Z bliska i z daleka

Dzisiejsze refleksje zostały wywołane przez prozaiczne gapienie się na wykresy temperatury. Na jednym z serwerów, którymi zarządzam, jako dodatkowy gadżet jest wykres lokalnej temperatury. Rysowane są także wartości dla punktu rosy i temperatury odczuwalnej. Wszystko to opiera się na wartościach pomiarów z lokalnego lotniska, więc jest dość dokładne.
Patrzę sobie na wykres dobowy i widzę, ze od wczoraj temperatura wciąż spada, punkt rosy się obniża i temperatura odczuwalna jest również niższa w sposób widoczny. Wnioskuję z tego, ze zwiększyła się prędkość wiatru, a wilgotność powietrza zapewne się znacznie zwiększyła. Tłumacząc to z polskiego na nasze: pogoda jest tam taka, że psa żal na dwór wygonić.

Wykres temperatury

Wykres temperatury


Gdy spojrzy się na wykres tygodniowy, okaże się, ze nocami wciąż jest chłodno, a w dzień cieplej. Charakterystyczne dla rozpoczynającej się wiosny, kiedy jest tym cieplej im bardziej świeci słońce. Dopiero wykres miesięczny pokazuje jakąś widoczną tendencję marca. Temperatura stale rośnie i z tej perspektywy te dobowe wahania przestają mieć znaczenie. Widać co prawda pewien spadek w drugiej połowie miesiąca, ale zgodnie z wiosenną tendencją dalej już jest znowu wzrost. Wnioskować można, ze wiosna w tym roku dość typowa i pomimo małych wahań robi się cieplej – jak co roku.
Dopiero spojrzawszy na wykres roczny widzimy, że od końca lutego przez miesiąc mamy do czynienia ze wzrostem temperatury od minus dwudziestu do plus dziesięciu stopni. Co to oznacza? Ano jeśli gdzieś było dużo śniegu, to szybkie topnienie mogło grozić lokalnymi podtopieniami, a taki szybki wzrost temperatur zwykle powoduje też falę przeziębień i grypy, ponieważ ludzie zbyt chętnie zrzucają zimowe okrycia.
Przedstawiłem tok myślenia laika, który nie ma pojęcia o meteorologii, a tylko posługuje się własnym doświadczeniem i logiką w odczytywaniu wykresów temperatury. Te refleksje mają spory związek z dyskusjami, które były prowadzone na tym blogu, choć nie tylko tu. Z reguły widać, że warto patrzeć i z daleka i z bliska, bo z jednego punktu ma się prawidłowe wnioski, które niekoniecznie muszą być czytelne dla osób patrzących z innej perspektywy. Z drugiej zaś strony warto wiedzieć z jakiego punktu patrzy nasz interlokutor. Swoje teksty czasem pisze z perspektywy ogólnej, jako pewne syntezy, a to się może kłócić ze spojrzeniem z bliska, bo widać wtedy inaczej.
Jeśli nasi potomkowie za kilkaset lat spojrzą na taki wykres, to czy zobaczą globalne ocieplenie? Zawsze ten odległy punkt widzenia pozwala na pewną syntezę, aczkolwiek nie należy zapominać o tym, że traci się z oczu szczegóły. Takie o to rozważania stały się moim udziałem podczas przeglądania wykresów serwera. Czy jest złoty środek? Dystans dostatecznie duży by móc dokonać syntezy i jednocześnie na tyle mały, by widzieć szczegóły?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Imponderabilia

Generał Peter Cosgrave z Australii udzielał wywiadu dziennikarce radiowej, a rzecz cała dotyczyła obozów dla dzieci, na których uczono obchodzenia się z bronią i strzelania, wśród innych – rzec można – harcerskich (skautowskich) zajęć. Dziennikarka dopytywała się, czy posługiwanie się bronią nie jest zbyt niebezpiecznym zajęciem, aby uczyć tego dzieci. Generał odparł, że w żadnym razie, bowiem przed rozpoczęciem strzelania młodzież jest zapoznawana z właściwą dyscypliną dotyczącą zasad obchodzenia się z bronią.
Spowodowało to niejakie oburzenie kobiety, która rzekła: but you’re equipping them to become violent killers.
Well – odparł generał – Madam, you’re equipped to be a prostitute, but you’re not one, are you?
Dziennikarka popełniła oczywisty logiczny błąd wynikający z jej ideologicznej postawy sprzeciwu wobec broni. Tak się składa, ze strzelania uczyłem się jeszcze w podstawówce, potem byłem w wojsku i umiem strzelać z wielu różnych rodzajów broni – od rewolweru zaczynając, a na wielkokalibrowym karabinie maszynowym z pojazdów opancerzonych kończąc. Przez ponad pięćdziesiąt lat nikogo nie zabiłem, choć rzecz jasna nie wynikało to z braku chęci lub umiejętności, ale z zasad cywilizacji i etyki. Gdybyśmy przyjmowali bowiem, że nauka posługiwania się bronią kształtuje psychopatycznych zabójców, to w zasadzie oddalibyśmy świat we władanie osobników faktycznie psychopatycznych, którym nie moglibyśmy przeciwstawić policjantów z powodu wymienionego wcześniej.
Generał zaś nie popełnił błędu logicznego, ale dopuścił się oczywistej manipulacji. Dziennikarka byłaby przygotowana (wyposażona) do roli prostytutki, gdyby została nauczona zachowań i mentalności prostytutki, a nie poprzez sam fakt bycia kobietą. Pan generał okazał się zwyczajnym chamem, który pogardza kobietami*.
Warto czasem przeanalizować cudze wypowiedzi, bowiem warstwa znaczeniowa może się znacznie różnić od werbalnej.
Doskonale przedstawił to Isaac Asimov w swej powieści „Fundacja”. Rzecz dzieje się w bardzo odległej przyszłości i w skomplikowanej sytuacji politycznej. Rolę dzisiejszych państw pełnią tam odległe planety. Komputerowi zlecono lingwistyczną i logiczną analizę przemówienia pewnego dostojnika. Po eliminacji tak zwanego „lania wody” nie zostało nic.
Czasem też warto zastanowić się chwilę nie tylko nad tym co mówimy. Warto też większą uwagę zwracać na swych rozmówców i ich wypowiedzi. Niekiedy rzeczy istotne pozostają niezauważone, bowiem ktoś przykłada zbyt wielką wagę do pozorów.

Powyższy film – niestety tłumaczenie go na polski zabije dowcip – dedykuję też niektórym komentatorom mojego blogu. Czy jesteście pewni, ze wasz komentarz dotyczy napisanego tekstu?


* Podobna manipulacja zawarta jest w starym dowcipie o złodzieju przyłapanym z kompletem wytrychów. Podczas rozprawy zgłosił on sędzinie wniosek o aresztowanie „pana prokuratora za gwałt, bowiem narzędzia gwałtu nosi przy sobie”. Jednak w przypadku australijskiego generała dowcip ma nieco inne podłoże.

