Skrypty i ludzie

Bardzo dawno temu w Polsce była epoka przedkomputerowa. Tak mogłaby zaczynać się bajka albo popularno-naukowa pogadanka dla maluchów. W 1989 roku na Dzień Dziecka namówiłem kilku znajomych właścicieli rozmaitych Atari i ZX Spectrum na przygotowanie atrakcji dla dzieciaków w szkole. Potem poszedłem za ciosem i zorganizowałem wśród rodziców zbiórkę na zakup pierwszego Atari do szkoły. Tak się złożyło, ze pierwszy rok wolności w naszym kraju był jednocześnie początkiem komputerów w szkole w Tuchomiu. Była to zapewne jedna z pierwszych szkół w kraju, a na pewno pierwsza wiejska szkoła na Pomorzu.
Zaczęliśmy w formie kółka prowadzić zajęcia dla uczniów i wtedy też spróbowałem pisać własne wprawki w języku basic. Był to prosty język skryptowy oparty na prostych poleceniach w języku angielskim takich, jak if, goto, print. Szczytowym moim osiągnięciem był program sprawdzający umiejętności ortograficzne. Wymagał wpisywania wyrazów i stawiał oceny. Uruchamiał się z taśmy magnetofonowej przez piętnaście minut i w 25% przypadków zaliczał błąd podczas wgrywania. Katowałem nim uczniów tak długo, aż w końcu z powodu błędów taśmy nie dał się już uruchomić.
Potem był już PC i – wspominany z nostalgią przez niektórych – DOS. Tam również można było tworzyć skrypty. Był Windows 3.11 i nakładka dająca funkcjonalność podobną jak w w linuksowych managerach okien (o tym się dowiedziałem później), czyli uruchomienie prawego przycisku myszy z menu kontekstowym i menu aplikacji podobne jak w późniejszym Windows 95. Te doświadczenia to był mniej więcej rok 1994. Nakładka windowsowa dawała się konfigurować za pomocą dość rozbudowanego, ale prostego skryptu.
Później przez kilka lat używałem komputera dla zabawy i do poważnych zastosowań. W 1998 roku możliwy stał się dostęp do internetu i powróciło moje zainteresowanie skryptami. Tym razem był to język html. Zacząłem projektować strony i szybko okazało się, że żaden edytor nie daje takich możliwości, jak zwykłe grzebanie w kodzie. W XXI wiek wkroczyłem już pod rękę z PHP. Pod koniec 2001 roku opracowałem nawet swój mały system zarządzania treścią z panelem administracyjnym i danymi w plikach tekstowych. Nazwałem go miniwebportal. Dziełko to powstało głównie dlatego, że hosting z dostępem do MySQL był drogi, a ja robiłem strony dla takich małych „żuczków”, dla których wydatek na hosting był istotny. Moje zabawy z PHP zakończyłem w zasadzie na następcy miniwebportalu, który otrzymał nazwę mikrus. Tym razem pomysł był mój, ale większość pracy wykonał ktoś inny. Mikrus jest naprawdę lekki, ale nowoczesny i chyba raczej bezpieczny. Nie mam już takiego zapału, ale wprowadziłem trochę zmian i lada moment opublikuje drugą wersję.
Kończę jednak te dygresje, bo w 2002 roku zrozumiałem, że tak naprawdę dopiero sieć to jest komputer. Moje zainteresowania skupiły się na sieciach i naturalnie na Linuksie, który jak się okazało potrafi wszystko i na dodatek można to „wszystko” zrobić za pomocą skryptów. Programowanie jako takie mnie nie zainteresowało, więc języki takie jak perl lub python znam na tyle, by wiedzieć, co robi skrypt, ale nie na tyle, by samemu coś napisać.
Jako administrator zwykle ułatwiam sobie życie pisząc rozmaite drobiazgi w bashu, czasem jednak staję przed poważniejszymi zadaniami. Przygotowując monitorowanie pewnego serwera chciałem dodać przydatny skrypt sprawdzający pogodę. Skrypt pobierał dane z pliku tekstowego, z którego wyciągał temperaturę, punkt rosy i dodatkowo tak zwaną temperaturę odczuwalną. Wkrótce się okazało, że plik źródłowy czasami tę temparaturę odczuwalną zawiera, a czasem nie (zapewne dla lotniska nie jest ona najważniejsza).

Temperatury na lotnisku w Gdańsku

Temperatury na lotnisku w Gdańsku


Gdy brakowało ostatniego parametru, system przestawał rysować cokolwiek. Wymyśliłem zatem, że na czas gdy zabraknie tego parametru wykres będzie rysował taką samą linię, jak wartość punktu rosy, aż do powrotu pełnych danych. Temperatura odczuwalna może być czasem dużo niższa niż punkt rosy, jeśli wieje wiatr, więc warto by w miarę możliwości mieć ten wykres.
Logiczne, ze w skrypcie należało wstawić warunek i ostatecznie są to cztery linijki.
if not WindC_res:
WindC = DewC
else:
WindC = WindC_res[0]

Proste, jeśli dokładnie zna się składnię pythona.
Było o skryptach, teraz o ludziach. Z pytaniem o ten skrypt zwróciłem się w pierwszym rzędzie do znajomych programistów. Jeden obiecał: „za parę dni zajrzę”, drugi coś tam mruknął na gadu gadu, trzecie nie odpowiedział nawet na maila. Na koniec przypomniałem sobie o liście mailingowej znajomych z Polskiej Grupy Freesco. Jeden z nich znał pythona i na drugi dzień rano rozwiązanie czekało już na mnie w skrzynce mailowej. No i chwała mu za to.
Chce się jednak skupić na pewnej prawidłowości. Z racji swoich zainteresowań mam do czynienia często z ludźmi młodymi. Zresztą informatyka to jednak w przeważającej mierze domena ludzi młodych. Takich dinozaurów (jak ja) jest stosunkowo niewielu. Bardzo często są to fachowcy uważający, że zasługują na najwyższe pobory i lekceważący jednocześnie pracę innych, a potem okazuje się, że mają problemy z zestawieniem zwykłego połączenia VPN. Nie zmyślam – znam taki przypadek i dotyczył całkiem sporej i znanej firmy. Zdaje się, że młodym ludziom brakuje też asertywności (modne słówko). Nie potrafią uczciwie powiedzieć, ze czegoś nie potrafią lub że potrafią, ale oczekują określonej gratyfikacji i zwykle w takich przypadkach, gdy szukam wsparcia (a chodzi zwykle o realizację jakichś zadań opensource’owych) to słyszę wykręty, odkładanie zdecydowanej odpowiedzi na „święty nigdy” lub tez odpowiedzi mające świadczyć, jaki to ktoś zajęty: „przypomnij mi jutro”.
Coraz częściej rozwiązania rozmaitych problemów znajduję na zagranicznych newsach lub forach, gdzie jak widać ludzie, którzy zawdzięczają dużo społeczności Open Source, czują się w obowiązku oddać innym to co sami kiedyś dostali. W Polsce zaczyna dominować zupełnie inna postawa i to zdecydowanie mi się nie podoba, bo polskie projekty opensource’owe upadają lub podupadają. Niedługo poza wyjątkami przestaniemy się liczyć w międzynarodowej społeczności.
No to belfer sobie ponarzekał. A co! Też mam prawo. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.5/10 (2 votes cast)

