Powrót arcymaga

Niektóre obrazy Tadeusza Drozdowskiego, a znam ich sporo, są tak fascynujące i tak bardzo przemawiają do mnie, że oglądam wręcz z nabożeństwem, nieledwie na klęczkach. Inne z kolei w jakiś sposób mnie drażnią, nie potrafię przejść nad nimi do porządku dziennego, oglądam po wielokroć, ale nie potrafię z nimi nawiązać tej nici porozumienia. Jednym z takich obrazów było Przybycie, które po raz pierwszy widziałem pięć lat temu na wystawie w bytowskim muzeum.

Przybycie

Przybycie

Sam autor o swym obrazie mówił, że przedstawia on powrót, gdzieś tam w oddali pozostał świat, tajemnicze piramidy, ale statek jest już przy kei, maszty opuszczono, a czerwone żagle schną na słońcu.
Obraz przemówił do mnie kilka lat później, gdy czytałem „Ziemiomorze” Ursuli K. Le Guin. Gdy arcymag Ged zwany Krogulcem rozmyślał na swej łodzi „Bystre oko”, mknącej po falach pod czerwonymi żaglami.

Nie będzie mnie w Havnorze ani na Roke. Czas już pozostawić władzę innym, odrzucić stare zabawki i znów wyruszyć w drogę. Czas, abym wrócił do domu. Zobaczę się z Tenar. Spotkam Ogiona i zanim umrze, pomówię z nim w jego domu, na urwiskach w Re Albi. Tak bardzo pragnę wędrować po stokach góry Gont, w lasach, kiedy pierwsze tchnienie jesieni zmienia barwy liści. Żadne królestwo nie dorówna owym puszczom. Czas już, abym tam wrócił, samotny, w milczeniu. Może wówczas poznam to, czego nie jest mnie w stanie nauczyć żaden czyn, sztuka czy władza. Coś, czego nigdy dotąd nie rozumiałem.

Arcymag wrócił na swą wyspę na skrzydłach smoka. Zapomniana łódź stoi w porcie na krańcu świata. Niegdyś dumne żagle zwisają smętnie. Lecz słońce nadal świeci. Gdzieś w tle jest ten cały wielki świat porzucony przez arcymaga, który wreszcie wrócił do domu i zrozumiał to, co jest najważniejsze. Ten obraz mówi o miłości, choć nie została na nim przedstawiona.

http://drozdowski.tuchomie.pl

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.8/10 (4 votes cast)

Love actually

Czasem nieźle jest włączyć telewizor i metodą „na chybił trafił” obejrzeć cokolwiek. W moim przypadku był to film „To właśnie miłość”, oryginalnie noszący tytuł „Love actually”. Tytuł świetnie pasujący do współczesności, bo angielskie actually zrobiło się takim słowem wytrychem i dodatkiem, podobnie jak niegdyś w Polsce bynajmniej lub obecnie debilno-młodzieżowe no raczej.
– Actually yes.
– Actually no.
– She looks good… actually.
– I actually won.

Przy czym lepiej nie mylić tego z naszym aktualnie (currently), To raczej wypychacz słowny o znaczeniu rzeczywiście, naprawdę, prawdę mówiąc. W slangu tłumaczy takie zestawienia noszą nazwę „fałszywych przyjaciół”. Ale zostawmy te lingwistyczne meandry, bo w filmie actually jest pełno meandrów innego rodzaju. Przede wszystkim mamy tam plejadę sław europejskich od Hugh Granta, poprzez Liama Neesona, Keirę Knightley aż po Rowana Atkinsona, czy Claudię Schiffer lub Billego Thorntona w epizodycznych – choć nie bez znaczenia – rólkach. Już sama obsada wystarczy, by film był hitem, a na dodatek jest w nim scenka, która zapewne wywoływała radość wszystkich Brytyjczyków.
Hugh Grant w roli brytyjskiego premiera spotyka się z Billym Thorntonem, czyli amerykańskim prezydentem i oczywiście rozmowy w ważnych międzynarodowych sprawach idą jak po grudzie z powodu arogancji i niechęci do kompromisu amerykańskiego prezydenta. Na konferencji prasowej wszystko ma jednak wyglądać słodko i idealnie, bo przecież Wielka Brytania to główny partner USA. Jednak brytyjski filmowy premier pod wpływem impulsu mówi to, co Brytyjczycy chcieliby usłyszeć, a żaden z premierów prawdziwych nie miał jaj, by to powiedzieć. Czyli? Że Zjednoczone Królestwo ma już dość arogancji Amerykanów i protekcjonalnego traktowania, że być może są małym krajem, ale krajem dumnym i nie pozwolą sobie więcej na takie traktowanie. Jednak to tylko film, więc pomarzyć dobra rzecz…
Jednak tematem zasadniczym jest miłość i jak widzimy już od pierwszych scen filmu, powoduje ona problemy. Jeden z bohaterów wracając wcześniej do domu dowiaduje się, że dziewczyna zdradza go z jego bratem, inny jest zakochany w żonie swego przyjaciela, dziesięciolatek Sam zakochany jest w koleżance z klasy, która go nie zauważa. Szef pewnej firmy ma chrapkę na wyraźnie go prowokującą sekretarkę, dwoje pracowników tej samej firmy czuje coś do siebie, lecz od lat nie potrafią się z tym uczuciem uporać. Młody i niezbyt interesujący chłopak, pragnąc wreszcie kogoś poznać, leci do USA, sądząc, że wszystkie Amerykanki są napalone na Anglików.
Jednym słowem miłość to same problemy i kłopoty. Najlepiej wyraża to dialog Sama z jego ojczymem Danielem (Liam Neeson), który wzdycha z ulgą dowiedziawszy się, że chłopak się zakochał.
Daniel: Myślałem, ze to coś gorszego.
Sam: [z powątpiewaniem] Może być coś gorszego, niż umierać z miłości?
Daniel: No tak, masz rację. Nie ma nic gorszego.
Jednak to przecież komedia obyczajowa i musi się wszystko skończyć dobrze. Zatem jako deus ex machina są Święta, czyli Christmas. A Święta to przecież czarodziejski czas i same się rozwiązują największe kłopoty. Brytyjski premier dochodzi do wniosku, że kocha swą byłą pracownicę i w asyście ochrony jedzie jej szukać. To taka nieco zubożona wersja Kopciuszka bez pantofelka. Szef firmy dochodzi do wniosku, że nie bzyknie sekretarki i w świątecznym podarunku zamierza jej dać płytę Joni Mitchell by się „dokształciła” nieco w zakresie relacji uczuciowych, a żonie złote serduszko. I choć myli dwa pudełka z prezentami, wszystko kończy się dobrze. Brytyjczyk w Milwaukee spotyka cztery napalone laski. Młody pisarz zakochany w portugalskiej pokojówce jedzie do Lizbony się jej oświadczyć. Sam odważa się wyznać miłość szkolnej koleżance, a jego ojczym Daniel spotyka piękność podobną do Claudii Schiffer, graną oczywiście przez Claudię Schiffer. Jednym słowem szczęście aż tryska z każdej strony, a kulminacja następuje na szkolnych jasełkach wigilijnych, gdzie przez przypadek brytyjski premier w światłach reflektorów całuje się ze swą wybranką.
A jakieś ziarno prawdy? Ociupinka realizmu do jasnej cholery?
Film zaczyna się od sceny, gdy stary rockman nagrywa cover swojego własnego przeboju. Słowa miłość jest wszędzie dookoła (love is all around) w celach typowo komercyjnych zostają zastąpione słowami Święta są wszędzie dookoła (Christmas is all around). Gdy kończy się nagranie rockman z rezygnacją stwierdza:
– Ale to kupa gówna.
– Masz rację – odpowiada jego menedżer – wielka, miękka kupa… forsy.
Jedna z miłosnych historii nie kończy się happy endem. Sara i Karl, pracujący w jednej firmie, po wigilijnym biurowym przyjęciu lądują razem w łóżku, lecz kończy się to kiepsko, bowiem ona ma brata w zakładzie psychiatrycznym, który dzwoni po kilkanaście razy dziennie, a ona bez względu na sytuację mówi zawsze: nie, nie jestem zajęta. I ten epizod przypomina nam, że ta magia świąt to przede wszystkim wielka handlowa ściema i nic nie będzie się działo w cudowny czarodziejski sposób, same nie rozwiążą się żadne problemy. Aby nie spieprzyć sobie życia i nie stracić kogoś dla nas ważnego, trzeba być może komuś innemu powiedzieć: odpierdol się wreszcie.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Retrospekcja

