacji społecznych, a później jeszcze jacyś przeciwnicy z transparentami na ulicę wyjdą. I znowu wszyscy się zastanawiają, czy aby na pewno ta ustawa dobra będzie. Myślisz sobie wtedy – jaka sprawna byłaby monarchia, król wydałby dekret i koniec dyskusji, wszystko zaczęłoby sprawnie działać natychmiast. Ale nie pomyślisz, że ten sam król – następnym razem – zadekretowałby, że zabiera ci dom i samochód, a jak będziesz protestować, to i głowę.
Czy demokracja ma jeszcze jakieś wady oprócz ślamazarności? Jednym z zarzutów, podniesionym w dyskusji przez abnera był zakaz propagowania wartości niedemokratycznych. A ja tak sobie myślę, jaką ironią losu jest to, że „Mein Kampf”, czyli jednej z najważniejszych książek XX wieku, która zaważyła na naszym losem w sposób nieporównywalny do niczego innego, nie można sobie legalnie w wolnej, demokratycznej Polsce wydać i przeczytać – napisał w kolejnym poście. Inaczej mówiąc, demokracja jest dyktaturą, ponieważ nie zezwala na propagowanie wartości, które demokratyczne nie są. Wszystko, co nie spełnia kryterium demokracji, jest zabronione. Riposta na tę tezę była następująca: Do roku 1933 można było wyrażać takie poparcie. Po doświadczeniach roku 1933 i zwłaszcza późniejszych dwunastu lat, choć następne czterdzieści pięć też do tego coś wnoszą, wyrażanie takiego poparcia jest zakazane, bo okazało się wariantem dla demokracji samobójczym. (Jacek_P) Czyli, że można wyrażać wszelkie idee pod warunkiem, że nie godzą one w ideę demokracji. Jak to się różni od tego, że np. w ZSRR można było wygłaszać wszelkie idee pod warunkiem, że nie godziły w komunizm? – pyta abner dalej.
Możemy się dziś zastanawiać, dlaczego ostracyzm tak zdecydowany spotkał Mein Kampf, a nie dzieła Lenina, dlaczego zakazany jest faszyzm, a nie komunizm? Wbrew pozorom odpowiedź jest prostsza, niż może się wydawać. Otóż idee Lenina oparte na dziełach Karola Marksa, były ideami filozoficznymi, które tenże Lenin przez dziwny kaprys historii miał szansę wprowadzić w życie. Okazało się, że poronione idee zaowocowały poronionym systemem gospodarczo-politycznym. W konsekwencji doprowadziło to do powstania zbrodniczego systemu, jednak sama ideologia nie zakładała masowych czystek politycznych, mordów etnicznych, ani zagłodzenia na śmierć dziesięciu milionów ludzi. W przypadku faszyzmu sytuacja jest diametralnie różna.Faszyzm w samej istocie już zakładał politykę nienawiści i dzielenie ludzkości na tych którzy mają prawa i na tych, którzy będą podludźmi. Hitler oparł się na idei wyższości rasy germańskiej i skrawkach filozofii Nietzschego. Późniejsze zbrodnie systemu hitlerowskiego nie były odchyleniem lecz czystą konsekwencją realizacji idei. Dlatego Mein Kampf jest obłożona klątwą demokracji, a dzieła Lenina nie.
A jak wygląda kwestia zarzutu dyktatury? Czyli, że demokracja walczy ze wszystkim, co demokracji nie popiera? Świetną alegorię zbudował inny z dyskutujących – jancio: Żyjesz w kraju, w którym wszelkie spory, sprawy etc. załatwia się za pomocą gry w szachy. I teraz uważaj: NIKT nie twierdzi, że jest to NAJLEPSZA gra, ani że nie da się wymyślić LEPSZEGO systemu, czy chociaż zmienić grę na, dajmy na to – warcaby.
Mówimy tylko – obecnie jest TAKI układ, bo jako tako się sprawdza, no i reguły są mimo wszystko czytelne. Oczywiście wady TEŻ widzimy i to gołym okiem.
Otóż MOŻESZ przeforsować zmianę reguł (albo całkowicie, albo choćby tylko zmienić szachy na warcaby), ale, uważaj ponownie – musisz to zrobić przy pomocy OBECNIE obowiązujących zasad. Ni mniej, ni więcej, tylko musisz wygrać z obecnie rządzącymi w SZACHY.

