Last Dance

Rozczaruję dziś miłośników chocholego tańca, czyli polityki. Ostatni taniec to nie podsumowanie wątpliwej logiki ostatnich wymysłów ekipy Kaczyńskiego na „becikowe” do pełnoletności. Do szpitala na oddział psychiatryczny, ja mam ciekawsze tematy.
Wiele lat temu, z oczywistym w PRL opóźnieniem wszedł na ekrany film muzyczny „Dzięki Bogu już piątek”. U nas wtedy jeszcze nie było wolnych sobót co tydzień. A ci biedni pracownicy w tym okrutnym kapitalizmie co tydzień w piątek musieli gnać na dyskotekę. Film ma dość prostą intrygę, choć wielowątkową. Rzecz dzieje się w dyskotece, której DJ ma szansę stać się gwiazdą radia, jeśli w programie wystąpi znany zespół „The Commodores”. Zespół przybywa, ale gdzieś zawieruszył się kierowca z instrumentami muzyków. To ważny, choć nie jedyny wątek. Lokalny podrywacz odwiedza dyskotekę jak w zwykle w celu znalezienia dziewczyny na noc. Znajduje mężatkę zirytowaną sztywniactwem swojego męża. Osobne wątki dotyczą młodzieży, która z wieczorem dyskotekowym wiąże nadzieję na poznanie kogoś interesującego. Zabawna była scena, w której stała bywalczyni dyskotek instruuje mniej obytą koleżankę, że ma unikać młodzieńców, którzy noszą poliestrowe koszule. Dziś młodzi powiedzieliby, że to „wiocha”. Śmieszne mogło wydawać się to, że u nas wtedy moda na poliester rozwijała się właśnie na dobre.

Donna Summer

Donna Summer

Jedną z postaci jest też młoda dziewczyna, która późno wychodzi z pracy z zarobioną właśnie tygodniówką, w ostatnim momencie kupuje wspaniały strój i również przybywa na dyskotekę. Jednak ona nie chce tańczyć, ona chce zdobyć swą szanse i zaśpiewać. Niestety disc jockey nie chce sobie zawracać głowy początkującą piosenkarką, skoro ma nadzieję na występ sławnego zespołu. Jednak film kończy się wielowątkowym happy endem. Dwoje młodych spotyka się i tańczą, a chłopak ma koszulę z bawełny. Dyskotekowy Casanowa zostaje ukarany, młoda mężatka w ostatniej chwili zaczyna rozumieć, że jednak męża kocha, luksusowe auto podrywacza zostaje kompletnie zdewastowane i to w zasadzie tylko przypadkiem. Donna Summer jednak ma okazję zaśpiewać i staje się gwiazdą wieczoru i tylko Commodores nie bardzo wiedzą po jaką cholerę kazali im występować w tym filmie.
Donna Summer była wówczas mało znaną piosenkarką w Polsce. Jednak jej popisowy numer z tego filmu – Last Dance – stał się przebojem. Żywiołowa piosenkarka zrobiła w kolejnych latach wielką karierę, chyba znacznie większą niż zespół Commodores. W końcu lat siedemdziesiątych nagrała dwupłytowy album koncertowy zatytułowany „Live and More”. To wspaniały album i dziś po wielu latach mam możliwość znów cieszyć się tą wspaniałą muzyką.
http://youtu.be/UVShxahrOAQ
Tu piosenka Last Dance z innego, choć również dynamicznego koncertu. Warto posłuchać.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.2/10 (5 votes cast)