Zapisz

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.7/10 (3 votes cast)

Retrospekcja

Czasem, rzadko, spoglądam w przeszłość.
Lata mijają, trochę wspomnień się nazbierało. Jedno z nich dotyczy wczesnych lat sześćdziesiątych. Moja babcia, dobra kobieta, stała się ofiarą dość przewrotnego żartu – bo trudno to nazwać inaczej. Któryś z krewnych, którzy tuż przed wojną wyjechali z Polski, po wojnie trafił do USA. Z faktu posiadania rodziny w Stanach nigdy nie wynikło nic dobrego. Jednak krewniak ów wpadł na iście szatański pomysł dostarczenia adresu babci, z którą z rzadka korespondował, firmom reklamującym usługi turystyczne. Odtąd przez kilka lat przychodziły prospekty przedstawiające rozmaite miejsca i sposoby spędzania urlopu w USA i na całym świecie.
Miałem wówczas koło siedmiu lat i niewiele wiedziałem o świecie. Bo i skąd. Telewizor to miał bogaty wujek kawaler i zamożni sąsiedzi, dla rodziny nauczyciela to był zbyt duży wydatek. W kinach wyświetlano głownie radzieckie filmy lub stare, przedwojenne często, filmy amerykańskie. Tylko kreskówki bywały kolorowe.
W tych amerykańskich prospektach po raz pierwszy zobaczyłem charakterystyczne błyszczące przyczepy kempingowe zaprzęgnięte do różnokolorowych cadillaców. Na zdjęciach byli normalni ludzie. Mężczyźni i kobiety, dzieci. Łatwo było zrozumieć nawet takiemu brzdącowi jak ja, że prospekty zdawały się mówić oglądającemu: też możesz mieć taki urlop, też tak możesz spędzić wakacje. Książeczki z Ameryki zachwycały pięknymi kolorowymi zdjęciami o jasnych i kontrastowych barwach oraz jakością papieru, w Polsce się takiego nie widziało. Z zapartym tchem oglądałem ten całkowicie różny od naszego świat. Od Gór skalistych, przez prerie Teksasu, aż po hawajskie plaże. W przyczepach kempingowych wnętrza były ładniejsze niż u nas w domach. W jednym z prospektów zobaczyłem nawet kolorowy telewizor, ale uznałem to za jakąś fantazję, bo chyba przekraczało to moje możliwości pojmowania.
Nie wiem jak to się stało, być może uświadomił mnie ktoś z dorosłych, może ktoś ze starszych kuzynów, z którymi w domu babci się spotykałem na co dzień. W każdym razie, nie mając jeszcze dziesięciu lat, zrozumiałem, że nigdy nie zobaczę Gór Skalistych, ani rancha w Teksasie, nie będę kąpał się w błękitnych zatokach na Hawajach. Nigdy nie będę miał pięknego kolorowego samochodu, ani przyczepy na czterech kołach, lśniącej stalowym kolorem. Zrozumiałem, że skazany jestem na życie w kraju, w którym szczytem marzeń jest czerwona „jawa”, brudnoszara „syrenka” i telewizor „aladyn”, a rzeczywistością portrety dwóch łysych drani po obu stronach orła w pomieszczeniach publicznych.
Tak, żyłem w tym kraju przez następnych ponad dwadzieścia lat. Nie myślałem o tym codziennie. Próbowałem jakoś sobie układać życie. Mieć jakieś marzenia, plany. Jednak pod powierzchnią codzienności wciąż tliła się świadomość, że to tylko namiastka. Niekiedy wszystko wydawało mi się farsą. Zrozumienie przyszło dopiero, gdy przeczytałem obozowe opowiadania Tadeusza Borowskiego. Początkowo z niedowierzaniem, a potem z empatią przekonywałem się, że taka jest natura człowieka, że w każdych warunkach próbuje zbudować swoją własną „normalność”. Dziś zresztą mamy taki przykład daleko od nas w bardzo odległej Korei Północnej. Tam w potwornych warunkach ludzie mimo wszystko próbują żyć, kochać…
Dziś, kiedy zbliżam się do lat – powiedzmy eufemistycznie – bardzo dojrzałych, coraz częściej słyszę pytania młodszych znajomych o przeszłość. Czasem pada sakramentalne: czy chciałbyś się cofnąć w czasie, być znowu młodym, może coś zmienić.
Nie, nie chciałbym. Moje życie zaczęło się 4 czerwca 1989 roku. Wcześniej była niewola, upodlenie, poniżenie. Nienawidzę wszystkiego co mi i ze mną zrobił PRL. Zabrał mi moją młodość, miłość, szansę na życie. Zrobił ze mnie istotę pozbawioną wiary, że chcieć to móc.
Minęły lata, zmieniłem się bardziej siłą woli niż entuzjazmu, wreszcie zestarzałem się.
Felieton powinien kończyć się jakimś bon motem, konkluzją, wnioskiem. Ale nie tym razem. Ciąg dalszy nastąpi.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.6/10 (7 votes cast)

Królestwo Polnych Wolaków

Psychologia to bardzo ciekawa dziedzina. Niegdyś się nią pasjonowałem. Jeden z moich licealnych kolegów, nawet skończył studia w tym kierunku. Jak plotka głosi, aby poradzić sobie z własną pokręconą psychiką. Moja psychika zapewne była nie mniej pokręcona, ale zainteresowanie psychologią traktuję raczej hobbystycznie.
Chwilami jednak żałuję, że nie kończyłem studiów psychologicznych. Gdy obserwuję zachowanie części polityków oraz ich wyznawców, to myślę sobie, że miałbym świetny materiał na pracę doktorską i habilitacyjną. Jako psycholog kliniczny mógłbym liczyć na bardzo interesujących pacjentów.
Jarosław Marek Rymkiewicz dotychczas był mi znany jako tłumacz, jako autor wierszy, z których kilka znalazło się w podręcznikach szkolnych i powieści, których nie czytałem. Teraz pan Rymkiewicz zadebiutował jako Wernyhora. Pewne symptomy schorzenia pojawiły się wcześniej, gdy zaczął tworzyć dzieła takie, jak wiersz „Do Jarosława Kaczyńskiego”. Cóż, Nobla literackiego nie dostanie, ale bilet wstępu na zwiedzanie krypty wawelskiej powinien.
Rymkiewicz postanowił wieszczyć przyszłość jak znany nam już swojski Wernyhora, jak Nostradamus, ba nawet Pytia Delficka. Przeczytałem ostatnio, że Jarosław Kaczyński i PiS istnieją po to, żeby przechować wartości i odbudować Królestwo Wolnych Polaków. Czeka nas długa, bardzo długa droga do niepodległości – będziemy do niej szli może pięćdziesiąt, a może sto lat. Zapewne niepodległą Polskę wybuduje więc któryś z jego następców. – stwierdza dalej Wieszcz. I na koniec, żeby już dobić czytelnika dodaje: Kto szkodzi Prawu i Sprawiedliwości, ten szkodzi niepodległości Polski.
Taki wieszcz to gratka dla psychologa lub psychiatry, ale dla mnie – literaturoznawcy – to tylko śmieszne i epigońskie popłuczyny po romantyzmie. Mickiewicz, póki pisał dobrą literaturę, zasługiwał na poważne traktowanie. Gdy się jednak skumał z Towiańskim i się chłopaki czegoś „najarali”, to zrobił z siebie idiotę i ideę przywództwa duchowego ośmieszył. Rymkiewiczowi wróżę jeszcze gorzej. Tym gorzej, że do Mickiewicza to mu daleko.
Można snuć refleksje o odcieniach polskiego patriotyzmu, można się zastanawiać nad odcieniami politycznymi, można się spierać i kłócić na rozmaite tematy. Jeśli jednak ktoś dziś kwestionuje istnienie niepodległej Polski to jest albo szaleńcem, albo też kimś niesłychanie groźnym. Kimś, kto gotów jest do wszystkiego, by swoją wizję Polski zrealizować. Kimś, kto gotów jest unicestwić wszystkich, którzy z taką wizją się nie zgadzają. Kimś, kto szczęśliwy będzie tylko w takiej Polsce, w której wszyscy będą myśleć tak samo.
W obydwu wypadkach mamy do czynienia z wariatem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Piękna nasza Polska cała

Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie. Dawne porzekadło z czasów szlacheckiej złotej wolności nabrało dziś nowego znaczenia.

Wolnoć Tomku w swoim domku.

Wolnoć Tomku w swoim domku.

Fotografia tego, w bardzo szczególny sposób, wyremontowanego budynku może stanowić symbol naszego kraju. Część wyremontowana, ocieplona wyglądająca dobrze, ale jest też kawałek odrapany, zniszczony, zaniedbany.
Już niebawem pójdziemy na wybory. W okresie przedwyborczym zawsze ożywają emocje i nawet ludzie zwykle obojętni bardziej interesują się polityką. Jeden ze znajomych podesłał mi film z wyborów prezydenckich tego roku. Janusz Korwin-Mikke w tym filmie był jedynym wypowiadającym się sensowne, zaś pozostałe wypowiedzi polityków przedstawiono tak, aby wyglądały na głupie, nieprawdziwe i bezsensowne. Najciekawsze – znajomy ów nie zauważył, że film jest ewidentną manipulacją. Przyznał, że te dyskusje i wypowiedzi są ułożone tak żeby robiły wrażenie, ale przed nazwaniem tego manipulacją się wzbraniał. Swoją ocenę Korwina i korwinistów zawarłem już w kilku wcześniejszych tekstach. Napisałem wówczas, że zaletą kandydata jest to, że prezentuje proste i genialne pomysły na poprawienie rzeczywistości, ich wadą jednak jest to, że są kompletnie nierealne*.
Doświadczenie uczy, że tam – gdzie gubi się zasady prostoty, gubi się również logikę**. Tak i w tym przypadku się stało. Wobec mojej krytyki filmu, znajomy stwierdził: że politycy to banda złodziei, ma rację. I nawet nie zająknął się, ze właśnie dał przykład słynnego paradoksu kłamcy. Skoro Korwin ma rację mówiąc, że politycy to banda złodziei, a on sam jest politykiem, to co z tego wynika? Dlaczego on sam miałby być wyjątkiem, któremu mamy uwierzyć?
Jednak znacznie bardziej zbulwersowało mnie inne stwierdzenie znajomego: co do UE też jestem w stanie się zgodzić z jego poglądami. Należy przypomnieć że Polska członkiem Unii Europejskiej stała się z początkiem maja 2004 roku. Zaś kilka lat wcześniej już zaczęła korzystać z unijnych pieniędzy. Wiadomo, że JKM jest nie tyle eurosceptykiem, co zdecydowanym wrogiem naszej przynależności do Unii. Zatem neguje wszystko, według jego opinii wyrażanych w różnych wypowiedziach, politycy za włączenie nas do Wspólnoty Europejskiej powinni trafić pod sąd. Komuś, kto przychyla się do jego opinii proponowałbym wyobrazić sobie nieco inną Polskę. Przede wszystkim należałoby „zniknąć” sporą część dróg wybudowanych za unijne pieniądze. Nie ma już w szkołach żadnych pracowni internetowych, ani też powszechnego programu dostępu tych szkół do internetu. Ostatnie pracownie za ministerialne pieniądze kupiono w roku 2000. Nawet w dziedzinie prywatnego biznesu należy „wygumkować” z rynku wszystkie te firmy, które w oparciu o unijne fundusze rozpoczęły swoje działanie. Cofnijmy jeszcze rozwój bankowości elektronicznej, rynku kart bankowych, rynek telefonów komórkowych – które byłyby dziś tak drogie, jak przynajmniej 6 lat temu. W zasadzie nie będzie przesadą stwierdzenie, że bez Unii pod każdym względem rozwoju bylibyśmy kilka lat wstecz. I co taki przeciwnik unijny ma na poparcie swych poglądów? Anegdotkę o tym, jak to urzędnicy unijni mierzą krzywiznę bananów, w której nie ma ani odrobiny prawdy.



Alternatywa na przyszłość

Już niedługo wybory samorządowe. Będziemy głosować na swoich – najczęściej lokalnych – kandydatów. Nie Kaczyński, Tusk, czy Korwin-Mikke są w tych wyborach najważniejsi. Często będą to kandydaci, których znamy i mamy podstawy, aby ich ocenić. Jednak do sejmików wojewódzkich będziemy wybierać kandydatów partyjnych. Zatem w kontekście ostatnich wystąpień przedwyborczych wypada przypomnieć rodakom po raz kolejny, że wybory to nie kondolencje.
Zapewne wszyscy chcielibyśmy, żeby Polska była krajem zamożnym, żeby żyło nam się lepiej i wygodniej. Mamy pewien wpływ na rzeczywistość, wybierając naszych przedstawicieli do samorządów. Pozbawimy się tego wpływu zostając w domu. Aby Polska zmieniała się na lepsze, głosujmy nie na polityków, którzy zgrabnie opowiadają śmieszne anegdotki. Nie wierzmy tym, którzy twierdzą, ze będzie lepiej, gdy jakichś prawdziwych lub urojonych wrogów zamkniemy do więzień. Nie wierzmy, że rozliczenia jakichś rzekomych zdrad sprzed dwudziestu lat poprawi nasze życie. Poprawa naszego życia nie dokona się za przyczyną IPN i prokuratury.
Przyszło mi żyć w kraju, w którym powszechne jest nabieranie się ludzi na smsowe loterie, wyjątkowe „okazje” w supermarketach lub płomienne mowy niektórych polityków, więc może mój apel jest wołaniem na puszczy.
Logiki rodacy, więcej logiki, żadne ustawy jej nie zastąpią.


* Cytat z: http://belfer.one.pl/2010/06/12/lepiej-byc-pieknym/
** Pisałem o tym w tekście: http://belfer.one.pl/2010/06/09/keep-it-simple-stupid/

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.0/10 (9 votes cast)

Nie ma boga nad procedurę.

