Winni i niewinni

W połowie maja świat został zaskoczony niespodziewanym aresztowaniem Dominika Strauss-Kahna i oskarżeniem go o gwałt. Oznaczało to przede wszystkim zmiany w MFW, bo aresztowanego szefa tej instytucji dość szybko musiał ktoś zastąpić. To oczywiście spowodowało międzynarodowe targi na temat tego stanowiska. Jednak znacznie ważniejsza jest przyszłość polityki francuskiej. Strauss-Kahn był murowanym kandydatem socjalistów w przyszłorocznych wyborach prezydenckich.Biorąc pod uwagę małą popularność obecnego prezydenta, ta kandydatura mogła oznaczać dużą zmianę w polityce francuskiej, a co za tym idzie w całej Europie.
Jednak stary satyr, o którym było wiadomo już wcześniej, że ośrodek decyzyjny trzyma w spodniach, został oskarżony o zgwałcenie pokojówki hotelowej i na dodatek wiernej muzułmanki. Ponieważ wszyscy wiedzą, że muzułmanie – w przeciwieństwie do chrześcijan – bardzo poważnie traktują swą religię, to wina szefa MFW wydawała się oczywista. Media rzuciły się na niego jak sępy, takoż rozmaite organizacje broniące praw kobiet i w zasadzie większość zainteresowanych wydarzeniem obserwatorów.
Na szczęście dla oskarżonego ma on sporo kasy i dzięki temu mógł on uniknąć uroków życia seksualnego w standardowym amerykańskim areszcie, a co ważniejsze, mógł też zatrudnić jedną z najznamienitszych kancelarii prawniczych. Z jednej strony daje to smutną konstatację, że w USA, gdy nie masz kasy na znanego adwokata, który oskubie cię jak kurę na rosół, to dostaniesz adwokata z urzędu, a ten w porozumieniu z prokuratorem załatwi ci „czapę” lub przynajmniej dożywocie. Jeśli masz kasę, to gdyby nawet twoją zbrodnię sfilmowała telewizja, znany adwokat i tak cię wyciągnie z wszelkich kłopotów.
Jednak tym razem nie amerykański system prawny jest przedmiotem rozważań. Strauss-Kahn ma dziś 62 lata i brak mu muskulatury i sprawności Rambo. To gryzipiórek od lat spędzający sporo czasu za biurkiem, więc gwałt na trzydziestoletniej i fizycznie pracującej sprawnej kobiecie w jego wykonaniu od początku był trochę mało prawdopodobny. Szczególnie, że miało rzekomo chodzić o stosunek oralny. Potem już prokuratorzy zaczynali się coraz bardziej plątać, parę dni później mówiono już wyłącznie o napaści seksualnej, a kwalifikacja czynu coraz bardziej zmierzała ku czemuś, co mogło przypominać molestowanie seksualne. Jednak amerykańskie prawo nauczone sprawą Polańskiego chciało zabezpieczyć się przed ucieczką podejrzanego, którego Francja w takim wypadku na pewno by nie wydała.
Dziś widać, że choć – co prawda – Strauss-Kahn zalicza się do tak zwanych „erotumanów”, to jednak pokojówka robiła to, co robiła, z własnej woli, aczkolwiek nie możemy dziś wykluczyć czyjejś inspiracji. Detektywi kancelarii adwokackiej znaleźli sporo dowodów na to, że pokojówka jest zamieszana w sprawy typowo przestępcze, że przez jej konto bankowe przewijały się sumy, jakich na pewno zarobić nie mogła, no i że rozmawiała „otwartym” tekstem o zamiarze wrobienia szefa MFW i wyciągnięcia z tego sporej kasy.
Dziś zatem raczej można zastanawiać się kto i dlaczego był inspiratorem tej intrygi, bo do przyszłorocznych wyborów prezydenckich Strauss-Kahn raczej nie przystąpi, a jeśli nawet to z małymi szansami, bo na miejscu we Francji czeka już następna pani, która przypomniała sobie o gwałcie sprzed ośmiu lat.
Polską opinię publiczną kilka dni temu zbulwersowała historia małej Nikoli mieszkającej z rodzicami w Norwegii. Dziewczynkę odebrał rodzicom urząd odpowiadający naszej opiece społecznej i skierował ją do rodziny zastępczej. Jak twierdzili rodzice dziewczynki, dlatego, „że była smutna”. Rodzice tłumaczyli, że chorowała babcia dziecka i niewesołe wieści z kraju spowodowały smutek dziecka. Bezduszny urząd uznał zaś, że dziecko nie może być smutne i „porwał” dziewczynkę polskim rodzicom, po to by oddać ją zastępczej rodzinie norweskiej. Na szczęście nasz słynny detektyw Rutkowski wykonał kolejną spektakularną akcję i uwolnił dziewczynkę z norweskiej niewoli, no i zwrócił ją rodzicom całą i zdrową, a ponadto szczęśliwą. Ocena tej historii była jednoznaczna – norweski urząd został porównany do hitlerowskiej organizacji i rozległy się wszem i wobec odgłosy świętego oburzenia. Opozycja oczywiście winiła przy tej okazji rząd, za to, że nie posłał do Norwegii przynajmniej jednostki „Grom”. A większość rodaków oczywiście wypowiadała się w tonie hurrapatriotycznym. Mało komu chciało się poszperać, żeby o tej historii dowiedzieć się więcej. A czego? A tego na przykład, ze norweski urząd wielokrotnie próbował się z rodzicami kontaktować się i sprawdzić, jaka jest sytuacja w domu, na czym polegają problemy, ale rodzice to sobie kompletnie lekceważyli. Sytuacja rodzinna zdaje się nie była idealna, pojawiały się nawet informacje o możliwym rozwodzie rodziców Nikoli, a co za tym idzie faktycznie stresującej sytuacji dla dziecka. Jednak – całkiem możliwe – rodzice poszli po rozum do głowy dopiero wtedy, gdy urzędnicy uznali za konieczne interweniować.
Jaki jest morał z tych dwóch historii? Niestety dość pesymistyczny. Gdy ktoś jest oskarżany zwykle budzi to spore zainteresowanie. Gdy wszystko zostaje wyjaśnione – zwykle to ju nikogo nie obchodzi. Media i ich odbiorcy mają wtedy już od dawna nowe sensacje i nowe ofiary. Nikogo już nie obchodzi, czy oskarżony był winny, czy skrzywdzona niewinność jest naprawdę niewinna. Te dwie historie i ich bohaterów dobrałem z premedytacją, celowo niewinny nie wzbudza sympatii, zaś skrzywdzeni nie są tak kryształowo czyści, jak mogłoby się wydawać, bo nic nie jest czarne, ani białe.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.5/10 (4 votes cast)