Święta wojna z muzyką

Źli ludzie nie lubią śpiewu, tańca i muzyki – mówiła moja babcia, gdy byłem jeszcze mały. Coś w tym jest. Od zarania dziejów człowiek przeżywa swe wzloty i upadki, a potem o nich śpiewa i tańczy. Zwykle ci, którzy chcieli zniewolić ludzi, zabraniali im śpiewać, tańczyć, grać.
Źli ludzie opanowali Mali. Jest to niewielki kraj afrykański, o którym od lat mówi się, że tak jak gdzie indziej ropa, to bogactwem naturalnym Mali jest muzyka. Historia Mali nie była łatwa, jak i całej Afryki. Początek lat 60′ to wyzwolenie spod panowania Francji i wielka radość z odzyskanej niepodległości. Jednak marzenia ludzi nie miały się spełnić, własny rząd okazał się dyktatorski, kilka lat później doszło do przewrotu i jednego dyktatora zastąpił drugi. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku przychodzi demokracja, ale kraj ma dalej problemy. Jest powstanie Tuaregów, zaczynają się niepokoje, aż wreszcie kolejny zamach stanu na początku tego roku. Od wielu miesięcy coraz większe wpływy mają rozmaite islamskie zbrojne bojówki, które terroryzują ludzi.
W mieście Kidal – skąd pochodzą muzycy ze słynnego zespołu Tinariwen – półciężarówka z uzbrojonymi terrorystami zatrzymała się przed domem miejscowego muzyka. Nie było go w domu, ale islamiści oznajmili jego siostrze, że jak nie będzie posłuszny szariatowi, to obetną mu palce i nie będzie już grać na gitarze. Bandycie wyrzucili z domu instrumenty i wzmacniacze, oblali benzyną i podpalili.* To nie jedyny taki przypadek. Ludzie są zastraszeni, nie wychodzą z domu, pozamykano rozmaite sale koncertowe czy domy kultury. Obecna sytuacja oznacza najprawdopodobniej koniec słynnego festiwalu pustyni w Timbuktu. Nawet w części południowej kraju panuje przygnębienie i strach związany z nieobliczalną przyszłością.
Jestem muzułmanką, ale szariat to nie moja bajka – mówi Rokia Traore, jedna z najbardziej znanych międzynarodowych gwiazd z Mali – gdybym nie mogła nigdy więcej wyjść na sceną, to wolę przestać istnieć. A bez muzyki i Mali przestanie istnieć.**

Okładka płyty Rokii Traore

Okładka płyty Rokii Traore

Muzyka z Mali to wielu wspaniałych wykonawców (niestety mało znanych w Polsce). Oprócz Rokii Traore jest jeszcze Boubacar Traore, zwany bluesmanem z Mali. Jest słynny duet ociemniałych muzyków Amadou & Mariam. Jest Ali Farka Toure i wielu innych.

Prócz znanych nazwisk jest wielu wspaniałych muzyków sesyjnych, którzy wspomagali nie raz największe światowe gwiazdy. Muzycy nie chcą poddać się bez walki, organizują akcje i protesty, ale przemoc i zastraszanie są na porządku dziennym. Jeden ze znanych muzyków odebrał dwa telefony. Ten drugi mówił wyraźnie, że jak się nie zamknie, to gdzieś zniknie.
Niektórzy z talibów działają z pobudek ściśle religijnych dążąc do wprowadzenia szariatu, jako obowiązującego prawa. Nawrócili się nawet niektórzy muzycy, w sierpniu ogłoszono oficjalny zakaz grania muzyki.
Nie chcemy muzyki szatana. Wersety Koranu zajmą jej miejsce. Szariat tego wymaga.
W Sahel, gdzie talibowie chcą utworzyć kalifat nie ma już muzyki wcale, ludzie boją się włączyć radio lub telewizor we własnym domu.
Ta święta wojna z muzyką – pomijając autentycznych religijnych fanatyków, będących w mniejszości – ma swoje absolutnie nie święte przyczyny. Chodzi o władzę i pieniądze. Pieniądze z handlu bronią i narkotykami, czym zresztą od lat trudnią się muzułmańscy terroryści. Obecnie w Mali, nad którym przestaje panować dyktatorski rząd jest najtrudniejsza sytuacja od wielu lat. Ze słabości oficjalnych władz korzystają bez skrupułów bandy talibów terroryzujące kraj, które już zmusiły tysiące Malijczyków do ucieczki i schronienia się w obozach przejściowych w sąsiednich krajach.
Parafrazując słowa wiersza księdza Jana Twardowskiego, śpieszmy słuchać muzyków z Mali, niedługo ich zabiją lub obłożą fatwą.


* Informacje podaję za artykułem Andy Morgana z http://www.guardian.co.uk/world/2012/oct/23/mali-militants-declare-war-music
** Również za Guardianem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Babcia tańczy w Europie

Dwa lata temu pisałem o fenomenie Petera Nalitcha – rosyjskiego wokalisty i pianisty, który za sprawą internetu stał się w Rosji prawdziwą gwiazdą, a następnie – wbrew wszelkim układom i układzikom telewizyjnym – zwyciężył w konkursie na reprezentowanie Rosji w konkursie Eurowizji. To był istotny sygnał, że internet to nie tylko młodzi ludzie popijający piwo i oglądający porno, jak widział to Jarosław Kaczyński. Od tego czasu mieliśmy także i w Polsce kilka spektakularnych akcji internetowych, pokazujących, że my też oswoiliśmy się z internetem i potrafimy go używać do działania w rzeczywistym świecie.
Wiemy, że w Rosji demokracji nie ma lub przynajmniej jest bardzo ograniczona. Jednak w pewnych zjawiskach to Rosjanie potrafią wyprzedzić resztę Europy. Choćby w sposobie, w jaki potrafią przeciwstawić się dyktatowi wielkich medialnych potęg, które w interesie swoich zysków zwykle narzucają nam produkowaną przez siebie muzyczną sieczkę. Także w tym roku eliminacje do konkursu Eurowizji zaskoczyły. Cюрприз.