Nowy cyfrowy świat

Ten nowy cyfrowy świat*, którego możliwości przekraczają wszelkie wcześniejsze wyobrażenia, ma tez swoje zakręty i przeszkody. Początkowo komputeryzacja pojawiała się w sposób naturalny i spontaniczny wraz ze stopniowym wzrostem zamożności. Pierwotnie komputer miał wartość samochodu, więc nic dziwnego, że gdy świat zaczynał już używać słynnych „pentium”, to my w Polsce wciąż jeszcze kombinowaliśmy ze starymi 386SX z 4 MB pamięci RAM. Pierwsze dwa komputery, na których pracowałem nawet nie były moje.
Stopniowo jednak było coraz lepiej i dziś najnowszych procesorów nie trzeba przywozić z USA, kupimy je w sklepie kilka dni po premierze. Może nie szybciej niż w Londynie, ale szybciej niż w wielu europejskich stolicach, bo okazuje się, że Polacy uwielbiają kupować nowe komputery.
Z komputerami określanymi po angielsku jako hardware łączy się nierozerwalnie kwestia software, czyli oprogramowania. Podobnie jak wszyscy, używałem niegdyś „pirackiego” oprogramowania. Początkowo nawet nie przychodziło nikomu do głowy, że może być w tym coś niewłaściwego. Ba – spora część moich znajomych do dziś nie widzi w tym nic złego. Jednak w miarę rozwoju informatycznego problem oprogramowania zaczął mieć znaczenie, szczególnie wtedy, gdy instytucje państwowe zauważyły, ze oto zaczyna się era komputerów. O ile prywatny Kowalski kradł Windows bez żenady o tyle już dyrektor Kowalski w Urzędzie, komendant Kowalski na Komendzie czuł się niezręcznie. Trzeba to było jakoś opanować, a wtedy okazało się jak drogie i zbyt drogie jest to oprogramowanie.
Na początku bieżącego stulecia pojawiły się pierwsze nieśmiałe próby zauważania, ze poza Windows też jest jakiś świat i można by się nad tym zastanowić. Potem ten temat zaczyna się przejawiać w życiu publicznym co raz częściej. Pierwsze wiadomości były dla nas zachęcające. Tuż po wstąpieniu do Unii Europejskiej odważnie Polska potrafiła zablokować prawie już „zaklepaną” zgodę unijną na patentowanie oprogramowania. Wiadomo, że Stany Zjednoczone były najwcześniej potęgą komputerową, a Microsoft zdążył już opatentować nawet drapanie się za uchem podczas używania Worda. Patenty na software postawiłyby całą Unię lata świetlne za USA, zaś Polska w ogóle przestałaby się liczyć w tej dziedzinie. To nasz kraj uzmysłowił Unii, że właśnie chciała sobie założyć stryczek na szyję. Był to koniec 2004 roku i minister z SLD nazywał się Marciński. Warto zapamiętać to nazwisko, bo kolejne będą już Herostratesami.
W tamtym czasie w Polsce toczyła się głośna dyskusja o Otwartym Oprogramowaniu i słynna wojna z ZUSem o otwarcie specyfikacji tzw „teletransmisji”. Na tej idei wielu polityków (w tym PiS) zbierało punkty przedwyborcze w 2005 roku.
Jednak, gdy już władze zdobyli, gdy zasiedli w ławach rządowych nagle się priorytety zmieniły. Gdy rozpoczęła się dyskusja o przepisach wykonawczych do unijnej dyrektywy o przechowywaniu danych przez operatorów telefonicznych i internetowych to właśnie z PiS wyszły najbardziej absurdalne pomysły. O ile pamiętam to Ludwik Dorn pierwszy wyskoczył z propozycją przechowywania danych przez 15 lat, a Przemysław Gosiewski uzasadniał to stanem zagrożenia państwa (bo konstytucja pozwala na ograniczenie praw obywateli w sytuacji zagrożenia. Gdyby ten – nie ukrywajmy – debilny pomysł został wcielony w życie, to za minutę połączenia płacilibyśmy dziś pięć złotych. Koszty potężnych datacenter byłyby nie do oszacowania. Pis nie dotrzymał żadnej obietnicy w zakresie migracji na OSS**, choć sprawiedliwie przyznam, że byli ministrowie tacy jak Mirosław Barszcz, który wykorzystał mechanizm wiki do przeprowadzenia publicznych konsultacji na temat VAT. Ale to jeden tylko grzyb w barszczu był.
Za to w 2006 roku Polskę odwiedził Bill Gates, któremu w prezencie ofiarowano paromiesięczną nagonkę policji na piratów, a który szumnie zapowiedział, że Microsoft otworzy w Polsce jakieś bliżej niekreślone centrum i zmniejszy bezrobocie w naszym kraju (zdaje się, że to centrum później zatrudniło ze 40 osób). Wizyta Gatesa zaowocowała też wzmożonymi zakupami pakietu biurowego Microsoftu w administracji państwowej.
Nieco odbiegł od linii partii poseł PiS Roman Czepe. Chapeau bas panowie. Otóż w swojej interpelacji zapytał o koszty Windows w administracji i edukacji oraz o to, czy nie warto byłoby pomyśleć o Linuksie wzorem nawet bogatszych od nas krajów. Niestety jedyną pozytywną akcją było oficjalne pismo do szkół, w którym Ministerstwo Edukacji zauważyło, że istnieje pakiet Open Office i zaleciło szkołom wykorzystywać tam, gdzie nie ma licencji na pakiet Microsoftu. A to feler westchnął seler.***
Niestety zabrakło w polskim parlamencie Partii Piratów, która wzorem Szwecji lub Austrii zwróciłaby uwagę na mocno nabrzmiewające problemy związane już nie tylko z software ale dodatkowo z treściami medialnymi.
Mieliśmy za to PiS i spotykającego się z Billem Gatesem Kaczyńskiego, przy czym szef Microsoftu przyjmowany był niczym głowa państwa, jak wysłannik samego Dżordża Debilju Busza. O Linuksie PiS już się nawet nie zająknął. Wcześniej pisowski specjalista Piotr Piętak pisał: Czy w procesie nauczania korzystać z narzędzi informatycznych firmy Microsoft, które dostarczane są użytkownikowi w formie uniemożliwiającej ich przeczytanie i zrozumienia? /…/ Finlandia, której radykalna reforma ekonomiczna sprzed kilku lat, polegała głownie na całkowitym zreorganizowaniu systemu edukacji, w szczególności systemu nauczania informatyki. Co dalej? Po dojściu do władzy Pis usunął bez śladu swoją stronę poświęconą Linuksowi. Teraz już byłaby dla nich wstydliwym śladem błędów i wypaczeń kampanii wyborczej. Co by powiedział Bill Gates.
Puentę jak zwykle dopisało życie. Już po przegranej w 2007 roku, gdy zaczęła rządzić Platforma Obywatelska, okazało się że wspomniany już pan Piętak – wybitny specjalista PiS od informatyzacji i rzekomo od wolnego oprogramowania – ma do zapłacenia rachunek w wysokości (bagatela) 80 tysięcy złotych. Okazało się, że żona pana ministra w MSWiA pojechała z dzieckiem na urlop zagraniczny zabierając służbowego laptopa wraz z modemem GPRS. Radośnie korzystając sobie z internetu natrzaskali rachunek na osiemdziesiąt kawałków!
Oczywiście minister ma prawo mieć debilną anty-informatyczną żonę, która nie wie skąd się ten internet w komputerze wziął i równie głupiego potomka (chyba edukowanego w szkole na Windows). Jednak informatyk, minister zajmujący się informatyzacją, nie był w stanie zadbać o właściwe wykorzystanie służbowego komputera. Jak więc może być osobą odpowiedzialną za znacznie większe systemy?****
Czu potrzebny jest jeszcze jakiś komentarz odnośnie fachowości ekipy PiS w rządzeniu? Chyba już nie.
A to feler westchnął seler.

