Powrót arcymaga

Niektóre obrazy Tadeusza Drozdowskiego, a znam ich sporo, są tak fascynujące i tak bardzo przemawiają do mnie, że oglądam wręcz z nabożeństwem, nieledwie na klęczkach. Inne z kolei w jakiś sposób mnie drażnią, nie potrafię przejść nad nimi do porządku dziennego, oglądam po wielokroć, ale nie potrafię z nimi nawiązać tej nici porozumienia. Jednym z takich obrazów było Przybycie, które po raz pierwszy widziałem pięć lat temu na wystawie w bytowskim muzeum.

Przybycie

Przybycie

Sam autor o swym obrazie mówił, że przedstawia on powrót, gdzieś tam w oddali pozostał świat, tajemnicze piramidy, ale statek jest już przy kei, maszty opuszczono, a czerwone żagle schną na słońcu.
Obraz przemówił do mnie kilka lat później, gdy czytałem „Ziemiomorze” Ursuli K. Le Guin. Gdy arcymag Ged zwany Krogulcem rozmyślał na swej łodzi „Bystre oko”, mknącej po falach pod czerwonymi żaglami.

Nie będzie mnie w Havnorze ani na Roke. Czas już pozostawić władzę innym, odrzucić stare zabawki i znów wyruszyć w drogę. Czas, abym wrócił do domu. Zobaczę się z Tenar. Spotkam Ogiona i zanim umrze, pomówię z nim w jego domu, na urwiskach w Re Albi. Tak bardzo pragnę wędrować po stokach góry Gont, w lasach, kiedy pierwsze tchnienie jesieni zmienia barwy liści. Żadne królestwo nie dorówna owym puszczom. Czas już, abym tam wrócił, samotny, w milczeniu. Może wówczas poznam to, czego nie jest mnie w stanie nauczyć żaden czyn, sztuka czy władza. Coś, czego nigdy dotąd nie rozumiałem.

Arcymag wrócił na swą wyspę na skrzydłach smoka. Zapomniana łódź stoi w porcie na krańcu świata. Niegdyś dumne żagle zwisają smętnie. Lecz słońce nadal świeci. Gdzieś w tle jest ten cały wielki świat porzucony przez arcymaga, który wreszcie wrócił do domu i zrozumiał to, co jest najważniejsze. Ten obraz mówi o miłości, choć nie została na nim przedstawiona.

http://drozdowski.tuchomie.pl

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.8/10 (4 votes cast)

Syndrom Zbyszka z Bogdańca

Zapewne nawet absolwenci gimnazjum pamiętają z „Krzyżaków” Sienkiewicza ten fragment, gdy Zbyszko z Bogdańca, młody przedstawiciel klasy rycerskiej, ślubuje Danusi – córce słynnego Juranda ze Spychowa – ubić paru rycerzy krzyżackich i czuby z pawich piór, które noszą, złożyć jej u nóg. Skończyło się to zaatakowaniem posła krzyżackiego i w następstwie tego czynu sądem kasztelańskim, na którym taka oto scena się rozegrała:

— Możesz-li na mękę Pańską poprzysiąc, żeś płaszcza i krzyża nie widział?
— Nijak! — odpowiedział Zbyszko — żeby ja krzyża nie widział, to myślałbym, że to nasz rycerz, a w naszego przecie bym nie godził.
— A jakoż mógł się inny Krzyżak pod Krakowem znajdować, jeśli nie poseł albo nie z poselskiego pocztu?

Prawda. Gdyby Zbyszko był choć odrobinę inteligentniejszy od swego konia zadałby sobie pytanie, jakim cudem rycerz krzyżacki mógł się znaleźć w okolicach Krakowa? Było to przecież państwo wrogie i Królestwo Polskie było na krawędzi wojny z Zakonem. Przypadkiem odkrył Sienkiewicz przed czytelnikami smutną prawdę, że napakowanych agresywnych idiotów nie brakowało nam już w średniowieczu.
To samo dzieje się dzisiaj, bo jakiś łysy Maniek, pod wpływem opowieści kumpli z Marszu Niepodległości, ubzdurał sobie, że będzie obrońcą ojczyzny i czci niewieściej (jako że te niewiasty dziwnie nieodporne są na awanse umytych i pachnących wodą kolońską, a nie piwskiem, osobników o skórze ciemniejszej niż ma standardowy narodowy łysy patriota).
rasist
No i taki kretyn atakuje, jak Zbyszko krzyżaka. A to napadnie na tureckich studentów, a to na kucharza z Syrii, a to znowu skatuje niczego nie spodziewającego się biznesmena z Namibii. Bo dla stuprocentowego polskiego patrioty, który ma niskie czółko nieskażone myślą żadną, wszystko co nie jest różowe lub czerwonawe (po dniu chlania piwska pod chmurką) i nie jest popstrzone piegami, kojarzy się wyłącznie z terroryzmem, obroną Chocimia i odsieczą wiedeńską oraz przedmurzem chrześcijaństwa. Więc rusza niczym odpalony granatnik z wrzaskiem: „Buk, chonor y ończyzna”.
Lada moment zaczynają się katolickie Światowe Dni Młodzieży i ciekaw jestem ilu ciemnoskórych młodych chrześcijan pozostawi swe piękne śnieżnobiałe zęby na gościnnej polskiej ziemi.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (10 votes cast)