Jednak to nie jakiś wyjątkowy wybryk, ponieważ okazuje się, że muzyka wywodząca się z etnicznych korzeni rozmaitych narodów nadal jest atrakcyjna. Dla jednych jako element tradycji kulturowych, dla innych jako element egzotyki. Może nadal jest to nurt niszowy, ale ta nisza nie jest już wątłym strumyczkiem, a stała się rwącym potokiem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)

Do it yourself

W peerelowskiej rzeczywistości furorę robił telewizyjny program Adama Słodowego zatytułowany „Zrób to sam”. Gdy w początkach rządu ekipy Gierka program na krótko zniknął z anteny, przez Polskę przeleciał dowcip:
– Dlaczego nie ma programu Adama Słodowego?
– Bo siedzi. Na pytanie Gierka „Pomożecie?” odpowiedział „Zrób to sam”.

Dziś hasło w wersji angielskiej „do it yourself” przeżywa renesans w branży audio. Do tego stopnia, że oferuje się amatorom ręcznych robótek tzw. „kity” do wykonania kolumn, wzmacniaczy lub innych elementów zestawów grających. W wielu przypadkach jest to doskonały sposób na tańsze zdobycie sprzętu, który bywa bardzo drogi w wersji sklepowej. Bardzo popularne są też klony znanych urządzeń audiofilskich.
Nie mogąc wydać kilku tysięcy na zestaw kolumn, który by mnie usatysfakcjonował, również wkroczyłem na ścieżkę DIY. Zacząłem jeszcze przed wyjazdem do Danii, a skończyłem całkiem niedawno. O ile zaczynałem z wielkim entuzjazmem, o tyle końcówka była pełna obaw o efekt końcowy. Zdałem sobie po prostu sprawę, jak niewiele wiem i jak mała jest szansa, że coś sensownego mi wyjdzie. Miałem jednak więcej szczęścia jak rozumu i coś wyszło.

W całej okazałości

W całej okazałości


Patriotycznie oparłem się o głośniki polskiej firmy STX, które są lepsze niż można by sądzić i zasługują na dobrą opinię. Jednak nie do końca, bowiem wysokotonowe to duńska Vifa. Dlaczego? Tanie kopułki STX nie miały wymaganej jakości, a te lepsze przekraczały mój założony budżet.
Wszystkie głośniki

Wszystkie głośniki


Obudowy kupiłem prawie gotowe, sam musiałem jedynie wyciąć otwory i nadać im jakiś sensowny wygląd. Trójdrożna zwrotnica również jest produkcji STX. Typ obudowy to tzw. bas refleks z dwoma tunelami stratnymi z przodu.
Tunele stratne i logo

Tunele stratne i logo


Nie są to zapewne najładniejsze kolumny i widać amatorską robotę. Jednak udało mi się uzyskać dobry efekt akustyczny. Po pierwsze jest w miarę równa charakterystyka. Po drugie – ładna i detaliczna scena muzyczna. I co nie bez znaczenia dobry bas, który nie jest łatwy do uzyskania w modnych dziś słupkowych zestawach głośnikowych.
Z tyłu

Z tyłu


Ponieważ impulsem do wykonania tych kolumn było słuchanie jednego z moich ulubionych utworów – Bolera Ravela – swoje dzieło nazwałem Ravel. Słuchając Bolera na dołączonych do wzmacniacza fabrycznych głośniczkach miałem problem z dynamiką. Początek, bardzo delikatny i cichy, był zbyt niewyraźny, a w symfonicznej końcówce brakowało przestrzeni. To właśnie wtedy pomyślałem sobie, ze chciałbym takie kolumny, które pokażą mi tę przestrzeń sceny na której gra cała orkiestra.
A z tyłu tabliczka

A z tyłu tabliczka


Mając za sobą kopenhaskie doświadczenia odsłuchowe, wiedziałem, co chcę osiągnąć i do jakiego poziomu się zbliżyć. Ale też wiedziałem, jakie to trudne. Na koniec zrobiłem pomiar – w sposób, co prawda, całkowicie amatorski, bo nie miałem odpowiedniego sprzętu, ani warunków akustycznych. Jednak wykres pokazał ogólnie dość równą charakterystykę.
Charakterystyka