* Tak, to celowa aluzja do Huxleya.
** Open Source Software
*** Tak jakoś Brzechwa mi pasuje w tym miejscu.
**** Artur Skura, „Minister bez zabezpieczeń”, Linux Magazine 2/2008

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Nowa zabawka Belfra

Jako że poprzedniego EeePC odsprzedałem jakiś czas temu, pozostawałem w stanie nieposiadania mobilnego komputera. Stresująca sytuacja. Oglądałem rozmaite nowe modele i jakoś do żadnego nie potrafiłem się przekonać. Zniechęcała mnie kiepska bateria lub wyjątkowo kiepskie osiągi sprzętu. Aż pewnego dnia przypadkiem zobaczyłem coś, co od dawna mi się podobało. Jednak wcześniej nie podobała mi się cena.

Przyzwoity sprzęt w porządnym opakowaniu

Przyzwoity sprzęt w porządnym opakowaniu


Teraz okazało się, że cena zrobiła się całkiem przyzwoita, a sprzęt dalej mi się podoba. Tak – to Nokia Booklet 3G. Zasadniczą zaletą tego komputera jest jego całkowita bezgłośność. Zastosowany procesor to dwurdzeniowy Z530 Atom, który doskonale balansuje między wydajnością, a niskim poborem mocy. Obudowa jest z aluminium, więc nagrzewające się elementy komputera traktują ją jako duży radiator. Obudowa nagrzewa się równomiernie i nigdy nie jest zbyt gorąca.
Sprzęt jest na tyle wydajny, że bez problemu daje sobie radę z wyświetlaniem filmu w rozdzielczości dvd, a nawet większej. MI to zupełnie wystarczy, gdy jestem w podróży to czasem mogę chcieć obejrzeć jakiś film lub posłuchać muzyki. Jednak przeważnie potrzebuję programów do poczty, newsów i ogólnie mówiąc dostępu do netu. Czasem muszę coś napisać, czasem przeczytać – do tego Nokia wystarczy w zupełności. Klawiatura jest dużo wygodniejsza i większa niż w moich poprzednich netbookach, ekran ma większą rozdzielczość i pomimo schowania go za szkło, jest bardzo kontrastowy i wyraźny.
Nokia Booklet 3G

Nokia Booklet 3G


Podobnie jak inne netbooki ma trzy gniazda usb i czytnik kart, a dodatkowo wbudowany modem 3G. To jest bardzo ważna zaleta. Dzięki temu spokojnie mogę realizować zasadę internet everywhere and everytime. Wcześniej łączyłem telefon z netbookiem jako modem i musiałem dbać, by mieć model z HSDPA. Teraz już mogę wybrać sobie telefon kierując się jakością rozmowy a nie wbudowanym modemem.
No i last but not least bateria. Producent twierdzi, ze wytrzyma nawet 12 godzin. Nie używałem komputera z z włączonym profilem oszczędzania energii, bo wtedy być może wytrzymałby tak długo. Jednak podczas normalnego używania wytrzymałość baterii jest również imponująca. Podczas dość intensywnego korzystania z komputera, które polegało na obejrzeniu trwającego trzy godziny koncertu w rozdzielczości HD Ready, ściągnięciu z sieci i zainstalowaniu kilkunastu potrzebnych mi programów, z włączonym cały czas połączeniem wireless komputer działał bez problemu ponad 8 godzin. Przypuszczam, że w funkcji czuwania z włączonym 3G, a czasami tak bywa, że muszę być online, choć wcale nie siedzę przy komputerze, wytrzymałby spokojnie kilkanaście godzin.
System operacyjny Nokii to Windows 7 Starter, który ma kilka denerwujących ograniczeń o drugorzędnym znaczeniu. Nie da się na przykład w prosty sposób zmienić tapety pulpitu. Jednak system działa całkiem przyzwoicie i po dostosowaniu go do wymagań można się z nim pogodzić. Oczywiście jako admin potrzebuję też Linuksa i to był największy problem, ponieważ chwilowo nie dysponowałem narzędziami pozwalającymi mi zmienić strukturę partycji na tym właśnie komputerze. Z tego względu wybrałem dystrybucję Jolicloud, która instaluje się na partycji Windows i z poziomu Windows.
Na uwagę zasługuje prawie identyczne działanie komputera zarówno w Windows, jak i w Linuksie. Działają klawisze funkcyjne, połączenie 3G jest banalnie proste w obu systemach, tak samo połączenia radiowe. Czas pracy w Linuksie jest nieco krótszy, co jest dość dziwne, bo w EeePC było odwrotnie. Czasem też funkcja usypiania systemu działa problematycznie, a to z kolei spowodowane jest przez dość nietypowy i od niedawna obsługiwany chipset GMA500.
Zatem całkiem subiektywnie i prywatnie mogę orzec, ze mam to, o co mi zawsze chodziło i sprzęt wart był swojej ceny. Belfer jest zadowolony ze swej nowej zabawki. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Retrospekcja

Moje kontakty z komputerami sięgają już dwudziestu lat wstecz. Jednak, gdy internet zaczął być dostępny w Polsce, wówczas zaczęło się to, co od początku uważałem za najbardziej fascynujące. Od uruchomienia powszechnie dostępnego numeru modemowego do pierwszych dostępnych dla każdego form dostępu stałego minęło sporo czasu. Przez lata stały dostęp był – po pierwsze – drogi – po drugie – technicznie niemożliwy w większości miejsc w kraju.
Na początku 2002 roku przypadkiem trafiłem na mini dystrybucję Linuksa Freesco. To było to, co wówczas było mi potrzebne. Wkrótce okazało się, że jest w Polsce grupa ludzi używająca tego systemu, a kilka miesięcy później w końcu lipca 2002 zorganizowaliśmy pierwszy zjazd administratorów sieciowych pod nazwą – Zjazd Freesco.
Od tego czasu minęła cała era. Porównując początki internetu z dniem dzisiejszym, mógłbym pokusić się o metaforę, że to przejście od średniowiecza do cywilizacji technicznej. Ludzie, którzy kiedyś zaczynali amatorskie dzielenie internetu z sdi lub neostrady, dziś zajmują się poważnymi profesjonalnymi zagadnieniami. Jedni pracują w nawet największych polskich firmach, inni prowadzą własne.
Zjazd Freesco tym razem odbył się po raz dziewiąty.

