A mury rosły

Gdy Jacek Kaczmarski napisał w 1978 roku słowa piosenki „Mury”, które potem stały się nieoficjalnym hymnem „Solidarności”, pieśnią sprzeciwu i nadziei, zwracaliśmy uwagę na słowa refrenu, które mówiły, że „mury runą”.
Nie chcieliśmy słuchać tego, co Kaczmarski śpiewał dalej.

Aż zobaczyli ilu ich, poczuli siłę i czas
I z pieśnią, że już blisko świt, szli ulicami miast
Zwalali pomniki i rwali bruk – Ten z nami! Ten przeciw nam!
Kto sam, ten nasz największy wróg! A śpiewak także był sam

Patrzył na równy tłumów marsz
Milczał wsłuchany w kroków huk
A mury rosły, rosły, rosły
Łańcuch kołysał się u nóg…

Wtedy chcieliśmy, by była to pieśń nadziei, a nie prawdy. A Poeta po raz kolejny okazał się Wieszczem.
Minęły lata, skończyła się walka, bohaterowie siedli przy kominku, odpoczywali z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Jak te tłuste koty wygrzewające się na słońcu. A tymczasem mury rosły. Historia zatoczyła koło, jak wąż Uroboros zjadający swój własny ogon.
I dziś znów potrzeba nam pieśni. I ta pieśń powstała, żeby budzić sumienia, poruszyć serca, dawać nadzieję.


VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Czas patriotów

Bohater sensacyjnej powieści Toma Clancy’ego (bardziej znany z filmu pod tym samym tytułem, bo wykreowany przez Harrisona Forda) staje się celem patriotów z Irlandzkiej Armii Republikańskiej, po tym, jak przyczynia się do śmierci jednego z eminentnych członków tego ugrupowania. Okazuje się, że irlandzki patriotyzm swoimi mackami sięga aż za ocean, a zemsta jest celem nadrzędnym. Oczywiście powieść sensacyjna nie skłania do zadumy nad istotą patriotyzmu, a jeszcze mniej film, od którego oczekujemy wartkiej akcji, jaka nie znudzi nas przez kilkadziesiąt minut.
Jednak wartka akcja, ciągłe suspensy i wysoki poziom adrenaliny to nie jest coś, czego oczekujemy w codziennym życiu. Większość ludzi oczekuje, że jak odkręcą kran z ciepłą wodą, to poleci… ciepła woda. Przez osiem ostatnich lat Polacy zajmowali się bardzo nudnymi sprawami. Dbali o to właśnie, aby z kranu leciała ciepła woda, aby jezdnie nie składały się z dziur, aby dzieci w piłkę grały na boisku, a nie na pastwisku. Aby było czysto na ulicy i aby trawa w parkach była regularnie koszona.
Jednak nie wszyscy byli z tego zadowoleni. Mówili o sobie – patrioci. Na ich psychikę źle wpływał fakt, że od ponad sześćdziesięciu lat nie było wojny. Brakowało im męczeńskich powstań narodowych. Źle się czuli w tych uśmiechniętych dniach, kiedy inni wesoło obchodzili pokojowe rocznice odzyskania niepodległości lub przystąpienia naszego kraju do związku innych całkiem szczęśliwych i pokojowo nastawionych krajów. To nie było dla nich dobre, bo mówili, że w tym nie ma patriotyzmu. Ojczyzna – według nich – musi boleć i krwawić, jak w wierszu Różewicza. A ponieważ ojczyzna od dawna nie miała żadnych poległych bohaterów, więc uznali, że niektóre ofiary strasznej katastrofy lotniczej będą poległymi bohaterami, a sama katastrofa musi zostać okrzyknięta zamachem. Wtedy też zrozumieli, że potrzebny jest jeszcze wróg. Bez wroga nie ma wojny, bez wroga nie ma patriotyzmu, bez wroga nie ma zjednoczenia narodu. Niestety nasi dawni wrogowie już niespecjalnie nadawali się do tej roli. Ich wrogość, nie poparta wojną od dziesiątków lat, jest taka jakaś pastelowa i nie potrafi już tak zjednoczyć. Tym bardziej, że część patriotów woli wroga z zachodu, a część tego ze wschodu. Zrozumieli wtedy, że najlepszy będzie wróg wewnętrzny. To będzie ten, który się śmieje z inwazji Misiewiczów na intratne stanowiska państwowe, któremu nie podoba się dobra zmiana, który twierdzi, że w Polsce potrzebny jest Trybunał Konstytucyjny. To ten, który mówi, że fałszywa z gruntu polityka socjalna prowadzona jest na kredyt, że nowy rząd rujnuje gospodarkę, że niszczy demokrację.
Patrioci zaciskają pięści, a w ich sercach wybrzmiewają uczucia jak w pieśni wieszcza: zemsta, zemsta na wroga. Z Bogiem, a choćby mimo Boga. I rośnie ta gorąca nienawiść i burzy się krew. Nadchodzi czas patriotów.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.7/10 (9 votes cast)

Tutsi i Hutu nad Wisłą

To było w 1994 roku. W Afryce. Mało kogo w Polsce to obchodziło wtedy, a dziś już mało kto wie. A na pewno nie mają o tym pojęcia młodzi ludzie w koszulkach z napisami „śmierć wrogom ojczyzny”, choć to właśnie oni są na dobrej drodze, by taki dramat skopiować tu i teraz.
W Rwandzie podczas zaledwie trzech miesięcy przedstawiciele grupy Hutu wymordowali około miliona ludzi należących do Tutsi. Obydwa plemiona żyjące w Rwandzie nienawidziły się od dawna i konflikty między nimi wybuchały wcześniej z różną siłą. U podłoża tych konfliktów tkwił bardzo mocno kolonializm europejski, bowiem kolonizatorzy często rządzili zgodnie ze starożytną rzymską zasadą divide et impera.
Dziś już nikt nie jest w stanie dojść, kiedy i gdzie konflikt się zaczął, ani kiedy się skończy. Najbardziej tragiczne jest to, że Tutsi i Hutu to w zasadzie nie są odrębne plemiona. Mówią tym samym językiem. Najbardziej widoczne różnice dotyczą raczej źródła dochodu. Tutsi to przeważnie hodowcy bydła, Hutu utrzymywali się z uprawy ziemi. Historia co prawda pozwala odnaleźć jakieś różnice etniczne w przeszłości, ale dziś są one symboliczne, by nie rzec iluzoryczne.