To doskonale wyjaśnia zasady demokracji i jednocześnie obala tezę dyktatury. Współcześnie demokracja ewoluowała w kierunku, nie tylko zapewniającym możliwie optymalne decyzje, ale również w kierunku zapewnienia praw tym, którzy są w społeczeństwie mniejszością lub mają gorsze warunki niż większość. Jako podsumowanie zacytuję to, co w tym samym wątku dyskusji napisał jancio, że społeczeństwo to zbiór jednostek konkurujących o te same zasoby i oddziałujących wzajemnie na siebie. W takim zbiorze muszą istnieć reguły ograniczające możliwe ruchy, w przeciwnym razie mielibyśmy, po krótkim etapie anarchii, powtórkę z rozrywki: małe, walczące ze sobą stadka z silnymi przywódcami, łączące się w klany, łączące się w zalążki narodów, łączące się w twory ograniczone geograficznie – Unie, Stany, Federacje… Krew i po trupach do celu. Po cholerę powtarzać starożytność/średniowiecze? Ostatecznie dojdziesz, być może, do ponownego odkrycia demokracji 😉
Sam bym tego lepiej nie napisał. Po prostu demokracja jest fajna.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Polska czy Wolska

Nasi przodkowie, uciekając z kraju nękanego przez zaborców po kolejnych powstaniach, zwykle znajdowali sobie jakieś inne miejsce na świecie, w którym zamiast żyć spokojnie, walczyli za wolność waszą i naszą. W ten sposób dziś mamy czarnoskórych krewniaków na Dominikanie, gdzie niegdyś nasi rodacy pokazali brzydki gest Napoleonowi, przyłączając się do powstańców. Mamy rozmaite miejsca pamięci i pomniki w Ameryce Północnej, na Węgrzech, czy we Francji. Taka już ta nasza narodowa mentalność, że rzadko kiedy kogoś za mordę trzymaliśmy, częściej ktoś nas tłamsić próbował, a my walczyliśmy. Jak już nie można było u siebie, to gdzie indziej. Inne nacje emigrowały za chlebem, dorabiały się domów, farm, fabryk i banków, a nasza? Tylko guzów.
I tak to się już utrwaliło, że Polacy to co, jak co, ale walczyć to potrafią, za to do normalnego życia to predyspozycji nie mają. I kiedy wreszcie po latach zaborów Polska odzyskała niepodległość, to się okazało, że coś w tym jest. Odzyskiwanie niepodległości poszło nam nieźle. Ot choćby przypomnę Powstanie Wielkopolskie. Nawiasem mówiąc to tak jakoś po macoszemu przez naród potraktowane – jak byśmy woleli czcić tylko przegrane wojny. Za to po paru latach w tej odzyskanej niepodległości zaczęło się dziać dość kiepsko. Co pies szczeknął, to powstawała nowa partia albo przynajmniej frakcja. Wreszcie się marszałek Piłsudski wkurzył i zrobił zamach stanu. Nie mieliśmy szansy się sami między sobą dogadać. No a po zamachu, wiadomo, nie był to już kraj dobry dla wszystkich. Później, gdy napaść niemiecka wisiała już w powietrzu, pisał Broniewski: są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli i było w tym trochę racji. Ale krwi nie odmówi nikt – pisał dalej. Bo tacy my już jesteśmy, znowu Polacy poszli się bić na wszystkich możliwych frontach. A na końcu się okazało, że inni zadecydowali za nas o naszej przyszłości. I wsiąkała ta polska krew w ziemię rosyjską, włoską, egipską, francuską, a potem wielu nie miało dokąd wracać.
Na długie lata nasz kraj nie był naszym krajem, a nasza wolność tylko marzeniem. Wreszcie przyszedł ten moment na który czekało wielu i równie wielu się nie doczekało. Tym razem nie trzeba było walczyć i umierać, tym razem trzeba było wziąć ołówek w rękę i zagłosować, lecz wielu wcześniej oddało życie za tę naszą dzisiejszą wolność.
Dlatego też pamiętajmy, że wolność jest darem, który trzeba szanować i kochać. Nie została nam dana raz na zawsze. My dziś jesteśmy depozytariuszami tej wolności i jeśli zmarnujemy, zniszczymy i zgubimy ten dar, to przyszłe pokolenia nie zbudują nam pomników. Każdy z nas ma prawo do wolności, do własnego zdania, do własnych poglądów. Owszem, są tacy, którzy mówią dziś o jakichś bliżej nieokreślonych prawdziwych Polakach. Mówią o prawdziwych patriotach, sugerując, że są też jacyś inni fałszywi patrioci i nieprawdziwi Polacy. Wzorem Voltaire’a mogę wówczas powiedzieć: nienawidzę waszych poglądów, nienawidzę tego co mówicie, ale oddam życie za wasze prawo do ich głoszenia, bo tego właśnie wymaga ode mnie krew moich przodków, którzy za wolność oddali życie. Tym się też różni Polska od Wolski*.
Kilkanaście lat temu znajomy Niemiec, który z zainteresowaniem obserwował to, co dzieje się w naszym kraju, skomentował to tak: Polacy to dobry naród na złe czasy, ale zły naród na normalne czasy. Nie sposób się było z tym nie zgodzić, gdy widziało się liczne nieprawidłowości w życiu publicznym, polityczne przepychanki i marnowanie potencjału. Jednak powoli wszystko się zmienia. Niektórzy – co prawda – marzyli o marszałku na kasztance, niektórzy nawet już widzieli się w jego roli. Jednak demokracja i wolność zwyciężyła, powoli dochodzimy do normalności i okazuje się, że dajemy sobie radę także w normalnych czasach.
Dziś możemy kochać Polskę normalnie, nie, jak matka kochająca swe upośledzone dziecko z chorobą Downa, tylko dlatego, że jest jej dzieckiem. Dajemy sobie we współczesnej Europie radę często nie gorzej niż inni, a czasem nawet lepiej. Mamy – to prawda – dużo do nadrobienia, więc do roboty.