Tradycyjne zdjęcie grupowe

Tradycyjne zdjęcie grupowe

Tematy prezentacji, które obecnie poruszaliśmy, osiem lat temu zakrawałyby na kompletną fantastykę. Pamiętam, że zastanawialiśmy się wówczas nad kwestią sieci radiowych i wielu osobom wydawało się to technologią dalekiej przyszłości. Dziś urządzenia sieciowe działające na falach radiowych staniały dziesięciokrotnie. Gdy kupiłem pierwszą kartę radiową, w domu miałem pustkę. Teraz włączenie karty radiowej pokazuje kilkanaście dostępnych sieci.

Najmłodszy prelegent

Najmłodszy prelegent

Zawsze w pracach naszej grupy i na zjazdach była spora grupa młodzieży. Jednak tym razem wystąpił też najmłodszy prelegent – Robert – który jako jeden z developerów przedstawiał nowy system operacyjny przeznaczony na routery i serwery. Stanowi to doskonały dowód na to, że w naszej działalności zawsze najważniejsze było to, co ktoś potrafi, a nie kim jest i ile ma lat.
Jak zwykle, każdy zjazd jest ciekawym, ale i męczącym doświadczeniem. Przez kilka dni zwykle odsypiam i zarzekam się, że mam już dość, a potem przychodzi kolejna wiosna i zaczynam przymiarki do organizacji następnego.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Netbookomania

Netbook jest według mnie świetnym wynalazkiem. Telefon komórkowy, smartfon to dla mnie urządzenie zbyt miniaturowe, aby go wygodnie używać do zadań sieciowych. Owszem zdarzyło mi się korzystać z ssh w swoim telefonie, ale było to zdecydowanie niekomfortowe. Gdy pojawiły się pierwsze EeePC, kupiłem natychmiast tak szybko, jak to było możliwe. Przepłaciłem straszliwie, bo dziś za te same pieniądze można dostać dużo lepszy sprzęt. Jednak byłem zadowolony, mając dostęp do internetu w każdych warunkach i możliwość wykonywania we względnym komforcie rozmaitych zadań.
Dlatego też chętnie kupiłem kolejną wersję EeePC. I dlatego też chętnie kupiłbym kolejny sprzęt z tej półki – może nieco lepszy od mojego obecnego netbooka.
Wczoraj w ręce mi wpadł produkt Lenovo. Był to Ideapad S12 w białym perłowym kolorze.

Biały IdeaPad S12

Biały IdeaPad S12

Jest to netbook z ekranem o wielkości 12 cali, procesorem Atom oraz kartą graficzną Nvidia ION. Ma 2 GB pamięci operacyjnej i 250 GB pamięci masowej. Jest lekki i wygodny w pracy, zaletą jest duża klawiatura o normalnych wymiarach przycisków. Jedynym minusem jest krótsza praca na bateriach w stosunku do mojego EeePC.

Biały IdeaPad S12

Windows 7 na S12

Na ekranie o rozdzielczości 1280×800 można dość wygodnie oglądać filmy i komfortowo przeglądać strony www, można też bez specjalnych problemów pracować z plikami graficznymi. System Windows 7 działa sprawnie i dość szybko.

Ubuntu 10.4 na S12

Ubuntu 10.4 na S12

Spróbowałem uruchomić wersję live systemu Ubuntu 10.4. Pobieżne sprawdzenie pokazało, ze wszystko powinno działać jak należy, a więc karty sieciowe, bluetooth i sterowniki grafiki. Działa dźwięk, a Ubuntu ma jak widać przystosowaną do tego modelu netbooka grafikę ekranową (reakcja na sprzętowe klawisze regulacyjne). Można się zatem spodziewać, ze Linux będzie na tym sprzęcie działał bez żadnych problemów.
No i teraz mam dylemat. Złamać swą wierność wobec maleeeństwa? Kupić Lenovo?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Googleatura

O Google pisałem już kilkakrotnie. Także o tym, że Google zawładnęło istotną częścią internetu, niepostrzeżenie i bez protestów. Użyłem nawet porównania: „Biali osadnicy w Ameryce Północnej dawali Indianom whiskey za darmo.” Faktem jest, ze gdyby dziś nagle zniknęły wszystkie usługi Google, to spora część użytkowników komputerów nie miałaby po co włączać swoich maszyn.
Dziś jednak same pozytywy. Skoro Google nas wykorzystuje, to wykorzystujmy Google. Pod takim hasłem przygotowaliśmy z Jakubem prezentację na niedawnej konferencji KOPI w Kęsowie.
Staraliśmy się pokazać, że każdy – od amatora po profesjonalistę – może skorzystać z przydatnych usług i że nauczyciele powinni uwzględnić to w kształceniu informatycznym w szkołach – zarówno uczniów, jak i swoich współpracowników. Możliwości, jakie stwarza korzystanie z usług Google są ważne, bo z jednej strony dają sporo ciekawych narzędzi za darmo, z drugiej strony uniezależniają od maszyny i miejsca.
Dla przeciętnego użytkownika internetu, który planuje podróż bardzo przydatnym narzędziem są Mapy Google, z których można korzystać w oprogramowaniu Google Earth przygotowanym specjalnie przez firmę. A wśród ciekawych i przydatnych gadżetów niewątpliwie na czele jest Widok Ulicy, o którym też już pisałem.
Darmowa aplikacja Picasa jest dobrą alternatywą dla większości fotografów amatorów. Jest to program darmowy, który pozwala nie tylko na podstawową obróbkę i katalogowanie zdjęć, ale także na tworzenie albumów publicznych i prywatnych w serwisie Google.

