Fatum narodowe

Czerwona łuna z daleka zwiastowała nadejście nacjonalistycznego marszu patriotycznego. Cóż za ironia losu. To w całym kraju nigdzie nie było białych rac? Jakże ta czerwona łuna szydzi z bohaterskich okrzyków: „white power” i „biała dumna Polska”. Wyłączyłem telewizor, ciężko przecież oglądać takie upokorzenie.
Postanowiłem posłuchać muzyki. Włączyłem Pierwszy koncert fortepianowy Fryderyka Chopina. Najlepsze wykonanie wszech czasów – grał Artur Rubinstein. A moje myśli znów poszybowały ku patriotycznym bohaterom dzisiejszych telewizyjnych doniesień. Cóż oni by powiedzieli na to, że symbolem polskiej sztuki na świecie jest rachityczny chudzielec francuskiego pochodzenia. Który, jak by było mało wstydu tej francuszczyzny, gził się na Majorce z babą, co się za chłopa przebierała, klęła jak szewc i w ogóle nie nadawała się na cnotliwą Matkę Polkę. A na pośmiewisko całego świata wystawia nas fakt, że najlepsze wykonania tegoż sfrancuziałego chuderlaka są dziełem Żyda! To dopiero wstyd. Jakieś fatum ciąży nad tą naszą ojczyzną.

Musiałem później zajrzeć do słownika, aby sprawdzić dawniejsze znaczenie pewnego słowa. Był to – a jakże – słownik pod redakcją Arcta. Cóż to za niepolskie nazwisko. Na dodatek to był ewangelik. A na domiar złego autorem pierwszego słownika języka polskiego, jaki w ogóle powstał, był – tfu! wybaczcie to słowo – syn imigranta ze Szwecji. Niejaki Linde. Dobrze przynajmniej, że ci co szkodzili krajowi mieli czyste polskie nazwiska… Branicki, Radziejowski, Szczęsny Potocki, Ożarowski… Niedługo do panteonu dołączy Kaczyński. Stuprocentowi Polacy, tacy biali i słowiańscy.

Nie pójdę nigdy na marsz narodowców i młodzeży weszpolskiej. Moja krew, muszę to wyznać, też skażona. Pradziadek ożenił się z pół-Niemką, dziadek z pół-Węgierką, zaś rodzina mamy pochodziła z Pomorza co oznacza, że byli narodowościowo kompletnie wymieszani. Wszyscy przecież wiedzą, co oznacza dziadek z Wermachtu. Taki to ze mnie mischling. A na dodatek lewak. Posłucham sobie Chopina. Może mazurki?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Ciemność widzę

W 2015 roku, gdy nadzieje pisowskiego ludu powoli stawały się faktem, w pewnym gimnazjum niedaleko Pabianic młodzież szkolna zrobiła wystawę o dyskryminacji (ze względu na wyznanie, kolor skóry i orientację seksualną). Gdy okazało się, że wystawa nie podoba się wójtowi i narodowcom z ONR, a Radio Maryja oskarżyło szkołę o promowanie dewiacji, dyrektor kazał wystawę natychmiast usunąć. Obecnie nauczycielka tej samej szkoły skrytykowała na Facebooku (prywatnie) ONR, a potem szybko przeprosiła narodowców, przypuszczalnie pod wpływem reprymendy otrzymanej od dyrektora. Cóż, gimnazjum będzie likwidowane, zapewne postawa nauczycielki może mieć znaczenie przy dalszym ewentualnym zatrudnieniu w innej placówce. To w końcu nieduża miejscowość. Każdy następny nauczyciel będzie znacznie ostrożniejszy w swoich wypowiedziach, jeśli nie jest zwolennikiem nacjonalistów.

Gdy pod koniec ubiegłego roku odbywał się „czarny protest” kobiet, nauczycielki z pewnej szkoły, choć nie mogły wziąć w nim udziału, solidarnie ubrały się na czarno. Zrobiły sobie zdjęcie, jedna z nich umieściła je na Facebooku. Zadenuncjował je kolega, jakby popełniły przestępstwo. Zajęła się tym komisja dyscyplinarna przy kuratorium i być może tylko dlatego, że sprawa stała się głośna, nauczycielki zostały uniewinnione. I to pomimo, że pisowska minister Anna Zalewska odgrażała się, że agitacja polityczna w szkole jest niedopuszczalna. Oczywiście gdy w innej szkole odbywały się pogadanki ONR, to pani minister nie reagowała. Sprawa skończyła się dla nauczycielek szczęśliwie, na dodatek okazało się dzięki rozgłosowi, że kolega z pokoju nauczycielskiego to nie tylko narodowiec z przekonań, ale i złodziej skazany prawomocnym wyrokiem. Jednak wielu innych nauczycieli i szerzej – osób zatroskanych o pewność swego zatrudnienia – zastanowi się, zanim weźmie udział w manifestacji, albo chociaż da wyraz swym sympatiom politycznym na Facebooku.