* Jeśli nie wiesz skąd to słowo, zajrzyj na stronę z wyjaśnieniami.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Koń jaki jest…

Benedykt Chmielowski w swym dziele Nowe Ateny wydanym w połowie XVIII wieku, usiłował zdefiniować konia, który był wówczas oczywistym elementem powszechnie obecnej rzeczywistości. Dlatego też definicja ta brzmiała cokolwiek dziwnie, ponieważ autor napisał: Koń jaki jest, każdy widzi. Wydawało mu się bowiem, że w koniu nie ma nic szczególnego i niezwykłego, że konia objaśniać nie trzeba, bo każdy widzi. Dla jasności dodam, żeby młode pokolenie zrozumiało – Nowe Ateny to była ówczesna postać encyklopedii, czyli taki papierowy i niedoskonały przodek dzisiejszej Wikipedii, bez której trudno byłoby dziś zdać maturę, napisać pracę magisterską, a nawet powołać Radę Bezpieczeństwa Narodowego*.
Jarosław Kaczyński jaki jest, każdy widzi – mówią nam dziś przedstawiciele jego sztabu wyborczego. Jest politykiem poważnym i spokojnym i – modne słowo – konsyliacyjnym**. Na wiecu w Zakopanem usłyszeliśmy, że przeciwnik polityczny nie jest wrogiem, a wojnę polsko-polską należy zakończyć natychmiast.

Transparent PiS

Patriotyczny transparent PiS


Niestety zabrakło w tym przemówieniu kilku wyjaśnień, przede wszystkim tego, kto zdaniem prezesa, tę wojnę polsko-polską rozpętał. Czy dziś przeciwnicy polityczni, jego zdaniem, dalej stoją tam gdzie ZOMO? Dlaczego nie chce mówić o IV RP, czy to był zły pomysł, czy też zamierza do niego wrócić, gdy wygra wybory?
Zachowanie zwolenników Kaczyńskiego jest jednoznaczne. W Licheniu, gdzie był zaproszony marszałek Komorowski, pojawił się ponownie „anonimowy” zwolennik PiS – znany już z wystąpienia w filmie Solidarni 2010 – Waldemar Bonkowski, działacz PiS z Pomorza (zaprzeczający temu). Wraz z grupą zwolenników rozpostarli transparent o alarmującej treści. Rodacy Ojczyzna Gore. I dalej: nie oddajmy Polski liberalnym namiestnikom Niemiec i Rosji.
Obserwując tę przedwyborczą komedię nie mam wątpliwości, że zakończyć powinienem, tak jak zacząłem – literackim cytatem. /…/ łże jak ten pies i tumani, a wy głupie wierzyta!*** – krzyczała Jagustynka w Chłopach Reymonta.