Czasem, rzadko, spoglądam w przeszłość.
Lata mijają, trochę wspomnień się nazbierało. Jedno z nich dotyczy wczesnych lat sześćdziesiątych. Moja babcia, dobra kobieta, stała się ofiarą dość przewrotnego żartu – bo trudno to nazwać inaczej. Któryś z krewnych, którzy tuż przed wojną wyjechali z Polski, po wojnie trafił do USA. Z faktu posiadania rodziny w Stanach nigdy nie wynikło nic dobrego. Jednak krewniak ów wpadł na iście szatański pomysł dostarczenia adresu babci, z którą z rzadka korespondował, firmom reklamującym usługi turystyczne. Odtąd przez kilka lat przychodziły prospekty przedstawiające rozmaite miejsca i sposoby spędzania urlopu w USA i na całym świecie.
Miałem wówczas koło siedmiu lat i niewiele wiedziałem o świecie. Bo i skąd. Telewizor to miał bogaty wujek kawaler i zamożni sąsiedzi, dla rodziny nauczyciela to był zbyt duży wydatek. W kinach wyświetlano głownie radzieckie filmy lub stare, przedwojenne często, filmy amerykańskie. Tylko kreskówki bywały kolorowe.
W tych amerykańskich prospektach po raz pierwszy zobaczyłem charakterystyczne błyszczące przyczepy kempingowe zaprzęgnięte do różnokolorowych cadillaców. Na zdjęciach byli normalni ludzie. Mężczyźni i kobiety, dzieci. Łatwo było zrozumieć nawet takiemu brzdącowi jak ja, że prospekty zdawały się mówić oglądającemu: też możesz mieć taki urlop, też tak możesz spędzić wakacje. Książeczki z Ameryki zachwycały pięknymi kolorowymi zdjęciami o jasnych i kontrastowych barwach oraz jakością papieru, w Polsce się takiego nie widziało. Z zapartym tchem oglądałem ten całkowicie różny od naszego świat. Od Gór skalistych, przez prerie Teksasu, aż po hawajskie plaże. W przyczepach kempingowych wnętrza były ładniejsze niż u nas w domach. W jednym z prospektów zobaczyłem nawet kolorowy telewizor, ale uznałem to za jakąś fantazję, bo chyba przekraczało to moje możliwości pojmowania.
Nie wiem jak to się stało, być może uświadomił mnie ktoś z dorosłych, może ktoś ze starszych kuzynów, z którymi w domu babci się spotykałem na co dzień. W każdym razie, nie mając jeszcze dziesięciu lat, zrozumiałem, że nigdy nie zobaczę Gór Skalistych, ani rancha w Teksasie, nie będę kąpał się w błękitnych zatokach na Hawajach. Nigdy nie będę miał pięknego kolorowego samochodu, ani przyczepy na czterech kołach, lśniącej stalowym kolorem. Zrozumiałem, że skazany jestem na życie w kraju, w którym szczytem marzeń jest czerwona „jawa”, brudnoszara „syrenka” i telewizor „aladyn”, a rzeczywistością portrety dwóch łysych drani po obu stronach orła w pomieszczeniach publicznych.
Tak, żyłem w tym kraju przez następnych ponad dwadzieścia lat. Nie myślałem o tym codziennie. Próbowałem jakoś sobie układać życie. Mieć jakieś marzenia, plany. Jednak pod powierzchnią codzienności wciąż tliła się świadomość, że to tylko namiastka. Niekiedy wszystko wydawało mi się farsą. Zrozumienie przyszło dopiero, gdy przeczytałem obozowe opowiadania Tadeusza Borowskiego. Początkowo z niedowierzaniem, a potem z empatią przekonywałem się, że taka jest natura człowieka, że w każdych warunkach próbuje zbudować swoją własną „normalność”. Dziś zresztą mamy taki przykład daleko od nas w bardzo odległej Korei Północnej. Tam w potwornych warunkach ludzie mimo wszystko próbują żyć, kochać…
Dziś, kiedy zbliżam się do lat – powiedzmy eufemistycznie – bardzo dojrzałych, coraz częściej słyszę pytania młodszych znajomych o przeszłość. Czasem pada sakramentalne: czy chciałbyś się cofnąć w czasie, być znowu młodym, może coś zmienić.
Nie, nie chciałbym. Moje życie zaczęło się 4 czerwca 1989 roku. Wcześniej była niewola, upodlenie, poniżenie. Nienawidzę wszystkiego co mi i ze mną zrobił PRL. Zabrał mi moją młodość, miłość, szansę na życie. Zrobił ze mnie istotę pozbawioną wiary, że chcieć to móc.
Minęły lata, zmieniłem się bardziej siłą woli niż entuzjazmu, wreszcie zestarzałem się.
Felieton powinien kończyć się jakimś bon motem, konkluzją, wnioskiem. Ale nie tym razem. Ciąg dalszy nastąpi.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.6/10 (7 votes cast)

Nie lękajcie się.

Mój ulubieniec poseł Gowin, który już od czasu katastrofy smoleńskiej tryska inteligencją*, właśnie orzekł, że słowa nie lękajcie się zostały użyte przez papieża Jana Pawła 2 i w związku z tym użycie ich jest obrazoburcze i prowokacyjne. Tymi słowami organizatorzy zachęcają do wzięcia udziału w tegorocznej warszawskiej Europride. Sądząc po liczbie wizyt naszego papieża – rodaka w Polsce i liczbie wygłoszonych przez niego homilii, a także utworów literackich, które napisał – poseł Gowin powinien zaproponować Polakom używanie innego języka, bo zapewne nie znaleźlibyśmy takich słów, których papież nie użył. No, może ewentualnie dla nas zostałoby co najwyżej gromkie kurwa mać!