Kropka nad j

Ugrupowanie renegatów PiS, czyli zdrajcy i odszczepieńcy, którzy kąsali dobrotliwą dłoń prezesa Jarosława Kaczyńskiego, do niedawna cieszyło się nie tylko pobłażliwością mediów, ale nawet wsparciem ze strony dziennikarzy programów TVN. Z wyjątkiem zachowującej rozsądek Superstacji, w pozostałych stacjach telewizyjnych zapraszano chętnie panią Kluzik Rostkowską, Jakubiak a także panów Poncyliusza, Kamińskiego i Bielana. Zapewne motywem przewodnim była nadzieja, że rozwiążą się tym biednym, skrzywdzonym i wyrzuconym języki i metodą Chucka Norrisa przewalą kopa z pół obrotu prezesowi i jego wiernej sforze. Jednak dla części dziennikarzy dodatkowym motywem była nadzieja wykreowania nowej rzeczywistości politycznej z nową partią, która zdecydowanie zagrozić może:
– PiSowi, bo odbierze mu elektorat;
– PO, bo stanowić będzie twardą i logiczną opozycję;
– PSLowi, bo wypchnie tych dinozaurów politycznych na margines progu wyborczego;
– SLD, bo przejąć może część socjalnego elektoratu.
Jak już wcześniej wspominałem w tych demiurgicznych działaniach przodowała stacja TVN24, która zachęcona sukcesem w tworzeniu żałoby po stracie najwspanialszego prezydenta od czasów Mieszka I, postanowiła wspomóc rodzący się ruch polityczny.
Niestety nadzieje redaktorów na nowy wspaniały ruch polityczny chyba były przeszacowane. PJN musi się najpierw zmierzyć z kwestią nazwy. Ktoś był szybszy i stwierdził, że to jego „Polska jest najważniejsza”. Trzeba pomyśleć nad nazwą i tu okazuje się, że nie ma zgody i brakuje podpisów członków założycieli. Po drugie ploteczki lokalne z okrąglaka przy Wiejskiej mówią, ze zaczyna się wstępny bój o miejsca wyborcze w PJN. A na dodatek inne – z nadziejami powtarzane w TVN24 – mówią o rzekomym odejściu niektórych polityków z PO. Pomimo tej trwającej już kilka tygodni promocji telewizyjnej, udział PJN w sondażach wciąż jest mniejszy od oczekiwań. A co dopiero będzie, gdy łatwo trafiająca już do odbiorcy nazwa zostanie zmieniona na inną?
Trochę może za wcześnie na przedwyborcze prognozy, ale lubię zgrywać jasnowidza, więc pozwolę sobie na wróżby na przyszłość dla PJN.
Ponieważ politycy z tego ugrupowania długo reprezentowali syndrom wykluczenia z sekty, to dla przeciętnego wyborcy nie są „odróżnialni” od PiS. Dyskusja sejmowa o katastrofie smoleńskiej i dramatyczne wystąpienie pani Jakubiak powodują, że PJN postrzegany jest jako bliski partner tylko dla PIS, a niektórzy wręcz podejrzewają zmowę.
PJN nie odbierze socjalnego elektoratu SLD, ponieważ takiego już tam dawno nie ma. Socjalny elektorat w części przeszedł do PiS, w części umarł, a reszta nie pójdzie głosować po tym, jak media „zakatrupiły” mu wodza Leppera.
Ugrupowanie Kluzik Rostkowskiej nie odbierze też głosów PO, ponieważ wyborcy tej partii – jakkolwiek czasem na nią rozzłoszczeni – pamiętają i nie zapomną, że to liderka tego ugrupowania wraz z panią Jakubiak, Poncyliuszem i Migalskim wciskali nam „odmienionego” prezesa w wyborach prezydenckich.
Wreszcie nie odbiorą wyborców PSL, bo tu możliwe elektoraty nie pokrywają się wcale. Być może PSL nie dostanie się do sejmu, ale głównie dlatego, że epoka partii klasowych mija. A na dodatek PSL jest hamulcowym w obecnej koalicji, a mam na myśli KRUS.
W rezultacie ugrupowanie PJN – nie wiadomo pod jaką nazwą będzie startować – nie osiągnie progu wyborczego, chyba że zdecyduje się z PiSem utworzyć blok wyborczy, czego dziś wykluczyć nie można. Z drugiej strony pamiętajmy, że prezes zdrady nie wybacza nigdy – prawdziwej, ani urojonej, więc współpraca z PiSem może być problematyczna. Choć kto wie, jeśli przed wyborami prezes Kaczyński nałoży kolejną maskę…
Polska może jest najważniejsza dla polityków z tej grupy, ale – jaka Polska? Jak na razie wciąż jest to IV RP tylko lekko zmodyfikowana brakiem prezesa. W listopadzie tego roku będziemy mogli spokojnie odłożyć cienki tomik pod nazwą „PJN i co dalej” na półkę i zapomnieć tę dość kiepską w sumie lekturę.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.8/10 (5 votes cast)