Strumień świadomości

Strumień świadomości to literacki termin oznaczający pewien rodzaj monologu wewnętrznego, który w przeciwieństwie do monologu ukierunkowanego bezpośrednio do słuchacza, zawiera nie tylko pewien logiczny ciąg wypowiedzeń, ale też rozmaite skojarzenia i odczucia, które wplatane są bez rozróżniania ich do zasadniczego ciągu narracji. Powszechnie uważa się, że wynalazcą tego sposobu narracji w literaturze był James Joyce. Jeśli przebrnęliście kiedyś przez Ulissesa, to wiecie, o co chodzi.

Byłam na czczo, więc ten skromny alkohol bardzo szybko zaczął sobie poczynać. Byłam zupełnie bezbronna wobec jego działania i tych wszystkich podstępów, ale miałam również świadomość, że pozostaję tu dokładnie dwie godziny i się zmywam. Słyszałam, że chłopcy chcą zostać do rana, że chodzi o honor firmy i te długie długi, które mieli. Wiedziałam, że jeśli wybiorę odpowiedni moment, przejdę swobodnie do domu i nikt tego nie się bardzo wylewne i silnie się konsoliduje. Zauważyłaś to na pewno i poczułaś, jak zwarte bywają te kontakty i koniec końców jak niebezpieczne. Ja mam wprawę w niektórych sytuacjach.
/Całkowity koszt wszystkiego, Agnieszka Kłos/

Strumień świadomości, jak widać na powyższym przykładzie, jest też dobrą wymówką, gdy ktoś ma ambicje pisania i jednocześnie duże braki w gramatyce i umiejętnościach budowania poprawnej składni.
Z drugiej strony w epoce smartfonów i komunikacji „text messaging”, gdy w opisywaniu świata i jego problemów dominują ASAPy, LOLe i OMG, może nie powinienem wybrzydzać, że ktoś potrafi jednym ciągiem skonstruować wypowiedź składającą się z więcej niż trzech wyrazów, nawet jeśli jest to wypowiedź urągająca zasadom składni.
Niedawno wyczytałem, że Szczepan Twardoch został ambasadorem marki Mercedes i dostał lśniącego mesia za darmo. Twardoch to jest pisarz, podobno znany. No dobra, nie będę ściemniał, nie miałem wcześniej pojęcia o jego istnieniu. Nieważne zresztą, mam wciąż tyle książek do przeczytania, że moja świadomość literacka się nie zawali od faktu, że jestem twardochowym ignorantem. Niektórzy zachwycili się. Łał – powiedzieli – jak to zajebiście, że Mercedes prócz celebrytów i sportowców wreszcie docenił twórcę kultury i to tej przez wielkie, ogromne K. Inni zaś stwierdzili, że to jest złamanie etosu polskiego pisarza, który powinien przymierać głodem, chadzać w porwanych portkach i wiekopomnym dziełami ku pokrzepieniu serc zasłużyć sobie na to, by społeczeństwo kupiło mu dworek w Oblęgorku. Tak czy inaczej Twardoch raczej Norwidem nie zostanie, kogo to zresztą obchodzi. Znacznie ciekawsza wydała mi się informacja, że wcześniej Mercedesa dostał prezes fundacji Wisławy Szymborskiej i od tej pory do sprzedawanych mercedesów dołączane są audiobooki z poezją naszej ostatniej noblistki. Szczytna to – zaprawdę powiadam wam – idea rozdawania dzieł literackich i mądra, że są w formie do słuchania. Wszak wiadomo, że nasza klasa posiadająca z czytaniem ma niejaki problem. Nic w tym dziwnego, bo czytać to sobie mogą te biedaki, co do zdolności do pomnażania kasy nie mają, co im bowiem innego – prócz czytania – zostało.
A tak przedstawiciel naszej elity wsiądzie sobie do lśniącego metalikiem mercedesa, włączy audiobooka i w trakcie jazdy będzie chłonąć literaturę. Choć ja na początek sugerowałbym coś prostszego od Szymborskiej. Może Kubusia Puchatka?