Motyw graficzny Europride

Motyw graficzny Europride


Jednak nie polityka jest dziś tematem numer jeden, ale seks. Dziś znów o kwestii zasadniczej, na ile seks jest elementem kulturowym, a na ile wynika z paradygmatów biologicznych. Parada gejów i lesbijek znów skłania do zajęcia się tą sprawą. W artykule Seks w nieprawym łożu poddawałem w wątpliwość sporą część socjologicznych dogmatów na temat seksu. Do ponownego dyskursu sprowokowała mnie z jednej strony parada, z drugiej zaś komentarze do tekstu poprzedniego.
Libertino napisał: Heteroseksualizm nie istniał przed wiekiem XIX, podobnie jak homoseksualizm oraz inne perwersje /…/ Bowiem dopiero wtedy „medycyna”, „psychologia” i rodząca się „seksuologia” je zdefiniowały. Wcześniej były akty bez tożsamości /…/ Heteroseksualizm jest pewnym konstruktem społeczno-historycznym na usługach wpierw Kościoła, a później Kapitalizmu i Państwa.
Pozwolę sobie przypomnieć grecką poetkę Safonę z wyspy Lesbos oraz to, że miłością z Lesbos nazywano podobne zachowania erotyczne, jakie ona przejawiała. Identyfikowano je już w antyku, a pojawiało się to pojęcie wielokrotnie później. Zatem identyfikowano zjawisko przed wiekiem XIX. Nie chce mi się teraz szukać informacji na temat męskiej homoerotyczności, zapewne jednak też by się coś dało znaleźć. Również przypisywanie kościołowi wykreowania (w pewnym sensie) heteroseksualizmu jest mocno nieścisłe. Przecież znaczy to, że heteroseksualizm pojawił się znacznie przed wiekiem XIX. No i jeśli zwrócimy uwagę na prawne aspekty związane z seksem, to musimy wspomnieć, że wszelkie akty homoseksualne podlegały ciężkim karom do śmierci włącznie. Podobnie zdrada kobiet.
Karanie zdrady czy nawet homoseksualizmu zapewne nie przyszłoby do głowy mieszkańcom Wysp Triobriandzkich, którzy nie wiedzieli o związku seksu z prokreacją. Ale w większości struktur ludzkich jest to typowy objaw samczej obrony własnych genów. Zatem to biologia wpłynęła na powstanie pewnych tabu kulturowych. Homoseksualizm był tępiony, jako zachowanie bezużyteczne. A religia dorobiła do tego ideologię – Sodoma i Gomora to świetny przykład.
I jeszcze jeden cytat: Seksuologia doradza terapię w parach… Cóż za zbieg okoliczności! Kościół też zawsze faworyzował pary (małżeństwo) i podczas gdy seksuologia nie robi tego w tak obsceniczny i obsesyjny sposób, jak kościół, to jednak trudno jest nie dostrzec w jej terapii wpływów nienaukowych, bo moralnych, judeochrześcijańskich.
Dlaczego seksuologia doradza terapię w parach? Ponieważ to co dobrze wychodzi samotnym to samogwałt**. Zatem seksuolog pojedynczej osobie może pomóc głównie w masturbacji, a to dlatego, ze do seksu potrzebne są przynajmniej dwie osoby. Seksuologia pojawia się tylko tam, gdzie w seksie chodzi o coś więcej niż prokreację, gdzie chodzi o przyjemność i dobre relacje między ludźmi. Zatem porównanie – którego dokonał Libertino – z gruntu fałszywe. Na dodatek jeszcze dodam, że jakkolwiek nie jestem socjologiem, ani lekarzem, to wiem, że w naukach o seksualności współcześnie mówi się o tzw. LGBT (od słów angielskich Lesbians, Gays, Bisexuals, Transgenders) jako alternatywnym orientacjom w stosunku do heteroseksualizmu. Pojęcie autoerotyzmu nigdzie nie jest traktowane jako dodatkowa orientacja seksualna. Jest to jak by nie patrzeć, zawsze zachowanie zastępcze właściwe tym, których oznaczymy literką H, czy też LGBT.
W dalszej części komentarza Libertino pisze tak: Do innych poglądów judeochrześcijańskich zaliczyłbym niezwykle patologiczny nakaz wierności /…/ czy ograniczenie wyboru partnerów seksualnych /…/ ograniczenia są szkodliwe dla naszej ekspresji seksualnej, umotywowane jedynie moralnymi względami.
Te słowa są konsekwencją teorii, że zachowania seksualne mają wyłącznie socjologiczny i kulturowy charakter. To zdecydowanie błędne mniemanie i dla samych gejów i lesbijek szkodliwe, bo stwarza podstawę do teorii podobnych – że homoseksualizm można leczyć. Nakaz wierności, generalnie wynika z egoistycznej samczej ochrony własnych genów. Podawałem przykład pewnego wyjątku – plemienia, w którym z racji braku powiązania logicznego aktu erotycznego z narodzinami, nie była karana zdrada. Jednak to wyjątek, który potwierdza ogólną regułę. Po prostu mężczyźni tam nie chronili własnych genów, a kobiety nie musiały. Religia islamu, religie politeistyczne w rozmaitych częściach świata miały dokładnie to samo tabu, zdrada kobiety była zwykle karana śmiercią. W islamie do dziś. Zaś ekspresja seksualna to nie to samo, co sztuka, nawet jeśli byśmy bardzo chcieli. Posłużę się porównaniem – wiara pani socjolog, profesor Staniszkis w Jarosława Kaczyńskiego nie uczyni go mężem stanu. Oczywiście umiejętność dobrego wyrażania naszej ekspresji seksualnej jest rzeczą wspaniałą, czyni to nas szczęśliwszymi, mocniej wiąże z partnerem (dowolnej płci), ale ta ekspresja nie jest celem samym w sobie.
Według mnie komentujący popełnił jeszcze jeden błąd, mówiąc: nie jest tu dobrym argumentem, że istnieje tolerancja, bowiem ona toleruje odmienność, ale jej nie naucza. Jeśli założymy, że będziemy nauczać orientacji seksualnej, to zakładamy, że jest ona czymś do wyboru. Możesz sobie wybrać, czy będziesz gejem czy heteroseksualistą. Otóż współczesne badania naukowe mówią, że nie możesz. Badania na zwierzętach zdecydowanie udowodniły, że za zachowania seksualne odpowiedzialny jest gen związany z reprodukcją. Pozbawienie tego genu powodowało np. u myszy płci żeńskiej unikanie samców w ogóle i wyraźne zbliżenie do samic***. Oczywiście te nowinki naukowe wymagać będą jeszcze potwierdzenia i wielokrotnego sprawdzenia, ale zgodne są z dotychczasową wiedzą na ten temat.
Sprawa jest o tyle istotna, że w aspekcie dzisiejszej Europride wypowiadali się rozmaici naprawiacze świata, którzy sypali bzdurami, jak siewca na polu. Homoseksualizm nie jest chorobą i leczyć go nie można, choć zapewne da się intensywną psychoterapią wmówić komuś, że jest kimś zupełnie innym – na jakiś czas. Nie jest też zboczeniem seksualnym rozumianym w kategoriach medycznych, a nie obyczajowych. Pewna część każdej populacji taka się rodzi i należy przyjąć to do wiadomości.
Natomiast zdecydowanie należy się zgodzić z tezą, że każda społeczność, w której wartością nadrzędną jest stworzenie jedności kosztem wolności obywateli, będzie opresyjna w zakresie seksu. Doskonałym przykładem jest okres PRL, gdy tzw. władza ludowa była znacznie bardziej nieraz konserwatywna niż zachowawczy i tradycjonalistyczny kościół.
Na koniec nieco żartobliwie przypomnę znaną komedię Arystofanesa Lizystrata. Sednem akcji jest zmowa kobiet, które chcą zmusić mężczyzn do zaprzestania wojen. Skoro nie pomogły argumenty słowne, kobiety postanowiły odwołać się do prymitywniejszej – bo instynktownej – strony męskiego ja. Wprowadziły mężczyznom prohibicję seksualną i doprowadziły w ten sposób do zawarcia pokoju. Dekonstrukcja faszystowskiej heteroseksualności /…/ poprawiłaby w sposób o wiele bardziej efektywny pozycję kobiet – pisze na koniec Libertino. To też błąd. Arystofanes to wykazał już w starożytności. 🙂