Wczoraj rozbawiła mnie do łez wiadomość z Gazety Wyborczej. W Nowym Jorku znaleziono podejrzaną paczuszkę i saperzy dokonali kontrolowanej detonacji. Wysadzili w powietrze puszkę kukurydzy, dwie puszki tuńczyka i kombinerki. Po wszystkim dowódca saperów przyznał, że zapewne zdetonowali obiad jakiegoś bezdomnego faceta.
Można się spodziewać, że następnym razem dzielni saperzy w ramach stosowania procedur rozpieprzą metro albo jakiś wieżowiec w centrum Manhattanu. Może tez przy okazji rozwalą ze trzystu przechodniów, bo wśród nich może się kryć terrorysta. Opisany przypadek jest tak żałośnie idiotyczny, że mam ochotę wierzyć, iż to fragment scenariusza do kolejnego filmu Stanisława Barei. Niestety, to prawda.
Znajomy opowiadał mi o tym najlepszym ze światów, o tym el dorado imigrantów, że w ratownictwie stosowane są ścisłe procedury. Jeśli ofiara wykituje, a procedury zostały zachowane, to wszystko w porządku. Gorzej jeśli procedury nie zostaną zachowane, a ofiara przeżyje. Ratownicy mogą mieć ogromne kłopoty, także ze strony ofiary. Można było pewne elementy tych idiotycznych standardów zobaczyć, jeśli ktoś uważnie oglądał serial Brygada Ratunkowa.
Poznałem w życiu wielu wspaniałych fachowców – wśród nauczycieli, lekarzy, mechaników samochodowych, lecz zdaje się, że teraz czasy fachowców się kończą. Wszechwładna staje się procedura. Wbrew temu, co można by sądzić, nie mam nic przeciw algorytmom, a na nich opierają się wymyślane w rozmaitych dziedzinach procedury. Jednak życie jest bardziej skomplikowane niż procedury. W edukacji czy medycynie częściej jest potrzebna, obok wiedzy, także intuicja. Z bólem obserwuję upadek autorytetów, indywidualizmu, artyzmu w wykonywanych zawodach, a zastępowanie tych wartości algorytmami o znaczeniu przykazań boskich.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

To będzie prezydent bez serca.

Taką oto opinię wypowiedziała żona słynnego posła, którego Niemcy biją. Od razu jasne stało się, dlaczego na czas kampanii wyborczej sztab Jarosława Kaczyńskiego zamknął ją w piwnicy. Jednak głupoty wypowiadane przez egzotyczną Nelly ex cathedra stały się tylko impulsem do ponownego podsumowania ostatnich dni. Wcześniej napisałem, że moim zdaniem zwyciężyła demokracja wbrew mediom. Jeśli ktoś jest zainteresowany rozwinięciem tej teorii, proponuję wrócić do tekstu o żałobie po katastrofie smoleńskiej. Nie jest to żadna rozprawa naukowa, ale dość jasno przeanalizowałem to, co zrobiły media z faktycznym smutkiem społeczeństwa po tym wypadku. Warto też zwrócić uwagę na komentarz, który stanowi socjologiczne rozwinięcie mojego tekstu.
W czasie tych wyborów – jeszcze raz to dobitnie powtórzę – media pracowały dla Kaczyńskiego (łącznie z komercyjnymi, które bojąc się posądzeń o stronniczość, stały się stronnicze). Ludzie nie dali się jednak pochłonąć przez symulakrum dobrego i łagodnego Kaczyńskiego oraz niezdarnego i głupawego Komorowskiego. To jest dobry objaw.
Polska, w której żyjemy nie jest krainą z moich marzeń. Jednak gdy 4 czerwca 1989 pierwsze – choć częściowo – wolne wybory stały się faktem, wiedziałem, że będę wreszcie wolnym człowiekiem. Spisku z Magdalenki nie kupuję, obalenia PRLu przez agentów SB też nie kupuję. Dlaczego? Prosta sprawa – ci, którzy wymyślili te brednie – bracia Kaczyńscy – też brali w tym udział, tylko mieli potem wrażenie, że dostał im się za mały kawałek tortu. Później już polityka mało mnie interesowała. Zdecydowanie popierałem pierwszy niezależny rząd – Tadeusza Mazowieckiego. Czułem się bezpiecznie i widziałem, że eksperyment likwidacji kompletnie debilnego ustroju PRL idzie w dobrym kierunku. W każdy wtorek zasiadałem przed telewizorem i słuchałem bieżących wyjaśnień ministra Jacka Kuronia zwanego przez niektórych żartobliwie świętym Jackiem od zupy. Niestety inspirowany przez Kaczyńskich Wałęsa postanowił rozbić to przyśpieszonymi wyborami. Wkrótce jednak poznał się na nich i usunął ich ze swego otoczenia. Jednak już było za późno. Kolejne rządy jakoś tam realizowały ogólny kierunek przemian, ale robiły to kiepsko, zbyt wolno i zbyt nieudolnie. Często nie z własnej winy, ale dlatego, że powtórzył się koszmar przedwojennej Polski. Co pies szczeknie to powstaje nowa partia polityczna. Zwykle głosowałem na taką lub inną partię – bo uważałem, że ta lub inna choć troszkę lepiej doprowadzi nas do tego celu jakim jest Unia Europejska i NATO. Po wyborach przestawałem się tym interesować, pomijając jakieś tam okazjonalne narzekania.
Trwało tak aż do 2005 roku, gdy nagle na pierwszym planie sceny politycznej pojawili się bracia Kaczyńscy. Zdaje się, że rodacy zareagowali w sporej części tak jak ja, z niedowierzaniem i swego rodzaju rozbawieniem. Głosy niezadowolonych i przeświadczonych o powszechnym złodziejstwie skupiła już Samoobrona. Wydawało się, że to kompletnie niemożliwe, aby było jeszcze miejsce dla tak samo populistycznej partii, głoszącej hasła bez pokrycia. Jednak jeszcze wtedy spora część wyborców uważała PiS za partię prawicową w sposób bardzo radykalny z takim narodowo-katolickim sztafażem. Okazało się, że PiS wygrał i wygrał też Lech Kaczyński. Wszyscy mieli nadzieję na koalicję dwóch partii prawicowych, które wspólnie będą miały siłę przebicia do przeprowadzenia niezbędnych reform. Ja już wtedy nie miałem.