Charakterystyka


Wahania amplitudy w środkowej części wykresu wynikają z fatalnych warunków akustycznych, aby mieć w pobliżu i komputer, i wzmacniacz, i kolumnę, a nie chciałem kupować dodatkowych długich kabli tylko do pomiaru, robiłem to w kącie pokoju – niedaleko ściany i stąd duża ilość odbić.
Na koniec kilka informacji technicznych. Wysokość skrzynek to 92 cm, szerokość 19 i głębokość 23. Głośniki to GDN-17-200-8-SW, GDM-14-130-8-SC oraz wysokotonowy Vifa DX25TG09-04. Zwrotnica 6dB na oktawę, oczywiście trójdrożna. W środku oddzielona komora na głośnik wysokotonowy i średniotonowy wypełniona syntetyczną watą. W komorze basowej gąbka w tzw. „piramidki”. Wydałem około tysiąca złotych, a uzyskałem efekt, jaki oferują kolumny za znacznie większe pieniądze. Czy jestem zadowolony? I tak, i nie. Ale to długa historia, więc napiszę o niej w osobnym tekście.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Bernard

Powroty do przeszłości rzadko się udają. Próba ze wzmacniaczem PA-1801 łódzkiej Foniki nauczyła mnie dystansu do wspomnień z młodości. Warczący wzmacniacz czym prędzej odsprzedałem i nauka kosztowała mnie jedynie pięćdziesiąt złotych. Podczas pobytu w Kopenhadze nasłuchałem się winylowych czarnych krążków i postanowiłem przywrócić do życia stary gramofon. Poniżej krótka historia o tym właśnie, aby nie zanudzić mniej technicznych czytelników proponuję też kilka zdjęć, które w powiększeniu można obejrzeć po kliknięciu na miniatury.
G-603 „Bernard – o którym tu piszę – rozpoczął swój żywot 3 lipca 1979 roku kilka dni po tym jak obroniłem swą pracę magisterską. Kupiłem go jeszcze podczas wakacji za ostatni (studencki jeszcze) zarobek wychowawcy kolonii letniej.

Wnętrzności Bernarda

Wnętrzności Bernarda

Bernard wędrował ze mną przez kilka lat, po czym zastąpiłem go Dualem i przekazałem bratu. Tam z kolei przeleżał ponad dwadzieścia lat na szafie pokrywając się dostojną patyną czasu (czyli kurzem). Teraz wziąłem go z powrotem z zamiarem reanimacji, choć doświadczenie ze wzmacniaczem uczyniło mnie sceptykiem. Jednakże spojrzenie do środka wzbudziło nadzieję, bo wszystko wyglądało dobrze, nawet kondensatory elektrolityczne.

Po gruntownym czyszczeniu

Po gruntownym czyszczeniu

Drewnianą obudowę potraktowałem sprawdzonym już środkiem do renowacji ciemnego drewna Starwax, a części metalowe, a szczególnie szary panel wymagał dokładnego czyszczenia CIFem. Warto było włożyć trochę wysiłku w czyszczenie, bo Bernard odzyskał dobry wygląd.

Wnętrzności Bernarda

Sprawdzanie obrotów

Następnie włączyłem napęd i przez okres prawie dwóch godzin pozwoliłem mu pracować, aby co pewien czas sprawdzać równomierność obrotów. W tym czasie wyczyściłem też pleksiglasową pokrywę gramofonu.

W całej okazałości

W całej okazałości

Starą wtyczkę w standardzie DIN trzeba jeszcze było zmienić na RCA (inaczej cinch). Teraz już tylko pozostało kupić wkładkę oraz odpowiedni przedwzmacniacz.

Z wtyczkami RCA

Z wtyczkami RCA

Na początek nie chciałem wydawać zbyt wielkich kwot, dlatego kupiłem Audio-technikę AT95E. Audio-technika ma opinie firmy, która nawet w niższej półce cenowej dostarcza dobre produkty. Na dodatek nie chciałem wydać w ciemno jakichś ogromnych pieniędzy na sam przedwzmacniacz, dlatego musiałem zdecydować się na wkładkę MM.

Wkładka

Wkładka

Skalibrowanie ramienia i wkładki zajęło sporo czasu. Choć tak właściwie byłem zaskoczony, że wszystkie ustawienia, które zrobiłem jakieś 25 lat temu zmieniając wkładkę ze standardowej MF-100 na MC3 Pioneera, były idealnie zachowane, w doskonałym stanie jest ramię i jego przeguby.