Drzwi od stodoły

Bon mot o polskich pilotach, którzy polecą nawet „na drzwiach od stodoły” dziwnie jakoś sprzągł się ze smoleńską katastrofą. Oddaje on i brawurę i beztroskę, jednym słowem cały zespół cech przynależnych polskiej nacji, jako charakterystyczne. Podczas Bitwy o Anglię najbardziej znani stali się polscy piloci, o których Arkady Fiedler napisał świetną książkę. Jednak wśród światowych asów wojskowego lotnictwa nie ma polskich pilotów na pierwszych miejscach. Przyczyna jest bardzo prosta – nie dożyli momentu, gdy mogli się stać asami. Spośród wielu wyróżniali się walecznością i zapałem, ale dowództwo brytyjskie przyprawiali o zawrót głowy notorycznym łamaniem procedur oraz niesubordynacją.
Jak widać dzisiejsi piloci dorównują tym z czasów wojny. Tylko tamci nie mieli setki pasażerów na pokładzie. Nad lotniskiem w Smoleńsku polscy piloci braki w szkoleniu nadrabiali brawurą. Także piloci lądującego wcześniej Jaka-40. Chociaż pilot Jaka-40 mówi, ze „ogólnie to tutaj pizda jest”, ale po chwili dodaje „próbować możecie jak najbardziej”. Na stronie Agencji Lotniczej Altair Edward Margański pisze bezpośrednio pod adresem tego pilota: Panie Poruczniku, oraz ci którzy takich jak Pan wychowali i akceptowali. Pan grzeszy. Pan powinien mieć wyrzuty sumienia do końca życia. Ten pilot też był jedną małą cegiełką budującą przyczyny katastrofy. To nie on ją spowodował, ale powinien ponieść odpowiedzialność za lądowanie wbrew procedurom i narażenie życia pasażerów. Oczywiście można do tego dodać kiepskie przygotowanie drugiego pilota i zaledwie 26 godzin wylatanych na TU-154. To tak jak kierowca tuż po egzaminie, któremu dajemy nowy dla niego typ autobusu i wysyłamy w daleką trasę. Do tego nawigator, który nie znał rosyjskiego i popełniał szkolne wręcz błędy. Pierwszy pilot, który leciał nie wiadomo czemu na tzw automatycznym ciągu silników, pomimo ze na lotnisku nie było ILS. Leci za szybko. Ignoruje alarm TAWS. Do tego wszystkiego mamy generała Błasika – nieważne, czy z promilami czy bez – który przygląda się i nie zakazuje tej tragifarsy. Mamy dziś problem z uczuciami rodzin pilotów, urażonymi ambicjami żon, dzieci i rodziców. Mamy też w tle prezydenta Kaczyńskiego i wiszącą w tle awanturę, wręcz skandal, gdyby samolot miał zawrócić do Mińska. Analizę przyczyn wypadku przeprowadzałem już wcześniej. Tak jak rzekłem, tych „cegiełek” budujących katastrofę jest wiele. Jednak wszystkie inne przyczyny nie miałyby żadnego znaczenia, gdyby nie to brawurowe łamanie procedur.
Może drzwi od stodoły byłyby właściwszym przyrządem.
Jesteśmy – my Polacy – bardzo dumną ze swoich dokonań nacją. Umiejętności polskich pilotów stały się legendą dzięki książce Fiedlera. Również ich odwaga. Tylko ta legenda, jak każda, zawiera ziarenko prawdy – nie samą prawdę. Trudno nam się pogodzić z tym, że piloci byli słabo wyszkoleni. To właśnie minister Szczygło (który zginął w tej katastrofie) zakończył szkolenia na symulatorach. Dla oszczędności? Czy dlatego, że ten rząd nie lubił Rosjan? Dziś trudno nam pogodzić się z upadkiem mitu o wspaniałych polskich pilotach, którzy polecą nawet na „drzwiach od stodoły”. W ten sposób usprawiedliwiona się staje teza o zamachu. Bo przecież niemożliwe, żeby nasi najwspanialsi na świecie chłopcy popełniali takie błędy. Zatem sprowadzamy sprawę ad absurdum, byle tylko zachować godność i spokój.
Pojawia się mecenas Dubieniecki, który z powagą godną lepszej sprawy oznajmia, że „nie ma dowodu na to, że mgła była naturalna”. Drugi pełnomocnik, mecenas Rogalski jest zdania, że na wieży kontrolnej w smoleńsku był Putin lub Miedwiediew: Nie doszło do ujawnienia kompromitujących rozmów, które odbyły się w wieży. Pojawiły się tam prawdopodobnie wysoko postawione osoby, być może pojawił się tam prezydent lub premier, który nakazał nie zakazywać lądowania .
Jednym słowem festiwal kretynizmu w wykonaniu ludzi, którzy z racji swego zawodu powinni być wzorem opanowania i logiki. Czy można zatem się dziwić pani, która do kamery wygłasza brednie na temat bomby wolumetrycznej, która wybuchając zostawia ludzi bez ubrań, a według niej ta bomba rozsadziła samolot. Czy mamy dowody, że taka bomba nie wybuchła w samolocie? Ha! Nie mamy! No to co? W takim razie przyjmujemy, że wybuchła. Winni będą ci przeklęci Ruscy, a nie nasi wspaniali chłopcy.
Jakiś czas temu dyskutował ze mną znajomy, który zapytał mnie o dowód na nieistnienie boga. Skoro dowodu nie ma, to znaczy, że bóg istnieje orzekł i zakończył dyskusję z poczuciem zwycięstwa. Tak i dziś odbywają się dyskusje o katastrofie. Skoro nie ma dowodu, że nie wybuchła tam jakaś tajemnicza bomba o nowej nieznanej wojskowym nazwie, to znaczy – wybuchła. Nie ma dowodu na to, że Ruscy są niewinni – znaczy winni. Czy jest dowód na to, że Putina lub Miedwiediewa nie było na wieży kontrolnej w Smoleńsku? No właśnie. Chce się krzyknąć: Czy jest na sali lekarz (psychiatra)?
Czy jest jakiś niezbity dowód, ze Belfer istnieje? No właśnie. Lepiej się od razu przyznam, że mnie nie ma i że wymyślili mnie Ruscy na potrzeby swojej propagandy. Baj baj.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.9/10 (10 votes cast)