Kilka miesięcy temu pisałem o historycznych przyczynach, które spowodowały, że poczucie wspólnoty narodowej i patriotyzm w Polsce nie oznaczają tego samego, co w wielu innych krajach. Na jednej ziemi, w tej samej wspólnocie, żyją dwa narody posługujące się tym samym językiem. Dziś ten podział zaznacza się dużo ostrzej i wszystko wskazuje na to, że może skończyć się tragicznie.
Polscy Hutu przeważnie nie utrzymują się dziś z uprawy roli, choć chętnie się powołują na związki z ziemią. Są dość liczną, ale jednak mniejszością, otoczoną od wieków wrogami. Wrogowie to ościenne państwa, z którymi nasz kraj wielokrotnie walczył. W zasadzie nie ma wśród nich przyjaciół. A raczej niektóre są, jeśli trzeba coś zademonstrować wrogom wewnętrznym. Tak więc politycy Hutu udają się czasem na Litwę lub Ukrainę, odwiedzają zdradzieckich Angoli w Wielkiej Brytanii lub umawiają się na coś z tchórzliwymi Żabojadami z Francji. Jednak na zachodzie i na wschodzie widzą głównie wrogów. Z jednej strony wyznają wciąż nierealną ideę Międzymorza, z drugiej leją w pysk każdego, kto obcym językiem gada, będąc w pięknym kraju nad Wisłą. Hutu nie mają stałych świętości. Czczą co prawda Piłsudskiego, jako wybawcę ojczyzny po zaborach, ale zaraz spora część z nich przypomina innym, że był odszczepieńcem, który zdradził religię katolicką, a Bitwę Warszawską to naprawdę wygrała Najświętsza Panienka. Nieco więcej atencji część z nich ma dla Dmowskiego, choć najprawdopodobniej młodsi Hutu mylą go z Hitlerem. Hutu rzadko zdobywali władzę. W czasach najnowszych na krotko udało im się przejąć ster państwowy w 1992 roku, ale chcieli dostać wszystko i sprokurowali nieudolny zamach stanu, który się zaczął i skończył dość dziwacznym przemówieniem premiera Olszewskiego w telewizji. Potem rządzili przez dwa lata od 2005 roku i szybko pokłócili się sami ze sobą. Mają więc poczucie krzywdy. Mają też wewnętrzne przekonanie, że w Smoleńsku był zamach, a jeśli nawet nie było, to i tak Tusk powinien był pójść do więzienia, bo nienawidził prezydenta Kaczyńskiego. Nikt co prawda nie udowodnił, że nienawiść swą siłą astralną powoduje mgłę i ściąga samoloty na ziemię, ale Hutu widzą jakiś związek przyczynowo-skutkowy.
Ostatnich osiem lat rządzili Tutsi. Polscy Tutsi naiwnie myślą, że w Europie mają przyjaciół i sojuszników. To oni zniewolili kraj wprowadzając go do Unii Europejskiej. W zasadzie wystarczy to, by nazwać ich zdrajcami. Tutsi przeważnie nie pochodzą z warstwy rolniczej. Nie są co prawda hodowcami bydła, ale bardzo często imają się rozmaitych podejrzanych zajęć. Bywają prawnikami, lekarzami, inżynierami, nauczycielami… A Hutu dobrze wiedzą, że wykształcenie to pierwszy krok do zdrady, bo przecież w czasie zaborów to ci wykształceni bywali urzędnikami zaborców.
Tutsi niestety mają na sumieniu także inne przewinienia. Przede wszystkim przez wiele lat uważali, że Hutu to garstka oszołomów, która nigdy nie zdobędzie władzy. Byli tak pewni swej siły politycznej, że stali się aroganccy i lekkomyślni. Polityczni przywódcy Tutsi zniechęcili do siebie nawet Tutsi.

Niestety to nie jest tylko satyryczna historyjka. Polscy Hutu dyszą żądzą zemsty za lata – jak im się wydaje – własnych upokorzeń. Władze sprytnie wykorzystują młodych ludzi, by pod pozorem patriotyzmu krzewić ksenofobię, rasizm i antysemityzm. Te organizacje młodzieżowe przenikają do struktur państwowych i stają się coraz silniejsze. Nienawiść, która nie jest w żaden sposób hamowana przez polityków, w końcu wymknie się spod kontroli. O ile Tutsi zgrzeszyli wcześniej lekceważeniem, kpiną i obojętnością, o tyle Hutu nie zadowalają się satysfakcją ze zdobytej władzy. Doskonale zdają sobie sprawę, że objęcie władzy przez ich przedstawicieli nie oznacza zdecydowanej poprawy ich losu. W ich przekonaniu Tutsi to nie część narodu, to „gorszy sort”, to zdrajcy, to odszczepieńcy. Jak mówi wódz Hutu, oni mają ten „gen zdrady narodowej”, więc Hutu marzą o tym, by Tutsi ukarać. Ale jak? Tutsi przeważnie i tak dają sobie radę. Trudno byłoby ich zepchnąć w jakąś otchłań nędzy i rozpaczy, a na dodatek mają czelność zwoływać demonstracje protestacyjne. Jest tylko jeden sposób, by ich ukarać.

W kraju nad Wisłą poleje się krew. Niedługo.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.0/10 (9 votes cast)

W kratkę

Jedno z głównych założeń Unii Europejskiej wyrażone jest mottem „jedność w różnorodności” (In varietate concordia), które zostało przyjęte oficjalnie w 2000 roku. To chyba jedna z najwspanialszych i najmądrzejszych dewiz, jakie można było wybrać dla tak różnorodnego świata, jakim jest Europa. I najważniejsze – to działa.
W 1945 roku, po wkroczeniu wojsk sowieckich na Pomorze, ludność pochodzenia niemieckiego opuściła te tereny. Wśród nich byli rodzice urodzonego w 1945 roku Heinza Radde. Wychowany w Niemczech, a mieszkający dziś w Szwajcarii Radde wracał do miejsca swych narodzin wielokrotnie. Jest autorem strony, która w doskonały sposób pokazuje, jak zasadę różnorodności należy interpretować. Jeśli by ktoś myślał, że Heinz Radde ogranicza się do kultywowania swojego heimatu, do pielęgnowania niemieckiej historii Pomorza, to byłby w błędzie. Heinz również aktywnie wspierał to, co dzieje się obecnie. Podczas jednej z wizyt w Polsce zawiozłem go na występ kaszubskiego zespołu z Tuchomia, który akurat grał i tańczył na autentycznym kaszubskim weselu. Podczas rozmowy okazało się, że jednym z największych problemów są buty. Buty dla tancerzy muszą być wykonywane przez fachowców zgodnie z dawną technologią, a jednocześnie muszą być wygodne, więc nie są tanie. Heinz rozpoczął internetową akcję pod nazwą „shoes for Gzubë” i zebrał sporą sumę, którą następnego roku przekazał zespołowi.

Gzubë w Kłącznie 2000 r.

Gzubë w Kłącznie 2000 r.