Przegub ramienia

Przegub ramienia

Skupiłem się głównie na kalibrowaniu wkładki. Nie robiłem tego od lat, a wzrok już nie ten sam, pewność ręki również. Gdy już wszystko się udało zrobić, włączając w to jedno precyzyjne lutowanie, okazało się, ze prawy kanał gra głośniej. Na szczęście zapisałem w zakładkach wszystkie linki dotyczące prawidłowej kalibracji, dzięki ci Internecie! Wyciągnięty grafit z ołówka położony na głowicy ramienia pokazał wyraźnie, że ramię nie jest umocowane prostopadle do płyty, różnica wynosiła jakieś 4 stopnie. Patrząc zwyczajnie, tego nie zauważyłem. Pozostało tylko jeszcze poprawić położenie ramienia i dokręcić.

Nareszcie gra

Nareszcie gra

No i nareszcie gra. Na pierwszy ogień poszły płyty z muzyką Stevie Wondera i George’a Bensona, a potem trochę Beethovena, Tina Turner, kilka kawałków jazzowych i Procol Harum.
Dźwięk mnie pozytywnie zaskoczył. Szumy własne gramofonu są niewielkie. Przy maksymalnym wysterowaniu słychać je gdy zbliżę ucho na pół metra od kolumny, oczywiście przy wyłączonym komputerze, którego wiatrak słyszalny jest dużo głośniej. Bas jest sprężysty i szybki. Choć nie schodzi tak nisko jak przy niektórych nagraniach z CD, to nie można powiedzieć, że go brakuje. Tonów wysokich jest nieco mniej, ale w dopuszczalnym zakresie. Płytę George’a Bensona „Weekend w L.A” mam na płycie winylowej i na CD, więc mogłem porównać brzmienie. Odtwarzana z gramofonu ma wyraźnie, aczkolwiek niewiele, węższą scenę stereofoniczną. Jednak nic złego nie mogę powiedzieć o dynamice, jest wystarczająca do przyjemnego słuchania. Ogólnie dźwięk jest nie tak szczegółowy i dokładny jak z CD, ale scena muzyczna jest wyraźna i przestrzenna i muzyki słuchałem z wielką przyjemnością. Pozostaje jedynie ubolewanie że część z moich płyt, po wielu przeprowadzkach i przechowywaniu nie zawsze w dobrych warunkach, przeszła przez próbę czasu znacznie gorzej niż mój gramofon.

Z płytą

Z płytą

A na koniec uzupełnienie. Ledwie bowiem opublikowałem felieton, a już dostałem kilka pytań. Dodaję więc zdjęcie całego gramofonu z przedwzmacniaczem leżącym obok. To tania skrzynka za sześćdziesiąt parę złotych. Nie chciałem inwestować w coś lepszego nie mając pewności, że wszystko potem jakoś zagra.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.5/10 (2 votes cast)

Dyskretny urok winylu

W domu mam jeszcze kilkadziesiąt czarnych winylowych krążków. Dawno temu pozbyłem się gramofonu i wyprzedałem część kolekcji. Później płyty winylowe staniały tak bardzo, że reszty nawet nie próbowałem sprzedawać.
Dziś ponownie zaczyna się tłoczyć czarne krążki. Niektóre z nich kosztują tyle, co CD. Inne są nawet droższe. Wielokrotnie droższe.

Gramofonowa impresja

Gramofonowa impresja


Tadeusz płyt ma kilkaset i dobry gramofon, więc ogarnęła mnie pasja słuchania płyt winylowych, które wyłącznie słuchałem przez kilka dni. Analogowa płyta ma z reguły miękkie brzmienie i pewien poziom naturalnego szmeru powstającego po kilkukrotnym użyciu płyty.
Zacząłem myśleć o kupnie gramofonu, choć to dziś dość drogie hobby. Trzeba mieć gramofon, jakąś niezłą wkładkę gramofonową i do tego odpowiedni przedwzmacniacz, a to już dość spora suma. Choć pokusa jest, bo gdy słuchałem nagrań bluesowych i jazzowych, to miałem wrażenie, że jednak lepiej brzmią w wersji winylowej.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.0/10 (2 votes cast)