Ideał sięgnął bruku

Wolna prasa, wolna telewizja i radio to były ideały, do których tęskniliśmy w PRLu. W sferze publicznej obszar wolności Polaka był niewielki. Przez długie lata jedyną płaszczyzną wypowiedzi nie manipulowanej, choć zdecydowanie okrojonej był Tygodnik Powszechny. Po roku 1980 Pojawił się tygodnik Solidarność i kilka innych ważnych tytułów, takich jak chociażby Res Publica. Do dziś potrafię sobie przypomnieć tę niecierpliwość oczekiwania na kolejny numer.
Po roku 1989 doczekaliśmy się wreszcie likwidacji cenzury oraz powstania rynku prywatnych mediów. Powstała Gazeta Wyborcza, powstały prywatne radiostacje, a w końcu komercyjne telewizje. Na rynku prasowym spora część tytułów zniknęła, za to pojawiły się inne, a niektóre stare zmieniły swój image i przetrwały, jak chociażby Polityka. Wreszcie pojawiły się również tabloidy, które w Polsce kiedyś były określane dźwięczną nazwą brukowce. Mój ojciec powiedział pewnego razu, widząc kilka egzemplarzy rozmaitych tytułów: patrz, zrobiło się jak przed wojną.
To było dobre. Każdy mógł znaleźć sobie odpowiedni tytuł i znalazł w nim to, czego chciał – ktoś szukał analiz politycznych, inny wiedzy o ekonomii, a ktoś inny chciał poczytać o tym jak zachował się morderczy wąż od łazienkowego prysznica. Dla każdego coś miłego.
Ta różnorodność – także w obrębie telewizji – była istotna. W razie wątpliwości można zawsze było zmienić program, przełączyć i zobaczyć, jak dane wydarzenie omawiane jest w innej stacji telewizyjnej. Oczywiście zwykle miały one swoje pewne sympatie polityczne. Lepiej, jeśli nie były one widoczne w sposób nachalny. Jednak w ostatnich latach coś się zaczęło zmieniać. Na gorsze.
Media postanowiły, że muszą widzów, słuchaczy i czytelników szokować, wstrząsnąć nimi, każdego dnia dostarczać sensacji, bo w przeciwnym razie słupki oglądalności (słuchalności, czytalności) spadają. To zjawisko ktoś nazwał tabloizacją mediów. Pokażę to na stosunkowo neutralnym przykładzie. Jeden z dodatków regionalnych Gazety Wyborczej umieszcza tytuł: Studenci politechniki zszokowani. Czego się spodziewać? Szok to silna, czasem ekstremalna reakcja psychiczna na nagłe i gwałtowne, najczęściej negatywne wydarzenie lub przeżycie. Czego się zatem spodziewać? Doszło do jakiejś zbrodni, przestępstwa w obrębie uczelni? Może jakiś wypadek, katastrofa budowlana? Czytamy dalej: Studenci, którzy w październiku wrócili do Gliwic na zajęcia na Politechnice Śląskiej, są zszokowani. – Nagle zabrakło miejsc parkingowych, można nawet pół godziny krążyć dookoła uczelni, a i tak nie ma, gdzie postawić auta – opisują swój problem. Taki szok to przeżywamy wszyscy codziennie, a szczególnie w dużych miastach. Pan Witold Gałązka figurujący jako autor tej notatki gazetowej, zapragnął zrobić z niej publicystykę w wielkim stylu z wielkim słownictwem i patosem, a wyszedł brukowiec.
To nie jest jakiś szczególny problem tej gazety, więc wyciąganie wniosków politycznych, będzie tylko dowodem głupoty. Takie kwiatki można znaleźć prawie codziennie i prawie w każdej gazecie. To jest nadużywanie słów, ich nieadekwatność, świadoma manipulacja słowami. Podobnie w telewizjach i to wszystkich. Moje obserwacje opieram głównie na audycjach w TVN24, bo tę stację oglądałem najczęściej. Jednak rzut oka na inne programy informacyjne pokazuje, że jest to zjawisko powszechne. Znów posłużę się przykładem. Kilka tygodni temu PiS założył swój słynny zespół Macierewicza. Zespół poselski to ciało prawie że prywatne bez żadnych uprawnień, bez możliwości wpływania na instytucje, prawie że takie kółko zainteresowań. Posłowie czasem zakładają takie zespoły, aby wspólnie zastanowić się nad podjęciem jakichś działań w jednostkowej sprawie – jest to możliwość skupienia się na ważnych dla kilku posłów sprawach w sposób pozapolityczny i pozapartyjny. I dobrze, niech tak będzie.
Macierewicz zaczął od podważenia wszystkiego w zakresie toczących się wyjaśnień w sprawie katastrofy samolotu prezydenckiego. Zaczął od nazwania katastrofy zbrodnią, a potem już poszły dalsze insynuacje. Co zrobili dziennikarze? Wydawałoby się, że oczywiste będzie zmuszenie pana Macierewicza do rzeczowego i dokładnego wyjaśnienia swoich słów. Jeśli jest zbrodnia, to musi być zbrodniarz. Kto popełnił zbrodnię? Dziennikarze jednak zadowolili się wątpliwiej jakości słowotwórczą analizą pana posła. Za to zaczęli innym politykom uporczywie i konsekwentnie zadawać pytania o to, co sądzą na temat zarzutów stawianych przez posła Macierewicza. Zwykle odbywało się to w taki sposób, żeby maksymalnie podgrzać atmosferę i sprowokować do jak najostrzejszych wypowiedzi.
Dla mnie sprawa jest oczywista. Albo Macierewicz publicznie powie, kto jest zbrodniarzem i jakie on – Macierewicz – ma na to dowody, albo zostanie wyśmiany, zlekceważony i odesłany do brukowców, bo wówczas tam jest jego miejsce. W poważnej audycji politycznej nie powinno być miejsca na rozważania bezsensownych insynuacji oraz manipulacji słowotwórczych językowego nieuka.
Równie logiczne byłyby pytania do polityków o zgrupowanie talibów w Klewkach. Wtedy jeszcze media widziały bezsens niektórych insynuacji, dziś już nie widzą.
Jaki jest rezultat takiego skundlenia mediów? Przede wszystkim taki, że nie mówią o niczym ważnym. Niedawno można było podyskutować o zmianach ustawowych, które zapoczątkują już od przyszłego roku powstawanie wolnorynkowej konkurencji dla NFZ. Rzecz ważna, ale nie dla mediów. Z takich samych powodów nie dyskutowano kwestii podwyższenia podatku VAT, ani kwestii czy propozycja PiS obciążenia specjalnym podatkiem banków jest lepsza, czy gorsza od podwyżki VAT. Nie dowiemy się niczego rzeczowego o negocjacjach w sprawie umowy gazowej z Rosją. Zresztą od miesięcy nie dyskutowano w telewizji o niczym ważnym. Jeśli już coś ważnego się działo to telewizje usiłowały to umniejszyć albo przynajmniej znaleźć w tym szczegóły godne brukowców. Chcąc znaleźć poważne analizy, unikajmy telewizji i większości prasy, szukajmy w internecie, na blogach lub grupach dyskusyjnych, choć tam również znajdziemy wiele śmieci.
Dziś stajemy wobec smutnego faktu, że oprócz brukowców, pardon tabloidów nie ma w Polsce innych mediów. Pisałem o tym już kilka razy, szczególnie w aspekcie katastrofy smoleńskiej i teatru żałoby po tej katastrofie. Odzyskana po 1989 roku wolność oddała nam wolne media, a dziś bożek „Byzznyzz”* nam je odebrał.