Jeszcze wcześniej zaczęła się głośna sprawa nauczycielki, która odważyła się zdjąć krzyż zawieszony w pokoju nauczycielskim. Została przez współpracowników okrzyknięta złodziejką, była szykanowana przez dyrekcję. Wreszcie sprawa, która zrobiła się już głośna na całą Polskę, trafiła do sądu. Wydawałoby się, że zakończyła się szczęśliwie dla nauczycielki. Sąd okręgowy uznał, że stosowano wobec niej mobbing, nakazano publiczne przeprosiny i wypłatę odszkodowania. Jednak, gdy sprawa się już kończyła w Polsce na dobre już rządziła pisowska „dobra zmiana”. Minister Ziobro zarządził złożenie specjalnej kasacji do Sądu Najwyższego przez prokuraturę, która de facto nie miała nic do sprawy, bo była to sprawa z oskarżenia prywatnego. I choć w ostateczności Sąd Najwyższy tego wyroku nie zmieni, to nauczycielka i wszyscy inni dostali jasny sygnał. Nie damy wam spokoju, każdy sprzeciw wobec nas będziemy ścigać. Będziemy was nękać oskarżeniami, pomówieniami, naślemy policjantów, prokuratorów, może kiedyś sędziów, a jak się nie da inaczej to chociaż hejterów Szefernakera. Nie damy wam spokoju, więc lepiej siedźcie cicho.

Przedstawiłem tylko trzy, z wielu podobnych historii, te najbardziej znane, dzięki mediom, dzięki społecznościom z Facebooka. A można wierzyć, że podobnych przypadków było wiele. Ktoś kasował swoje konto zaatakowany przez prawicowych nacjonalistów, bojąc się o bezpieczeństwo, ktoś inny bał się gróźb denuncjacji w zakładzie pracy. Ktoś jeszcze inny ugiął się pod wpływem „perswazji” przełożonego w pracy lub księdza z parafii. Gdy władza otwarcie grozi swoim przeciwnikom, szeregi odważnych topnieją. Polska brunatnieje w zatrważającym tempie.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Tutsi i Hutu nad Wisłą

To było w 1994 roku. W Afryce. Mało kogo w Polsce to obchodziło wtedy, a dziś już mało kto wie. A na pewno nie mają o tym pojęcia młodzi ludzie w koszulkach z napisami „śmierć wrogom ojczyzny”, choć to właśnie oni są na dobrej drodze, by taki dramat skopiować tu i teraz.
W Rwandzie podczas zaledwie trzech miesięcy przedstawiciele grupy Hutu wymordowali około miliona ludzi należących do Tutsi. Obydwa plemiona żyjące w Rwandzie nienawidziły się od dawna i konflikty między nimi wybuchały wcześniej z różną siłą. U podłoża tych konfliktów tkwił bardzo mocno kolonializm europejski, bowiem kolonizatorzy często rządzili zgodnie ze starożytną rzymską zasadą divide et impera.
Dziś już nikt nie jest w stanie dojść, kiedy i gdzie konflikt się zaczął, ani kiedy się skończy. Najbardziej tragiczne jest to, że Tutsi i Hutu to w zasadzie nie są odrębne plemiona. Mówią tym samym językiem. Najbardziej widoczne różnice dotyczą raczej źródła dochodu. Tutsi to przeważnie hodowcy bydła, Hutu utrzymywali się z uprawy ziemi. Historia co prawda pozwala odnaleźć jakieś różnice etniczne w przeszłości, ale dziś są one symboliczne, by nie rzec iluzoryczne.