Niewielka Holandia jest świetnym przykładem połączenia nowoczesności, europejskiej integracji oraz kultywowania lokalnych tradycji. Fryzowie, którzy mieszkają na północy kraju, mają bardzo daleko posuniętą autonomię, ale nie tylko kultywują swój język i tradycję. Są także otwarci na wszystko, co może przynieść korzyść ich krajowi.
Stylizowana na ludowo katarynka w Leeuwarden

Stylizowana na ludowo katarynka w Leeuwarden


Zaskoczyła mnie otwartość tych ludzi na nowe doświadczenia, gotowość do współpracy i dyskusji. Można ich uznać za wzór umiejętności pogodzenia tradycji z nowoczesnością i tolerancją.
Dwudzieste pierwsze stulecie w zasadzie rozpoczęło się od swoistej eksplozji lokalnych patriotyzmów, które pomagały zjednoczyć ludzi w ich lokalnych działaniach, a które jednocześnie korzystne były dla ich krajów. Wzorcowym wręcz przykładem była dla mnie lokalna społeczność z portugalskiego regionu Ribatejo. W ich działaniach „ręka w rękę” szły: rozwój gospodarczy regionu oraz odnawianie tradycji ludowych, artystycznych, które w konsekwencji przynosiły też zainteresowanie turystów, a tym samym lepsze i nowoczesne życie mieszkańców regionu.
Uliczny występ portugalskiego zespołu ludowego w Tuchomiu.

Uliczny występ portugalskiego zespołu ludowego w Tuchomiu.


Możliwość otrzymania dofinansowania unijnego na projekty utrwalające ten lokalny patriotyzm, to jedna z ważnych preferencji, które można i warto wykorzystać. Łatwo zauważyć, że i u nas głównie na Kaszubach i na Śląsku ludzie potrafili to wykorzystać. Czy kilka lat temu ktoś przypuszczał, ze będzie mógł oglądać kaszubską lub śląską telewizję? Albo, że w każdym komputerze będzie można sobie włączyć kaszubski układ klawiatury pozwalający na swobodne używanie języka kaszubskiego? Nie sposób wymienić wszystkich korzyści, które mamy z życia we wspólnej, ale bardzo różnorodnej Europie. Brałem udział w wielu ciekawych projektach i miałem okazję współpracować z wieloma ludźmi. Dumny jestem z tego, że do tej różnorodnej Europy dołożyłem tez swoją niewielką cegiełkę.
Most pomiędzy Danią i Szwecją

Most pomiędzy Danią i Szwecją


Różnice między nami powinny nas łączyć jak ten – dla mnie symboliczny – most przez cieśninę pomiędzy Kopenhagą a Malmö. Dzięki tym różnicom możemy się nauczyć szanować innych, a także pozbyć się stereotypów w ocenie innych narodowości, bo zauważymy dzięki temu, że ci „inni” różnią si nie tylko od nas, ale i miedzy sobą.
Jako podsumowanie niech posłużą słowa z wiersza księdza Jana Twardowskiego: Tylko my chcemy być wciąż albo albo i jesteśmy na złość stale w kratkę.
Prezes Kaczyński od wielu miesięcy przypomina takiego trochę niezdecydowanego samobójcę, który teraz swymi głupimi uwagami o Ślązakach i Kaszubach wreszcie wykopał sobie taboret spod nóg. On właśnie – jak w wierszu – bardzo chciałby być jednoznaczny, a i tak jest w kratkę. Ta próba negatywnej oceny lokalnych patriotyzmów jest jednocześnie negatywną oceną różnorodności i tradycji, która w każdym regionie Polski jest trochę inna. Inne są zwyczaje, język, strój i kultura, a prezesowi marzy się zunifikowana jednakowa Polska od morza do Tatr, więc mu przypomnę – już to przerabialiśmy w PRL. Być może prezes za tym tęskni, ale większość już nie. Kaczyński swoim paranoicznym „raportem o stanie państwa” pokazał, że myślą tkwi w głębokim komunizmie, a jego narodowo-socjalistyczna Polska z katolickim sznytem istnieje tylko w jego chorej wyobraźni.

PS. Potrzebne jest małe wyjaśnienie do ostatniej ilustracji tego felietonu. Chodziło mi o przykład łączenia czegoś, co w przeszłości bywało bardzo podzielone. Dobrym przykładem byłby też tunel pod kanałem La Manche. Jednak tam nie byłem, a na moście tak. Z tą wycieczką związana jest też anegdotka. Jechałem z córką do Malmö kilka lat temu. Gdy już byliśmy na miejscu i rozpoczynaliśmy biesiadę znajomy naszego gospodarza zapytał mnie „What you want?”, mając na myśli jaki trunek będą spożywał, albowiem mieliśmy ich na stole sporo. Ja myśląc kompletnie o czymś innym odpowiedziałem, że „chciałbym zarabiać w Danii, mieszkać w Szwecji, a podatki płacić w Polsce”. Co prawda takie rozwiązanie byłoby kuszące, bowiem wbrew naszemu mniemaniu nie mamy najwyższych podatków w Europie, ale trudne do wykonania.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.0/10 (5 votes cast)