Jaki dziś mamy dzień? – zapytał Puchatek. Dzisiaj – odpowiedział Prosiaczek. To mój ulubiony dzień – odparł Kubuś. /Chatka Puchatka, A.A.Milne/

I w ten sposób zapoznaliście się z moim strumieniem świadomości. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Horror

Życie przyzwyczaiło nas do tandety. Horror kojarzy się głównie z tabunami wygłodniałych zombie, które maszerują chwiejnym krokiem w poszukiwaniu krwistego udka na podwieczorek, ewentualnie z psycholem maszerującym przez miasto z piłą łańcuchową, a hektolitry krwi spływają z ekranu.
Porządny horror – taki, że nie mamy ochoty zgasić światła, zdarza się rzadko i należy raczej do historii literatury. Jednym z najwybitniejszych, choć mało znanych na świecie jest powieść Stanisława Lema „Śledztwo”. Przedmiotem tytułowego śledztwa są tam zwłoki ludzkie, które w pewnym dziwnym porządku i natężeniu zmieniają samoistnie swe położenie. Próba zaś wyjaśnienia zjawiska przez policjanta i naukowca skutkuje niepokojącymi wnioskami. To nie jest festiwal duchów, zombie lub innych fantastycznych potworów. Mamy wrażenie, że w układance śledczych wszystko jest realne i prawdopodobne. Po tej lekturze trudno byłoby się wybrać nocą w okolice cmentarza.
Czasem jest jeszcze lepiej. W utworze prawie nic się nie dzieje, a i tak ciarki przechodzą po kręgosłupie. Przykładem takiej perełki literackiej jest opowiadanie Janusza Zajdla „Egipski kot”.

Był wspaniały — najbardziej koci ze wszystkich kotów, jakie widziałem. Postawiłem go na stole, miał ponad trzydzieści centymetrów wysokości. Był smukły i zgrabny, siedział na ogonie, wyprężywszy przednie łapy. Pyszczek, ostry i wydłużony, miał skierowany na wprost i nieco w dół. Zielone nefrytowe oczy patrzyły bystro i inteligentnie. Uszy, większe niż u naszych europejskich kotów, sterczały, jakby nasłuchując z uwagą. Można było pomyśleć, że za chwilę wstanie, przeciągnie się, ziewając i odejdzie obojętnie lekkim, wytwornym krokiem… To był najprawdziwszy egipski kot. Wykonany z ciemnoszarego kamienia przez nieznanego artystę musiał liczyć sobie nie mniej lat niż egipskie piramidy.

Od samego początku atmosfera utworu przesycona jest tajemniczością. Nie tylko sam kot, ale też znaleziony wraz z nim papirus. Potem zaś pojawia się coś, co powoduje u czytającego zimny dreszcz, jeśli pomyśli, że w fabule utworu może tkwić ziarenko prawdy. Ta miniaturka literacka dzięki ascetycznemu wręcz, lecz plastycznemu stylowi nadaje się świetnie na scenariusz filmowy. Choć nie ma tam potworów, ani rzek krwi, byłby to bestseller na miarę „Mumii”.

egipskikot

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Martin Eden

Nie sposób przecenić wpływ Jacka Londona na moje pokolenie. Wpływ nie tylko literacki, ale i filozoficzny.

Biblia intelektualisty

Poleciłem niedawno młodemu znajomemu znaną kiedyś powieść Jacka Londona. W czasach mej młodości była to pozycja literacka sine qua non. Tak jak młode intelektualistki chadzały z „Małym księciem” Exupery’ego pod pachą, tak intelektualiści płci męskiej nie rozstawali się z „Martinem Edenem”. Jack London był zresztą jednym z niewielu amerykańskich pisarzy tak popularnych i znajdował się nawet w kanonie lektur szkolnych, a to za sprawą głupoty cenzorów, którzy dali sobie wcisnąć ciemnotę o marksistowskich poglądach pisarza. My, zaś czytając Londona, widzieliśmy zarówno fascynację prawie zakazanym Nietzschem, filozoficzne dialogi autora związane ze Spencerem, a także genialne rozprawienie się z teoriami Marksa.
Postanowiłem więc po latach też sięgnąć do powieści i przekonać się, czy nadal ta książka powinna być biblią współczesnego intelektualisty.