Kilka miesięcy temu pisałem o historycznych przyczynach, które spowodowały, że poczucie wspólnoty narodowej i patriotyzm w Polsce nie oznaczają tego samego, co w wielu innych krajach. Na jednej ziemi, w tej samej wspólnocie, żyją dwa narody posługujące się tym samym językiem. Dziś ten podział zaznacza się dużo ostrzej i wszystko wskazuje na to, że może skończyć się tragicznie.
Polscy Hutu przeważnie nie utrzymują się dziś z uprawy roli, choć chętnie się powołują na związki z ziemią. Są dość liczną, ale jednak mniejszością, otoczoną od wieków wrogami. Wrogowie to ościenne państwa, z którymi nasz kraj wielokrotnie walczył. W zasadzie nie ma wśród nich przyjaciół. A raczej niektóre są, jeśli trzeba coś zademonstrować wrogom wewnętrznym. Tak więc politycy Hutu udają się czasem na Litwę lub Ukrainę, odwiedzają zdradzieckich Angoli w Wielkiej Brytanii lub umawiają się na coś z tchórzliwymi Żabojadami z Francji. Jednak na zachodzie i na wschodzie widzą głównie wrogów. Z jednej strony wyznają wciąż nierealną ideę Międzymorza, z drugiej leją w pysk każdego, kto obcym językiem gada, będąc w pięknym kraju nad Wisłą. Hutu nie mają stałych świętości. Czczą co prawda Piłsudskiego, jako wybawcę ojczyzny po zaborach, ale zaraz spora część z nich przypomina innym, że był odszczepieńcem, który zdradził religię katolicką, a Bitwę Warszawską to naprawdę wygrała Najświętsza Panienka. Nieco więcej atencji część z nich ma dla Dmowskiego, choć najprawdopodobniej młodsi Hutu mylą go z Hitlerem. Hutu rzadko zdobywali władzę. W czasach najnowszych na krotko udało im się przejąć ster państwowy w 1992 roku, ale chcieli dostać wszystko i sprokurowali nieudolny zamach stanu, który się zaczął i skończył dość dziwacznym przemówieniem premiera Olszewskiego w telewizji. Potem rządzili przez dwa lata od 2005 roku i szybko pokłócili się sami ze sobą. Mają więc poczucie krzywdy. Mają też wewnętrzne przekonanie, że w Smoleńsku był zamach, a jeśli nawet nie było, to i tak Tusk powinien był pójść do więzienia, bo nienawidził prezydenta Kaczyńskiego. Nikt co prawda nie udowodnił, że nienawiść swą siłą astralną powoduje mgłę i ściąga samoloty na ziemię, ale Hutu widzą jakiś związek przyczynowo-skutkowy.
Ostatnich osiem lat rządzili Tutsi. Polscy Tutsi naiwnie myślą, że w Europie mają przyjaciół i sojuszników. To oni zniewolili kraj wprowadzając go do Unii Europejskiej. W zasadzie wystarczy to, by nazwać ich zdrajcami. Tutsi przeważnie nie pochodzą z warstwy rolniczej. Nie są co prawda hodowcami bydła, ale bardzo często imają się rozmaitych podejrzanych zajęć. Bywają prawnikami, lekarzami, inżynierami, nauczycielami… A Hutu dobrze wiedzą, że wykształcenie to pierwszy krok do zdrady, bo przecież w czasie zaborów to ci wykształceni bywali urzędnikami zaborców.
Tutsi niestety mają na sumieniu także inne przewinienia. Przede wszystkim przez wiele lat uważali, że Hutu to garstka oszołomów, która nigdy nie zdobędzie władzy. Byli tak pewni swej siły politycznej, że stali się aroganccy i lekkomyślni. Polityczni przywódcy Tutsi zniechęcili do siebie nawet Tutsi.

Niestety to nie jest tylko satyryczna historyjka. Polscy Hutu dyszą żądzą zemsty za lata – jak im się wydaje – własnych upokorzeń. Władze sprytnie wykorzystują młodych ludzi, by pod pozorem patriotyzmu krzewić ksenofobię, rasizm i antysemityzm. Te organizacje młodzieżowe przenikają do struktur państwowych i stają się coraz silniejsze. Nienawiść, która nie jest w żaden sposób hamowana przez polityków, w końcu wymknie się spod kontroli. O ile Tutsi zgrzeszyli wcześniej lekceważeniem, kpiną i obojętnością, o tyle Hutu nie zadowalają się satysfakcją ze zdobytej władzy. Doskonale zdają sobie sprawę, że objęcie władzy przez ich przedstawicieli nie oznacza zdecydowanej poprawy ich losu. W ich przekonaniu Tutsi to nie część narodu, to „gorszy sort”, to zdrajcy, to odszczepieńcy. Jak mówi wódz Hutu, oni mają ten „gen zdrady narodowej”, więc Hutu marzą o tym, by Tutsi ukarać. Ale jak? Tutsi przeważnie i tak dają sobie radę. Trudno byłoby ich zepchnąć w jakąś otchłań nędzy i rozpaczy, a na dodatek mają czelność zwoływać demonstracje protestacyjne. Jest tylko jeden sposób, by ich ukarać.