Polak na zagrodzie

Przodkowie nasi z upodobaniem kiedyś powtarzali porzekadło, że „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Było to krótkie wyrażenie zasady szlacheckiej demokracji, która dawała równe prawa szlachcie nawet biednej, tzw. zagrodowej wobec przedstawicieli wyższych warstw. Jednak wojewoda to była również w dawnej Polsce funkcja. Zatem porzekadło stanowi także wyraz rosnącego w kraju warcholstwa i braku podporządkowania się władzy. Pomijam w tym wywodzie fakt, ze w tamtym czasie mieszczaństwo w Rzeczypospolitej większości praw nie miało, a chłopstwo nie miało praw żadnych (lub prawie żadnych).
Rzecz działa się w Polsce przedrozbiorowej w wieku XVII i XVIII. Bardziej zacofana społecznie była już chyba tylko Rosja, gdzie car był absolutnym „dzierżymordą”. W Europie zaczynały się dokonywać przemiany społeczne. Katolicyzm przestał być religią dominującą, a do głosu doszedł protestantyzm w rozmaitych barwach, który nie zabraniał zdobywać bogactwa, ale też cenił sumienną pracę i umiejętność życia w społeczności. Władza w państwach europejskich zaczęła się robić silna, ale jednocześnie poddana pewnym regułom. Jeśli przechodziła w stronę absolutyzmu – kończyła na szafocie jak podczas Rewolucji Francuskiej lub wcześniej w Anglii (ścięcie króla i regencja Cromwella). Nie mówimy rzecz jasna o demokracji. Generalnie rządzili królowie i książęta w oparciu o liczną warstwę uprzywilejowaną, ale władza podlegała ograniczeniom. W Polsce zaś władza stawała się coraz słabsza. Mieliśmy królów elekcyjnych, którzy nadawali coraz to nowe przywileje szlachcie. Państwo przez to stawało się słabsze. Poszczególne grupy arystokracji starały się trzymać wzajemnie w szachu i w ten sposób osłabiały władzę centralną. Na dodatek religią panującą był coraz mniej tolerancyjny katolicyzm, w którym „prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogacz dostanie się do królestwa bożego”, zatem bieda nie była wstydliwa, a bogactwo co do zasady bywało podejrzane. Rzecz jasna nie dotyczyło to dóbr ziemskich dziedziczonych, ani łupów zdobytych na wojnie. Podejrzliwością było otoczone dorabianie się. Etos szlachecki wręcz zabraniał zajmowania się jakąś działalnością inną poza byciem właścicielem ziemskim.
Tylko w Polsce co jakiś czas odbywały się wybory, czyli wolne elekcje, zwyczajowo brała w nich udział szlachta i wtedy właśnie te gromady szlacheckich „gołodupców” stawały się ważne. To te masy biedoty starali się przekupić zwolennicy przyszłego króla, to im wmawiano, że są ważni i nie gorsi od ważnych osobistości. W innych krajach władza się raczej umacniała, także przez stanowione prawo, u nas władza słabła i osłabiała państwo. Szlachcic na zagrodzie coraz częściej ani myślał podporządkować się komukolwiek.
Ostatnio zirytowałem się czytając informację, jak to w Zielonej Gorze na osiedlowej ulicy nie można położyć asfaltowej jezdni i chodnika. Miasto chce odkupić około 170 metrów z ponad 1,5 hektarowej działki, ponieważ przylega ona do ulicy i potrzebny jest teren do zmieszczenia tam jezdni i chodnika. Jednak właścicielka się nie zgadza. Miasto zatem próbuje działkę o charakterze budowlanym przekształcić w sporej części w rolną, żeby łatwiej dokonać wywłaszczenia, ale przegrywa w kolejnych sądach. Sprawa ciągnie się siedem lat. Zatem nie jest to zależne od partii, która sprawuje władze w kraju lub w mieście.
Ludzie brną po kolana w błocie, a drogi wciąż nie ma. Czterdzieści lat temu, gdy właścicielka działki zaczynała tam mieszkać to było przedmieście, dziś mieszka tam wielu ludzi. Uzasadnienie właścicielki jest takie, że to „jej cały majątek, więc nie odda ani kawałka”.
Niedawno głośna była sprawa budowy zjazdu z autostrady pod Wrocławiem. Historia podobna. Problemy z wywłaszczeniem, ponieważ właściciel nie zgadzał się na proponowane odszkodowanie. W zielonej Górze jednak nie ma mowy o pieniądzach, jest tylko „nie, bo nie”.
Podczas ubiegłorocznej powodzi padło pytanie, dlaczego znów zalane zostało wrocławskie osiedle mieszkaniowe, skoro już po powodzi w 1997 podjęto decyzję o budowie wałów przeciwpowodziowych. Okazało się, ze zgody nie wyrazili właściciele położonych nad rzeką ogródków działkowych. Im zalane raz na kilkanaście lat ogródki nie przeszkadzały. Wał tak.
Mając mieszkanie też kilkakrotnie zetknąłem się z postawą skrajnie obojętną, żeby nie powiedzieć z wrogą, wobec tego, co jest w budynku własnością wspólną. Do pewnego momentu nie sposób było ruszyć z z pewnymi remontami, bo jakaś pani potrafiła powiedzieć „a ja z piwnicy nie korzystam, więc po co naprawiać tam światło”.
A wszystko to dzieje się w myśl wiecznie żywego porzekadła „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Co prawda dziś już nie szlachcic, ale po prostu Polak. W niedawnej historii mamy piękne przykłady wspólnego działania dla dobra całego społeczeństwa, które doprowadziły w końcu do odzyskania niezależności i demokracji. Jednak to, co w naszych polskich genach jest dominujące to płytki jednostkowy i bardzo krótkowzroczny egoizm wobec dobra wspólnego znany jako postawa „moja chata z kraja”. I tak mamy piękne mieszkania, zadbane w najdrobniejszych szczegółach łącznie z pięknymi i bogatymi drzwiami wejściowymi, za którymi już są slamsy klatki schodowej, brud, zniszczenie – bo to nie moje. Dopóki w naszym kraju nie stanie się powszechne dbanie o wartość wspólną właśnie dlatego, że jest wspólna, tak długo będziemy bez pudła potrafili odróżnić nasz kraj od jakiejś Holandii, Danii, czy Anglii. Po brudzie, bałaganie i zaniedbaniu.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.3/10 (11 votes cast)