Pomiędzy Marksem a Nietzschem

Martin Eden – literackie alter ego autora (do pewnego tylko stopnia rzecz jasna) to interesujący, silny i pierwotny młody człowiek, który przez przypadek dostaje się „na salony”. Ratuje życie innemu młodemu człowiekowi, który z wdzięcznością wprowadza go jako przyjaciela i przedstawia rodzinie. Prostacki i prymitywny Martin nie jest jednak pozbawiony inteligencji i dostrzega świat kultury, finezji i piękna, o którego istnieniu nie miał wcześniej pojęcia.
Być może zapomniałby szybko o tym epizodzie, ale nie bez przyczyny francuskie porzekadło mówi cherchez la femme – pojawia się piękna Ruth, siostra młodzieńca, któremu Martin uratował życie.
Pierwszy etap nowego życia Martina to w pewnym sensie praktyczna realizacja filozofii Nietzschego. Übermensch to przecież Martin w czystej postaci. Jest silny i sprawny fizycznie. Pomimo proletariackiego pochodzenia w ekspresowym tempie zdobywa wykształcenie, uczy się poprawnej angielszczyzny, rozwija się intelektualnie i wkrótce przerasta swych mentorów. Ten potężny fizycznie marynarz staje się też intelektualnym dowodem istnienia rasy panów. W miarę swojego rozwoju umysłowego poznaje wielu interesujących ludzi, pokonuje wiele przeciwieństw, ale też zaczyna powoli widzieć, że jego ukochana – do niedawna ideał nie z tego świata, jest skrępowana gorsetem klasy, do której należy, wychowaniem i rozmaitymi „tabu”, jakie ten świat narzucił kobietom.
W swych intelektualnych wojażach poznaje też marksistów, ale reprezentują oni wszystko to, czym on pogardza. Są słabi pojedynczo. Wywodzą się z klasy robotniczej, więc są zaniedbani, krzykliwi, nie potrafią precyzyjnie wyrażać swych myśli. Pomimo materialnej nędzy, w której się znajduje,Martin nie potrafi się identyfikować z rasą niewolników, za którą uważa klasę robotniczą.
Ponieważ wcześniej postanowił być pisarzem, wszystkie siły poświęca na pisanie, zdecydowanie odmawiając wszelkich prób robienia tradycyjnej kariery, do czego namawia go Ruth. Wśród wielu ludzi Martin poznaje też Brissendena – pisarza i poetę, socjalistę i suchotnika. Brissenden pochodzący z klas wyższych podziwia siłę i witalność Martina, a jednocześnie widzi w nim potencjalne możliwości, które tkwią w klasie robotniczej. To wtedy pojawia się też analiza filozofii Herberta Spencera – wyznawcy teorii ewolucji społecznej i prekursora Darwina.

Pułapka uczuć

Jednak nie zapominajmy, że podstawą przemiany prostego marynarza w filozofa i literata, było uwielbienie jakie od pierwszego spotkania poczuł do Ruth. Kompletnie nie potrafił zrozumieć tego Brissenden, który po wysłuchaniu wspaniałego poematu Martina, napisanego dla ukochanej, ze zdumieniem wykrztusił: „to dla niej.. dla tej… przywiędłej samiczki?” Martin z wściekłości mało nie udusił przyjaciela.
Übermensch wreszcie odnosi zwycięstwo, świat docenia wielkiego pisarza, ale cóż znaczy ten sukces, skoro wcześniej porzuciła go – pełna niewiary w jego możliwości – Ruth. Martin Eden ma cały świat u stóp, ale gardzi swym sukcesem, traci całą radość życia, gdzieś znika jego witalność. Zwyczajnie nie chce mu się żyć.

Pułapka filozofii

Wiadomo, że autor powieści sam skłaniał się ku teoriom socjalistycznym. Żałosny, samobójczy koniec Martina Edena miał pokazać kompromitację indywidualistycznych idei, które wyznawał Nietzsche. Jednak życie dodało do tego swoje szydercze zakończenie. Jack London również popełnił samobójstwo. Czy zatem filozoficzne teorie mogą mieć zbawienny wpływ na nasze istnienie? W urozmaiconej twórczości Londona możemy znaleźć echa jego rozmaitych intelektualnych fascynacji, ale też wskazówkę bezstronnego intelektualnego dyskursu. Socjalista London potrafił w usta swego bohatera włożyć kompetentną i sensowną krytykę marksizmu.
Literatura jest – według mnie – najlepszym źródłem poznania. Czytając zdobywamy doświadczenia niejako per procura. Żadne teorie nie zastąpią poznania praktycznego, które z rozmaitych powodów jest naszym ograniczeniem. Literatura te ograniczenia pozwala ominąć. Nie poznamy już na własnej skórze czym jest pobyt na bezludnej wyspie i konieczność budowania swej własnej cywilizacji od zera, zwyczajnie, bo trudno dziś znaleźć bezludną wyspę. Jednak możemy przeczytać „Robinsona Cruzoe”.
Jeśli nie przeczytamy Martina Edena, nigdy nie poznamy do końca samych siebie i nie zrozumiemy ewolucji własnego umysłu.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Drzewa są piękne