* Polecam na ten temat tekst Piąta kolumna.
** Nieścisły cytat z A. Sapkowskiego, słowa Jaskra, chyba w powieści Chrzest ognia.
*** Znalezione na http://www.popsci.com.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Seks w nieprawym łożu

Jedną z ważniejszych lektur w mojej edukacji okresu studenckiego była monumentalna praca naszego (nieco zagranicznego) rodaka Bronisława Malinowskiego pt. Życie seksualne dzikich. Przypomniałem sobie o tym pod wpływem komentarzy do poprzedniego mojego tekstu, który – tak czy inaczej – również z seksem miał związek.
Seks w życiu człowieka jest przede wszystkim elementem biologicznym. Jako taki powstał i istniał, zanim jeszcze można mówić o jakichkolwiek zachowaniach społecznych w sensie socjologicznym. Gdyby było inaczej, to zapewne dzisiejsi socjolodzy nie urodziliby się wcale, ponieważ ich rodzice zastanawialiby się, czy czasem wersja homoerotyczna nie będzie bardziej prospołeczna i czy taki zwyczajny seks to czasem nie jest jakaś czynność kompulsywna, której warto byłoby się przeciwstawić. Świat zwierząt jest doskonałym przykładem. Nie tak dawno ekscytowano się parą homoseksualnych pingwinów w amerykańskim ZOO. Nawet powstała na ten temat książeczka dla dzieci, która miała uczyć tolerancji seksualnej. Nagle jeden z pingwinów przestał być gejem i wybrał sobie partnerkę samicę.
Większość zwierząt preferuje stadne bytowanie, w którym charakterystyczna jest dominacja samca nad kilkoma samicami – wrócę do tego modelu, gdy przyjdzie czas na omawianie zachowań ludzkich. Związki samców w świecie zwierzęcym zdarzają się w sferze seksu w dwojaki sposób. Może to być wyraz dominacji silniejszego samca lub zachowanie zastępcze. Związki samic – nie jestem biologiem, ale nic mi na ich temat nie jest wiadomym.
Oczywiście współcześnie jest to zgadywanie i nawet zastosowanie obserwacji uczestniczącej w jakimś rzadkim prymitywnym plemieniu w amazońskiej dżungli nie da nam jednoznacznej odpowiedzi. W zasadzie każda ludzka kultura przekraczająca ramy najbardziej podstawowej wspólnoty pierwotnej zaczyna wprowadzać kodyfikację zachowań seksualnych. I w tej mierze socjologowie mają trochę racji. Jednak bez euforii – moim zamiarem jest udowodnienie tezy, że socjologizowanie seksu jest wtórne i znacznie przesadzone.
Każda kultura nakłada na seks, podobnie jak wiele innych aspektów życia, rozmaite tabu.
Z książki Bronisława Malinowskiego pamiętam niesamowitą w późnym okresie gierkowskim cechę owych Dzikich. Trochę przypominało to film Wielkie żarcie, ale w nieco innym znaczeniu. Autochtoni na Wyspach Melanezji uważali jedzenie za czynność raczej wstydliwą i woleli to robić ukryciu. Zaś seks był czynnością radosną i estetyczną, więc nie mieli nic przeciw upublicznianiu tej czynności. Jednocześnie kompletnie nie łączyli seksu z prokreacją, więc panował tam matriarchat, a seks służył wyłącznie do przyjemności.
Co w tym takiego szczególnego? Otóż podstawową funkcją seksu w większości kultur jest prokreacja i dlatego te kultury obudowują też wszelkie aspekty seksualności rozmaitymi tabu. Starożytna Grecja przekazała nam tradycje homoseksualizmu męskiego, który rzecz jasna nie służył prokreacji, ale niewątpliwie był podkreśleniem pewnej hierarchii społecznej. Co prawda Grecy przekazali nam śliczną opowieść w swojej mitologii. Ludzie pierwotnie mieli być istotami podwójnymi. Pewnego razu Zeus rozzłoszczony ludzkimi przewinami uderzył w Ziemię piorunem i te istoty rozpadły się. Do dziś każdy człowiek szuka tej swojej połówki i dlatego niektóre związki są hetero a inne homoseksualne. Pełnej prawdy na temat greckich obyczajów seksualnych nie znamy, jednak faktyczne znaczenie męskiego homoseksualizmu niestety bardziej przypomina zwierzęce pokrywanie młodych samców przez samca dominującego – żeby pokazać, kto tu rządzi. Tym bardziej, że efebowie byli młodymi chłopcami, którzy mieli niejako uczyć się od tych starszych. Homoseksualizm kobiecy w tradycji greckiej co prawda zaistniał i został nam przez historię przekazany. Jednak rzekłbym, że miał on uboczne znaczenie i sądząc po spuściźnie Safony – był znacznie bardziej emocjonalny niż seksualny.
Generalnie w kulturach starożytnych dominował patriarchalizm. Dominujący samiec zostawał królem i chciał przekazywać swoje geny dalej. Dlatego seksualność kobiet przede wszystkim została obwarowana pokaźną liczbą obostrzeń. Nie ma co ukrywać w takiej sytuacji seks mało miał wspólnego z przyjemnością. Natomiast sensowniej zaczyna wyglądać feudalne prawo pierwszej nocy, które wcale nie było objawem witalnej jurności i rozwiązłości klasy panów, a tylko sposobem na prymitywne i zwierzęce rozsianie swoich genów. Jednakże każdy kij ma dwa końce, praktyka pokazała, że ta jednorodność genów ma swoje ujemne skutki. Z perspektywy dzisiejszej możemy podać masę dowodów w znanych rodach europejskich, które degenerowały się poprzez krzyżowanie się tylko we własnym gronie. Stąd też od najdawniejszych czasów w zachowaniach ludzkich pojawiała się zdrada. W świecie zwierząt dominujący samiec kiedyś musiał przegrać walkę z nowym, młodym i aspirującym do roli przywódcy. Ludzkość, od kiedy zaczęła tworzyć struktury przywódcze, funkcjonowała inaczej. Rozmaite tabu religijne powodowały, że władcę trudniej było usunąć i zwyczajna walka samców nie wystarczała. Zresztą – tak jak już wcześniej zauważyłem – seks nie jest zjawiskiem socjologicznym w sposób pierwotny, ze względów prokreacyjnych został obudowany w całą masę zakazów i nakazów. Z tego te względu – podkreślę – rozpatrywanie greckiej tradycji homoseksualizmu męskiego jako kategorii pierwotnej jest ślepą uliczką socjologii. I jakkolwiek by modni socjologowie sobie tego nie kreowali – kryzysu heteroseksualności nie ma (to aluzja do komentarza w poprzednim moim tekście).
Oczywiście w takim aspekcie traci też sens pytanie o normy lub naturalność seksu. Jeśli odrzucimy tabu związane z utrzymaniem władzy i przewagi dominującego samca, zostaje nam tylko sens prokreacji. Mówiąc brutalnie – seks Polańskiego s trzynastolatką jest normalny, o ile miała ona ukształtowane cechy płciowe, ale nienaturalny jest seks analny. Seks z dzieckiem – niezdolnym do prokreacji – w takiej sytuacji byłby zdecydowanie faux pas. Ponieważ jednak mamy rozmaite tabu związane z seksem, a przekazane nam tradycje często wiążą nas bardziej, niż jesteśmy skłonni przyznać, to sprawa Polańskiego dziś właśnie budzi kontrowersje.
Jak już wspomniałem ten prokreacyjny aspekt seksualności dominował w tradycji europejskiej, aż do XX wieku. Wskazywanie tu na rozmaite odstępstwa od reguły mija się z celem, bo w ostateczności tę regułę potwierdza. Mamy więc obyczaje takie, które utrwalają dominację genów samca dominującego, ale też z drugiej strony pojawiają się zwyczaje, które doprowadzić mają do mieszania genów. Stare słowiańskie święto Kupały jest tego przykładem, Dionizje w Grecji również. Taka jednorazowa seksualna swoboda – raz na pewien czas – nie zagrażała strukturom społeczności, a zapewniała dodatkową możliwość krzyżowania się rozmaitych genów. Praprzyczyna takich zwyczajów jest zdecydowanie biologiczna.
Wspomniałem na początku o podmiocie badań Bronisława Malinowskiego. Jeśli ludzie nie kojarzyli seksu z prokreacją, to jak mogli odczytywać jego sens? Przyjemność mogła być jedynym powodem istnienia zachowań seksualnych i tym samym była to jedyna społeczność traktująca seks naturalnie. Jednak zachowania homoseksualne nie były tam na porządku dziennym. Zatem można się zastanawiać nad wszelkimi socjologicznymi próbami wyjaśnień naturalności homoseksualizmu. Przy czym – żeby było jasne – nie neguję biologicznego podłoża zachowań seksualnych – nie jestem naukowcem i pozostawiam tę sprawę do rozstrzygnięcia biologom. Jednak socjologiczne źródła homoseksualizmu nie mają w sobie nic naturalnego.
Wracajmy jednak do pierwotnej przyjemności seksualnej. Tylko w opisanej przeze mnie sytuacji mamy do czynienia z taką pierwotną i naturalną radością seksualną. Seks jako źródło przyjemności pojawił się w tradycji zachodu dopiero w XX wieku i to nie bez pomocy lekarzy. Niewątpliwie ważnym momentem było pojawienie się tabletki antykoncepcyjnej, dzięki czemu kobieta zaczęła panować nad swoją rozrodczością. Dlatego rewolucja seksualna lat sześćdziesiątych jest faktem niezaprzeczalnym. Oczywiście niektórzy będą interpretować to zjawisko przez pryzmat powszechnej swobody i przygody Romana Polańskiego sprzed ponad trzydziestu lat. Jednak inni odczytają ten czas jako wyzwolenie się z presji prokreacyjnej i koniec odbierania kobietom prawa do seksualności niezwiązanej z prokreacją. Oczywiście pięćdziesięciolecie pojawienia się pigułki antykoncepcyjnej jest pewnym symbolem i na pewno pigułki nie rozwiążą wszelkich problemów. Jednak jest to ważny krok w dziejach ludzi, który symbolicznie odbiera władzę nad seksem rządzącym, kapłanom wszelkich religii i po raz pierwszy oddaje seks ludziom.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Rodzice i dzieci