Program Picasa

Program Picasa


Najpopularniejszą usługą jest Google Mail. Za darmo dostajemy kilka gigabajtów na pocztę i żadnych reklam, żadnego spamu, żadnych problemów z dostępnością poczty.
Częścią składową Google Mail jest Buzz. Wszyscy znają usługi Twitter lub Blip. Buzz jest czymś bardzo podobnym. Jego przewaga polega na tym, że nie tylko możemy informatyzować zainteresowanych krótkimi wiadomościami o naszej aktywności i dodawać linki. Buzz automatycznie zanotuje też naszą aktywność w albumach Picasa, na Twitterze, na blogu (jeśli używamy WordPressa) oraz aktywność na grupach dyskusyjnych, o ile używamy czytnika Google.
Nowy Buzz

Nowy Buzz


Na powyższym rysunku widać, że Buzz zanotował nowy tekst na mojej stronie – dodając nie tylko link, ale też rysunki i tekst. W ten sposób followers, czyli osoba sprawdzająca nasz Buzz, może przeczytać artykuł w całości.
Doskonałym narzędziem dla rozmaitych grup realizujących wspólne projekty jest Google Wave. Rozpoczynając tzw. nową falę, mamy do wyboru kilka przedefiniowanych możliwości.
Na początku

Na początku


Możemy w ten sposób przygotowywać spotkania, wycieczki, zrobić burzę mózgów, przygotować wspólny dokument. Trójdzielne okno aplikacji składa się z panelu nawigacyjnego, spisu „fal” i wybranego aktualnie zadania. Planując spotkanie, możemy wykorzystać mapy Google i ustalić dokładne miejsce, Picasę wykorzystać do umieszczania zdjęć, a poszczególni użytkownicy będą uzupełniać program.
Okno Google Wave

Okno Google Wave


Pisałem już wcześniej, że Google Analytics jest trudnym do przecenienia narzędziem, gdy chcemy wypromować własną stronę. Mając własną i dość popularną stronę można pokusić się o zarobki z reklam. Może nie będą one duże, ale pozwolą na sfinansowanie kosztów jej utrzymania, jeśli skorzystamy z Google Adsense.

Jak skojarzyć własną domenę z usługami Google (dokumenty, kalendarz, poczta, strony osobiste) Google, dowiemy się ściągając konspekt wykładu z Kęsowa. Należy kliknąć na obrazek poniżej i otworzyć plik PDF. Drugi plik to instrukcja dla użytkowników – jak skonfigurować własny program pocztowy.

Konfiguracja usługi GoogleMail

PDF 1


Konfiguracja programów pocztowych

PDF 2


Powyższy tekst jest z jednej strony streszczeniem, z drugiej rozwinięciem cyklu prezentacji „Googleatura” z konferencji KOPI w Kęsowie. W celach edukacyjnych warto podążyć za odnośnikami, które podałem w tym artykule, ponieważ zawierają inne nie zapisane tutaj wiadomości.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Poza polityką

Po ciężkiej zimie wreszcie nadeszła wiosna. Bociany lub jaskółki są dla ludzi oznaką zbliżającej się wiosny. Dla mnie wiosna zaczyna się w Kęsowie.

Szkoła w Kęsowie

Szkoła w Kęsowie


Kęsowo to taka wieś w województwie kujawsko-pomorskim. W Kęsowie jest duża i nowoczesna szkoła. W szkole tej pracuje nieduży, ale nowoczesny nauczyciel. Z dumą mogę powiedzieć, że jest to mój przyjaciel. Mirek Bałazy to prawdziwy tytan pracy, choć nie zamierzam pisać o jego pracy zawodowej. Od lat co roku na wiosnę organizuje w swojej szkole samokształceniowe konferencje nauczycieli informatyki. W miarę możliwości staram się mu pomagać i coś interesującego przygotować na zajęcia. Na konferencji w Kęsowie nauczyciele zawsze znajdą coś ciekawego dla siebie, dowiedzą się o nowych możliwościach, nowych trendach w zakresie IT, znajdą też kogoś, kto pomoże im zastosować nowe rozwiązania lub rozwiązać nowe problemy.
Mirek jest nie tylko nauczycielem informatyki i specjalistą w zakresie szkolnych pracowni komputerowych, ale też nauczycielem wychowania fizycznego i sportowcem, świetnym organizatorem, a ponadto duszą towarzystwa – gra na gitarze i śpiewa, a najważniejsze – potrafi skupić wokół siebie ludzi i przekonać ich do swoich pomysłów. Jest inicjatorem Stowarzyszenia KOPI i opiekuje się stroną oraz forum, które stanowi dziś najbardziej wiarygodne źródło informacji i pomocy dla opiekunów pracowni w szkołach.
Podczas konferencji jest czas nie tylko na wykłady i komputery, ale również na chwile odpoczynku i relaksu. Tradycją jest wieczorny wyjazd do kręgielni w pobliskiej Tucholi i sobotni grill. Tradycją jest także to, że w Kęsowie zawsze świeci słońce i nie pada deszcz podczas zjazdów. Nie wiem jak Mirek to robi…
Pora na relaks

Pora na relaks


Chciałbym, aby takich ludzi było więcej. Takich, którzy nie czekają, aż manna spadnie z nieba, ale sami próbują zmieniać świat na lepszy. Dzięki nim nadzieja staje się postawą uprawnioną i dlatego póki mi sił starczy zawsze będę Mirkowi pomagał.
Dla zainteresowanych kilka zdjęć z konferencji w albumie na PicasaWeb.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Filozofia interfejsu