* Aluzja dotyczy marszałka Komorowskiego, w którego papierach wścibscy fotoreporterzy uwiecznili wydrukowaną stronę Wikipedii.
** Dla mnie to oczywisty błąd językowy, prawidłowo koncyliacyjny (pojednawczy, polubowny).
*** Reymont dość często używa zwrotu łże jak pies, ten pochodzi z początku rozdziału czwartego pierwszego tomu pt. Jesień.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Pachołek Rosji i solidarni

Prawie po każdym politycznym tekście sam sobie przysięgam, że będę bieżące wydarzenia traktował z większym dystansem i skupię się raczej na swoich fascynacjach artystycznych, ewentualnie na pisaniu pamiętnika. Potem nagle, jak królik z kapelusza wyskakuje kolejne wydarzenie, kolejny polityczny humbug. Zaczynam się wściekać i muszę to napisać.
Tym razem zaskoczyła mnie „Solidarność”. Nie, zaskoczyła to nie jest właściwe słowo. To towarzystwo spod znaku palonej opony nie jest już w stanie mnie zaskoczyć. Natomiast rozwścieczyć tak.
Mamy powódź, wszystko wskazuje na to, ze potężniejszą niż ta sprzed trzynastu lat. Zapewne kolejne rządy i posłowie mają na sumieniu grzech zaniedbania. Może można było tu i ówdzie zbudować mocniejsze wały, nie pozwolić na powstawanie osiedli na zalewowych terenach, zarządzić obowiązkowe ubezpieczenia. Być może dziś straty byłyby nieco mniejsze, więc niech się politycy uderzą w piersi – swoje, nie cudze – wszyscy, od lewej do prawej. Oczywiście gdyby te niepopularne działania wdrażali, to też byłyby pretensje, choć innego rodzaju. Dziś już wiadomo, że podwyższone wały na wrocławskim Kozanowie nie powstały z powodu problemów z właścicielami nadrzecznych gruntów. Na toruńskim Kaszczorku ludzie budowali domy, choć doskonale wiedzieli, że to tereny zalewowe. Zatem nie wszystkiemu są władze winne. I nie wszystko można przewidzieć i nie wszystkiemu można było zapobiec. Dziś wszystko wskazuje na to, że władze różnych szczebli, straż, policja i wojsko dają sobie radę całkiem nieźle. A jeszcze ważniejsze jest to, że ludzie dają sobie radę. Nie czekają, aż ktoś im wyda rozkazy. Wspólnie ratują swój dobytek, pracują przy umacnianiu wałów w poczuciu, że to co wspólne jest nasze. Może lepiej popracować, niż patrzeć jak na miasto leje się woda – tak powiedział reporterowi Gazety Wyborczej młody licealista z Pomorza. To nie jest tylko dbałość o swoje, ale także o nasze. To jest prawdziwa solidarność.
A co robi związek zawodowy „Solidarność”, który chlubi się tradycjami walki z komunizmem? Czy może zorganizowano pomoc przy obronie huty szkła w Sandomierzu przed zalaniem? Związkowcy autokarami z Gdańska przyjechali pomóc kolegom? A może specjalne ekipy związkowców zorganizowały się aby pomagać przy umacnianiu wałów przeciwpowodziowych wzdłuż Wisły lub Odry? Może związkowcy chociaż zrobili jakąś spektakularną zbiórkę pieniędzy na rzecz poszkodowanych przez powódź?
Nie. Za setki tysięcy złotych zorganizowali w Krakowie wiec wyborczy dla poparcia Jarosława Kaczyńskiego. Ponad dwa tysiące solidarnościowców autokarami z całej Polski przyjechało na polityczną manifestację. W czasie, gdy ludzie walczą z powodzią, największy w kraju związek zawodowy urządza polityczny festyn. Oczywiście odbyło się to przy aprobacie krakowskiego kardynała Dziwisza, który dla związkowców odprawił mszę. Jak na ironię powiedział, że niedawna katastrofa smoleńska i powódź to doświadczenia, które skłaniają do refleksji nad ludzkim losem i wyzwoliły w Polakach poczucie solidarności z tymi, których one dotknęły. Tylko tej solidarności w Krakowie nie było. Przewodniczący Śniadek zamienił ją z kumplami na narodowo-katolicki socjalizm. Tylko pod tym krzyżem, tylko pod tym znakiem, Polska jest Polską, a Polak Polakiem – grzmiał przewodniczący związku w swoim przemówieniu. To ja zapytam: panie Śniadek, kto panu dał prawo decydować i określać kto i kiedy jest Polakiem? Będzie pan patrzył na podniebienie, zaglądał do ksiąg parafialnych czy może w spodnie?
Na tym wiecu pojawiły się tez karykatury premiera jako pachołka Rosji, zresztą po smoleńskiej katastrofie, a nawet kilka dni wcześniej też słyszałem z kręgów wielbicieli braci Kaczyńskich takie właśnie określenie pod adresem premiera.
Jest piękna książka amerykańskiej pisarki Harper Lee, którą czytałem jako bardzo młody człowiek. Powieść nosi tytuł Zabić drozda. Narratorka jest dziewięcioletnia dziewczynka zwana przez ojca Smykiem, a wydarzenia rozgrywają się w latach trzydziestych w Alabamie. Ojciec dziewczynki jest adwokatem, który podejmuje się obrony Murzyna, co nie przysparza mu popularności. Na marginesie dodam, że w adaptacji filmowej tej książki rolę ojca genialnie zagrał Gregory Peck. Gdy mieszkańcy miasteczka coraz bardziej nienawidzą ojca małej Jean Louise i rzucają pod jego adresem wyzwiska, dziewczynka postanawia porozmawiać z ojcem i pyta go:
– Więc ty na pewno nie jesteś murzyński pachołek, prawda?
– Jestem. Robię, co mogę, żeby służyć wszystkim. Czasem mi ciężko… Dziecino, wcale nie obrażają takie wyzwiska, chociaż temu, kto je rzuca, wydają się najgorszą obelgą. Dowodzą tylko ubóstwa umysłowego osób, które nimi szafują i bynajmniej nie ranią.
– odpowiada ojciec.
Być może ten cytat byłby najlepszą puentą. Jednak chcę dodać własną – też jestem pachołkiem Rosji, też zapaliłem znicz na grobach rosyjskich żołnierzy w dniu ich rocznicy zwycięstwa i też chciałbym żyć w Polsce, która ma dobre i życzliwe stosunki ze wszystkimi sąsiadami, tymi z zachodu i ze wschodu. Zatem panie Śniadek, zgodnie z waszym rozumieniem tego określenia to w Polsce jest nas dużo – pachołków Rosji. Przekonacie się o tym 20 czerwca, gdy wasze chore urojenia znajdą się tam, gdzie ich miejsce – na politycznym śmietniku historii.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Polska jest najważniejsza