Na czerwonym

Od czasu do czasu pojawiają się dyskusje na temat obowiązujących przepisów drogowych. Niedawno fala takich dyskusji przetoczyła się przez polski internet i media. Dlaczego nie można przejść przez skrzyżowanie na czerwonym świetle, jeśli skrzyżowanie jest puste? Pojawiały się przykłady, jak to w pobliskiej bramie – niewidoczny po zmierzchu – czatuje policjant lub strażnik miejski. Pieszy rozgląda się, widzi puste skrzyżowanie, więc przechodzi – po co ma czekać kilka minut na zmianę świateł – a tu nagle pojawia się „władza” i przedstawia „propozycję nie do odrzucenia”. Pyta się więc biedny polski pieszy: gdzie tu sens, gdzie niebezpieczeństwo, gdzie zagrożenie w ruchu drogowym? W takim na przykład Londynie każdy przechodzi na czerwonym, jeśli nic nie jedzie – mówi mój kolega (londyńczyk od wielu lat). Dlaczego nie u nas?
Wyobraźmy sobie, że na początek wprowadzamy niepisany zwyczaj bezkarnego przechodzenia na czerwonym, jeśli nic nie jedzie. Wkrótce potem okazuje się, że „nic nie jedzie” to dość względne pojęcie. Dla jednych będzie to „nic w zasięgu wzroku”, dla innych „nic w odległości stu metrów”, a jeszcze innych „jeszcze zdążę”. Przy czym to sto metrów będzie bardzo płynne i subiektywne, a „jeszcze zdążę” pozostaje poza logiką normalnego człowieka. Skutkiem zapewne byłyby z jednej strony wypadki, a z drugiej znaczne spowolnienie ruchu, bo w polskiej rzeczywistości kierowca ma problem zawsze, nawet gdy ewidentnie pijany pieszy wtargnie na drogę poza pasami. Kierowcy zaczną się bać, bo oto nie będzie już miejsca wolnego od nagłych wtargnięć pieszych.
Natomiast pojawi się silny ruch wśród jeżdżących wszelkimi pojazdami od rowerów po tiry. Dlaczego nie można przejechać przez skrzyżowanie „na czerwonym”, jeśli skrzyżowanie jest puste? Przecież nieraz trzeba zmarnować na tym pustym skrzyżowaniu aż trzy minuty, a może więcej. Jeśli na to pozwolimy, a przecież już pozwoliliśmy pieszym, to zacznie się „wolna amerykanka” i światła na skrzyżowaniach możemy całkowicie polikwidować.
Skąd taka czarna wersja rzeczywistości?
23 stycznia 2008 roku miała miejsce znacząca katastrofa lotnicza. Do jej przyczyn zaliczono nieprzestrzeganie procedur podczas lotu bez widoczności ziemi. Piloci źle współpracowali, nie mieli doświadczenia, lotnisko nie miało działającego systemu ILS. Cytat z wikipedii: Komisja z uwagi na wielość czynników mających wpływ na wydarzenie się katastrofy oraz okoliczności sprzyjających do jej zaistnienia zakwalifikowała zdarzenie lotnicze do niewłaściwej organizacji lotów oraz niewłaściwej organizacji szkolenia lotniczego w 13. Eskadrze Lotnictwa Transportowego wynikających z wykonywania przez załogę zadań lotniczych w sposób i w warunkach nieodpowiadających poziomowi ich wyszkolenia oraz z powodu niedoskonałości przepisów normujących ten proces. Po tym wypadku zaczęto wdrażać procedury mające zmienić sytuację w lotnictwie. Osobą odpowiedzialną był generał Błasik, który pozostał na swym stanowisku dowódcy wojsk lotniczych tylko ze względu na zdecydowane poparcie Lecha Kaczyńskiego.
10 kwietnia 2010 roku po ponad dwóch latach doszło do podobnej katastrofy w Smoleńsku. Podobnej dlatego, ze znów mieliśmy do czynienia z nie dość skuteczną współpracą załogi i jej niedostatecznym przygotowaniem. Oprócz kapitana nikt nie znał dostatecznie rosyjskiego, a lecieli do Rosji. Piloci mieli niewielkie doświadczenie, jak na tak poważny lot, a nawigator miał zaledwie 26 godzin spędzonych w tym typie samolotu. W kokpicie przebywał dowódca – generał Błasik – który złamał wszelkie możliwe procedury, a miał je wprowadzać. Po pierwsze nie powinien tam przebywać, po drugie – wywierać nacisków na pilotów. Zawartość alkoholu we krwi nie ma tu większego znaczenia, choć w tej sytuacji rzuca dodatkowe niekorzystne światło na postać dowódcy. Polityczna presja na wylądowanie w Smoleńsku i w miarę punktualne rozpoczęcie uroczystości w Katyniu była ogromna. Rola generała niestety niekorzystna.
Do tego dochodzą skrajnie niekorzystne warunki atmosferyczne i brak widoczności ziemi – podobnie jak poprzednio. Piloci podejmują ryzyko zejścia do minimum dla lotniska – 100 m. Przekraczają tym samym minimum dla samolotu, podchodzą na tzw automacie, co jest możliwe wyłącznie na lotniskach wyposażonych w ILS. Popełniają błąd za błędem i kończy się to tragicznie.
Od początku wiadomo i mówią o tym wszyscy fachowcy: bez względu na konsekwencje powinni od razu lecieć na lotnisko zapasowe. Potem okazuje się, ze o fatalnej pogodzie wiedziano wcześniej, więc decyzję o lądowaniu na zapasowym lotnisku można było podjąć wcześniej. Prawdopodobnie ambasada w Mińsku liczyła się z taką możliwością, zawiadomiona przez MSZ. Jest wiele jeszcze znaków zapytania i niejasności, ale ogólnie wiadomo, ze wszelkie okoliczności mają status dodatkowych i nie byłyby czynnikami ostatecznymi same w sobie.
Tymczasem co się dzieje w Polsce? Narasta ogólnonarodowa histeria pod hasłem „brońmy polskiego honoru przed ruskimi”. Jeden z sondaży pokazuje, że ponad 50% respondentów ni stąd ni zowąd uważa raport MAK za fałszywy w całości. Nawet wśród swoich znajomych i wydawałoby się rozsądnych osób znajduję takich, którzy mówią „nie możemy się dać poniżać i ośmieszać”.
Przed przylotem rządowego tupolewa na smoleńskim lotnisku usiłował wylądować rosyjski samolot z żołnierzami, którzy mieli zabezpieczać wizytę polskiego prezydenta. Nie udało mu się, choć próba była dość ryzykowna i podchodził do lądowania dwa razy. Potem polski jak-40 wylądował wbrew zaleceniom kontrolera i praktycznie bez komunikacji z nim. Nagle w obliczu raportu MAK wszyscy o tym zapomnieli. O słynnym: ogólnie rzecz biorąc tutaj pizda jest. Widać jakieś 400 metrów około /…/ możecie próbować jak najbardziej. Czy ten pilot poniósł jakieś konsekwencje swej brawurowej ułańskiej fantazji? Naraził życie pasażerów. Tylko jakoś o tej oczywistej głupocie nie mówimy, a zajmujemy się obroną honoru żołnierza.
Jednak sedno sprawy tkwi gdzie indziej. 26 kwietnia 2010 roku, dwa tygodnie po katastrofie smoleńskiej, gdy cała polska mówiła o błędach załogi o fatalnym końcu nieprzestrzegania procedur, następni piloci powtórzyli identyczny manewr. Na lotnisku w Bydgoszczy wylądowali pomimo tego, że lotnisko było nieczynne, a na wieży nie było kontrolerów. Przylecieli po ministra Sikorskiego. Piloci wiedzieli, że lotnisko jest zamknięte. Nie wiem, czy minister o tym wiedział, ale należałoby to wyjaśnić.
Związek pomiędzy przechodzeniem na czerwonym świetle, a katastrofami lotniczymi jest wbrew pozorom jasny. To nie polityka decyduje o narodowym charakterze Polaków. Polityka jest tylko tego charakteru odzwierciedleniem. W naszym kraju – póki co – nie jest możliwe powierzenie czegokolwiek rozsądkowi użytkowników dróg, ani lotnisk. Tego rozsądku nie ma, więc konieczne są precyzyjne i restrykcyjne przepisy takie, by łamiący je pilot, kierowca, czy pieszy nie miał nawet cienia wątpliwości, że je łamie. Jeśli pieszy przejdzie na czerwonym świetle przez jezdnię, należy go ukarać wysokim mandatem, bo następnym razem jako kierowca przejedzie na czerwonym świetle, a jeśli jest pilotem – będzie lądował w gęstej mgle, choć ogólnie pizda jest.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.9/10 (8 votes cast)