Lech Kaczyński wygrał głosami wyborców Leppera, któremu już obiecano koalicję. Przymiarki do PO-PiSu były oczywistym mydleniem oczu. To było pierwsze kłamstwo. Drugim kłamstwem było powołanie na premiera figuranta Marcinkiewicza, który miał zagwarantować ciche i skuteczne przejęcie władzy.
Koalicjant PiSu – Lepper był durniem, któremu wielka polityka uderzyła do głowy i nie mam złudzeń w zakresie moralnego prowadzenia się tej bandy prostaków. Jednak nie był idiotą i cała afera rolnicza, którą zmontowały nieudolne służby Kaczyńskiego to było kłamstwo trzecie. Zabrakło logiki, nie wystarczy oglądanie filmów sensacyjnych, a Lepperowi się udało, bo ta prowokacja zmontowana została żałośnie głupio. Dziś już mamy tego efekty – procesy „rzekomych” wykonawców afery są dziś rewidowane.
Rząd Kaczyńskiego potrzebował sukcesów, jak kania dżdżu. Stąd afera doktora G., który niby coś tam bierze, ale nie wiadomo co, bo niewyraźnie. Z dumą pokazano te zwitki banknotów i przedmioty z łapówek. Potem po cichu zwrócono prawie wszystko, bo doktor miał dowody zakupu. Z dowodów ostał się jakiś koniak i pióra. Każdy prawie w kraju wiedział, że doktor G. był traktowany jako wróg i konkurent Religi, co też wyjaśnia zaangażowanie tego ostatniego w tę sprawę. Szkoda, bo kiepsko się zapisał pod koniec życia. To już czwarte kłamstwo. Niedawno uniewinniony został inny lekarz, któremu również pod rządami PiS stawiano zarzuty. Zapewne prezydent Sopotu również okaże się niewinny, bo dziwnym trafem główny oskarżyciel dostarczył prokuratorom tylko zmanipulowaną kopię nagrań. Najpoważniejsze było kłamstwo piąte. Próba aresztowania Barbary Blidy. Od samego początku w tej sprawie śmierdziało wszystko. Począwszy od nagrania które kończyło się na pukaniu do drzwi. Potem broń bez śladów odcisków palców, z której rzekomo zabiła się samobójczyni. Funkcjonariuszce ABW pozwolono umyć ręce przed badaniem na obecność prochu, potem stwierdzono, że proch miała – „ale nie ten”, a z innych źródeł wiadomo, że nie strzelała ona w ostatnich dniach. Mówi się nieoficjalnie, że Blida dużo wiedziała o działalności finansowej dawnego Porozumienia Centrum. Czy jej samobójstwo jest podobne do anegdotycznego samobójstwa Majakowskiego (Radio Moskwa podaje, że poeta Majakowski popełnił wczoraj samobójstwo, jego ostatnie słowa brzmiały: „towarzysze, nie strzelajcie”.)?
PiS jest partią, która katolicko chce zadbać, abyśmy się rodzili w naturalny sposób i żeby w żadnym wypadku nie dopuścić do aborcji, antykoncepcja też jest niewskazana. Zadba też o to, by żaden staruszek nie mógł sobie skrócić ciężkiego żywota (eutanazja). Tylko PiSu nie obchodzi wcale co pomiędzy naturalnymi narodzinami a naturalną śmiercią się z człowiekiem dzieje. PiS głosował przeciw dodatkowi zwanemu „becikowym” i ulgom na dzieci. To kłamstwo szóste.
To PiS przeznaczył pieniądze z rezerwy ZUS na Świątynię Opatrzności Bożej. To ta właśnie partia usiłowała nam zafundować państwo religijne, uważając że zasady kościelne ważniejsze są niż prawo świeckie, a jednocześnie to w tej partii najwięcej było posłów rozwiedzionych, mających już drugie albo i trzecie żony. To kłamstwo siódme.
Partia braci Kaczyńskich ma na swoim sumieniu siedem kłamstw głównych i tysiące mniejszych.
Podczas sejmowej kłótni Jarosław Kaczyński krzyczał: jeżeli myślicie, że kiedyś zdobędziecie władzę to się mylicie. Wiele lat wcześniej Władysław Gomułka krzyczał: raz zdobytej władzy nie oddamy nigdy. Jakie to podobne.
Dlatego, gdy po dwóch latach nieudolnego miotania się odbyły się nowe wybory, PiS musiał przegrać. Dlatego w roku 2010 Jarosław Kaczyński musiał przegrać. Pomimo wsparcia prawie wszystkich mediów i zdobywania internetu przez tysiące żołnierzy.
Dlatego tez droga Nelly powiem ci, że jesteś idiotką, która za bardzo nie zna nawet języka swej przybranej ojczyzny. Mieszkamy w Europie i mamy demokrację, więc masz prawo do głupoty. I choć całym sercem nienawidzę tego, co mówisz, to oddam życie za twoje prawo do głoszenia tych idiotycznych poglądów. Bo to jest właśnie demokracja. I to właśnie demokracja zwyciężyła. I jeśli patrząc na Polskę dzisiaj, mogę być z czegoś dumny, to właśnie z tego. Demokracja uchroniła nas przed prezydentem bez serca.
Mam nadzieję, że Komorowski będzie niesamowicie nudnym prezydentem, który będzie podpisywał te wypichcone przez sejm ustawy, robił sobie fotki z zagranicznymi politykami, pomagał rządowi w tym co może, troszkę patrzył mu na ręce. I za pięć lat tego nudnego Komorowskiego wybierzemy na drugą kadencję, bo wybieranie nudnego prezydenta – urzędnika jest dowodem dojrzałości wyborców. Wodza, który poprowadzi nasza armię na Moskwę dziś nie potrzebujemy. I dobrze.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)