Sztab wyborczy Jarosława Kaczyńskiego pokazał dziś pierwszy plakat wyborczy w tej kampanii. Portret smutno uśmiechniętego kandydata. Photoshop odwalił kawał dobrej roboty, choć cudu nie uczynił. Hasło wypisane czerwoną czcionką na białym tle, a więc w barwach narodowych. Polska jest najważniejsza. Piękne hasło. Jednak równie głupie, jak piękne i równie niebezpieczne, i podstępne, jak głupie.

Plakat i tylko plakat

Plakat i tylko plakat


Najpierw bądź człowiekiem. Zachowuj się tak, aby twoje człowieczeństwo było miarą uczynków wobec innych. Potem bądź Europejczykiem i pamiętaj o tysiącach lat europejskiej kultury oraz norm obyczajowych, a także prawnych, które o naszej europejskości świadczą. Teraz dopiero bądź Polakiem, dbaj o swoją tożsamość, o język i kulturę, dbaj o swoje państwo, bądź jego lojalnym i uczciwym obywatelem. Gdy spełnisz te warunki, resztę możesz poświęcić na lojalność wobec swej religii, partii politycznej, ulubionej drużyny sportowej czy klubu hobbystów.
Polska nie jest bezludną wyspą na oceanie niczego. W dawnych wiekach nazwaliśmy zachodnich sąsiadów Niemcy, bo dla nas byli oni niemi, nie rozumieliśmy ich mowy, zwyczajów i zamiarów. Podobnie, jak oni nie rozumieli nas. Te czasy się jednak skończyły. Dzisiaj żyjemy w zupełnie innym świecie. Dzisiaj nie ma Polski bez Europy, ale też nie ma Europy bez Polski. Polska jest ważna, ale w kontekście europejskim i światowym, a nie wbrew Europie i Światu. Ze wszystkimi, a nie przeciw wszystkim.
Najważniejszy jest człowiek. Tak powinno brzmieć hasło poważnego kandydata. Najważniejszy jest człowiek, najważniejszy jest każdy z nas, bo z nas składa się społeczeństwo, naród. Wszyscy razem i każdy z osobna – jesteśmy Polską, Europą i Światem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