In vino veritas

Co można kupić za 5€?
Lubię portugalskie wina. Mają tę zaletę, że nawet wino stołowe ma przyzwoity smak i lekkość. Za przyzwoitą cenę możemy się nasycić smakiem wspaniałego porto lub dla odmiany wykwintnym smakiem czerwonych win wytrawnych. W zasadzie nigdy jeszcze nie przeżyłem rozczarowania kupując wino portugalskie, choć z innymi się to zdarzało. Ambiwalentny stosunek miałem zawsze do win francuskich. Potrafią być niesamowicie wyrafinowane w smaku, ale też drenowanie portfela klienta jest na wysokim poziomie. Tanie francuskie wino zawsze przynosi rozczarowanie, a stołowe nie da się pić inaczej, jak tylko rozcieńczone wodą. Średnia półka francuskich specjałów rozpoczyna się powyżej 50 złotych i jest zawsze ryzykownym wyborem, bo za takie same pieniądze możemy sycić się smakiem naprawdę niezłych win portugalskich, hiszpańskich, czy kalifornijskich.
Gdy wczoraj dotarł do mnie prezent od Kamila i Pauliny – butelka Chateau de Terrefort-Quancard – podszedłem do niej z pewną nieufnością. A jednak mile mnie zaskoczył smak wina. Jest to trunek z okolic Bordeaux, więc ma dość typowy bogaty smak o owocowym charakterze i kolor głębokiej czerwieni. Wino jest bardzo łagodne w smaku i nie męczy nawet po kilku lampkach. Tyle że to wino kosztuje zdecydowanie więcej niż pięć euro.
Za to mniej kosztował drugi prezent, jaki zrobiłem sobie sam. Powracając do wspomnień kupiłem słynny koncert grupy Allman Brothers Band At Fillmore East. Muzyka słuchana po latach nie rozczarowuje. Wspaniała jest nie tylko koncertowa atmosfera, ale też wirtuozeria instrumentalistów. Tak jak niegdyś potężne wrażenie zrobił na mnie wspaniały bluesowy You don’t love me, który zaczyna się od wibrującej gitarowej solówki Duane Allmana i kolejno dołączają kolejne instrumenty. Gitara w tym utworze jest dominująca, ale nie sposób pominąć kapitalnego dialogu perkusji, które – rzec by można – zakrzywiają przestrzeń. Tak, nie pomyliłem się. Allman Brothers Band mieli dwie perkusje, które brzmiąc wspaniale, wcale nie zagłuszały pozostałych instrumentów. Dedykuję to współczesnym zespołom z jedną perkusją brzmiącą tak, jakby ich było dziesięć.
A prawda? Jaka prawda wynika z tej winno-muzycznej peregrynacji? Dla mnie jest to konstatacja, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Choć nadal fascynujące są wrażenia muzyczne, to emocje już nie te same.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 5.0/10 (2 votes cast)

Feeling

Przy całej miłości i szacunku, jaki czuję do swego ojczystego języka, jedynego zresztą, który znam porządnie, są stany i emocje ludzkiej duszy, do których najbardziej pasuje język angielski. Tyle wyjaśnień na temat tytułu felietonu.
Z czasów młodości pamiętam duże drewniane radio lampowe z trzema sporych wymiarów głośnikami. Do radia można było podłączyć magnetofon lub gramofon i dźwięki wydobywane z tych urządzeń były znacznie lepsze. Z biegiem czasu spełniały się moje oczekiwania nastolatka, by wreszcie za ciężko zarobione pieniądze kupić porządny sprzęt grający. Sercem tego sprzętu był wzmacniacz, który produkowała łódzka Fonica – PA-1801. Był to nowoczesny wtedy wzmacniacz tranzystorowy z nieco ostrym metalicznym brzmieniem, które odpowiadało moim młodym uszom. Źródłem dźwięku był gramofon „Bernard” lub szpulowy magnetofon ZK-246, a grały trójdrożne kolumny głośnikowe, które zbudowałem sam, ponieważ żadne z dostępnych wówczas nie zaspokajały moich wymagań.
Wkrótce jednak zaczęły się kompromisy. Na pierwszy ogień poszły kolumny głośnikowe zbyt duże do mojego nowego lokum. Potem magnetofon zamieniony na kasetowy, wreszcie rezygnacja ze słuchania płyt. W rezultacie przez ostatnie lata moje foniczne wrażenia ograniczały się do niezłych, ale tylko komputerowych głośników.
Niedawno usłyszałem w sklepie brzmienie lampowego wzmacniacza i pomimo zgiełku dochodzącego z ulicy, zachwyciło mnie. Przez kilka dni sam siebie przekonywałem, że nie ma sensu porywać się na taka ekstrawagancję. Po pierwsze cena. Po drugie moja percepcja dźwięku kończy się dziś na jakichś 13 kHz. Czy warto? Oj bezrozumny belfrze…

Feeling

Feeling


Jak łatwo się domyślić, jednak kupiłem. Jak w reklamie – z pewną taką nieśmiałością – wypakowałem z pudła wzmacniacz i ciężkie, choć nieduże , drewniane głośniki. Jarzące się lampy roztaczają wokół błękitną poświatę, a dźwięk wydobywający się z kolumn jest naturalny i bardzo dynamiczny. Już podczas pierwszego słuchania ponownie odkryłem piękno brzmienia perkusji w Wish You Were Here. A kolejne dwa dni pozwoliły mi znów cieszyć się moimi ulubionymi utworami.