Mój ojciec nie bardzo sobie radził z małymi dziećmi. Kontakt ze mną nawiązał dopiero, gdy wykiełkowały mi już jakieś szare komórki. Zawdzięczam mu niewątpliwie sporo w zakresie swojego rozwoju intelektualnego, choćby dlatego, że zawsze dbał o to, by w zasięgu mojej ręki znalazły się odpowiednie książki, po które mogę zechcieć sięgnąć. Jednak to mamie i jej ogromnej cierpliwości w tłumaczeniu każdego: dlaczego? a czemu? i podsycaniu ciekawości zawdzięczam to, że jako pięcioletni brzdąc nauczyłem się czytać. Relacje z ojcem budowaliśmy później przez wiele lat dorosłego życia. Nie było to wcale proste.
Gdy sam zostałem ojcem, starałem się nie powtórzyć tych błędów. Powoli i nieustannie uczyłem się tej sztuki, jak być zawsze blisko i jednocześnie dostatecznie daleko, by nie przytłaczać autorytetem, nadmiernym ułatwianiem i nie ubezwłasnowolniać. Czy mi się to udało?
Wszystkie te rozterki i obawy ponownie stały się żywe wczoraj, gdy rozmawiałem z córką o jej egzotycznej podróży. Trudno mi było nie mówić o swoich obawach i rozterkach, choć powstrzymałem się i ograniczyłem do kilku uniwersalnych dobrych rad.

Na molo w Sopocie

Na molo w Sopocie


Ten niewidzialny łańcuch, który każe rodzicom wpływać na życie ich dzieci, a życie dzieci uzależnia od decyzji rodziców, należy przeciąć w odpowiednim momencie. Rodzice, którzy sami – w ten czy inny sposób – mają ustabilizowane życie, wyrażają naturalną tęsknotę do minimalizmu. Zawsze będą skłonni swojemu dziecku powiedzieć – wybierz bezpieczniejszą drogę, mniej osiągniesz, ale też unikniesz rozczarowania. Tylko to nieprawda. Rozczarowaniem będzie kiedyś każda zmarnowana okazja, każdy zbyt mały krok. Czasem przyjdzie nam pogłaskać i przytulić nasze duże małe dziecko, gdy wróci jak zbity pies po jakiejś klęsce. I to wystarczy. Nie używajmy nieśmiertelnego – a nie mówiłem. Po prostu myśmy już swój potencjał błędów wyczerpali, jedni lepiej inni gorzej. Teraz pozwólmy młodym, niech robią swoje własne. A może się im uda i dotkną gwiazd? Tylko niech to będą ich własne gwiazdy, a nie te, które kiedyś wymarzyli sobie rodzice.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Pierwsza prawdziwa feministka

Sto lat temu zmarła Eliza Orzeszkowa. Nie będę udawał, że pamiętałem tę datę, choć współczesne feministki powinny. Ja natknąłem się na tę informację przeglądając – jak co dzień – strony internetowe. Warto jednak dziś przypomnieć tę wyjątkową postać, ważną nie tylko w historii literatury i oddać jej sprawiedliwość, której za życia się nie doczekała.
Pierwsze lata życia młodej Elizy były charakterystyczne dla dziewcząt z tej klasy społecznej. Wywodziła się z inteligenckiej i szlacheckiej rodziny, więc nie brakło w domu atmosfery podsycającej rozwój intelektualny młodej panny. Później – zgodnie z obowiązującym zwyczajem i tradycją – oddano ją na pensję, nawiasem mówiąc poznała tam znaną później literatkę – Marię Konopnicką. Przyjaźń z Konopnicką trwała całe życie, ale sposób kształcenia młodych kobiet Orzeszkowa krytykowała zawsze. Swoistą krytyką edukacji dla kobiet była powieść Marta. Bohaterka powieści po śmierci męża zostaje bez środków do życia, a musi się jakoś utrzymać wraz z małą córeczką. Problemem jest z jednej strony jawna dyskryminacja kobiet opisana przez autorkę, ale z drugiej strony fakt, ze bohaterka nic nie umie. Wykształcenie uzyskane na pensji nauczyło ją wszystkiego, ale powierzchownie. Tyle by młoda osoba mogła się spodobać jako obyta i wykształcona kandydatka na żonę, ale za mało, żeby wykonywać jakąś pracę. Tragiczny koniec Marty jest wynikiem braku gruntownego wykształcenia, nieprzystosowania do samodzielnego życia, a również dyskryminacji płci.