* Jest to aluzja do opowiadania Jacka Londona. Na dalekiej północy zaginął pewien biały, który jak się okazało trafił do plemienia indiańskiego, gdzieś na Alasce. Wszyscy myśleli, że nie przeżył ciężkiej polarnej zimy, Indianie bowiem nie są skłonni karmić darmozjadów, którzy w tych ciężkich polarnych warunkach są tylko obciążeniem. Po długim czasie okazało się, że wzmiankowany osobnik żyje i ma się dobrze, zaś na dalekiej północy jest plemię indiańskie wierzące w tajemniczego boga o imieniu „Byzznyzz”.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Teatr mój widzę ogromny

Wszyscy grają. Każdy ma swoją rolę. Wyspiański byłby w siódmym niebie. Teatr narodowy, patriotyczny, polski daje swe spektakle wszędzie i nieustannie. Antraktów nie ma. Niestety nie ma też reżysera, a może wręcz przeciwnie – zbyt wielu chce być reżyserami. Tak czy inaczej, kolejne akty, kolejne sceny stają się coraz bardziej absurdalne i bezsensowne.
W zasadzie można stwierdzić, ze krzyż na Krakowskim Przedmieściu służy każdemu. Przede wszystkim służy mediom. nie będę już dziś podawać po raz kolejny odnośników, ale nieustająco odsyłam do swojego tekstu* o manipulacji mediów po wypadku lotniczym w Smoleńsku. Dzięki krzyżowi przed pałacem, media mają porcję newsów co dnia i mogą nam pokazywać te rozemocjonowane tłumy. Faktyczny tłum był tam raz. Podczas „antykrzyżowej” demonstracji zorganizowanej na Facebooku. Pokazał, że zdecydowana i spora część społeczeństwa nie chce tego krzyża i żadnych pomników. Jednak telewizje to zignorowały, wbrew faktom zmniejszały liczbę zebranych tam ludzi i po raz pierwszy starały się nam wmówić, że większość to przypadkowi gapie. Łatwo w to uwierzyć – o północy zebrało się przypadkiem ponad pięć tysięcy przypadkowych gapiów. Nazwijmy rzecz po imieniu. To nie polska polityka jest na dnie, to polskie media są pod dnem i pukają od spodu. Od dawna już za emocje wokół krzyża przestał być odpowiedzialny Kaczyński, a stały się odpowiedzialne media, które z grupki nawiedzonych uczyniły nową chrześcijańską akcję masową.
Oczywiście, gdyby władze zdecydowały się na rozwiązanie siłowe, byłoby to na rękę PiSowi, który tylko na to czekał. Operatorzy telewizyjni też zapewne przebierają nóżkami z niecierpliwością. Byłoby co filmować. Nie darmo ciągle nam się pokazuje sceny sprzed pałacu. Wymyślili sobie to według założeń Czechowa: jeśli w pierwszej scenie pojawia się dubeltówka wisząca na gwoździu, to najpóźniej w ostatniej scenie musi ona wystrzelić. I tak czekają na ten wystrzał.
Na drugiej scenie rozgrywa się wątek Palikota. Ten to grał od dawna i zawsze ważne role. Jako jeden z niewielu zauważył też, że prawdziwa widownia jest w internecie. Scena polityczna zaobserwowała w tym momencie sytuację patową. Dziennikarze wszystkim politykom zadają jedno główne pytanie: Kto powinien zostać wyrzucony z partii i dlaczego ma być to Palikot z PO? Enfant terrible polskiej polityki przeholował? Normalnemu widzowi wiele rzeczy w głowie się nie mieści. Macierewicz nazywający wypadek zbrodnią (z oczywistą sugestią polityczną). Hofman sugerujący powieszenie Palikota na gałęzi (trudno rozumieć to jako niedosłowną aluzję), kilku innych polityków PiS sugerujących jakieś tajne działania mające niby doprowadzić do katastrofy w Smoleńsku. To przekracza wszelkie możliwe normy etyczne. Oczekujemy, że media choć zająkną się o tym. Nie! Cisza. Tylko Palikot jest zły, bo zadał pytania, które są oczywiste i niewątpliwie zadali je sobie prokuratorzy prowadzący śledztwo. Palikot jest paskudny, bo powiedział to, co myśli większość ludzi. To megalomania Kaczyńskiego zapewne była przyczyną katastrofy. Dziś jeszcze nie wiemy – którego z nich. Jedyny medialny fachowiec w tej bandzie amatorów – Janusz Palikot – zwołał pospolite ruszenie i okazało się, że ma poparcie ogromne. Mało tego, może się okazać, że jest szansa na zaistnienie nowej partii politycznej, która mogłaby jeszcze przed swym powstaniem liczyć na 20% poparcia. Zaklinanie rzeczywistości natychmiast rozpoczęło się zarówno z lewej, jak i prawej strony.
Pomysł, że jest w Polsce miejsce na partię liberalną w zakresie obyczajowym i religijnym, a socjaldemokratyczną w zakresie spraw ekonomicznych, nie spodobał się nikomu. Lewicy – bo zapewne w swej obecnej postaci stałaby się marginesem politycznym. PiSowi – bo taka partia przyciągnęłaby pewną część elektoratu, który już dość ma katolicko-narodowej retoryki, a PO z oczywistego względu – wraz z Palikotem odeszłaby część elektoratu i część działaczy. Wbrew temu, co usiłują twierdzić media, dubeltówka Palikota jest naładowana i od PO zależy, czy wystrzeli. A kiedy wystrzeli? Gdy PO da sobie wmówić, że Palikot robi coś niesłychanego i że to on uprawia jakąś złą i niegodną politykę. Tak naprawdę spośród wszystkich aktorów, jedynie on ma jakieś sensowne kwestie do powiedzenia.
Tak więc – drogi czytelniku – wszyscy grają na tej ogromnej scenie Rzeczypospolitej. A my? Jak w wierszu:
Klaskaniem mając obrzękłe prawice,
Znudzony pieśnią, lud wołał o czyny
**