A co! Dziś dorabia się filozofię do wszystkiego, to ja napiszę o filozofii interfejsu*. Dziwnym angielskim słowem interfejs nazywamy coś, co stanowi rodzaj „deski rozdzielczej” dla wszystkich nowoczesnych urządzeń elektronicznych. W każdym urządzeniu potrzebne są jakieś przyciski, pokrętła, guziczki, którymi włączamy i regulujemy rozmaite funkcje. W czasach mojej młodości wszystko było proste. Telewizor miał włącznik, pokrętło kanałów i ewentualnie potencjometry jasności, kontrastu i głośności. W lodówce było jedno pokrętło – cieplej i zimniej. W tych lepszych była żaróweczka. Moja babcia umiała włączyć telewizor i wybrać program (aż dwa były). To były dobre czasy prostych interfejsów.
Oczywiście z biegiem czasu sprawy zaczęły się komplikować. Wszystkie interfejsy jeszcze były mechaniczne, ale liczba opcji zwiększała się. Było to może trudniejsze do zapamiętania, ale nie utrudniało życia. Interfejsy były jednopoziomowe. Trudno było zablokować działanie urządzenia, bo np. nagrywanie i odtwarzanie w magnetofonie nie było możliwe jednocześnie. Prawdziwe komplikacje zaczęły się dopiero wraz z pojawieniem się komputerów. Pierwotnie komputer przeznaczony dla fachowca, to było jego narzędzie pracy, zaś laik mógł się najwyżej cieszyć jej wynikami. Zmuszenie komputera do działania wymagało wpisywania rozmaitych tekstowych poleceń o różnym stopniu komplikacji. Jeśli ktoś napisał „Cześć komputerze, oblicz mi pierwiastek kwadratowy z 259”, to otrzymał najwyżej odpowiedź w rodzaju „Command no found”.
Gdy pojawiły się pierwsze GUI**, a były to pierwsze wersje systemów Apple i nakładka na DOS zwana Windows, sprawa się wtedy dopiero okazało się, jak bardzo skomplikowane może być posługiwanie się komputerem. Fachowcy stracili monopol i coraz częściej przy komputerze siadał laik. Pierwsze interfejsy znanego powszechnie Windows maiły charakter kaskadowy***. Najpierw otwieraliśmy okno główne, wybieraliśmy ikonę grupy programów, np. biurowych, potem dopiero wybrać można było program. Nie wykluczało to możliwości otwarcia kilku programów jednocześnie, ale wielozadaniowość była mocno dyskusyjna. Powodów było kilka. Z jednej strony komputery były słabe, Windows był tylko nakładką graficzną i po włączeniu niektórych programów się zawieszał lub zamykał inne, a dla przeciętnego użytkownika przekopywanie się przez otwarte okna było zbyt trudne.
Firma, produkująca komputery ze znakiem nadgryzionego jabłka, była zwykle o krok przed konkurencją, ale dla większości użytkowników momentem rewolucyjnym było koniec roku 1995. Wtedy to interfejs komputera stał się wielopoziomowy. Z menu można było wybierać rozmaite programy i uruchamiać je równocześnie.W miarę upływu lat, komputery stawały się coraz doskonalsze, systemy operacyjne również i wielozadaniowość stała się faktem. Nie wiem czy to dobrze, bo z drugiej strony interfejsu siedział człowiek, który w zadziwiający sposób był zwykle kompletnie jednozadaniowy. W ten sposób komputery zaczęły wspierać bałaganiarstwo. Użytkownik otwierał bowiem kilka programów, pracował tylko na jednym, a reszta tylko spowalniała maszynę.
Swoboda, z jaką można było kształtować interfejs komputera, z biegiem czasu stała się przekleństwem użytkownika. Nie przypadkiem zaczęto część problemów komputerowych umieszczać w kategorii problem between chair and keyboard****. Zbyt skomplikowany interfejs komputera spowodował, ze dzisiejsze babcie już sobie nie radzą z tak skomplikowaną maszyną. Jest tam zbyt wiele ikonek i zbyt wiele przycisków do kliknięcia. A wcale to nie znaczy, że współczesna babcia nie chciałaby się takim urządzeniem posługiwać. Jednak interfejs takiego urządzenia powinien być prosty, czytelny i zrozumiały.

Ikony muszą być czytelne i proste.

Ikony muszą być czytelne i proste.


Pierwszy krok w celu uproszczenia interfejsu komputera uczynil Asus wraz z premierą swojego słynnego już Eee PC. Interfejs stał się na tyle czytelny i prosty, ze dziś używają go (w specjalnej wersji) użytkownicy Windows na tych minikomputerach.
Wzorem prostego interfejsu zaczęły się stawać urządzenia z innej branży – telefony komórkowe. Owszem, niektóre z nich są też bardzo skomplikowane, ale podstawowe funkcję są czytelne i oczywiste. Jest spora grupa ludzi w podeszłym wieku, którzy bez oporów korzystają z komórki, a nie potrafią używać komputera. Pomijając smartfony, telefon jest jednozadaniowy. Dzwonisz albo wysyłasz sms.
Jeśli pomyślimy o przeciętnym użytkowniku, który chciałby mieć kontakt z bliskimi za pośrednictwem komunikatorów, wysłać i odebrać pocztę lub poczytać informacje na stronach www, to interfejsy dzisiejszych komputerów cierpią na znaczny przerost ambicji.
Dlatego ponownie wracam do systemu Moblin i prostoty interfejsu, jaki proponuje. Jest jeden pasek podstawowych narzędzi. Każdy bez problemu znajdzie to, co chce. Ponieważ jednak jednozadaniowość zupełna byłaby marnowaniem możliwości, więc wszystkie otwarte programy skupione są pod ikonką Zones czyli Strefy. Każdy użytkownik łatwo znajdzie uruchomione programy.

Strefy aplikacji w Moblinie

Strefy aplikacji w Moblinie


Można kliknąć na obrazku, żeby zobaczyć powiększenie. W Moblinie wielka zaletą jest prostota konfiguracji. System nie pyta czy praca na baterii ma być oszczędna, w jakim trybie ma pracować procesor, jaki ma być procent jasności ekranu. Przeciętny użytkownik nie wiedziałby, o co chodzi, a to spowodowałby jego frustrację, czułby się głupszy od maszyny. Podobnie jest z konfiguracją łącz sieciowych. System zadaje tylko niezbędne pytania, najczęściej o hasło do szyfrowanej sieci. Cała reszta parametrów wykrywana jest automatycznie.
Pora na wnioski. Sądzę, ze nadszedł moment, gdy należy rozdzielić interfejsy komputerów w zależności od tego, do czego służą. Interfejs dla profesjonalisty***** będzie wyglądał inaczej, niż interfejs domowego użytkownika. Moblin poszedł w dobrym kierunku i być mozę system ten nie zdobędzie świata, ale na pewno wyznaczy trendy w projektowaniu interfejsu nowoczesnych komputerów.
Tym samym między bajki wkładam opowieści o komputerach sterowanych głosem, z którymi będziemy rozmawiać. Już dziś można stosować polecenia dźwiękowe, ale jest to często bardziej skomplikowane niż klikanie myszką, a rozmawiać z komputerami nie będziemy. Nigdy. Nie dlatego, ze nie będzie możliwości technicznych, nie będzie takiej potrzeby.


* Mój przyjaciel Michał zawsze używa spolszczenia – międzymordzie i twierdzi, że tak jest lepiej. 🙂
** Graphical User Interface – czyli interfejsy graficzne.
*** Użyte przeze mnie określenia – kaskadowy, czy wielopoziomowy, są moimi sformułowaniami, które przez swój brak fachowości mają ułatwić czytanie laikom.
**** Po naszemu to problem między krzesłem a klawiaturą.
***** Profesjonalista – ktoś używający komputera do pracy, a tym samym osoba, która ma obowiązek „umieć”.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Kto ma twój klucz?