Oto jeden z nich.
Posłuchajcie tego utworu z dobrego źródła na swoim sprzęcie. Jeśli dźwięk perkusji przypomina przepalony tłumik w starym Fordzie. a gitara brzmi jak zgrzyt blachy na szkle, zaś odgłos saksofonu kojarzy się z bólem gardła, to znaczy, że powinniście sprawić sobie wzmacniacz lampowy. Moje stare komputerowe głośniki właśnie udały się na krótką wycieczkę za okno.

Niespotykana w zwykłych zestawach muzycznych dynamika pozwala mi dziś się cieszyć także inną ze swoich ulubionych płyt. Jednym z lepszych na niej utworów jest Love of a Silent Moon. Głos wokalistki brzmi delikatnie i wysoko, lecz pozbawiony jest metalicznego echa.
Na koniec podzielę się pewnym anegdotycznym dziś zdarzeniem. Ponad dwadzieścia lat temu do kraju z krótką wizytą przyjechał mój przyjaciel z czasów szkolnych jeszcze. Podczas rozmowy z naszym wspólnym kolegą, elektronikiem, namawiał go na podjęcie budowy lampowych wzmacniaczy audio o wysokiej jakości. Opowiadał nam to, że w krajach zachodniej Europy takie urządzenia można kupić i za jakiś czas będą naprawdę popularne. Patrzyliśmy na niego wówczas z niedowierzaniem. Właśnie w Polsce zaczęły się pojawiać nowe i zminiaturyzowane urządzenia zbudowane z układów scalonych. Jak to? Zamiast małych i ładnych, a także lekkich plastikowych zestawów, mielibyśmy znowu ustawiać w domu ciężkie lampowe wzmacniacze z wielkimi transformatorami głośnikowymi przy końcówkach mocy? To niemożliwe – myślałem sobie. Dziś po latach posypuję głowę popiołem – nie miałem racji – kiepski ze mnie Juliusz Verne.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Oh those Russians

Jeśli usłyszymy hasło muzyka etniczna, to zapewne pomyślimy o Deep Forest, ewentualnie jeszcze o Sacred Spirit. Miłośnicy tej muzyki wiedzą, że jest całkiem sporo naprawdę wspaniałych wykonawców, choć są mało znani w powodzi wszechobecnego komercyjnego popu.
Ktoś, kto lubi naprawdę dobrą muzykę, powinien mniej spoglądać na zachód, a częściej patrzeć na wschód. Pisałem już kiedyś o Petrze Nalitchu, dziś chciałbym zareklamować grupę Pelageya, która nazwę swą bierze od imienia wokalistki, a nazywa się ona Пелаге́я Серге́евна Ха́нова. Muzycy ci grają muzykę, którą sami określają jako etno-rock.

Młodziutka wokalistka, drobna blondynka dysponuje niesamowitym głosem. Na dodatek widać, że śpiewanie sprawia jej autentyczną radość. Ech Rosjo, masz Petra Nalitcha, masz Pelageyę, a my co? Dodę!

PS. Kto zgadnie skąd pochodzą słowa tytułu niniejszego felietonu?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)

Stary satyr

W mitologii greckiej był to Pan. Straszny brzydal. Zarośnięty cały, broda zmierzwiona, na głowie różki, zamiast nóg kopyta i jak mówią wersje dla dorosłych imponujący penis. Mieszkał w gąszczu drzew, w głębokim lesie i raczej krył się przed ludźmi. Miał jednak talent. Na instrumencie, który tradycja dziś każe nam nazywać fletnią pana, grał pięknie. Można sobie wyobrazić, że ten odrażający brzydal tęsknił za ciepłem kobiecym i miłością i w to swoje rzewne granie wkładał całą duszę. Niewiasty słysząc dźwięki jego muzyki, a przecież są to uduchowione istoty – dla których nie liczy się piękno ciała, lecz piękna dusza – kierowały się w stronę muzyki. Bliżej i coraz bliżej. Jednak, gdy zobaczyły tę odrażającą powierzchowność grającego Pana, uciekały z panicznym lękiem.