Eliza Orzeszkowa

Eliza Orzeszkowa (Zdjęcie z Wikipedii)

Eliza, jako siedemnastoletnia dziewczyna, wychodzi za mąż za arystokratę Piotra Orzeszko. Wszystko wskazuje na to, że małżeństwo z dużo starszym od niej mężczyzną miało posłużyć uwolnieniu się spod władzy matki. Sam Orzeszko – raczej utracjusz – chyba traktował małżeństwo jako sposób na poprawienie kiepskiej kondycji swego majątku. Tak czy inaczej nie było to wzorowe małżeństwo. Orzeszkowa potrafiła sobie nie tylko wywalczyć niezależność w sprawach codziennych, ale też zmusić męża do tolerowania jej działań podejmowanych na rzecz powstańców w 1963 roku. Paradoksalnie za jej działalność – w tym ukrywanie Romualda Traugutta – zesłaniem na Syberię zapłacił jej mąż, który nie był dość stanowczy by jej takich działań zabronić, ani też dostatecznie patriotą, by samemu brać udział w powstaniu.
Eliza Orzeszkowa nie pojechała za mężem na Sybir, jak to było w zwyczaju wielu ówczesnych żon. Nie powiedziała rzymskim zwyczajem, gdzie ty Kajus tam ja Kaja, tylko z zarekwirowanego majątku męża wyprowadziła się do odziedziczonej rodzinnej wsi. A na domiar złego rozpoczęła starania o unieważnienie małżeństwa, które w końcu uzyskała mając 28 lat. Na dodatek związała się bez ślubu ze Stanisławem Nahorskim – prawnikiem, którego poślubiła dopiero po 25 latach. W tamtych czasach była to niezwykła odwaga i niesamowite wręcz poczucie niezależności. Prawdopodobnie aż do współczesności potomkowie Orzeszków określają Elizę wyłącznie pewnym krótkim i dźwięcznym słowem. Trudno dziś powiedzieć, dlaczego małżeństwo z Piotrem Orzeszko było tak nieudane i tak się skończyło. Można się dziś tylko domyślać, że był swoisty kontrakt i Orzeszkowa miała swoje powody, by go rozwiązać.
Współcześnie większość Polaków zna Orzeszkową jako autorkę obowiązkowych, a więc ex definitione nudnych lektur szkolnych. Może zatem warto przyjrzeć się z nieco innej strony jej twórczości. Warto zauważyć, że w pewien sposób wytyczała drogę kobietom nadchodzącego dwudziestego stulecia. Jej młode bohaterki są silne i zdecydowane pomimo niekorzystnych okoliczności zewnętrznych. Przywołam dwie postacie. Jedną z nich jest bohaterka króciutkiej noweli ABC. Joanna Lipska mieszka wraz z bratem, drobnym urzędniczyną w jednym z większych miast ówczesnej Polski. Są dziećmi byłego powstańca, który zmarł przedwcześnie, pozbawiony pracy i godności. Żyją nędznie. Joanna aby pomóc bratu zaczyna uczyć dzieci z sąsiedztwa. Okazuje się to jednak przestępstwem dla władz zaborczych. Kluczowym momentem jest rozprawa, podczas której Joanna mówi wpierw: myślałam, że dobrze czynię, ale zaraz poprawia się: myślę, że dobrze czyniłam. Te słowa ukazują nie tylko jej odwagę, ale także budzącą się świadomość narodową, której jej bratu brakuje. Druga bohaterka to Justyna ze słynnej powieści Nad Niemnem. Justyna ma możliwość urządzić sobie względne bezpieczne życie przy boku starszego, ale bogatego mężczyzny. Jednak szuka czegoś więcej, zakochuje się i według ówczesnych pojęć popełnia mezalians, jednak za to ma wpływ na swoje życie, więc to ona i jej miłość stają się początkiem nowej nadziei.
Nad Niemnem Orzeszkowej to wielka epopeja przedstawiająca naród u schyłku XIX wieku. Wcześniej dość przekrojowy obraz społeczeństwa pokazał Mickiewicz w Panu Tadeuszu, jednak ograniczył się do krótkiego momentu historycznego. W powieści Nad Niemnem dzięki wplecionej w akcję legendzie o Janie i Cecylii mamy obraz rosnącej od lat i tradycyjnej społeczności. W zasadzie to ta powieść jest pierwszą polską epopeją narodową. Stała się Orzeszkowa prekursorką zintegrowanej wizji świata i ludzi. W jej powieści bohaterowie żyją związani z naturą i w symbiozie z nią. Kultywują tradycje i przekazywaną z ojca na syna patriotyczną tradycję. Istotnym dla poznania postawy samej Orzeszkowej jest przedstawienie religijności wiejskiej, polega ona na praktycznym życiu zgodnie z przykazaniami, a nie na obrzędach – w życiu opisanej wsi praktycznie nie występuje ksiądz. Podobny punkt widzenia – życie człowieka w ścisłym związku z naturą – znajdziemy w napisanej ponad trzydzieści lat później powieści innego noblisty. Jest to Błogosławieństwo ziemi Knuta Hamsuna. Dzieło Elizy Orzeszkowej, choć z innej epoki i z inną poetyką, wcale nie ustępuje autentycznością i wewnętrzną prawdą.
Na początku XX wieku, w roku 1904 nazwisko Elizy Orzeszkowej pojawiło się wśród kandydatów do literackiej Nagrody Nobla. Rekomendował ja Aleksander Brückner – znany historyk literatury i slawista. Kandydatura ta uzyskała nawet poparcie niektórych członków komitetu noblowskiego. Jednak ostatecznie przeważyła kandydatura Henryka Sienkiewicza, który dostał tę nagrodę w 1904 roku. Jest to swoisty paradoks, że najwybitniejszym pisarzem odchodzącego już pozytywizmu stał się autor przedstawiający na wskroś romantyczną wersje polskiej historii i tożsamości narodowej. Zaś sama Orzeszkowa już nie stała się liczącą kandydatką do Nagrody Nobla. W 1909 roku ewidentnie przegrała ze szwedzką pisarką Selmą Lagerlöf i w ten sposób nie stała się pierwszą kobietą, ani pierwszą Polką – noblistką. A szkoda, bo twórczość Orzeszkowej znacznie dokładniej wyczerpywała warunki przyznawania tej nagrody. W pewnym sensie Orzeszkowa stała się pierwszą ofiara poprawności politycznej. Jednym z ważnych argumentów za przyznaniem nagrody Sienkiewiczowi była bowiem właśnie jego krucjata patriotyczna wyrażona w Trylogii, a innym odwołanie do dwóch tysięcy lat tradycji chrześcijańskiej Europy w Quo vadis, a było to zgodne z ówczesnym tendencjami.
Tak więc sto lat temu umarła znana, choć mimo wszystko niedoceniona pierwsza polska feministka. Chapeau bas.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Emancypantka czy feministka