Drzwi od stodoły

Bon mot o polskich pilotach, którzy polecą nawet „na drzwiach od stodoły” dziwnie jakoś sprzągł się ze smoleńską katastrofą. Oddaje on i brawurę i beztroskę, jednym słowem cały zespół cech przynależnych polskiej nacji, jako charakterystyczne. Podczas Bitwy o Anglię najbardziej znani stali się polscy piloci, o których Arkady Fiedler napisał świetną książkę. Jednak wśród światowych asów wojskowego lotnictwa nie ma polskich pilotów na pierwszych miejscach. Przyczyna jest bardzo prosta – nie dożyli momentu, gdy mogli się stać asami. Spośród wielu wyróżniali się walecznością i zapałem, ale dowództwo brytyjskie przyprawiali o zawrót głowy notorycznym łamaniem procedur oraz niesubordynacją.
Jak widać dzisiejsi piloci dorównują tym z czasów wojny. Tylko tamci nie mieli setki pasażerów na pokładzie. Nad lotniskiem w Smoleńsku polscy piloci braki w szkoleniu nadrabiali brawurą. Także piloci lądującego wcześniej Jaka-40. Chociaż pilot Jaka-40 mówi, ze „ogólnie to tutaj pizda jest”, ale po chwili dodaje „próbować możecie jak najbardziej”. Na stronie Agencji Lotniczej Altair Edward Margański pisze bezpośrednio pod adresem tego pilota: Panie Poruczniku, oraz ci którzy takich jak Pan wychowali i akceptowali. Pan grzeszy. Pan powinien mieć wyrzuty sumienia do końca życia. Ten pilot też był jedną małą cegiełką budującą przyczyny katastrofy. To nie on ją spowodował, ale powinien ponieść odpowiedzialność za lądowanie wbrew procedurom i narażenie życia pasażerów. Oczywiście można do tego dodać kiepskie przygotowanie drugiego pilota i zaledwie 26 godzin wylatanych na TU-154. To tak jak kierowca tuż po egzaminie, któremu dajemy nowy dla niego typ autobusu i wysyłamy w daleką trasę. Do tego nawigator, który nie znał rosyjskiego i popełniał szkolne wręcz błędy. Pierwszy pilot, który leciał nie wiadomo czemu na tzw automatycznym ciągu silników, pomimo ze na lotnisku nie było ILS. Leci za szybko. Ignoruje alarm TAWS. Do tego wszystkiego mamy generała Błasika – nieważne, czy z promilami czy bez – który przygląda się i nie zakazuje tej tragifarsy. Mamy dziś problem z uczuciami rodzin pilotów, urażonymi ambicjami żon, dzieci i rodziców. Mamy też w tle prezydenta Kaczyńskiego i wiszącą w tle awanturę, wręcz skandal, gdyby samolot miał zawrócić do Mińska. Analizę przyczyn wypadku przeprowadzałem już wcześniej. Tak jak rzekłem, tych „cegiełek” budujących katastrofę jest wiele. Jednak wszystkie inne przyczyny nie miałyby żadnego znaczenia, gdyby nie to brawurowe łamanie procedur.
Może drzwi od stodoły byłyby właściwszym przyrządem.
Jesteśmy – my Polacy – bardzo dumną ze swoich dokonań nacją. Umiejętności polskich pilotów stały się legendą dzięki książce Fiedlera. Również ich odwaga. Tylko ta legenda, jak każda, zawiera ziarenko prawdy – nie samą prawdę. Trudno nam się pogodzić z tym, że piloci byli słabo wyszkoleni. To właśnie minister Szczygło (który zginął w tej katastrofie) zakończył szkolenia na symulatorach. Dla oszczędności? Czy dlatego, że ten rząd nie lubił Rosjan? Dziś trudno nam pogodzić się z upadkiem mitu o wspaniałych polskich pilotach, którzy polecą nawet na „drzwiach od stodoły”. W ten sposób usprawiedliwiona się staje teza o zamachu. Bo przecież niemożliwe, żeby nasi najwspanialsi na świecie chłopcy popełniali takie błędy. Zatem sprowadzamy sprawę ad absurdum, byle tylko zachować godność i spokój.
Pojawia się mecenas Dubieniecki, który z powagą godną lepszej sprawy oznajmia, że „nie ma dowodu na to, że mgła była naturalna”. Drugi pełnomocnik, mecenas Rogalski jest zdania, że na wieży kontrolnej w smoleńsku był Putin lub Miedwiediew: Nie doszło do ujawnienia kompromitujących rozmów, które odbyły się w wieży. Pojawiły się tam prawdopodobnie wysoko postawione osoby, być może pojawił się tam prezydent lub premier, który nakazał nie zakazywać lądowania .
Jednym słowem festiwal kretynizmu w wykonaniu ludzi, którzy z racji swego zawodu powinni być wzorem opanowania i logiki. Czy można zatem się dziwić pani, która do kamery wygłasza brednie na temat bomby wolumetrycznej, która wybuchając zostawia ludzi bez ubrań, a według niej ta bomba rozsadziła samolot. Czy mamy dowody, że taka bomba nie wybuchła w samolocie? Ha! Nie mamy! No to co? W takim razie przyjmujemy, że wybuchła. Winni będą ci przeklęci Ruscy, a nie nasi wspaniali chłopcy.
Jakiś czas temu dyskutował ze mną znajomy, który zapytał mnie o dowód na nieistnienie boga. Skoro dowodu nie ma, to znaczy, że bóg istnieje orzekł i zakończył dyskusję z poczuciem zwycięstwa. Tak i dziś odbywają się dyskusje o katastrofie. Skoro nie ma dowodu, że nie wybuchła tam jakaś tajemnicza bomba o nowej nieznanej wojskowym nazwie, to znaczy – wybuchła. Nie ma dowodu na to, że Ruscy są niewinni – znaczy winni. Czy jest dowód na to, że Putina lub Miedwiediewa nie było na wieży kontrolnej w Smoleńsku? No właśnie. Chce się krzyknąć: Czy jest na sali lekarz (psychiatra)?
Czy jest jakiś niezbity dowód, ze Belfer istnieje? No właśnie. Lepiej się od razu przyznam, że mnie nie ma i że wymyślili mnie Ruscy na potrzeby swojej propagandy. Baj baj.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.9/10 (10 votes cast)