Zwyczajne życie zwykle wydaje nam się mało interesujące i pozbawione walorów literackich. Gdy pojawia się powieść ukazująca przeciętnego człowieka, to zaraz się okazuje, że autor każe mu uczestniczyć w niezwykłych wydarzeniach, które przecież nie przytrafiają się większości z nas. Bohater okazuje się jednak być kimś nieprzeciętnym, zaś akcja zwykle nie ma nic wspólnego z jego życiem. Klasyczna niegdyś powieść obyczajowa nie jest popularnym gatunkiem. Czyżby współczesne życie było mniej ciekawe niż w dziewiętnastym wieku? A może po prostu starając się nadążyć za modą, przegapiamy coś istotnego?
Zawsze lubiłem schodzić z utartych ścieżek i delektować się sztuką spoza pierwszych stron mediów. Ciekawych wrażeń artystycznych szukam nieraz w rzadko odwiedzanych miejscach. Tym razem chcę zaproponować książkę.
Niewielka powieść nosi tytuł banalny „Słodkie – gorzkie”. Sądząc po tytule można się spodziewać zawartości w pełni z nim zgodnej, a więc o dobrych i złych chwilach w życiu. I tak faktycznie jest. Co zatem skłoniło mnie do recenzowania tej książki?
Autorka skrywająca się pod pseudonimem Tamara Brzoza (niemożliwe by ktoś się naprawdę tak nazywał), przedstawiona jest jako wiejska nauczycielka języka polskiego z Pomorza. Zatem niejako koleżanka po fachu, na dodatek skończyła tę samą uczelnię, więc musiało to mnie zaciekawić. Od pierwszych zresztą stron powieści widać te – świadome, sądzę – aluzje do polonistycznej wiedzy autorki. Charakterystyczne są nazwiska mówiące, które jednoznacznie charakteryzują postacie. Fredro się kłania. Bohaterka – i jednocześnie domyślna narratorka powieści – ma na imię Wiktoria. Nazwy miejscowości to dziwny miszmasz prawdziwych nazw z wymyślonymi tak, że biorąc mapę łatwo zidentyfikujemy wszystkie miejsca. Nie jest to jednak niekonsekwencja, lecz wyrafinowana gra z czytelnikiem, który ma mieć ciągłe wątpliwości – co w powieści jest autobiografią, a co zwykłym literackim prawdopodobieństwem.
Fabuła powieści obejmuje wyrywkowo czasy od schyłkowego PRL do dnia dzisiejszego i świetnie charakteryzuje wiejskie środowisko nauczycielskie. Nie mam zamiaru psuć komuś lektury i dokonywać streszczenia, ale nie mogę się złośliwie powstrzymać od zacytowania jednego genialnego wręcz fragmentu:
Inteligencja na wsi spędza czas inteligentnie. Dużo czyta, pije piwo, urządza jakieś ogniska (dla wąskiego kręgu, tylko swoich najlepszych znajomych) i sama sobą się zachwyca… jak to my się świetnie bawimy, jacy jesteśmy wspaniali, jak się razem trzymamy /…/
Ale tak naprawdę najlepiej zawsze idzie gadanie o bliźnich. Oni przecież są tacy niedoskonali, że aż miło.

Nie zamierzam dociekać, co w powieści jest prawdą autobiograficzną, a co literacką wizją rzeczywistości, bowiem jest to świetna literacka gra, którą autorka w sposób dowcipny i z dbałością o psychologiczne szczegóły podejmuje z czytelnikiem. Zawsze wydawało mi się, że polonistyczne wykształcenie jest raczej blokadą w twórczości literackiej, ale ta książka udowadnia, że się myliłem. Ważna jest umiejętność łączenia przez narratorkę zdarzeń w taki sposób, że nie odczuwamy długich skoków czasowych, bo przecież akcja toczy się przez dwadzieścia lat.
Koniec. Więcej nie zdradzę. Jeśli ktoś chce przeczytać powieść Tamary Brzozy „Słodkie – gorzkie”, niech szuka na stronie wydawnictwa Radwan – warto dowiedzieć się, dlaczego drzewa są piękne.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Pisarze do pióra!