Mitologiczny Satyr

Mitologiczny Satyr

W mitologii rzymskiej Pan został przezwany Faunem. To jest ta piękniejsza część opowieści. Romantyczna, ponieważ mitologia nie mówi wprost, czy Pan zdołał dogonić którąś z zabłąkanych niewiast uciekających w panice. Jednak w pewnych regionach starożytnej Grecji rozwinął się w pewnym okresie kult Dionizosa. Bóg ten miał pieczę nad winoroślą, a w późniejszym okresie stał się także patronem teatru. Dionizos miał przemierzać Ziemię w porze dojrzewania i zbioru winorośli, raczyć się młodym winem oraz przynosić ludziom zabawę, radość i swobodę obyczajów.
W każdej dawnej kulturze były jakieś święta związane z cyklem urodzaju, które pozwalały na swobodę obyczajową, a nawet na wyuzdanie. Było to chyba naturalne „zabezpieczenie” przed zbyt małym przyrostem naturalnym powodowanym rozmaitymi tabu. Święta plonów były doskonałą okazją dla złamania powszechnie obowiązujących ograniczeń seksualnych.
Podobną funkcję miał zapewne również kult Dionizosa. Wyobrażano sobie, że w jego orszaku były nimfy zwane Menadami i stworzenia podobne do Pana, które nazwano Satyrami. W obrządku dionizyjskim nie akcentowano już atmosfery tajemniczości i muzyki. Satyrowie zwykle przedstawiani byli ze sterczącym fallusem, gotowi posiąść każdą napotkaną kobietę. Święta dionizyjskie, zwykle związane z plonami winorośli i kosztowaniem wina, były początkowo nieustająca orgią głównie erotyczną, bo ówczesnym greckim winem porządnie się upić nie było łatwo. Obyczaj od Greków przejęli Rzymianie i nazwali je Bachanaliami. W rzymskiej wersji ten bóg nosił imię Bachus.
Co prawda w późniejszej greckiej tradycji Dionizje to było przede wszystkim święto teatru, ale do czasów współczesnych przedostała się bardziej ta wersja dzika z napalonymi Satyrami i pijanymi rozpustnymi Menadami.
Do tej tradycji niewątpliwie jakoś pasuje Roman Polański. Z jednej strony dlatego, że związany jest ze sztuką najbliższą teatrowi – filmem. Z drugiej zaś strony dlatego, że w środowisku artystycznym dość znany był jego nieposkromiony apetyt seksualny. Niestety – dla ciekawskich mam złą wiadomość – plotki nie mówią, czy tylko apetyt, czy także i możliwości. Charakterystyczne jest to, że zawsze gustował w paniach młodszych od siebie, a wszystko wskazuje na to, że najczęściej ta fascynacja była obopólna . Głośny przypadek seksu z nieletnią, za który do dziś jest ścigany przez Stany Zjednoczone, to przykład charakterystyczny. Jego żona Sharon Tate była sporo młodsza, miał romans z młodziutka Nastasią Kinski, a oskarżany jest też o romans z inną prawie nieletnią aktorką. Obecna żona – Emmanuelle Seigner – też jest sporo młodsza. Niektórzy panowie tacy już są. Sam niedawno spotkałem znajomego z dawnych lat, który starą, zużytą żonę wymienił na nowszy model. Czy mu to wyjdzie na zdrowie, to już inna historia.
Charakterystyczne jest jednak to, że Polański jakkolwiek ma właściwości satyra to wyraźnie szukał zawsze kobiety. Nawet niespełna czternastoletnia Samanta – sądząc po zdjęciach – zdecydowanie dzieckiem nie była. Zarzuty natury moralnej można czynić matce Samanty i samej nieletniej, która chyba dobrze wiedziała na jaką sesję się udaje. Być może zresztą też uległa po prostu dziwnemu urokowi Polańskiego. Moralny aspekt postępowania reżysera jest ewidentnie naganny, stosunek czterdziestoletniego faceta z nastolatką raczej budzi odrazę. Jednak odmowę ekstradycji przez władze Szwajcarii należy ocenić pozytywnie.
Czyn Polańskiego – niezależnie od oceny etycznej i estetycznej – nie jest zbrodnią, która nie podlega przedawnieniu. Amerykanie postanowili po raz kolejny zrobić pokazówkę – tym razem na fali modnej obecnie walki z pedofilią. Wydaje mi się, że artysta nie mógłby liczyć na uczciwy proces i w praktyce wyrok amerykańskiego sądu byłby dla niego dożywociem. Sposób kwalifikacji przestępstw o podłożu seksualnym w Kalifornii powoduje, że dziś Polański odpowiadałby nie tylko jako pedofil, ale i gwałciciel.
Cokolwiek by złego nie mówić – Roman Polański jest może starym obleśnym satyrem, ale nie jest pedofilem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)