W jedności… problem

Tworzenie wspólnot jest naturalnym atawizmem człowieka. Zaspokaja to naturalną potrzebę przynależności, bowiem nie bez przyczyny mówi się, że człowiek jest zwierzęciem towarzyskim. Naturalnym objawem jest powstawanie wspólnot o charakterze lokalnym. Wieś, miasto, grupa etniczna lub religijna to naturalne warunki graniczne do tworzenia wspólnoty. W Polsce widać to doskonale w typowych środowiskach wiejskich, które w swym poczuciu wspólnoty terytorialnej nie akceptują przyjezdnych. Są wspólnoty Kaszubów, czy Ślązaków, które opierają się na kultywowaniu tradycji, zwyczajów i wartości kulturowych. Zwykle takie wspólnoty są dość silnie zjednoczone, choć nie muszą wyrażać tego na drodze negacji innych wartości lub wspólnot. W Europie takimi przykładami są Fryzowie, Katalończycy, Walijczycy lub Szkoci, a także – częściowo negatywnie – Baskowie lub katolicy i protestanci z Irlandii Północnej. Te ostatnie przykłady pokazują, że wspólnota jednoczy ludzi, bardzo często dzięki wspólnej wrogości wobec innych.
Wspólnota we współczesnym świecie jest niefunkcjonalna. Wymusza posłuszeństwo, ogranicza prawa jednostki, przeszkadza w rozwoju osobistym. Dotyczy to przede wszystkim wspólnot konserwatywnych. Jednak wydarzenia tragiczne powodują natychmiastowy wzrost tendencji wspólnotowych. W roku 2001 można było zaobserwować jednoczenie się społeczeństwa amerykańskiego po atakach z 11 września. Zatomizowane politycznie, rasowo i materialnie społeczeństwo zjednoczyło się wobec wspólnego wroga – terroryzmu. Zjednoczenie było na tyle silne i długotrwałe, że pozwoliło wywołać dwie wojny trwające do dziś. W Polsce podobny mechanizm można było zobaczyć w 2005 roku po śmierci Jana Pawła II. Powstawała wspólnota milionów ludzi oparta na wyznawanej religii i poczuciu wielkości narodowej, którą polski papież uosabiał. Niektórzy ubolewali, że trwanie tej wspólnoty było krótkie. I się mylili. Dla wielu ludzi żałoba się skończyła i wrócili do codzienności, takie jest życie. Jednak nie wszyscy. Co prawda z przesłania papieża pozostały tylko nośne symbole, za którymi nie było treści, ale nadawały się do wykorzystania w celu tworzenia wspólnoty. W przeciwieństwie do Amerykanów Polacy nie zostali zaatakowani z zewnątrz. Śmierć papieża i dziś katastrofa w Smoleńsku to wydarzenia losowe. Dlatego wspólnota, która zaczęła się tworzyć po śmierci papieża musiała znaleźć wroga wewnętrznego. Medialny wyraz ta wspólnota otrzymała w idei „Czwartej Rzeczypospolitej”. Wrogiem wspólnoty stał się nie-katolik, liberał, komuch, ubek, homoseksualista – symboliczne postacie kolidujące z tradycyjną religijną obyczajowością oraz z zaściankowo rozumianym patriotyzmem. Brutalna i ostra kampania wyborcza roku 2005 nie była wcale dowodem na rozpad wspólnoty powstałej po śmierci papieża. Była dowodem na to, że część społeczeństwa przystąpiła do wspólnoty, która miała bardzo wyraźnie zakreślone granice. Wspólnoty, która zdecydowanie postanowiła wykluczyć część społeczeństwa z prawa do nazywania się narodem.