Zły to ptak

Należę do pokolenia powojennego, ale w mojej świadomości wojna nie była wydarzeniem historycznym, tylko czymś realnym, prawdziwym, bliskim. Wszyscy ludzie z pokolenia moich rodziców przeżyli wojnę, wojna była widoczna tuż obok. Dziury po kulach w ścianach domów, zabawy chłopców w ruinach – to była codzienność dzieciństwa*.
Ojciec kolegi opowiadał o głodzie w obozie Stutthof. Ciotka o tym jak ukrywano się, gdy Rosjanie „wyzwalali” Polskę. Inny znajomy dorosły o wędrówce kanałami podczas Powstania Warszawskiego. To jeszcze wtedy nie byli staruszkowie nad grobem, tylko zwyczajni ludzie koło pięćdziesiątki. Nauczyciele, lekarze, inżynierowie, kierowcy autobusów. To był taki niesamowity dysonans dla nas – smarkaczy. Z jednej strony zwyczajny pracujący człowiek, a w tle wojna.
Interesowałem się wojną od małego, a w wieku lat czternastu wiedziałem także to, o czym w ówczesnej Polsce prawie nie mówiono. O Żydach w przedwojennej Polsce opowiadał mi ojciec, babcia… Oficjalna historia twierdziła, że Polacy pomagali Żydom. Ale też pomniejszano fakt holokaustu. Wielu moich kolegów po lekcjach historii miało wrażenie, że w Oświęcimiu zginęli głównie Polacy.
Wiedza o zagładzie Żydów zaczęła stawać się powszechna dopiero w latach osiemdziesiątych za sprawą publikacji z drugiego obiegu, a także częściowo ówczesnej oficjalnej prasie opozycyjnej**.
Wówczas też zaczęło do świadomości społecznej docierać, że w czasach wojny nie byliśmy tylko narodem bohaterów, ale też narodem szpicli i szmalcowników. To był dobry moment na narodowy rachunek sumienia.
To prawda, że wśród Polaków jest najwięcej odznaczonych medalem „Sprawiedliwy wśród narodów świata”. To prawda, że za ukrywanie Żydów i pomaganie im groziła śmierć. To prawda, że bycie człowiekiem kosztowało więcej.
Jednak, oprócz pomagających Żydom ludzi i organizacji, był też powszechny – szczególnie na wschodzie – antysemityzm. Powszechne przyzwolenie, nie na zabijanie, ale na donoszenie, na denuncjowanie ukrywających się osób narodowości żydowskiej. Dobrze się stało, że w naszej polityce znalazło się miejsce na oficjalne gesty i przeprosiny. Dobrze, że historycy drążą ten temat i powstają książki, które boleśnie mówią nam prawdę o nas samych. Nie zapominajmy, że jesteśmy dziś jedynym krajem na świecie, w którym istnieje silny antysemityzm przy praktycznym braku Żydów. Słowo Żyd w potocznym języku polskim jest obelgą.
Dziś obejrzałem program Tomasza Lisa, w którym rozmawiano o nowej książce Grossa, a dokładniej o stosunku Polaków do Żydów w czasie wojny i po niej. Być może książka Grossa jest prowokacyjna, przerysowana i tendencyjna. Jednak polscy naukowcy potwierdzają wiele faktów, o których on opowiada. Zresztą – nie trzeba być historykiem, by wiedzieć o pogromie kieleckim. Sensem tej audycji była chęć zwrócenia uwagi na ten trudny problem, zmierzenia się z historią. Jak zgrzyt żelaza po szkle brzmiał w niej głos posła Girzyńskiego z PiS i historyka IPNu – Gontarczyka. Dla tych dwóch wszystko, co zdejmuje aureolę z głowy narodu polskiego jest działaniem antypolskim, godzącym w suwerenność patriotyzm i wiarę. Dla nich jest tylko jedna wizja Polski, a jeśli fakty do niej nie pasują, to źle dla faktów. Nie ten ptak zły, co własne gniazdo kala, lecz ten, co mówić o nim nie pozwala. Chylę głowę przed Norwidem.

* Piszę o tym w części prywatnej blogu.
** Mam na myśli głównie Tygodnik Powszechny, Tygodnik Solidarność i miesięcznik Res Publica.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Sprawiedliwości nie będzie

Strefa wpływów Stalina ustalona jako wynik wojny obejmowała kraje Europy wschodniej od pasa nadbałtyckiego po kraje bałkańskie. Litwę. Łotwę i Estonię dyktator bez skrupułów wcielił w składa Związku Radzieckiego, zaś pozostałe od Polski po Bułgarię stały się częścią komunistycznej wizji Europy, jaką wyobrażali sobie spadkobiercy intelektualni Marksa i Lenina.
Temat jest bardzo szeroki – można sporo dyskutować o zmianach w samym obozie socjalistycznym,oderwaniu się Jugosławii i Albanii, o możliwych scenariuszach komunistycznych we Włoszech, Grecji lub Francji. Jednak tym razem chcę się skupić na zagadnieniu jednostkowym – protestach społecznych.
Pierwszy z nich miał miejsce w 1953 roku w NRD (część Niemiec pod rosyjską okupacją). Został krwawo stłumiony, życie straciło kilkaset osób. Ten protest odebrał Niemcom ze wschodu ochotę bunt przez wszystkie kolejne lata. Przede wszystkim zapewne dlatego, ze za siłami policyjnymi samego NRD stała ogromna armia radziecka.
Trzy lata później do buntu doszło w Polsce i na Węgrzech. Rewolucja węgierska została krwawo stłumiona siłami rosyjskimi. W Polsce tzw. poznański czerwiec został stłumiony siłami własnymi komunistów polskich.
Psychika człowieka jest tak skonstruowana, że zwykle w sytuacjach konfliktowych woli się wycofać. Tak w gruncie rzeczy reaguje większość z nas. Jednak komuniści wprowadzając zmiany w krajach podległych Związkowi Radzieckiemu, nie kierowali się żadnymi zasadami logiki. Nie brali tez pod uwagę podstawowych zasad polityki społecznej. W Polsce przymusowe próby kolektywizacji oraz tzw. bitwa o handel, która miała właściwie zlikwidować handel prywatny, a także podnoszenie norm pracy i postawienie wyłącznie na rozwój przemysłu ciężkiego przydatnego w zbrojeniach spowodowały braki w zaopatrzeniu w podstawowe nawet artykuły pierwszej potrzeby. Ludziom zaglądał w oczy głód. Zapowiedź podwyżek cen postawiła Polaków pod ścianą. Wcześniejsze strajki w miastach niemieckich miały podobne podłoże. Zniszczone przez wojnę kraje nie były w stanie oddawać takiej daniny, jakiej życzył sobie Związek Radziecki.
Później w roku 1970, gdy Polacy zbuntowali się po raz kolejny, przyczyny pierwotne były takie same. W gruncie rzeczy można te strajki porównać do dziewiętnastowiecznych strajków robotniczych. Tym razem robotnicy protestowali przeciw rządowemu kapitaliście. Państwo było właścicielem wszystkiego i narzucało swoje rozwiązania. Zatem bunt był przeciw państwu. Państwo – dodajmy, nominalnie socjalistyczne – zachowało się również jak dziewiętnastowieczny kapitalista i wezwało siły zbrojne, które zaczęły strzelać od robotników.
Dla większości ludzi był to koniec jakichkolwiek złudzeń, jeśli jeszcze je mieli. Wcześniej w 1968 podobną sytuację przeżyła Czechosłowacja. Z tym, że tamtejsi komuniści byli za mało komunistyczni i postanowili zreformować swój kraj, co rzecz jasna nie podobało się Związkowi Radzieckiemu. Rewolucję naszych południowych sąsiadów tłumili wszyscy solidarnie – wojska tzw. Układu Warszawskiego.
Wbrew oficjalnej propagandzie robotnicy nie byli nikim ważnym w państwach socjalistycznych. Państwo o ideologii komunistycznej zawłaszczyło wszystko i mieliśmy do czynienia ze swoistym rodzajem kapitalizmu państwowego zorientowanego głownie na zbrojenia. W konsekwencji ten system bazował na niedostatku i reglamentowaniu dóbr, którymi można było zachęcać jednostki do lepszego sprawowania kontroli nad masami. Do skutecznego sprawowania takiej kontroli wystarczy około 20% populacji – ludzi, którzy żyją lepiej, dostatniej niż inni. To sprawdzony mechanizm wszystkich reżimów i dyktatur. Nie chodzi tu wcale o samych tylko funkcjonariuszy reżimu – o milicję, wojsko i aparat partyjny, istotna jest możliwość udzielania przywilejów osobnikom, którzy okażą się przydatni lub posłuszni w określonych sytuacjach.
W grudniu 1970 zginęło kilkadziesiąt osób, ponad tysiąc zostało rannych. Dziś możemy jedynie pamiętać o tych ofiarach. Winni dziś już przeważnie nie żyją. Rozkaz strzelania do demonstrantów i strajkujących wydał w grudniu 1970 roku Władysław Gomułka. Jedyny jeszcze żyjący przedstawiciel władz z tamtego okresu to Wojciech Jaruzelski. Jednak nawet jeśli uznamy jego pełną odpowiedzialność za wydanie rozkazu, to nie on strzelał. Ktoś te rozkazy wykonywał na bardzo różnych szczeblach. Także „zwyczajni” żołnierze lub milicjanci, którzy „tylko wykonywali rozkazy”. Podobieństwo do hitlerowskich Niemiec i osądzania zbrodniarzy jest oczywiste. Wykonywanie przestępczych rozkazów nie uwalnia od winy.
Pamiętajmy jednak, że hitlerowskich zbrodniarzy rozliczano tuż po wojnie, a i tak nie rozliczono wszystkich. Uczestników morderstw w Szczecinie, Gdańsku i Gdyni można było próbować pociągnąć do odpowiedzialności najwcześniej po 20 latach. Już wtedy trudno było zrekonstruować wszystkie wydarzenia. Do dziś niewielu winnych zostało ukaranych. I tak już zostanie. Sprawiedliwość po 40 latach przestaje być sprawiedliwością.
W Chile Augusto Pinochet dokonał zamachu stanu w 1973 roku, władzę oddał po po kolejnych siedemnastu latach. W wyniku jego działań śmierć poniosły tysiące ludzi, kilkadziesiąt tysięcy było torturowanych, więzionych bez sądu, maltretowanych całymi latami. Niestety, ani sam Pinochet, ani większość jego ludzi nie ponieśli kary.
Tak już jest, że sprawiedliwość to tylko ideał do którego dążymy. W realnym świecie rzadko się nam to udaje. Pamiętajmy dziś o ofiarach, pamiętajmy, że ci ludzie położyli swą śmiercią cegiełkę do dzisiejszej wolności i demokracji. Nie szukajmy zemsty. Pamiętajmy o przeszłości, ale patrzmy w przyszłość.