Wisława Szymborska kojarzy mi się z Noblem, ale nie kojarzy mi się z Polską, z polską wierzbą, nie kojarzy mi się ani z polską przyrodą, ani polską historią. – powiedziała pewna posłanka PiS i dodała – Poeta ma swoje obowiązki wobec kraju i narodu.
Słynną świątynię Artemidy w Efezie, zaliczaną do siedmiu cudów świata, spalił szewc Herostrates. Zapomnieliśmy imiona budowniczych, a pamiętamy imię sfrustrowanego i ogarniętego manią sławy szewca sprzed tysięcy lat. Nie każdy jednak, kto nie potrafi niczego dokonać, a jedynie krytykować i wybrzydzać, będzie automatycznie sławny. Dlatego nazwiska pani PiSłanki nie wymieniam.
Czy poeta ma jakieś obowiązki wobec narodu? Czy musi kojarzyć się z wierzbą płaczącą? Czy poeta ma być niczym jedna wielka reprezentacyjna płaczka narodowa, rozpamiętująca klęski i nieudane powstania?
Przyjmując taki punkt widzenia pisowskim kandydatem do literackiego Nobla będzie zapewne Jarosław Marek Rymkiewicz, który pisał wzruszająco o Polsce, która się chce podobać w świecie i tej co leży na lawecie. A drugim Jan Pietrzak, genialny niegdyś satyryk, któremu do szczęścia we współczesnej Polsce zabrakło PRLu, a może Andrzej Rosiewicz ze wspaniałym tekstem o czterech Ziobrach.
Poetą się nie jest, poetą się bywa. Gdy niegdyś Pietrzak śpiewał w różnych miejscach i na rozmaitych występach „żeby Polska była Polską…”, to łzy się cisnęły do oczu i ludzie zastanawiali się, czy kiedyś przyjdzie ta chwila, że nasz kraj będzie wolny, że my sami poczujemy się wolni. Jednak podobne patriotyczne teksty współcześnie były już tylko żenująco pompatyczne.
PiS nie wybaczy Szymborskiej, że poparła Komorowskiego, że zażyczyła sobie świeckiego pogrzebu, że nie była ani wierzbą, ani Matką Polką. Na szczęście to nie PiS i jego naczelny politruk Adam Hofman decydują o czyjejś wielkości.
Nic dwa razy się nie zdarza
i nie zdarzy. Z tej przyczyny
zrodziliśmy się bez wprawy
i pomrzemy bez rutyny.

Te prorocze słowa powinni sobie politycy PiS zapamiętać i wyryć złotymi literami nad łóżkiem, by widzieć je codziennie rano po przebudzeniu. Polacy idiotami byli raz i wybrali braci Kaczyńskich. Koniec. Kropka.
I co nie była Szymborska wieszczem? Była!

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.6/10 (7 votes cast)

Diabłu ogarek

Wyobraźmy sobie Polskę w pierwszej połowie XVII wieku. Lada moment zacznie się epoka, o której z upodobaniem i fascynacją pisał Sienkiewicz. Zacznie się pasmo wojen, które zrujnują kraj i w konsekwencji przyczynią się do rozbiorów. Kilkadziesiąt lat wcześniej poeta Jan Kochanowski widział czarne chmury, które już wtedy nadciągały nad Rzeczpospolitą. Pisał przestrogi, ale wszyscy odbierali je tylko jako kasandryczną wizję poetycką, pełną przenośni i zgrabnych bon motów w rodzaju: „nową przypowieść Polak sobie kupi, że przed szkodą i po szkodzie – głupi”. Współobywatele nie traktowali ostrzeżeń poety poważnie.
Tymczasem jednak jest jeszcze pierwsza połowa stulecia wojen i nic nie zapowiada tragedii. Polska nadal jest swoistym wyjątkiem w Europie, gdzie wszędzie trwają wojny religijne i śmierć zbiera ponure żniwo inkwizycji.
Polska jest chrześcijańska od ponad sześciuset lat, Litwa zaledwie od dwustu. Rzeczpospolita dziwny to kraj w którym wiara w Chrystusa została zaadoptowana na modłę rzymską. Nie zastąpiła starych wierzeń i lokalnych obyczajów, ale została do nich dodana. To nie żart, jeszcze w XIX wieku Mickiewicz opisywał obrzędy pogańskie, które na Litwie widział na własne oczy.
W takim oto kraju i w takiej rzeczywistości żyją bohaterowie powieści Konrada T. Lewandowskiego*. Świat przedstawiony powieści to historyczna Polska w fantastycznej interpretacji. Bohaterowie wiedzą, że żyją w pewnej równowadze pomiędzy dobrem, a złem i sami mówią, że skoro zaś ludzie i diabły na tej ziemi muszą żyć razem, to niech żyją jak sąsiedzi /…/ Nie podnosi się ręki na sąsiada, jeśli on ci w niczym nie zawinił.
Jednak sytuacja nie jest dobra. Wszelkimi szparami wpycha się do Polski zło religijnych waśni i nietolerancji, przybywają jezuici, którzy – w swej pozornie dobrej działalności – są wysłannikami zła. Podejrzane stają się działania biskupów, którzy zawiązują niecne spiski z magnaterią pod pozorem umacniania wiary chrześcijańskiej. W słownym starciu głównego bohatera z purpuratem ten ostatni mówi o Mazowszu, że je nareszcie się oczyści i żelaznymi miotłami z plugastwa omiecie, na co pada riposta: Żeby zrobić miejsce dla wielkich czortów, co za wami w ten kraj idą, tak?
Zło nadchodzi nad Polskę, a na dodatek otwierają się wrota czasów i pojawia się postać sprzed tysiąca lat. Nie napiszę już nic więcej o fabule utworu, aby nie zepsuć lektury chętnym. Krajobraz szlacheckiej Polski, malowany świetnym epickim piórem jest doskonały, ale też zawiła i wciągająca intryga jest ważna i finału zdradzić nie można. Myślę, ze pojawił się nam autor na miarę Sapkowskiego, choć porównywać twórczości obu mistrzów niepodobna. Jedno jest wspólne – wykorzystanie sztafażu fantasy tak, aby wciągnąć czytelnika, zabawić się z nim, rzucając mu ten kłębuszek historycznej osnowy i kazać myśleć.
Nie sposób nie pomyśleć o roli Kościoła, o wpływie jednostki na dzieje narodów, o naszych dzisiejszych upiorach i diabłach. Życzę smacznego czytania.