Co jakiś czas w internetowych wydaniach gazet, ale również w papierowych wydaniach czasopism komputerowych, pojawiają się analizy bezpieczeństwa sieci radiowych. Z reguły epatuje się czytelnika sporą dawką szczegółów technicznych, które sprawiają wrażenie ogromnego profesjonalizmu autora.
Dawniej zasady bezpieczeństwa były prostsze. W drzwiach należało mieć dobre zamki, w gospodarstwie psa, nosić portfel w wewnętrznej kieszeni marynarki, a nie w tylnej spodni i nie włóczyć się wieczorami po bocznych ulicach. Dziś złodziej może nas okraść wirtualnie, choć również boleśnie. Możemy stracić dane do swych rozmaitych kont internetowych, a w ekstremalnych wypadkach całkiem realne pieniądze w banku internetowym.
Dziś mamy komputery, konta w bankach, karty płatnicze i kredytowe, i koniecznie musimy zabezpieczyć się nie tylko przed włamaniem do mieszkania, ale również przed włamaniem na rozmaite nasze konta. Od chwili, gdy pojawił się internet, stał się dodatkową furtką do naszych danych i pieniędzy. Trzeba ją także zabezpieczyć.
Wraz z postępem technicznym rośnie ilość zagrożeń. Jakiś czas temu najpopularniejszym żartem w Niemczech było powiedzonko: „Jedź na urlop do Polski, twój samochód już tam jest”. Jak zwykle bywa z dowcipami, ten też dość daleki był od prawdy. Złodziei w Polsce nie brakowało i nadal nie brakuje, ale w branży samochodowej byliśmy raczej krajem tranzytowym, a kradzione auta wędrowały dalej na wschód.
Dziś nasz samochód jest bezpieczniejszy, niż parę lat temu, a na pewno bezpieczniejszy niż karty kredytowe. Znacznie częściej dziś słyszymy o kradzieży pieniędzy z kont niż przedmiotów materialnych. Ma to swój głęboki sens. Trudno z mieszkania ukraść np. telewizor. Łatwo wpaść, sprzęt jest ciężki i duży. Z samochodem jeszcze gorzej. A kradzież pieniędzy jest łatwa i czysta, i nie trzeba nic dźwigać. Początkowo wystarczyło zabezpieczyć się przed wirusami, połączenia modemowe były z powodu kosztów krótkie i stosunkowo niegroźne. W chwili pojawienia się łącz stałych, komputery zostały podłączone do internetu permanentnie. Nieważne, czy gramy w jakąś grę, czy oglądamy zdjęcia z wakacji, nasz komputer w tle ma wciąż połączenie z globalną siecią. Może w tym czasie wykonywać nasze polecenia, sprawdzać nasze konto pocztowe lub ściągać muzykę, ale równie dobrze może wykonywać polecenia włamywacza, który jest tysiące kilometrów dalej. Brzmi to groźnie. Zwykle można się było zabezpieczyć używając jakiegoś domowego routera z wbudowanym firewallem oraz stosując programy antywirusowe i last but not least nie włóczyć się po ciemnych uliczkach internetu*. Jednak teraz to za mało. Powszechnie zaczęliśmy korzystać z różnych metod zdalnego bezprzewodowego dostępu.
Przyjemnie się położyć z laptopem na kanapie i nie ciągnąć za sobą dziesięciu metrów kabla. Może się jednak okazać, że ta wygoda jest niebezpieczna.



Połączenia radiowe


Na rysunku powyżej (można go sobie powiększyć) jest kilka dostępnych sieci w mojej okolicy. Widać, ze jedna jest niezabezpieczona. Fachowe artykuły analityczne dzielą dostępne radiowe sieci na trzy typy. Najpewniej zabezpieczone są te z szyfrowaniem WPA/WPA2. Słabiej te z szyfrowaniem WEP, bo tam można się włamać czasem w kilkanaście minut. Sieci nieszyfrowane są po prostu otwartymi drzwiami do naszego komputera. Włócząc się nieco po świecie, widziałem wiele niezabezpieczonych sieci. Niektóre z nich wręcz zapraszały. Przyznawały numer IP i zapewniały swobodny dostęp do internetu.
Mając świadomość niebezpieczeństw, możemy zabezpieczyć domową sieć. Jeśli nie umiemy, możemy wynająć fachowca. Warto, bo brak zabezpieczeń może drogo nas kosztować. Nie zakładamy przecież zamka w drzwiach lub autoalarmu sami.
Gorzej jednak, gdy wykupujemy radiowy dostęp do internetu, a nasz provider szyfrowania nie stosuje. Dostęp wymagający loginu i hasła i filtrowanie tzw. MAC kart sieciowych może zabezpieczać przed nieautoryzowanym podłączeniem się do sieci. Z reguły login i hasło przesyłane są w postaci zaszyfrowanej. Jednak dalszy ruch jest już otwarty i ktoś w łatwy sposób może podsłuchać wszystko.

Połączenia szyfrowane https

Połączenia szyfrowane https

Zatem, jeżeli musimy z takiej sieci korzystać lub gdy korzystamy z sieci ogólnie dostępnych, na przykład w hotelu, gdzie hasło dostępowe dostaje każdy klient, traktujmy taką sieć jako potencjalnie niebezpieczną. Korzystajmy z połączeń szyfrowanych z ważnymi stronami. Na rysunku powyżej widać najczęstsze oznaczenia pojawiające się przy takich połączeniach. Kolor zielony wskazuje na bezpieczne połączenie z bankiem. Kolor czerwony połączenia z pocztą Gmail alarmuje, ze nie wszystkie elementy strony są bezpieczne. Najprawdopodobniej szyfrowane było nasze hasło, ale treść maili już nie.
Wiedzmy też, że nasze rozmowy w komunikatorze**, wysyłane maile i historia oglądanych stron mogą nie być tajemnicą w takiej sieci.
Podsumowując, pamiętać należy także o tych wirtualnych drzwiach i zamkach do naszego domu i naszych danych. Zatrudniasz fachowca do zamontowania antywłamaniowych drzwi? Mało komu przychodzi do głowy samodzielne naprawianie samochodu lub instalacji gazowej w domu, nasza ingerencja w domową sieć energetyczną sprowadza się najwyżej do wymiany żarówki. Zatem nie należy udawać komputerowego eksperta, a po prostu poprosić o pomoc fachowca***.


* Są nimi wszelkiego rodzaju strony porno lub czasem strony oferujące „darmowe” filmy, muzykę lub programy. Nie ma co ukrywać, ze podatność systemu Windows na infekcje wirusami i trojanami jest tu kluczowym czynnikiem.
** Oczywiście zależeć to może od programu, Kadu w Linuksie ma opcję szyfrowania rozmów.
*** Zapewne nie uważalibyśmy syna sąsiadki, czy jakiegoś kuzyna za fachowca, któremu powierzymy samochód. Dlaczego zatem powierzamy bezpieczeństwo naszych danych komuś przypadkowemu?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Dlaczego Linux