W kraju nad Wisłą poleje się krew. Niedługo.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.0/10 (9 votes cast)

Wolnoć Tomku

Zapewne większość starszych czytelników pamięta znaną bajkę Aleksandra Fredry „Paweł i Gaweł”, którzy w jednym stali domu. Młodsi nie pamiętają, bo od paru ładnych już lat szkoła skupia się na tym, by było bezstresowo i przyjemnie, a najważniejszym przedmiotem jest religia.
Jeden z bohaterów bajki wyprawiał w swym mieszkaniu najrozmaitsze harce i swawole, dziś powiedzielibyśmy, że zakłócał ciszę nocą. Drugi męki cierpiał bezskutecznie próbując mitygować sąsiada, który filozoficznie, acz bezczelnie odpowiadał, że wolno mu, bo jest u siebie. Wszystko skończyło się, gdy spokojny sąsiad mieszkający na piętrze, napuścił wody do mieszkania. Siedząc z wędką na komodzie, przemoczonemu sąsiadowi odpowiedział tak samo, jak wcześniej tamten: „Wolnoć Tomku w swoim domku”.
W dużym skrócie przypomniałem akcję bajki, bowiem wielokrotnie widać, że jest ona nadal aktualna.
Pisałem już wcześniej o pośle PiS, dawniej niesławnym agencie Tomku. Swoją drogą to te biedne kobiety musiały być mocno zdesperowane skoro leciały na takiego wiejskiego eleganta w stylu „radio, szwedka i beretka”. Ale niech to zagadnienie posłuży raczej znawcom psychologii, mnie bardziej interesuje krucjata jaką agent Tomek odbywa po kraju, opowiadając o swych dokonaniach polskiego Jamesa Bonda. Opowieść o własnych wyimaginowanych sukcesach uzupełniana jest fantazjami o tym jak za czasów Jarosława Kaczyńskiego zbudowano potężne służby specjalne i o tym, że obecny rząd są to zdrajcy, sprzedawczyki i ruscy albo niemieccy agenci.
Drugi z prawicowych bohaterów, o którym też pisałem, to reżyser Grzegorz Braun. Jeśli nie oglądaliście jego dzieł, to nie przejmujcie się, ja też nie. Pan Braun niedawno opowiadał wzorem Wieniawy Długoszewskiego, że w Polsce będzie dobrze jak się rozstrzela trochę dziennikarzy z „Gazety Wyborczej” i trochę z TVN. Nie wiem czemu pominął Polsat i Elizę Michalik z Superstacji. Co prawda rozumiem jego złość na przedstawicieli mediów. Taka na przykład redaktor Olejnik, która na wizji chlipała razem z prezydentową Kwaśniewską po katastrofie w Smoleńsku. Żenujący spektakl amatorszczyzny. Albo taki Miecugow, który twierdzi, że nędzny poziom jego stacji spowodowany jest przez widzów, którzy takie najgorsze brednie chcą oglądać. Popatrzmy też na totalnie skundlone media publiczne, krew człowieka zalewa, to prawda. Ale żeby wzywać zaraz do morderstw? Lekka przesada.
Niejaki Romney – były już kandydat na prezydenta – po awaryjnym lądowaniu publicznie zadał pytanie, dlaczego okna w samolotach się nie otwierają. Bo przecież w razie zagrożenia można by wyskoczyć. Idiota. Nawet byłbym za tym, żeby takiemu bałwanowi dać wyskoczyć, ale zastrzelić go? Gdyby strzelano do reżyserów robiących kiepskie filmy, to zapewne pan Braun już by od lat nie żył.
Pan Hofman opowiada bajki o tym jak prezes Kaczyński „załatwił” z brytyjskim premierem Cameronem coś niby korzystnego dla Polski, ale Tusk to zepsuł.
Pani Marta Kaczyńska, była prezydentówna, opowiada publicznie, że w Smoleńsku zabito pasażerów TU-154. Że były dwa wybuchy, że był zamach.
Jednocześnie wszystkie te osoby od PiSu zaczynając, aż do skrajnej nacjonalistycznej prawicy spod znaku ONR negują istnienie państwa polskiego, negują niepodległość, negują demokrację, która zbyt pobłażliwie pozwala im na powielanie tych kłamstw, łgarstw i nawoływania do nienawiści. Niedawno byłem świadkiem zdarzenia, które daje wiele do myślenia. Na przystanku autobusowym pewna starsza niewiasta agresywnie pchała się do autobusu, nie pozwalając wysiąść kilku młodym i dość egzotycznie wyglądającym młodzieńcom. Na zwróconą uwagę zareagowała wrzaskiem wyzywając ich od Żydów. Dlaczego od Żydów nie mam pojęcia. Pewnie dlatego, że z niewiadomych mi powodów Żydów nie lubi i wszystkim osobom, których nie lubi przypina taką łatkę. Warto o tym mówić, ponieważ jeszcze kilka lat temu antysemityzm, choć obecny, był skrywany publicznie. Niewygodnie się było przyznawać do rasizmu, do antysemityzmu, bo to tak jak by ktoś przyznał, że złapał trypra od ulicznicy. Dziś w ramach kultywowania własnej indywidualnej wolności wolno przyznać się do wszystkiego, a nawet czynić z tego cnotę.
Może czas wreszcie zacząć reagować na tę głupotę, nienawiść, egoizm. Zacząć się rewanżować działaniami prokuratury i policji, bo wbrew mniemaniom tych pseudoreligijnych, szowinistycznych kretynów, nie wszystko wolno i czas wreszcie, by ktoś zaczął im uświadamiać, że jak oni na parterze robią polowanie, to ktoś na piętrze zacznie ryby łowić.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Teoria Wielkiego Wybuchu

Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś spokojna – mówi Dziennikarz w „Weselu” Wyspiańskiego. Jednak nigdy tak nie było, a tym bardziej nie będzie dzisiaj, gdy polska wieś jest tylko częścią globalnej wsi na planecie Ziemia. Polska od likwidacji „żelaznej kurtyny” coraz bardziej integruje się ze światem zewnętrznym i ma to aspekty zarówno dobre, jak i złe. Zachód Europy i Stany Zjednoczone stały się wzorem do naśladowania nie tylko dla tych, którzy pragnęli rozwoju gospodarczego, wzrostu dobrobytu, rozwoju cywilizacyjnego.
W niektórych obszarach udało się aż za dobrze. Mamy w kraju niezwykle groźną sektę, którą bez uszczerbku porównać można do słynnej organizacji Davida Koresha. A dziś okazało się także, że mamy swojego Breivika lub może raczej swojego Timothy’ego McVeigha. Dziś prokuratura poinformowała dziennikarzy, że aresztowano osobnika, który zgromadził spore ilości materiałów wybuchowych oraz broni w celu zamachu na „konstytucyjne organy państwa”. Mamy też więc nasze FBI, które okazało się znacznie sprawniejsze niż amerykański pierwowzór. Zamachowca aresztowano, zanim zrobił wielkie bum.
W ciągu kilku godzin dociekliwe media zidentyfikowały postać OMC* zamachowca i jego motywy działania. Nie wdając się w zbyt daleko idące szczegóły można stwierdzić, że osobnik ten był pod wpływem konserwatywnych narodowych i antysemickich ideologii.
Czy można zatem już teraz, bez znajomości szczegółów wyciągać jakieś wnioski? Czy można formułować jakieś społeczne i polityczne teorie? I jakie?
Nie tak dawno wstrząsnął społeczeństwem zamach polityczny, którego ofiarą stał się mało istotny działacz polityczny partii PiS. Wówczas mieliśmy do czynienia z sytuacją w skali mikro. Niezrównoważony i niestabilny emocjonalnie człowiek postanowił dać wyraz swojego niezadowolenia z polityków. Są co prawda przesłanki, że atak na siedzibę PiS był przypadkowy i równie dobrze celem mogła się stać inna partia, ale nawet przyjmując ściśle ideologiczne motywy, to była to kiepsko zaplanowana akcja amatora, który sam nie do końca wiedział, co chce zrobić.
Tym razem mamy do czynienia ze specjalistą od materiałów wybuchowych i raczej z psychopatą i socjopatą niż z wariatem. Całkiem możliwe, że planował zamach na budynek sejmu wtedy, gdy będą tam przedstawiciele rządu i prezydent. Niewiele jest takich okazji, a jedną z nich mogłaby być sesja poświęcona budżetowi. Na dodatek wszystko wskazuje na to, że tutaj ustalonym motywem była ideologia narodowa i antysemicka niedoszłego sprawcy. Prokuratorzy dość enigmatycznie wspomnieli też o osobie która inspirowała zamachowca, a takich ideologów w kraju mamy wielu.
Jedno wydaje się być pewne, w każdym społeczeństwie istnieje pewien odsetek krańcowo niezadowolonych, napędzanych ideologią osobników. W specyficznych warunkach mogą się oni okazać groźni. Z całą pewnością można powiedzieć, że politycy, którzy poddają w wątpliwość legitymację demokratycznie wybranych władz, którzy robią z katastrofy lotniczej zamach i mord, którzy bez skrupułów odwołują się do ugrupowań chuligańskich i rasistowskich, ponoszą za takie przypadki moralną odpowiedzialność.
Antoni Czechow powiedział, że jeśli w pierwszym akcie utworu dramatycznego pojawia się wisząca na kołku strzelba, to najpóźniej w ostatnim akcie powinna ona wystrzelić.
W naszym politycznym dramacie na scenie leży bomba i jest tlący się lont, który z uporem i determinacją rozdmuchują politycy PiS wraz z towarzyszącym im redemptorystą Rydzykiem. Nic dziwnego zatem, że bomba miała wybuchnąć.