* Konrad T. Lewandowski, Diabłu ogarek / Czarna Wierzba – część pierwsza nakładem wydawnictwa RM, Warszawa 2011.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.9/10 (19 votes cast)

Odyseja kosmiczna

Słynny film Kubricka oglądałem bardzo dawno temu. W kinie z szerokim ekranem, z projektorem 70 mm i wielokanałowym dźwiękiem stereofonicznym. W tamtych czasach był to powiew innego świata, który dla nas był zamknięty. Przez wiele kolejnych lat nie oglądałem tego filmu więcej, aż do wczoraj. Jakoś nie trafiłem na ten film ponownie w kinie, a oglądanie go w jakości telewizyjnej uważałem za bezsensowne. Jednak dzisiejsza technika telewizyjna pozwala już na przesyłanie obrazu i dźwięku wysokiej jakości, więc się skusiłem.
Fabułę filmu można streścić w kilku słowach. Miliardy lat temu na ziemi pojawia się tajemniczy monolit, który powoduje akcelerację rozwoju małpoludów będących naszymi przodkami.

Początek cywilizacji

Początek cywilizacji

Scena w której jeden z osobników uczy się używania kości jako narzędzia, a ściślej mówiąc broni, jest genialna. Monolit, taki sam jak na Ziemi, zostaje w przyszłości odkryty również na Księżycu. Film przedstawia bowiem przyszłość, w której ludzie eksplorują nasz układ planetarny. Wszystko wskazuje na to, że monolit został celowo umieszczony przez istoty inteligentne i w związku z tym zostaje wysłana specjalna wyprawa w kierunku Jowisza. Jednym z członków wyprawy jest inteligentny komputer HAL z serii 9000. Jego symbolem w filmie jest kamera będąca jego wzrokiem.

HAL 9000

HAL 9000

W dzieciństwie pasjonowały mnie książki Juliusza Verne’a. Ogromny podziw budziło to, że pisarz potrafił przewidzieć rozwój techniki. Zamiłowanie do fantastyki pozostało, ale nigdy potem nie spotkałem się z tak doskonałą intuicją naukową. Niektóre filmy z tego gatunku wręcz śmieszyły swoją wizją przyszłości. Wyjątkiem była właśnie Odyseja kosmiczna 2001. Scenariusz filmu napisał reżyser Stanley Kubrick wraz z angielskim pisarzem Arthurem C. Clarkiem. Warto przypomnieć nie tylko to, że Arthur C. Clarke to jeden z najlepszych pisarzy uprawiających S-F. W połowie lat czterdziestych stworzył on koncepcję satelitów komunikacyjnych na geostacjonarnej orbicie Ziemi. Wówczas uważano to za utopię, lecz dziś wszyscy wiemy, że dzięki temu mamy telewizję, telefonię międzykontynentalną i internet.

Stacja kosmiczna

Stacja kosmiczna

Dziś, po ponad czterdziestu latach od powstania tego filmu, nie trąci starzyzną. Przedstawione w nim stacje kosmiczne, księżycowe i technologia są w przeważającej części nadal fantazją, ale zgodną z dzisiejszą wiedzą na temat kosmosu. W moim odczuciu na uwagę zasługują sceny pokazujące pojazd kosmiczny i kapsułę z zewnątrz. Towarzyszy im przejmująca cisza, taka jaka naprawdę jest w kosmicznej próżni.