* Tekst nosi tytuł „Symulakrum” i powstał jakiś czas po smoleńskiej katastrofie.
** Cyprian Kamil Norwid

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.2/10 (5 votes cast)

W świetle fleszy i kamer

Po katastrofie w Smoleńsku media bardzo wyraźnie pokazały społeczeństwu, jak potrafią zawłaszczać rzeczywistość. Stworzyły nam symulakrum żałoby ogólnonarodowej, która naprawdę w takiej postaci nie istniała. Teraz podczas wyborów mamy kolejny wyścig do tego, kto najlepiej zawłaszczy wybory. Zdecydowanie można się zacząć lękać, że dwudniowy okres ciszy przedwyborczej będzie dla dziennikarzy tragedią bezczynności i przetrwają do niedzielnego wieczoru tylko dzięki zdwojonym dawkom antydepresantów.
Widzowie – co zrozumiałe – w sporej części są podatni na te manipulacje. To coś jak wizyta w hipermarkecie. Wielu z nas dopiero po powrocie do domu zastanawia się, po co nam ten chłam, na zakup którego daliśmy się skusić tanią ceną, napisami promocja lub umieszczeniem towaru niedaleko kasy. Społeczeństwo się jednak uczy. Zaczynamy uważniej przesiewać reklamy, ostrożniej robić zakupy i chyba bardziej świadomie oglądać telewizję.
Tegoroczne wybory prezydenckie dość mocno obnażyły zachłanność mediów na kreowanie świata rzeczywistego. Ta zachłanność poszła o jeden komentarz za daleko i skompromitowała media. Tegorocznym rekordem jest jak na razie Paweł Lisicki z Rzeczypospolitej w programie Tomasza Lisa przejęzyczył się mówiąc: prezydent Komorowski. Chwilę potem za przejęzyczenie obwinił samego Komorowskiego, a dokładniej sposób prowadzenia kampanii. Zdaniem Lisickiego marszałek za mało się pokazuje jako kandydat.
Od ponad dwóch tygodni mamy do czynienia z prześciganiem się dziennikarzy w wyłapywaniu przejęzyczeń marszałka Komorowskiego. Nawet największe głupoty pozostałych kandydatów nie budziły żadnego zainteresowania, ale Komorowskiemu wytykano każdy najdrobniejszy lapsus. Wmawianie sobie nawzajem przez dziennikarzy i komentatorów kompletnej miałkości kandydata PO doszło tak daleko, że gdy Jadwiga Staniszkis w TVN24 napotkała sprzeciw oponenta wobec wygłaszanych przez siebie idiotycznych banałów, obrażona wstała i wyszła ze studia.
Telewizja publiczna na zarzuty o stronniczość odpowiada, że przecież czas poświęcony Komorowskiemu jest największy. Zarząd zapomniał jednak o tym, że ten czas poświęcony jest głownie na krytykę, a marszałek jest biernym obiektem. Dlatego niespodziewane się pojawienie Komorowskiego na niedzielnej debacie było sporą konsternacją dla dwóch głównych konkurentów.
Można mieć wrażenie, że media uznały za konieczne wypromowanie Jarosława Kaczyńskiego. Dlaczego? Byłoby to sensowne, jeśli przyjmiemy, że dla dziennikarzy najważniejsza jest oglądalność. Obfitująca w konflikty z rządem prezydentura Kaczyńskiego, kłótnie o prerogatywy, próba wskrzeszenia IV RP – to byłaby idealna pożywka dla mediów. Bo przecież zła wiadomość jest dobrym newsem. Im więcej zła i kłótni, tym media bardziej zadowolone.
Zapewne jestem naiwny, ale chciałbym telewizji bez komentatorów, którzy wraz z dziennikarzami usiłują wmówić mi, co mam myśleć. Wiadomości mają być rzeczowe i prawdziwe, a przede wszystkim krótkie. Tegoroczna kampania przekonała mnie nie tylko o kiepskiej kondycji polskiego dziennikarstwa, ale uświadomiła mi istnienie tabunów niedouczonych politologów i socjologów, którzy przez ostatnie tygodnie bez przerwy kompromitowali się brakami w podstawowej wiedzy dostępnej nawet średnio rozgarniętemu gimnazjaliście.
Niedawno dziennikarze kpili z marszałka Komorowskiego, którego sfotografowano z wydrukiem z Wikipedii. Sugerowałbym wszystkim medialnym demiurgom przedwyborczym nie kpić i poczytać Wikipedię, a niektórym także Konstytucję. Gdyby to ode mnie zależało, to przed wpuszczeniem na wizję, zrobiłbym im egzamin z podstaw funkcjonowania państwa.
Nie dajmy się więc zwariować. To my pójdziemy na wybory i oddamy głos. Myślę, że warto się sprężyć i zrobić to skutecznie już w pierwszej turze. Utrzemy nosa mediom i zaoszczędzimy sporo państwowej kasy, będzie więcej na pomoc dla powodzian.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Za, a nawet przeciw