Keep it simple Stupid

Zasada KISS jest pierwszym nieoficjalnym przykazaniem twórców Linuksa od wielu lat. Można by ją barwnie na polski przełożyć jako polityczne wezwanie w stylu Johna Kennedy’ego – Po pierwsze prostota! Nie twierdzę, że ta zasada w systemach linuksowych zawsze jest zdecydowanie przestrzegana, bo czasem niektórych autorów ponosi programistyczna fantazja i produkują buble. Jednak generalnie ta zasada się sprawdziła w całej twórczości Open Source.
Doświadczenie uczy, że tam – gdzie gubi się zasady prostoty, gubi się również logikę. Nad brakiem logiki ubolewałem już w kontekście szkolnictwa wyższego. Dziś chcę ponarzekać na kompletny bark logiki u wyborców. A konkretnie po raz kolejny chcę dołożyć wyborcom – wielbicielom Janusza Korwina Mikke. Kolega, z którym się podzieliłem pomysłem na felieton, skrzywił się: daj spokój, przecież to nic nie znaczący plankton. Może i tak. Jednak zrobiłem pewne amatorskie socjologiczne badania. Przeszukałem profile na Facebooku – tych osób, które wypowiadały się korzystnie o Korwinie Mikke. Znakomita większość to studenci lub absolwenci kierunków technicznych, a część to socjologowie lub filozofowie. Teoretycznie rzecz biorąc – ludzie, którzy z racji ścisłego myślenia lub znajomości reguł społecznych powinni być odporni na głupotę.
A nie są. Mało tego – prezentują tak bzdurne opinie – że na myśl przychodzą słowa doktora Strosmajera z dawnego serialu czeskiego Szpital na peryferiach. Powiedział on: gdyby głupota miała skrzydła, to mogłaby pani latać. Trawestując – startujcie do lotu drodzy wyborcy JKM.
Nie przyczepiam się tu do homofobii waszego kandydata, w końcu jest demokracja – możecie takie homofobiczne zachowania pielęgnować do woli. Byleście tylko ograniczyli się w swojej agresji do własnego podwórka.
Są pewne oczywiste i proste zasady logiczne, które pozwolę sobie omówić na przykładzie. Zdanie: „Zachmurzyło się, więc będzie padał deszcz.” ma dwie części składowe i trzeba sobie zdawać sprawę, że prawdziwość członu pierwszego nie oznacza prawdziwości członu drugiego. Powiem więcej, prawdziwy może być człon drugi nawet wówczas, gdy człon pierwszy będzie fałszywy. To są podstawy logiki. Jednak zwolennicy JKM uważają za oczywistą prawdę opinię swojego kandydata: Jeśli zlikwidujemy obowiązkowe ubezpieczenia zdrowotne i emerytalne, to obywatele staną się bogatsi.
Dlaczego skupiłem się na tej opinii i dlaczego uważam ją za wyjątkowo idiotyczną. W zakresie mechanizmów społecznych i ekonomicznych nie należy liczyć na cuda, władza ma polegać na wykonywaniu dostępnych i dających się wytłumaczyć rozumem działań. Inaczej mówiąc – pan Marek Jurek może iść do kaplicy sejmowej pomodlić się o deszcz, tak jak to zrobił w 2006 roku. Jednak jeśli robi to polski organ władzy ustawodawczej, czyli Sejm oficjalnie, to już jest idiotyzm pierwszego gatunku. Janusz Korwin Mikke popełnia błąd podobny. Zakłada, ze pracodawca jest dobrym wujkiem, który z chęcią daje pieniądze pracownikom. Dziś właściciel firmy zatrudniając pracownika musi wypłacić mu pensję i zapłacić składki na ubezpieczenie zdrowotne oraz emerytalne. Pracownik, zarabiający około 2 tysięcy, kosztuje pracodawcę około 3 i pół tysiąca. No to teraz wyobraźmy sobie, co robi pracodawca, gdy tego ubezpieczenia obowiązkowego już nie ma. Z ochotą daje pracownikowi trzy i pół tysiąca do ręki? Prędzej to pracodawca stanie się bogatszy o niezapłacone ubezpieczenie, a co zyska pracownik? Oczywiście to już czarny scenariusz. Zapewne dojdzie do jakiegoś porozumienia, w wyniku którego pracownik dostanie większą wypłatę, a pracodawca zaoszczędzi na ubezpieczeniu. Tylko, że pracownik straci ubezpieczenie i z tej swojej zwiększonej pensji się nie ubezpieczy, bo wtedy jego zarobki netto się zmniejszą, bo przecież ubezpieczenia to także domena rynku i nagle nie stanieją, mało tego – zdrożeją, bo będzie mniej ubezpieczonych.
Wystarczy sobie poczytać historie związane z zatrudnianiem ludzi w krajach trzeciego świata przez wielkie koncerny, takie jak Nike lub Apple. Powie ktoś, że my przecież nie jesteśmy krajem trzeciego świata. Owszem, ale gdy Korwin Mikke wprowadziłby swoje zasady ekonomiczne, to sytuacja byłaby identyczna jak na Filipinach, czy w Indonezji. Nie ma żadnej przesłanki wskazującej na to, że brak obowiązkowych ubezpieczeń w jakikolwiek sposób przydałby społeczeństwu in gremio zamożności. Podobnie jak w USA do niedawna mielibyśmy sytuację, że znaczny procent ludzi nie miałby ubezpieczenia (ok 40 milionów w USA). Ich zarobki bowiem byłyby na tyle duże, żeby przeżyć nawet na względnie znośnym poziomie, ale za małe by wykupić ubezpieczenie. Nie stanowi to problemu wśród młodych i zdrowych ludzi, ale ci mają dziwaczny zwyczaj starzeć się i na starość chorować.
Janusz Korwin Mikke – co prawda – ma na to radę. Uważa, że najlepszą polisą emerytalną są własne dzieci. Może mieć to jakiś sens w sytuacji, gdy rodzice władają jakimiś dobrami materialnymi (sugeruję poczytać Chłopów Reymonta), ale jest bzdurą totalną dla większości zatrudnionych, którzy są zwykle pracownikami najemnymi i własności nie mają. Efektem byłyby przepełnione charytatywne domy opieki, bo przecież nieubezpieczone dzieci tych nieubezpieczonych same ledwo wiązałyby koniec z końcem.
Moja babcia miała takie powiedzonko: Jak byś się nie kręcił i tak zawsze dupa z tyłu. Dokonując dowolnych cudów ekwilibrystyki politycznej nie da się udowodnić, że te poglądy JKM, choćby przez szybę widziały się z logiką.
Podobnie przeanalizować można podatkowe pomysły Korwina Mikke. Przypomnę, że obecnie nazywa on państwo złodziejskim, a władze złodziejską dyktaturą. Dlaczego, bo władze zabierają nam nie tylko pieniądze na ubezpieczenia, ale także na wiele innych rzeczy takich jak edukacja. JKM zmniejszyłby znacząco podatki przeznaczając je prawie wyłącznie na wojsko i policję. Nawet się specjalnie nie dziwię. W takim państwie potrzebne byłoby silne wojsko i policja do tłumienia wybuchów niezadowolenia społecznego. Z ta uwolnioną częścią podatków byłoby podobnie jak z ubezpieczeniem. Właściciel firmy podzieliłby się z pracownikiem i w rezultacie okazałoby się, ze większości nie stać na prywatne szkoły dla swoich dzieci. Publiczne JKM by zlikwidował, zostałyby co najwyżej społeczne organizowane przez organizacje charytatywne lub kościół. W praktyce oznacza to jedynie rozwarstwienie społeczeństwa na niewielu bogatych i przeważającą większość biedniejszej niż dziś biedoty. Obecnie jesteśmy traktowani jako kraj ekspansji konsumenckiej z nadzieją, ze będziemy mieli dość pieniędzy i zdolności kredytowych by nabywać rozmaite dobra. W przypadku zliberalizowania przepisów dotyczących zatrudnienia oraz ubezpieczeń zmieniłoby się to na ekspansję w poszukiwaniu nowego taniego miejsca wyzysku ludzi, których przed niczym nie chroni własny rząd.
Marginalnie tylko wspomnę, że liberalny ekonomicznie Janusz Korwin Mikke jest konserwatywny do bólu w sferze obyczajowej i ideologicznej. Zatem dając mu swobodę działania, przygotowalibyśmy sobie ustrój w stylu hiszpańskim z lat czterdziestych ubiegłego wieku. Ot taki wczesny Franco z Pinochetem wspomagany przez potężnie działający Kościół Katolicki. Być może taki fundamentalizm komuś odpowiada, ale aż trudno uwierzyć, że młodym wykształconym ludziom. Chociaż – z drugiej strony – terroryści islamscy to też młodzi i dość wykształceni ludzie.
Jak tego wszystkiego uniknąć? Keep it simple, Stupid. 🙂