* O mało co.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.5/10 (6 votes cast)

nationality show

W wielu miejscach w Polsce widywałem przy drogach tablice z nazwami miast i wsi w dwóch językach. Po polsku i po kaszubsku, po niemiecku i po polsku, także litewsko-polskie lub białorusko-polskie. Rozmaite tablice informacyjne w językach grup etnicznych i mniejszości narodowych są rozsiane po całej Europie, wydaje się to oczywiste w czasach, gdy nawet najwięksi szanują prawa i wolności najmniejszych. To największa zdobycz nowoczesnej kultury i dobro wspólne Unii Europejskiej.

Tablica po polsku i niemiecku

Tablica po polsku i niemiecku


Czasami nie było to łatwe w Polsce, która przez ponad sto dwadzieścia lat walczyła o niepodległość, wyzbyć się uprzedzeń, a nawet lęku, że takie obcojęzyczne napisy mogą być wstępem do odebrania nam wolności, niepodległości i odzyskanych z trudem ziem. A jednak się udało i za to mych rodaków szanuję.
Tymczasem tuż obok nas mieszkają ludzie, którzy pielęgnują idee ksenofobii i prymitywnego nacjonalizmu. W „Gazecie Wyborczej” przeczytałem, że w reality show „Kocham Litwę” młodzi ludzie demonstracyjnie zerwali tabliczkę z polską nazwą ulicy w Ejszyszkach w rejonie solecznickim.
W polskich nazwach i nazwiskach na Litwie, nie ma nic, co miałoby zagrażać litewskiej państwowości, ani narodowości. Czasy wspólnej polsko-litewskiej państwowości bezpowrotnie minęły, ludzie tęskniący za Wilnem już przeważnie umarli, historia dokonała podziału, który zdecydowanie unieważnił wszelkie mrzonki o powrocie do przedrozbiorowych idei. Polska jako jeden z pierwszych krajów uznała niepodległość Litwy ponad dwadzieścia lat temu, tymczasem dla Litwinów patriotyzm równoznaczny jest z nienawiścią do Polaków.
Producent programu telewizyjnego oświadczył: zrywanie przed kamerami telewizyjnymi polskiej tabliczki z nazwą ulicy z prywatnego domu w Ejszyszkach nie było wymierzone w mniejszości narodowe, lecz miało pobudzić uczucia patriotyczne.
Może zatem w ramach kultywowania patriotyzmu następnym razem litewska telewizja ogłosi konkurs na najpiękniejsze zdjęcia przodków w mundurach SS. Litwini chyba jako jedyni dopuścili do reaktywowania odpowiedzialnej za ludobójstwo organizacji z czasów Drugiej Wojny Światowej – szaulisów, którzy wsławili się mordowaniem ludności polskiej i żydowskiej.
Może kolejny odcinek litewskiego reality show będzie miał tytuł „Zabij swojego Polaka przed kamerą”?
Warto przypomnieć dwie ważne zasady. Po pierwsze – stosunki między krajami opierają się na zasadzie wzajemności. Druga to podstawowa i najważniejsza z zasad obowiązująca w Unii Europejskiej – jedność w różnorodności. Po litewsku brzmi to: Vienybė įvairialypiškume. Może warto naszym sąsiadom przypomnieć obydwie zasady.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.8/10 (8 votes cast)