Linux określany jest jako free software, po polsku może to oznaczać zarówno wolne, jak i darmowe. Przeważnie Linux jest darmowy, zatem płacimy jedynie za nośniki danych lub połączenie internetowe. Jednak to nie „darmowość” jest najważniejsza, ale wolność wyboru, która pozwala nam na dowolne modyfikacje i używanie oprogramowania. Mało kto zdaje sobie sprawę, że powszechnie używany system Windows, obwarowany jest licznymi ograniczeniami licencyjnymi. Nawet zmieniając sobie domyślny wygląd za pomocą zewnętrznych aplikacji, najprawdopodobniej łamiecie zasady umowy licencyjnej. Pewien mój znajomy otworzył plik wykonywalny z Windows tzw. hexeditorze, poprawił mało znaczący, ale denerwujący go błąd językowy. Nikt go oczywiście nie ścigał, ale złamał warunki licencji. Przeważnie nikogo te ograniczenia nie interesują. Chyba, że wada systemu lub oprogramowania zacznie komuś mocno doskwierać, wówczas ma do wyboru – albo filozoficznie się z tym pogodzi, albo zainteresuje się systemami otwartymi.
Pierwszy kontakt z komputerem miałem w roku 1989. Niektórzy z moich bogatszych znajomych sprawili sobie mikrokomputery ZX Spectrum lub Atari.Nie miały one jeszcze możliwości na miarę Hala z Odysei kosmicznej 2001, ale i tak fascynowały. Szybko stałem się gorącym orędownikiem zakupu komputera do szkoły. Dzięki poparciu niektórych nauczycieli i sporej grupy rodziców, dwa mikrokomputery Atari zostały zakupione z tzw. środków społecznych. To była wówczas norma. Po upadku realnego socjalizmu szkoły były niedoinwestowane i przestarzałe. A władze miały znacznie poważniejsze problemy niż mrzonki o nowych technikach nauczania. Szkoły kupowały telewizory, magnetowidy zwykle za pieniądze pochodzące ze zbiórek lub od sponsorów. Nasz szkoła miała dwa Atari.
Przez jakiś czas nawet prowadziłem kółko zainteresowań, na którym uczniowie uczyli się wykorzystywać niewielkie jeszcze możliwości tych komputerków. Napisałem nawet w basicu program, który był takim „komputerowym dyktandem”. Do dziś pamiętam te emocje, kiedy prawie piętnaście minut czekałem, czy program zapisany na taśmie magnetofonowej wgra się poprawnie. Później w dziedzinie komputerów w szkole zastąpił mnie kolega, który jako fizyk mógł ukończyć informatyczne studia podyplomowe, ponieważ wówczas nauczanie informatyki łączono tylko z naukami ścisłymi.
W 1993 roku zetknąłem się z PC, który został zakupiony do szkoły. Ale dopiero w 1996 zacząłem używać komputera na co dzień. W innym tekście pisałem już o tym, jak powszechne i oczywiste niegdyś było kopiowanie programów. Początkowo nawet nie zastanawiałem się, skąd wziął się Windows 3.11 na moim komputerze. Szybko jednak stałem się właścicielem nieco lepszego komputera i zacząłem używać Windows 95. Początki zmagań z tym systemem bywały zabawne. Najbardziej utkwił mi w pamięci problem z dołączonym do Internet Explorera 4 programem pocztowym Outlook Express. Za każdym razem, gdy otworzyło się otrzymany mail w nowym oknie na pełnym ekranie, komputer zawieszał się. Trzeba było go resetować, przerywać połączenie modemowe i łączyć się ponownie. A jak wiadomo w połączeniach modemowych płaciło się za czas połączenia. To było frustrujące. Ale też za sprawą wieszającego się komputera zacząłem szukać i szybko okazało się, że jest sporo alternatywnych programów. Mało tego, dowiedziałem się, że istnieje alternatywny system operacyjny wymyślony przez fińskiego studenta Linusa Torvaldsa.
Pierwsza moja próba to zainstalowanie systemu niemieckiej firmy SuSE GmbH. Była to wersja 5.3 i zachwycony byłem działaniem modemu na mojej kiepskiej linii telefonicznej, transmisja była dużo szybsza niż w systemie Windows. Niestety rozdzielczość ekranu nie dała się ustawić większa niż 640×480 przy 4 kolorach, nie działał dźwięk i nie umiałem sobie zapewnić kopiowania danych z Linuksa do Windows. Kolejną nieudaną wciąż próbą był Red Hat 6.0. Sporym minusem wciąż były problemy z grafiką. W Red Hacie działał dźwięk, ale za to były problemy z modemem. Pod koniec roku 1998 lub na wiosnę 1999 trafiłem na Mandrake 6.1. Tym razem udało się uruchomić podsystem graficzny w rozdzielczości 800×600 i w normalnej wówczas palecie 256 kolorów. Co ciekawe, system oferował już polski interfejs. Jednak nie mogłem drukować, z dźwiękiem miałem problemy, więc to również był falstart.
Chyba jednak Windows dawał mi się mocno we znaki, bo koniec XX wieku przywitałem mając już dwa systemy na dysku (i nowszy komputer). Był oczywiście Windows, ale też Mandrake 7.0, który używany był przede wszystkim do połączeń internetowych. Nadal jeszcze nie wszystko było idealnie. Działał bez problemu dźwięk, po zmianie karty graficznej na ATI mogłem już uzyskać nawet rozdzielczość 1024×768, a drukarka Canon drukowała ładniej niż w Windows. Nie działał jednak skaner i niedawno kupiona karta telewizyjna, która co prawda dawała obraz, ale nie było dźwięku.
W tym okresie przeżyłem kilka załamań Windows, które nie były spowodowane wirusami. Od 1997 roku używałem bowiem legalnego i dobrego Norton Antivirus. Motywowało mnie to wciąż do dalszych prób. Pierwszym w pełni zadowalającym systemem był Mandrake 8.2, który zainstalowałem na świeżo kupionym laptopie w 2002 roku, a niedługo później miałem Mandrake 9.0 i ostatecznie pożegnałem się z Windows. Z jednej strony dlatego, ze uważałem iż system ten jest zły, że niewart jest swojej ceny, a nie chciałem używać go dalej nielegalnie. Nie przekonywały mnie poglądy wygłaszane przez niektórych znajomych: „Windows jest kiepski, Microsoft każe sobie płacić za niego więcej niż w USA, więc nie ma nic złego w tym, że go ukradnę.” Miałem też świadomość, że nie stać mnie na programy, których bym chciał używać.
W tych okolicznościach Linux był oczywistym wyborem.
Od 2002 roku używam Mandrake na swoim komputerze (obecnie system nazywa się Mandriva). Zdecydowanie najlepiej spełnia moje wymagania, choć kilka lat temu używałem również Windows 2000 na swoim laptopie Compaq, a obecnie mam jako drugi system Windows XP na Asusie 901. Zatem używanie Linuksa ma w moim wypadku wymiar raczej praktyczny, nie ideologiczny. Pracuję również na serwerach, na których Linux jest oczywistością. W 2002 roku zaczynałem od Freesco, a obecnie korzystam z kilku różnych dystrybucji serwerowych.
Tak, zdaję sobie sprawę, że ten tekst może być nudny dla osób dość luźno związanych z techniką komputerową, dlatego też opatrzyłem go tagiem nuda.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)