Feminizm i emancypacja kobiet to nie jest zagadnienie, które w jakiś szczególny sposób spędzałoby mi sen z powiek. Tym bardziej, że za ostatni tekst na ten temat, zebrałem cięgi zarówno od kilku znajomych płci męskiej – z jednej strony, zaś od własnego dziecka z drugiej. Jednak zaobserwowana ostatnio dyskusja na Faceboku wśród znajomych i znajomych znajomych spowodowała, że ponownie zacząłem na ten temat myśleć. Problem nie zniknie od tego, że ja nie będę się nim zajmował.
Na co dzień postawy wobec kwestii praw kobiet są przyczajone. Ujawniają się znacznie częściej dopiero w sytuacjach takich, jak obecnie – gdy zbliżają się wybory i ktoś tę sprawę uparcie wyciąga.
Prawicowy publicysta Rafał Ziemkiewicz – na marginesie niezły pisarz SF – napisał: Chrońmy kobiety przed polityką. Kobiety nie poprawiają polityki. Wręcz przeciwnie: polityka psuje kobiety. Wchodząc w to środowisko, stają się bardziej od mężczyzn brutalne, perfidne i fałszywe.
Ciekawe co by było gdyby jakaś znana publicystka napisała: Chrońmy mężczyzn, dobrze zapowiadających się literatów, przed publicystyką polityczną. Gdy stają się politycznymi komentatorami, głupieją, ich myśli stają się prymitywne i trywialne, a do literatury już nigdy nie wrócą.
Ponieważ nazywamy wszystko od chwili, gdy zaczynamy mówić, więc sposób nazywania świata i zjawisk jednoznacznie charakteryzuje nasz stosunek do tego świata. Określenie chrońmy kobiety przed… jest w swej istocie tak mizoginiczne, że aż śmieszne. Chronić przed czymś należy zwykle dzieci, bo są jeszcze niedojrzałe i niedoświadczone, więc póki nie dorosną chronimy je. Jednak kobiety są już dorosłe i samodzielne, więc jeśli mamy je chronić, to dlatego że pod jakimś względem są gorsze, głupsze i niesamodzielne. Angażując się w jakieś sfery życia zrobią sobie krzywdę, więc my mężczyźni musimy je chronić przed ich własną nieodpowiedzialnością. Od takiej postawy już tylko krok do stwierdzenia chrońmy kobiety przed edukacją, bo zrobią się przemądrzałe i nie będą tak posłuszne. Chrońmy je przed dostępem do własnego konta bankowego, lepiej gdy mąż wydzieli im pieniądze, bo przecież one nie mają rozsądku.
A co się będziemy ograniczać! Ubierzmy nasze kobiety w hijab i nikab, żeby się obcy faceci na nie nie gapili. Zamknijmy je w domu, żeby nie miały okazji zdradzić swojego mężczyzny.
Mam czasem wrażenie, że taka męska postawa jest wyrazem lęku przed dominacją, którą niektórzy wynieśli z domu i tradycji rodzinnej. Takim modelowym przykładem jest słynna pani Dulska i jej rodzina z komedii Zapolskiej. Poruszyłem ten problem kiedyś pisząc o stereotypie Matki Polki. A skoro jest lęk, to znaczy jest niepewność. Chrońmy kobiety tak naprawdę znaczy trzymajmy kobiety z daleka od naszych zabawek, bo przyjdą i tu także okażą się lepsze. W gruncie rzeczy jest to postawa frustrata i impotenta, który tylko dzięki utrzymaniu władzy i zależności potrafi realizować swoje seksualne spełnienie.
Niestety współczesne kobiety dość chętnie wpisują się w ten stereotyp, tak jakby wygodniejsze dla nich było rządzenie mężczyzną przez domowo-łóżkową manipulację niż istnienie we wspólnym świecie na równych prawach. Tu także kluczowe są słowa. Pozytywnie przyjmuje się określenie emancypantka, negatywnie feministka. Niedostatek wiedzy lingwistycznej uspokajająco zakłamuje rzeczywistość, bo obydwa słowa odnoszą się do tego samego zjawiska. Tyle że różni je cała epoka. Naprawdę sedno relacji miedzy kobietami zawiera się w angielskiej szkolnej anegdotce. Profesor napisał na tablicy: A woman without her man is nothing i polecił uczniom wstawić znaki przestankowe. Chłopcy napisali: A woman, without her man, is nothing. Dziewczęta zaś napisały: A woman – without her, man is nothing. Paradoksalnie obydwie strony miały rację patrząc z punktu widzenia socjologicznego. Psychologicznie żadna ze stron nie miała racji, bo takie myślenie jest przejawem niedojrzałości. Osoba niedojrzała, w związku zachowuje się w myśl zasady: kocham cię, bo cię potrzebuję. Człowiek dojrzały myśli: potrzebuję cię, bo cię kocham.
Dziwię się konserwatystom, którzy chcieliby wzorem dziewiętnastowiecznych przodków, zamknąć kobietę w obrębie spraw wyłącznie domowych. Po pierwsze dziś tak się już nie da. Po drugie obserwując scenę polityczną, widzę, że kobiety zachowują znacznie więcej rozsądku (choć sprawiedliwie dodam, nie wszystkie). Po trzecie, nie rozumiem jak kogoś może podniecać i fascynować bezbarwna i głupia kura domowa.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 6.0/10 (2 votes cast)

Czas jest najprostszą rzeczą

Zwykle na coś czekamy. Niecierpliwimy się. Thank God it’s Friday. Czekamy na kolejną sobotę, na wakacje. Potem czekamy na urlop, jeszcze później żeby dzieci podrosły, co pozwoli wypocząć podczas urlopu. W końcu czekamy na emeryturę. Życie człowieka składa się z czekania. Czasem czekamy na nierealne. Karmimy się złudzeniami o czymś, co powstało w naszych urojeniach, a tuż obok prawdziwe życie przecieka nam przez palce.
Stracony czas nie wraca. Coś, co odłożyliśmy (bo będzie więcej pieniędzy, bo dzieci będą starsze, bo nie będzie tyle pracy), nie wróci już, marzenie staje się mrzonką. Minuta po minucie, dzień po dniu, rok po roku, umieramy powoli, nie mając o tym pojęcia. I wreszcie przyjdzie to, na co nikt z nas nie czeka.

Spójrz na mnie i zapamiętaj mnie.
Odejdę na zawsze i nie spotkasz mnie już.
Nigdy już.
Odejdę ku zachodowi,
gdzie żyją nieśpiesznie
nasze dawne dni
i ty kochasz mnie…
La la la la laj…

Nie można zmienić przeszłości, nie można wrócić do niej. Jest tylko przyszłość i dlatego czas jest najprostszą rzeczą*.


* Tytuł zaczerpnąłem z powieści Clifforda Simaka.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Matka Polka