Wszyscy pamiętają słowa Wałęsy: jestem za, a nawet przeciw i zupełnie niesłusznie stały się one synonimem politycznej dezynwoltury byłego prezydenta. Gdy obserwuję dziś medialny szum wokół wyborów, to mam wrażenie, że trafiłem do jakiegoś zakładu specjalnej troski.
Kierowca, który w sposób ewidentny łamie przepisy i stwarza zagrożenie na drodze, karany jest mandatami i punktami karnymi. Po przekroczeniu pewnego limitu taki delikwent traci prawo jazdy i aby pozwolenie to odzyskać ponownie musi zdać egzamin.
Natomiast fachowcy od polityki wypowiadają się w mediach, plotą bzdury i nic. Dziennikarze im wtórują i nawet nie przyjdzie im do głowy zareagować na największe bzdury. A my wyborcy? Można się niestety domyślać, że niektórzy łykają te brednie bez oporu.
Przypadkowo wpadł mi w ręce Głos Pomorza z 22 kwietnia 2010. Na drugiej stronie gazety wypowiada się dr Maciej Drzonek – politolog. Niedawno jeszcze wydawało mi się, że w tej specyficznej sytuacji partie mogłyby wystawić jednego kandydata. Ale nie widzę takiej osoby. Zniszczyliśmy autorytety.
Ślicznie. A jakie to bogoojczyźniane i politycznie poprawne. A że piramidalnie głupie, tego dziennikarz Mariusz Parkitny nawet nie raczył zauważyć. Pan doktor politolog nie zna konstytucji i wcale nie usprawiedliwia go to, że wcześniej taką samą piramidalną głupotę strzelił poseł Gowin. Poseł Gowin ma społeczną funkcję pochodzącą z wyboru. Wyborcy mają prawo wybrać nawet największego kretyna, jeśli im to odpowiada. Taki urok demokracji. Pan doktor jednak powinien dostać punkty karne za braki w podstawowej wiedzy. Za problemy z konstytucją to oczko – 21 punktów i doktorat do poprawki. Zaś dziennikarz, który na taką głupotę nie zareagował odwalił fuszerkę – dostarczył czytelnikom byle jaki produkt. Wydawca powinien mu obciąć premię. Za buble się nie płaci.
Ostatnio toczyła się w telewizji dysputa na temat powołania prezesa NBP, w której zarówno dziennikarze jak i inni komentatorzy dowodzili, że w końcu Komorowskiemu nie zaszkodziłoby gdyby poczekał z tą propozycją (kandydatura Marka Belki) i zgłosił po wyborach. Argumentowano, że to najwyżej trzy lub dwa tygodnie opóźnienia. Wszyscy ci radośni dyskutanci zapomnieli o jednym, gdyby marszałek wybory wygrał to opóźnienie w nominacji faktycznie byłoby niewielkie. Ale jest wakacyjna przerwa sejmu i zapewne zatwierdzenie kandydatury mogłoby się odbyć pod koniec sierpnia, a to już prawie trzy miesiące.
Gdyby wybory wygrał Kaczyński, to byłoby jeszcze gorzej i nie mam na myśli problemów z uzyskaniem w sejmie większości dla kandydata, którym zapewne nie byłby Marek Belka, chodzi tu tylko o same formalne terminy, które byłyby możliwe. Nikt z dyskutantów w TVN24 nie zająknął się też nawet o ryzyku pozostawienia NBP bez prezesa przez być może długie miesiące. Za brak wyobraźni ekonomicznej i umiejętności dostrzegania niebezpieczeństw dałbym po 4 punkty, tak jak za przekroczenie prędkości dozwolonej na terenie zabudowanym.
Litościwie pominę tu profesor Jadwigę Staniszkis, która z komentatora politycznego stała się bezkrytyczną wielbicielką Jarosława Kaczyńskiego i kolejnymi głupotami zasłużyła sobie na wdzięczne miano honorowej teściowej prezydenta in spe. Ponieważ przeszła na pozycje typowo polityczne i partyjne, sprawę przyznawania punktów karnych można pominąć, ale na litość boską niech już więcej nie udaje socjologa.

Wyrazy czci dla prezesa

Wyrazy czci dla prezesa

Po katastrofie w Smoleńsku media przez tydzień robiły widowni pranie mózgu wmawiając, czego pragnie naród i jak my tę żałobę przeżywamy. Wkrótce potem wielu dziennikarzy i komentatorów usiłowało wmawiać nam, że oczekujemy spokojnej i kulturalnej kampanii, w której różnice polityczne należy stonować, bo wyborcy mają już dość kłótni. Oczywiście też była to bzdura. Kłótnie i spory wpisane są w samą istotę polityki i demokracji. Gdyby Kaczyński nie różnił się od Komorowskiego, a może i od innych, to po co wybory? Proklamujmy monarchię. Do czego prowadzi pranie mózgów widać na zdjęciu powyżej – niestety nie wiem, skąd jest to zdjęcie i kto jest jego autorem, zatem z góry przepraszam za brak stosownej informacji.
Sporo mówi się o prymitywnym poziomie polskiej klasy politycznej. W porównaniu z poziomem polskich mediów to politycy są Himalajami intelektu. Gdyby mi ktoś udowodnił tak żenujący brak wiedzy w mojej dziedzinie, to popełniłbym rytualne seppuku lub przynajmniej wlazł do mysiej dziury. Tak drzewiej bywało…