Powyższy tekst powstał jako dopełnienie moich prywatnych wspomnień o grudniu 1970.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.5/10 (2 votes cast)

Królestwo Polnych Wolaków

Psychologia to bardzo ciekawa dziedzina. Niegdyś się nią pasjonowałem. Jeden z moich licealnych kolegów, nawet skończył studia w tym kierunku. Jak plotka głosi, aby poradzić sobie z własną pokręconą psychiką. Moja psychika zapewne była nie mniej pokręcona, ale zainteresowanie psychologią traktuję raczej hobbystycznie.
Chwilami jednak żałuję, że nie kończyłem studiów psychologicznych. Gdy obserwuję zachowanie części polityków oraz ich wyznawców, to myślę sobie, że miałbym świetny materiał na pracę doktorską i habilitacyjną. Jako psycholog kliniczny mógłbym liczyć na bardzo interesujących pacjentów.
Jarosław Marek Rymkiewicz dotychczas był mi znany jako tłumacz, jako autor wierszy, z których kilka znalazło się w podręcznikach szkolnych i powieści, których nie czytałem. Teraz pan Rymkiewicz zadebiutował jako Wernyhora. Pewne symptomy schorzenia pojawiły się wcześniej, gdy zaczął tworzyć dzieła takie, jak wiersz „Do Jarosława Kaczyńskiego”. Cóż, Nobla literackiego nie dostanie, ale bilet wstępu na zwiedzanie krypty wawelskiej powinien.
Rymkiewicz postanowił wieszczyć przyszłość jak znany nam już swojski Wernyhora, jak Nostradamus, ba nawet Pytia Delficka. Przeczytałem ostatnio, że Jarosław Kaczyński i PiS istnieją po to, żeby przechować wartości i odbudować Królestwo Wolnych Polaków. Czeka nas długa, bardzo długa droga do niepodległości – będziemy do niej szli może pięćdziesiąt, a może sto lat. Zapewne niepodległą Polskę wybuduje więc któryś z jego następców. – stwierdza dalej Wieszcz. I na koniec, żeby już dobić czytelnika dodaje: Kto szkodzi Prawu i Sprawiedliwości, ten szkodzi niepodległości Polski.
Taki wieszcz to gratka dla psychologa lub psychiatry, ale dla mnie – literaturoznawcy – to tylko śmieszne i epigońskie popłuczyny po romantyzmie. Mickiewicz, póki pisał dobrą literaturę, zasługiwał na poważne traktowanie. Gdy się jednak skumał z Towiańskim i się chłopaki czegoś „najarali”, to zrobił z siebie idiotę i ideę przywództwa duchowego ośmieszył. Rymkiewiczowi wróżę jeszcze gorzej. Tym gorzej, że do Mickiewicza to mu daleko.
Można snuć refleksje o odcieniach polskiego patriotyzmu, można się zastanawiać nad odcieniami politycznymi, można się spierać i kłócić na rozmaite tematy. Jeśli jednak ktoś dziś kwestionuje istnienie niepodległej Polski to jest albo szaleńcem, albo też kimś niesłychanie groźnym. Kimś, kto gotów jest do wszystkiego, by swoją wizję Polski zrealizować. Kimś, kto gotów jest unicestwić wszystkich, którzy z taką wizją się nie zgadzają. Kimś, kto szczęśliwy będzie tylko w takiej Polsce, w której wszyscy będą myśleć tak samo.
W obydwu wypadkach mamy do czynienia z wariatem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)