Mam taką swoją teorię, na temat życia intymnego rodaków. Teorię, która sięga głęboko w przeszłość. Powstała kiedyś podczas maratonu znanego jako „nocne Polaków rozmowy” i w tym sensie jest teorią nie tylko moją, ale i przyjaciela, z którym te rozmowy toczyłem.
Powszechnie wiadomo, że pojęcie „Matki Polki” wywodzi się z okresu powstań narodowych, z początków XIX wieku i ma niewątpliwie pozytywne konotacje. Jednak we współczesnym języku potocznym to już nie jest tak oczywiste. Pod określeniem „Matki Polki” kryje się bowiem przeciętna współczesna kobieta, która ze swego poświęcenia, dla rodziny, dla dzieci czyni pewną cierpiętniczą ideologię.
Sięgnijmy zatem do korzeni. Po fatalnym dla Polski wieku siedemnastym, kolejne stulecie przyniosło osłabienie państwa, rozpad instytucji państwowych i edukacji. W pewnym momencie nasi przodkowie zaczęli naprawiać swe błędy (i błędy poprzednich pokoleń), ale już było za późno. Polska straciła niepodległość. Z tym jednak Polacy nie potrafili i nie chcieli się pogodzić. Stąd kolejne powstania, zaczynając od Kościuszkowskiego, a na Styczniowym kończąc. Kolejne powstania wyniszczały naród biologicznie, najbardziej zaś ostatnie – Styczniowe. Udział w kolejnych powstaniach brali przede wszystkim mężczyźni silni, konsekwentni i odważni. Wydaje się, że najlepsi z punktu widzenia genetyki*. W domu zostawali najsłabsi fizycznie, z chwiejnym i niezdecydowanym charakterem, kunktatorzy.
Po każdym kolejnym powstaniu zostawały samotne kobiety obarczone dziećmi i odtąd musiały wypełniać wszystkie role w rodzinie. Zająć się wychowaniem dzieci, ale także utrzymaniem w sensie materialnym. Istotny wpływ na kształtowanie kolejnych mężczyzn miało wychowanie bez ojcowskich wzorów. Kobiety wychowywały synów tak, aby ich uchronić od losu ojców, a więc mimowolnie odbierając im jakąś cześć męskości.
Te, które były młode i wybierały partnerów życiowych, miały coraz mniejszy wybór.
Doskonale widać to w literaturze pozytywistycznej, która chętnie malowała takie scenki obyczajowe. W noweli ABC Orzeszkowej mamy rodzeństwo Lipskich, dzieci dawnego nauczyciela, który być może stracił posadę po powstaniu. Syn Mieczysław jest chwiejny i przerażony rzeczywistością, a osobą wykazująca hart ducha i odwagę jest jego siostra Joanna. W wielu też utworach są przedstawione kobiety, które same zajmują się dziećmi, zresztą prawdziwe losy takich postaci jak Konopnicka, czy Orzeszkowa bardzo przypominają te literackie przykłady.
Ten fatalny dla polskiej nacji stan rzeczy nie skończył się na okresie zaborów. Naród utracił wielu najlepszych swych obywateli kolejno jeszcze podczas pierwszej i drugiej wojny. Za każdym razem pogłębiało to sytuację, gdy kobiety musiały troszczyć się zamiast mężczyzn o utrzymanie rodziny i wychowanie dzieci. Mężczyzna, jeśli był, to był często bezużyteczny. Doskonałym przykładem może być Dulski ze znanej komedii Gabrieli Zapolskiej. Z nowszych przykładów pasuje tu świetnie postać grana przez Zbigniewa Cybulskiego w filmie Giuseppe w Warszawie.
W ten sposób w obyczajowości polskiej utrwaliło się traktowanie mężczyzny jako trutnia, którego jedynym zadaniem, jakie potrafi wypełnić, jest spłodzenie dzieci, a później już staje się jedynie balastem dla umęczonej codziennymi staraniami o przetrwanie żony.
Konsekwencje są bardzo głębokie. W oczach mężczyzny kobieta po kilku latach małżeństwa zaczynała przypominać jego własną matkę i tak też się zachowywała. Można więc mówić o szacunku, ale trudno już o miłości, a seks staje się wręcz brzydkim słowem.

Niestety taki wizerunek jak powyżej wciąż był aktualny, nawet jeszcze w latach siedemdziesiątych, a na wsi jeszcze dłużej. Niewątpliwą przyczyną tego stanu rzeczy jest – z jednej strony – socjalistyczna bieda i szarość dnia codziennego, a z drugiej wspólne państwowo-kościelne potępienie seksu. Wystarczy przypomnieć, że liczba książek na temat edukacji seksualnej była żałosna. Znany podręcznik Wisłockiej pojawił się dopiero pod koniec epoki gierkowskiej. Dla odróżnienia w zachodnioeuropejskim lub amerykańskim wizerunku żony pracującej w domu (housewife) kładzie się akcent na szczęście i zadowolenie, a nie poświęcenie i cierpienie. W reklamach, artykułach prasowych, w telewizji, żona jest ładna i zadbana, nawet kuchenny fartuszek jest seksowny i modny. Ale też zachodnia żona była żoną „domową”, o utrzymanie rodziny troszczył się mężczyzna, a dążenia kobiet do pracy zawodowej były raczej wynikiem aspiracji, a nie konieczności ekonomicznej. U nas mężczyzna nie dość, że obarczony tradycją trutnia, to jeszcze w realnym socjalizmie nie był w stanie zarobić na utrzymanie rodziny. Żona zatem pracowała na dwa etaty.

Wśród kobiet zaś tradycyjnie, przekazywane z pokolenia na pokolenie, pokutuje przeświadczenie o konieczności poświęcenia się, co dla większości oznacza rezygnacje z własnych pragnień i szczęścia. W tych warunkach „Matka Polka” jest nie tylko brzydka lub przynajmniej skandalicznie zaniedbana, jest zgorzkniała i nieprzyjemna, bo w głębi duszy ma wciąż wrażenie, że tak być nie musi. Jednak przez blisko dwieście lat polskie kobiety jako partnerów dostawały coraz to gorszy „materiał genetyczny”, „prawdziwi” mężczyźni zwykle ginęli w powstaniach i na wojnach. To spowodowało również tradycyjne, przekazywane z pokolenia na pokolenie, wzorce zachowań w małżeństwie i poza nim. Dla kobiet wejście w małżeństwo było końcem radośnie pojmowanej kobiecości i było początkiem cierpienia i wyrzeczeń. Dla mężczyzny zaczątkiem swoistego rozdwojenia jaźni (żona żadną miarą nie pasuje do wizerunku kobiety, z którą może się spełnić seksualnie). Tak więc w przeciętnym małżeństwie okres godowy, czas miłości mężczyzny i kobiety z reguły kończył się wraz z pojawieniem się pierwszego dziecka.
W ferworze walki płci kobiety nie zauważyły, że coś się zmieniło. Po pierwsze, gdy pojawiły się kolejne powojenne pokolenia, po drugie – gdy przestał istnieć realny socjalizm. Współczesny mężczyzna nie jest już Dulskim, który wokół stołu „robi” trasę do Kopca Kościuszki i z powrotem. Jest zaradny i energiczny, potrafi pogodzić obowiązki zawodowe z rodzinnymi, umie być jednocześnie ojcem i mężem. Od żony nie oczekuje poświęcenia, ale wspólnego dążenia do tego, żeby w małżeństwie być szczęśliwym.
Zatem i kobieta współczesna powinna bardziej zadbać o siebie i swe szczęście i zrozumieć, że dzieci nie oznaczają ani końca kobiecości, ani możliwości osiągnięcia zadowolenia z małżeństwa. Wydaje się, że obecne pokolenie młodych kobiet jest w stanie odciąć się od cierpiętniczej tradycji swych szacownych przodkiń. I oby się tak stało, by już na zawsze przestała być aktualna słynna Litania do matrony krakowskiej Boya Żeleńskiego oraz jej zakończenie:
I tylko w tęsknocie żyjem,
Czy nie wstanie jaki Wandal,
Co przepędzi babę kijem
I zakończy raz ten skandal!…
**
Czego sobie i wam życzę. 🙂


* Takie stwierdzenie nie czyni mnie jeszcze absolutnym zwolennikiem darwinizmu. Jednak symptomatyczne jest, że w normalnych warunkach to samiec najsilniejszy, najbystrzejszy, atrakcyjny, zdobyłby samicę. W naszych głównie wojennych warunkach, ten atrakcyjny ginął często bezpotomnie. A jeśli nawet nie, to często rola jego kończyła się na spłodzeniu potomka, zaś nie zdążył być mężem i ojcem.
** Jako tradycyjna szowinistyczna męska świnia, nie mogłem sobie odmówić radości wklejenia tu choćby krótkiego cytatu z Żeleńskiego. 🙂

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)