Dave Bowman

Dave Bowman

Równie interesująca jest scena, w której Dave Bowman po awaryjnym wejściu na pokład statku kosmicznego demontuje moduły komputera HAL. Dziś wygląda to tak, jak by demontował kolejne klastry superkomputera lub wyciągał moduły pamięci operacyjnej. Jedynym nieadekwatnym do współczesnej wiedzy elementem – w tej scenie i chyba w całym filmie – jest reakcja HALa na wyłączanie kolejnych modułów. Zaczyna on mówić coraz wolniej, w zwolnionym tempie, aż wreszcie milknie. Błąd związany z tym, że w momencie powstawania filmu dominowała wciąż w ówczesnej elektronice technologia lampowa. Podobny zresztą błąd możemy znaleźć w powieści „Śledztwo” Stanisława Lema.
Warto też wspomnieć o kongenialnej muzyce wykorzystanej w filmie. Jest to motyw z Also Sprach Zarathustra Richarda Straussa.

Intro

Nie fantastyka i przewidywania przyszłości są w tym dziele najważniejsze lecz filozoficzne pytanie o istotę człowieczeństwa. Kim jesteśmy, skąd przybywamy, dokąd idziemy?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Królestwo Polnych Wolaków

Psychologia to bardzo ciekawa dziedzina. Niegdyś się nią pasjonowałem. Jeden z moich licealnych kolegów, nawet skończył studia w tym kierunku. Jak plotka głosi, aby poradzić sobie z własną pokręconą psychiką. Moja psychika zapewne była nie mniej pokręcona, ale zainteresowanie psychologią traktuję raczej hobbystycznie.
Chwilami jednak żałuję, że nie kończyłem studiów psychologicznych. Gdy obserwuję zachowanie części polityków oraz ich wyznawców, to myślę sobie, że miałbym świetny materiał na pracę doktorską i habilitacyjną. Jako psycholog kliniczny mógłbym liczyć na bardzo interesujących pacjentów.
Jarosław Marek Rymkiewicz dotychczas był mi znany jako tłumacz, jako autor wierszy, z których kilka znalazło się w podręcznikach szkolnych i powieści, których nie czytałem. Teraz pan Rymkiewicz zadebiutował jako Wernyhora. Pewne symptomy schorzenia pojawiły się wcześniej, gdy zaczął tworzyć dzieła takie, jak wiersz „Do Jarosława Kaczyńskiego”. Cóż, Nobla literackiego nie dostanie, ale bilet wstępu na zwiedzanie krypty wawelskiej powinien.
Rymkiewicz postanowił wieszczyć przyszłość jak znany nam już swojski Wernyhora, jak Nostradamus, ba nawet Pytia Delficka. Przeczytałem ostatnio, że Jarosław Kaczyński i PiS istnieją po to, żeby przechować wartości i odbudować Królestwo Wolnych Polaków. Czeka nas długa, bardzo długa droga do niepodległości – będziemy do niej szli może pięćdziesiąt, a może sto lat. Zapewne niepodległą Polskę wybuduje więc któryś z jego następców. – stwierdza dalej Wieszcz. I na koniec, żeby już dobić czytelnika dodaje: Kto szkodzi Prawu i Sprawiedliwości, ten szkodzi niepodległości Polski.
Taki wieszcz to gratka dla psychologa lub psychiatry, ale dla mnie – literaturoznawcy – to tylko śmieszne i epigońskie popłuczyny po romantyzmie. Mickiewicz, póki pisał dobrą literaturę, zasługiwał na poważne traktowanie. Gdy się jednak skumał z Towiańskim i się chłopaki czegoś „najarali”, to zrobił z siebie idiotę i ideę przywództwa duchowego ośmieszył. Rymkiewiczowi wróżę jeszcze gorzej. Tym gorzej, że do Mickiewicza to mu daleko.
Można snuć refleksje o odcieniach polskiego patriotyzmu, można się zastanawiać nad odcieniami politycznymi, można się spierać i kłócić na rozmaite tematy. Jeśli jednak ktoś dziś kwestionuje istnienie niepodległej Polski to jest albo szaleńcem, albo też kimś niesłychanie groźnym. Kimś, kto gotów jest do wszystkiego, by swoją wizję Polski zrealizować. Kimś, kto gotów jest unicestwić wszystkich, którzy z taką wizją się nie zgadzają. Kimś, kto szczęśliwy będzie tylko w takiej Polsce, w której wszyscy będą myśleć tak samo.
W obydwu wypadkach mamy do czynienia z wariatem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)