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Symulakrum

Jestem belfrem, który choć na emeryturze, to pchany jest przez przemożną potrzebę wyjaśniania świata. Jestem jak ten pies Pawłowa, bo chęć objaśniania świata jest niezależna od realnej świadomości tego, że moje wyjaśnienia mało kogo obchodzą.
Dzisiejszy tekst jest pokłosiem komentarzy Kamila dopisanych do moich wcześniejszych rozważań. Komentarze na mojej stronie nie podlegają żadnej cenzurze, o ile nie stanowią przestępstwa w rozumieniu kodeksu karnego. Mogą one ustosunkować się do moich tekstów lub do wydarzeń o których piszę. Jestem zdania, że dla czytających zawsze będzie to potencjalna możliwość poszerzenia horyzontu – niezależnie od tego, jaka jest ich własna opinia.
Kamil, filozof i socjolog mediów, dodał komentarz do tekstu Teraz historia, sam w sobie będący artykułem wartym przeczytania. Na gorąco miałem okazję o tym rozmawiać z kilkoma osobami i niezależnie od ich opinii, mam wrażenie, że nie całkiem jasne było dla nich przesłanie. Postanowiłem zatem wyjaśnić pewne sprawy po swojemu.
Już gdzieś cytowałem dowcip z lat siedemdziesiątych, kiedy to synek pyta ojca: Tato, jeśli w lesie zwaliło się drzewo, a nie było przy tym telewizji, to czy ono naprawdę się zwaliło? W peerelowskiej realności dwóch kanałów telewizyjnych nadających od szesnastej do północy, ten dowcip był abstrakcyjny. Jednak dziś już nie. Drugim składnikiem potrzebnym do dalszych rozważań jest termin symulakrum*, który wyjaśniam w przypisach.

Nie ma dziś wątpliwości, że w sporej części dziś media tworzą widoczny dla większości społeczeństw obraz rzeczywistości. Chcąc zobaczyć świat, ludzie nie wyglądają za okno – patrzą w okno telewizora. Nasiliło się to podczas dni, które nastały jako efekt smoleńskiej katastrofy. Mamy w Polsce trzy duże koncerny telewizyjne (telewizja państwowa oraz TVN i Polsat), każdy z nich dysponuje kilkoma kanałami programowymi. I co się okazało? W dni żałoby przez większość czasu widzieliśmy prawie wszędzie prawie to samo. Ktoś nawet naliczył w którymś momencie 30 stacji telewizyjnych z tym samym obrazem.
Charakterystyczne jest, że prawdziwy smutek i żałoba po śmierci tak wielu osób, zostały zawłaszczone przez politykę kościelno-prawicową, która wykorzystała tragedię do zaakcentowania swej woli zakotwiczenia Polski w dziewiętnastowiecznej przestrzeni sacrum martyrologiczno-mesjańskiego. Polska ma być ostoją kościoła przeszłości, który na oczach świata rozpada się dziś w dotychczasowej formie wstrząsanej skandalami pedofilskimi. Położenie akcentu na uhonorowanie prezydenta, który w oczach wielu uosabiał tę Polskę konserwatywną, homofobiczną, religijną i wycofaną było oczywistym zagarnięciem tej żałoby. Telewizje podchwyciły ten wątek w sposób bezrozumny i bezkrytyczny prawie w całości. W ten sposób stworzone zostało symulakrum żałoby, które wyparło i stłumiło możliwą do zaistnienia żałobę prawdziwą.
Wielu pozostających jeszcze przy zdrowych zmysłach widzów, z narastającym zdumieniem, przecierając z niedowierzaniem oczy, oglądało komentatorów i polityków, którzy w ramach ogólnonarodowej pokuty, zaprzeczali sensowi ostatnich dwudziestu lat naszego istnienia i usiłowali udowadniać bezsens różnic i sporów politycznych, a złotym cielcem uczynili mityczną zgodę narodową i pojednanie polsko-polskie. Zgoda, zgoda, a Bóg wtedy rękę poda…** – symulakrum wypełzło przez okienka telewizorów w całym kraju i zżarło nam naszą rzeczywistość.
Dlatego świecki pogrzeb Jolanty Szymanek-Deresz, choć uhonorowany obecnością premiera, nie miał prawa zaistnieć w mediach i przebić się do prawdziwej świadomości Polaków. Z tego samego powodu prawie nie zauważono ogromnej pracy minister Ewy Kopacz, która stanęła ponad rozpaczą, aby pomóc i wspomóc prawdziwie płaczących żałobników podczas najtrudniejszych chwil ich życia – gdy musieli identyfikować zmarłych po strzępach ubrań i rzeczy osobistych. Także dlatego idiotycznie oceniano pracę marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego po tym, co powiedział lub czego nie powiedział, nie zauważając pracy, która zapewniła nam ciągłość i stabilność państwa. Zbyt trywialne wydawało się zauważenie, że nie doszło do najmniejszego załamania się działania instytucji państwowych, że wskaźniki finansowe, giełdowe i gospodarcze mówiły jednoznacznie – obywatele mają zaufanie do państwa.
Państwo nie tworzy symulakrów, nie przeżywa tragedii, państwo miało problem i poradziło sobie z nim w sposób wzorowy.
Pozwala mi to zachować spokój, rozsądek i zadowolenie, że wreszcie mogę być dumny z Polski – nie z powodu kolejnej Somosierry – ale z powodu dobrze wykonywanej pracy jej funkcjonariuszy. Bo funkcjonariusze państwa nie są bogami medialnej rzeczywistości, których powinniśmy czcić za śmierć. Są sługami wybieranymi przez nas i ocenianymi za efekty ich pracy.


* Symulakrum (z łac. simulacrum co znaczy „podobieństwo, pozór”; liczba mnoga: simulacra) – obraz który jest czystą symulacją, pozorującą rzeczywistość albo tworzącą własną rzeczywistość.
Również obiekt materialny wyobrażający istotę żywą, nadprzyrodzoną i fantastyczną w ich trójwymiarowym kształcie. Wykorzystywane w celach religijnych, magicznych, naukowych, praktycznych i zabawowych. Często są wyposażone w pewne atrybuty, potwierdzające ich pozorne życie, na przykład możliwość działań motorycznych. (Wikipedia)
** A. Fredro, Zemsta

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)