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Meandry logiki

Mój profesor matematyki z liceum, oprócz wszelkich innych zasług, ma jedną i to dla mnie bardzo wielką. Jedną z pierwszych rzeczy, z którymi nas zapoznał, były podstawy logiki matematycznej. Dzięki niemu takie dziwaczne pojęcia jak koniunkcja, alternatywa, implikacja, czy równoważność zdań stały się dla mnie oczywistością. Miało to znaczenie później, gdy rozpocząłem studia. Nie wiem jak dziś, ale wówczas – gdy studiowałem – kandydat na polonistę musiał zaliczyć kurs logiki. Nietrudno sobie wyobrazić, że dla standardowego studenta filologii polskiej to była zmora. Przyszedł na studia z szumnym Młodości dodaj mi skrzydła, a mamrotał pod nosem bo mi logika obrzydła. Gdy jeszcze weźmiemy pod uwagę, że większość stanowiła płeć piękna, która się z logiką wyjątkowo nie lubiła – to mamy realistyczny wizerunek piekła.
Dla mnie jednak – że się pochwalę – logika nie miała tajemnic, nie tylko dzięki profesorowi z liceum, ale także dzięki ojcu, który zainteresował mnie lwowską szkołą matematyczną i pracami profesora Hugona Steinhausa (ojciec miał szczęście być jego studentem). Jednak nie przechwalanie się jest moją intencją, lecz raczej załamanie rąk nad stanem logiki obecnie. Przy czym obecnie nie oznacza braków młodzieży, ale zgodnie z zasadami logiki znaczy to – teraz, w czasie – w którym żyjemy.
Za sprawą notatki na Facebooku umieszczonej przez jednego ze znajomych zapoznałem się z obszernym fragmentem wypowiedzi profesora Bogusława Wolniewicza w telewizji publicznej. Pomijając różnice w światopoglądzie, zastanowiła mnie zasadnicza opinia. Wolniewicz jest filozofem i logikiem, a wygłosił zdanie, które jest nie do przyjęcia. Otóż uznał, że przyczyną kiepskiego poziomu polskich uczelni wyższych jest duża liczba studentów.
Jak napisał Boy-Żeleński: paraliż postępowy najzacniejsze trafia głowy. Jest to jedyne rozsądne wytłumaczenie tej bredni. Równie dobrze możemy uznać, ze po polskich drogach źle się jeździ, bo mamy za dużo samochodów. A co tam się będziemy ograniczać – towary są drogie, bo jest za dużo chętnych do ich kupowania. W ten sposób dochodzimy do absurdu, który sformułować można ogólnie tak: podniesienie jakości uda się osiągnąć, sztucznie ograniczając popyt. Teraz już zaczynam rozumieć dlaczego profesor Wolniewicz do 1981 roku był członkiem PZPR. Ja już skądś znam te idee.
Ad rem, jak mawiali starożytni Rzymianie. Pominę dalsze złośliwości, których mam pełno pod adresem czcigodnego profesora. Otóż w czasach PRL wmawiano Polakom, że są bardzo dobrze wykształceni, co nie było prawdą, bo procent ludzi z wyższym wykształceniem był niewielki i dużo czasu zabrało nam dochodzenie do średnich wskaźników w Europie. Jeszcze w połowie lat 90′ było to 6,5%, w 2002 – 10,2%, a po wejściu do Unii w 2006 – 14,6%. Można jeszcze dodać, że nadal populacja miejska zdobywa lepsze wykształcenie niż wiejska, a ponadto, że wśród osób z wyższym wykształceniem więcej jest kobiet. Choć zbliżyliśmy się z naszymi wynikami do średniej europejskiej, to nadal mamy mniej obywateli z wyższym wykształceniem niż rozwinięte kraje europejskie – Finlandia, Szwecja, Francja lub Wielka Brytania. Aby nie powodować rumieńca wstydu, napiszę tylko, że w tych krajach jest to ponad 20%. W niektórych dużo ponad. Nie mamy co marzyć aby dorównać Kanadzie, ale i – patrząc na wschód – Rosji. Podsumowując, dalej doganiamy rozwinięte kraje świata. Można się zastanawiać, dlaczego poziom edukacji uniwersyteckiej się tak obniżył (a może – czy się obniżył), ale liczba studentów jest tu kompletnie bez znaczenia.
Na moją notkę na Facebooku otrzymałem ripostę, którą przytoczę we fragmentach.
Musisz się zgodzić ze mną, że ze studiów faktycznie wychodzą teraz masy – nie w porównaniu z innymi państwami, a z nie tak odległymi czasami w Polsce. Posiadanie wyższego wykształcenia nie jest już czymś wyjątkowym, stało się normą.
Otóż właśnie nie zgodzę się, wciąż mamy za mało ludzi z wyższym wykształceniem, o czym mówią liczby przytoczone powyżej. A dlaczego za mało, napiszę później.
Napisałem wyżej, aby nie porównywać nas z innymi państwami, dlatego, że trzeba spoglądać na realne możliwości gospodarcze kraju. – pisze dalej mój respondent. Niby sensownie, ale strasznie nielogicznie. Trzeba porównywać się z innymi, bo dzięki temu mamy punkt odniesienia, a możliwości kraju w danym momencie są takie – bo są powiązane silnie z zasobami ludzkimi. Jeśli wygenerujemy lepsze zasoby ludzkie, to możliwości gospodarcze kraju na tym skorzystają. To właśnie jest logiczne, bo nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że sednem możliwości rozwoju nie są dobra materialne i zapas gotówki zgromadzonej w bankach, ale potencjał ludzki. Ale też jednym z kontrargumentów było stwierdzenie, że sen o dostaniu ciepłej posadki po studiach pryska wraz z kilkoma latami życia, bo okazuje się, że miejsc pracy mało, a magistrów cała rzesza. Ten argument niestety pokazuje, że w społeczeństwie wciąż żywe są czasy, gdy skrót mgr tłumaczono jako może gówno robić. PRL hołubił robotników ze względów ideologicznych. Przecież klasa robotnicza to była podstawa systemu. Jako początkujący nauczyciel zarabiałem jedną trzecią pensji początkującego robotnika fabryki butów. Zgodnie z takim podejściem (do dziś żywym) absolwent studiów to myśli tylko o ciepłej posadce. Nie. Moja posada w szkole przez trzydzieści lat nie była ciepłą posadką, na której mogłem gówno robić. Gdybym skończył studia dziś? Być może byłby to inny kierunek, być może wybrałbym inny zawód? Nie wiem. Studia nie mają zapewnić ciepłej posadki, tylko zapewnić pewien kapitał, z którym można wystartować w życiu.
Niedawno spotkałem znajomego, który jest tzw. headhunterem. Inaczej mówiąc prowadzi prywatną agencję pracy szukającą dla różnych firm pracowników. Nurtowało mnie jedno pytanie – dlaczego nawet do stosunkowo prostych stanowisk szuka się ludzi z wyższym wykształceniem? Odpowiedź była trywialnie prosta – ponieważ potrafią się uczyć, zmiana profilu stanowiska nie jest dla nich problemem. Są intelektualnie mobilni. Warto to zapamiętać, bo za chwilę wrócę to tego zagadnienia. W ripoście na Facebooku czytam dalej, że:
Tak więc problem polega na tym, że managerowie nie mają kim zarządzać, a inżynierowie co produkować, a brakuje fachowców, którzy w pracę wkładają więcej pasji niż całek. Pieniądze zaś robią ci, którym udało pogodzić się edukację z realizacją swoich ambitnych planów lub ci, którzy tę edukację wyższą olali kompletnie. Niestety.
Błędne jest przeświadczenie, że po studiach od razu trzeba być managerem przynajmniej średniego szczebla. Jak wygląda i jak powinno wyglądać podejście szefa lub właściciela firmy? Podam przykład praktyczny firmy komputerowej z zachodniej Polski. Szef zatrudniał młodych ludzi bez wykształcenia, którzy przy realizacji dużego projektu mieli zadania najprostsze – wiercenie dziur w ścianach, przykręcanie szaf krosowych i zarabianie kabli. To było świetne rozwiązanie, bo nisko kwalifikowany pracownik jest tanim pracownikiem. Wszystkie zadania skomplikowane wykonywał sam właściciel. Jednak gdy pojawił się problem dotrzymania terminów, konieczne okazało się zatrudnienie pracownika samodzielnego, który poradzi sobie z zaawansowanymi zadaniami. Tak też zrobił właściciel to tego jednego zadania. Jego wydatki wzrosły, ale w konsekwencji zadanie zostało wykonane i przyniosło dochód. Pojawił się zatem pomysł stałej współpracy z nową osobą, lecz okazało się, że właściciel firmy bardziej sobie cenił pewien niewielki pułap jaki osiągnął i podstawowym celem było utrzymanie maksymalnie wysokich zysków własnych, nawet kosztem ekspansji i rozwoju, ponieważ zgodnie z wybranym celem narzucił sobie cel pośredni – płacić pracownikom, jak najmniej. Fachowiec dla niego dalej już pracować nie chciał.*
Jaki morał wynika z tej opowieści? Morałów jest kilka i każdy ważny. Po pierwsze w dłuższej perspektywie takie firmy skazane są na klęskę, bo o sile firmy nie świadczy mercedes właściciela, ale zasoby ludzkie. Po drugie właścicielowi zabrakło perspektywy rozwoju, nie każdy z natury jest Billem Gatesem, gdyby szef miał wyższe studia, może miałby podstawy z zakresu ekonomii i lepsze dane wyjściowe do podejmowania decyzji. Inaczej mówiąc, gdy chcesz zostać szewcem, potrzebujesz kopyto, młotek i ćwieki, ale jeśli chcesz przejąć wszystkie zakłady szewskie w mieście potrzebujesz szewców i studiów z zakresu marketingu. Dlatego też osoby po wyższych studiach mają potencjalnie tę buławę marszałkowską w tornistrze i szansę osiągnięcia sukcesu.
Odrębną kwestią jest kompletny upadek poziomu studiów, tyle że nie ma to nic wspólnego z liczbą studentów**. Jak już wspomniałem, przykład Billa Gatesa to nie jest reguła na sukces – rzuć studia i rób karierę, to jest zdecydowanie wyjątek od reguły.
Wracając zaś do głównej kwestii – myślę, że w naszej edukacji obecnie brakuje tego, co ja otrzymałem – podstaw logiki. Przypuszczam, że obowiązkowa logika w liceum i na każdym kierunku studiów bardzo by się przydała. Bardziej krytycznie analizowalibyśmy wówczas wypowiedzi rozmaitych autorytetów i z większą odwagą obnażalibyśmy ich błędy. A dlaczego potrzeba nam więcej ludzi z wyższym wykształceniem? Bo przy całym szacunku dla pracy fizycznej, facet z łopatą rakiety na księżyc nie wyśle, a po studiach – kto wie…