Obecna tragedia w Smoleńsku pokazuje, że ta wspólnota dalej istnieje i jest silna. Praktycznie od samego początku narodowej żałoby pojawiła się aktywność tej wspólnoty polegająca na wyartykułowaniu podziałów. Zaczęło się od fali internetowych komentarzy poddających w wątpliwość szczerość żałoby przeciwników prezydenta. Do stacji telewizyjnych zapraszano głównie współpracowników prezydenta i jego zwolenników, co ma pewne uzasadnienie w polskiej tradycji. O umarłych mówimy tylko dobrze. Jednak kontrowersyjna decyzja o pochówku prezydenta i jego małżonki na Wawelu, zakończyła wątły rozejm. Wspólnota, która zawsze przeżywa syndrom oblężonej twierdzy, ruszyła do ostrego natarcia. W tym momencie prawie całkowicie zostały zapomniane wszystkie inne ofiary tej katastrofy. Przeciwnicy Kaczyńskich zostali oskarżeni o brak patriotyzmu, o hipokryzję, a nawet o zdradę zasad i ideałów narodowych. Protesty były bagatelizowane i wspomagane oskarżeniami pod adresem przeciwników. Brak szacunku dla śmierci to było najłagodniejsze z oskarżeń, a wystarczy wspomnieć na reakcję części tej samej wspólnoty na śmierć Bronisława Geremka. W ciągu kilku dni Lech Kaczyński stał się pośmiertnie w oczach wspólnoty mężem opatrznościowym i ojcem narodu. Coraz częściej łączono katastrofę z czasownikiem polegli. Dodana do katastrofy symbolika Katynia miała stworzyć wrażenie bohaterstwa prezydenta, który poległ na posterunku. Ktokolwiek się sprzeciwił, musiał się liczyć z najgorszymi określeniami. Niestety w dążeniu do uświetnienia prezydenta naruszono powagę żałoby i przekroczono granicę śmieszności.
Wspólnota narodowa powstająca bez zagrożenia zewnętrznego siłą rzeczy musi szukać wroga wewnętrznego, którego z niej można wykluczyć lub wyegzekwować jedność za cenę wyrzeczenia się przez innych swoich poglądów. Wspólnota decyduje, kto jest godny miana Polaka, kto ma prawo uważać się za patriotę. Konserwatywna wspólnota religijno-patriotyczna upatruje pozytywnych wartości w zdecydowanym odrzucaniu obcych zagrożeń, które mogłyby osłabić polskość wspólnoty. Tak naprawdę sens wspólnoty bardziej zawiera się w odrzucaniu obcych wartości niż propagowaniu innym własnych.
Niedawna tragedia w Smoleńsku niewątpliwie przyczyniła się do wzmocnienia tej wspólnoty. Wzbudziła także potrzebę przynależności we wszystkich innych obywatelach, ale ta jedność w normalnych warunkach nie może stać się rzeczywista, czego w dziwny sposób udaje się nie widzieć ogromnej większości komentatorów politycznych.
Zagrożeniem dla stabilności życia publicznego jest brak równowagi pomiędzy istniejącą wspólnotą czwartej RP, a pozostałą częścią społeczeństwa, w której musi spolaryzować się w tej sytuacji postawa przeciwna. Głos będzie w sposób naturalny należeć do ludzi, którzy nie zlękną się patriotycznej ekskomuniki, ostracyzmu i oskarżeń o nikczemność.
Odbiegając od socjologicznych analiz, które definiują jednoznacznie rolę wspólnot w świecie współczesnym, moim zdaniem potrzebna nam będzie w najbliższych miesiącach nowa wspólnota, od której może zależeć los kraju – wspólnota ludzi myślących.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)