* Historia jest prawdziwa, choć celowo nie podaję żadnych szczegółów.
** To interesujące zagadnienie i mam swoją koncepcję, może jeszcze do tego wrócę.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Poradnik demokraty

Kluczowym słowem o fundamentalnym znaczeniu w demokracji jest wolność.
Adam Mickiewicz pisał w Panu Tadeuszu: Urodzony w niewoli, okuty w powiciu, Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu. Wiele pokoleń naszych rodaków nie wiedziało nigdy, co znaczy żyć w wolnym kraju, porywali się z motyką na słońce, walczyli o wolność, płacąc niekiedy najwyższą cenę. My należymy do szczęśliwców, którzy odzyskali wolność ponad dwadzieścia lat temu. Lecz pamiętajmy, że wolność nie została nam dana raz na zawsze i bezwarunkowo. Wolność – podobnie jak miłość – jest roślinką wymagającą opieki i ciągłej dbałości.
Dziś wśród młodych ludzi coraz częściej pojawiają się postawy lekceważące wolność. Wydaje im się, że modnie i na ludzie jest przyznawać się do poglądów skrajnych lub demonstrować brak poglądów. Być monarchistą to takie ekscentryczne. Szczególnie dlatego, że monarchia kojarzy się wszystkim z Wielką Brytanią, Holandią i Szwecją, a powinna kojarzyć się z dziewiętnastowieczną Rosją, a w najlepszym wypadku z Arabią Saudyjską. Żaden z miłośników monarchii nie wyobraził sobie siebie samego jako jednego ze zwykłych poddanych monarchy, który byłby jedynym i ostatecznym prawem. Dzisiejsze monarchie Europy są bowiem nimi tylko z nazwy i instytucja monarchii jest wyłącznie czynnikiem stabilizującym politycznie. Niejeden ultrakonserwatysta zmieniłby może zdanie, gdyby użył szarych komórek.
W starożytnych Atenach istniała demokracja bezpośrednia. Każdy uprawniony miał prawo głosu. Dziś jest to niemożliwe. Nie znaleźlibyśmy dostatecznie dużego placu, na którym mogliby zebrać się wszyscy uprawnieni. Dzisiaj mamy demokrację pośrednią na wszystkich szczeblach rządzenia. Wybieramy przedstawicieli, którzy w naszym imieniu stanowią prawo i sprawują władzę wykonawczą. Zwykle musimy się zastanowić nad wartością kandydatów raz na cztery lata, wybierając prezydenta – raz na pięć lat. Obserwując jednak frekwencję wyborczą w ciągu ostatniego dwudziestolecia, można odnieść wrażenie, że przynajmniej 40% społeczeństwa uważa ten obowiązek za zbyt ciężki.
W krajach o długiej tradycji demokratycznej, często obywatele interesują się tym, co robi władza na co dzień. Piszą do polityków pytania, petycje i żądania. Oczekują wyjaśnień i odpowiedzi. I nauczyli polityków, że wyborców należy traktować poważnie nie tylko raz na cztery lata. W niektórych krajach uczestnictwo w wyborach jest obowiązkowe, bo to jest nie tylko przywilej, ale i obowiązek.
Wolność i demokracja mają jeszcze jeden ważny aspekt. Demokracja jest sztuką kompromisu w trakcie którego ustalamy ile wolności każdemu się należy. Bo nie można zapominać, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innego człowieka. I tylko w demokracji jest możliwy sprawiedliwy konsensus.
Polska demokracja ma długie tradycje, w pewnym sensie sięgają one czasów późnego średniowiecza. Nie bez racji świętujemy współcześnie rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Jest ona dziś dowodem na to, ze naród potrafił się zdobyć na wielkość w sytuacji kryzysowej. Jednak współcześnie nasza demokracja jest bardzo młoda. Uczmy się od naszych sąsiadów z krajów Unii Europejskiej. Dbajmy o tę demokrację, abyśmy nie musieli udowadniać naszej determinacji w sytuacjach ekstremalnych. Nauczmy się dbać o wolność i demokrację stale, tak jak dbamy o ogródek, czyste buty i lakier samochodu. Bo w demokracji nam do twarzy, a wolność jest seksowna. 🙂

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)