Testament

Jarosław Kaczyński na internetowej stronie swej partii opublikował testament polityczny swego zmarłego brata. Obiecał też, że będzie pisać następne odcinki.
Przez dwadzieścia lat polskiej demokracji widziałem rozmaite absurdy, ale testament wyłaniający się z niebytu po roku od śmierci chyba przebija wszystko. Robi się zupełnie jak w „Kubusiu Puchatku”. Im bardziej prezydent nie żyje, tym bardziej pojawia się jego testament polityczny.
W związku z nachalnymi żądaniami PiSu, aby upamiętnić prezydenta Kaczyńskiego pomnikiem, coraz częściej pojawiają się głosy ostrożne i wyważone, że nie przesądzając o pomniku należałoby najpierw tę prezydenturę podsumować i ocenić. Zgadzam się z takimi opiniami. W swoich tekstach pisałem już o niektórych aspektach tej prezydentury. Jednym z aspektów tej polityki jest ku naszemu zmartwieniu do dziś rafineria w Możejkach. Jeśli był polityk bardziej zrobiony w konia od braci Kaczyńskich, to chyba był to tylko premier Chamberlain po układzie monachijskim.
Nie należy zapominać o szczególnej roli Litwy w polityce prezydenta Kaczyńskiego. Wręcz karygodne byłoby zapomnienie o tym. Należy pamiętać i dbać, aby nigdy więcej tak bezsensowna polityka się nie powtórzyła.
Można jeszcze wspomnieć o wspaniałej polityce gruzińskiej, która zainicjowana przez prezydenta nic nam nie przyniosła, w sumie to samej Gruzji też nic. Przy czym pamiętać należy, że cały kryzys gruzińsko-rosyjski był spowodowany przez władze gruzińskie, które się głupio podłożyły jako inicjator konfliktu. Można wspomnieć jeszcze o próbie zmuszenia pilota do lądowania w Tbilisi, a następnie o kozackim lądowaniu w Smoleńsku i zastanawiać się nad tym, co to w zasadzie jest za polityczny testament.
Nawet głośne propagandowo Muzeum Powstania Warszawskiego to nie do końca jest zasługa Kaczyńskiego, a tak się to usiłuje przedstawiać.
Polityka historyczna? Jeśli rozumieć przez nią małostkowe pominięcie w odznaczeniach rozmaitych osób zasłużonych w działaniach opozycyjnych, takich jak Adam Michnik, to fakt – takiej polityki nikt nie prowadził przedtem. Można Michnika nie lubić, można się z nim nie zgadzać, ale udawanie, że go nie było w latach 70 – 89 w Polsce i że nie był ważną postacią opozycji to świadectwo wyjątkowej zawiści i małostkowości.
Generał Jaruzelski, niezależnie od jego politycznej oceny, był Sybirakiem i należał się mu medal. Lech Kaczyński taki medal mu przyznał. Jednak natychmiast po kilku wrzaskach oszołomów z własnej formacji zaczął się tłumaczyć, że to przez pomyłkę, bo ktoś mu podstępnie dał papiery do podpisania. Żałosne.
Przez ponad cztery lata prezydentury nazbierało się rozmaitych „osiągnięć” prezydenta, można by jeszcze wyliczać.
Jeśli panowie z PiSu postawią sobie gdzieś pomnik prezydenta, na jakimś swoim prywatnym terenie, to proszę bardzo. Mam nawet pomysł, jaki napis powinien być wyryty na cokole: Panie prezesie melduję wykonanie zadania.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (10 votes cast)

Dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego

Córka prezydenta Kaczyńskiego w prasowym wywiadzie ustaliła, kto może, a kto nie może korzystać z dziedzictwa Lecha Kaczyńskiego. Dyskusje o tym kto jest prawdziwym dziedzicem spuścizny Lecha Kaczyńskiego zaczęły się już wcześniej. W chwili rozpadu PiS na prawdziwy PiS z prezesem Jarosławem na czele i PiS lajtowy aka PJN rozpoczęły się kłótnie, o prawa do schedy po zmarłym prezydencie. Zapewne prezesowi chodzić może głównie o pałac namiestnikowski, bowiem do dziś nie może przeboleć, że tam nie zamieszkał. Być może Marcie również, bowiem – pamiętamy – nie mogła się stamtąd wyprowadzić. Jednak apanaże nie są dziedziczne, więc przynajmniej oficjalnie, nie o to chodzi.
Według mnie zasadniczym błędem całej tej kłótni pisowsko-pisowskiej jest brak definicji owego dziedzictwa i spuścizny. Czy w ogóle jest o co się kłócić. Po długich poszukiwaniach zaświeciło światełko w tunelu. Coś jednak jest.
Pod koniec XIX wieku Franciszek Stefczyk (nomen omen nauczyciel) wpadł na pomysł założenia spółdzielni o charakterze oszczędnościowo-kredytowym. Instytucja tego typu miała ułatwić głównie chłopom na wsi uzyskiwanie tanich pożyczek z własnych przez społeczność zbieranych kapitałów. W ten sposób zaczęły powstawać Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe. Podobne wcześniej zaczęły powstawać na ziemiach niemieckich. Nie bez powodu Stefczyk stał się patronem dzisiejszych SKOK, bo świadomie do tej tradycji nawiązano. Po Drugiej Wojnie Światowej w Polsce kasy się nie odrodziły, a zamiast nich na wsi powstały Banki Spółdzielcze, które istnieją do dziś. SKOKi odrodziły się w roku 1992.
Na początku demokratycznych przemian banki w Polsce kompletnie zlekceważyły statystycznego Polaka. Jeszcze kolo roku 2000 zakładając konto bankowe nie miałem żadnego wyboru. W większości banków nawet nie ukrywano specjalnie, że klient – nauczyciel z kiepskimi zarobkami ich nie interesuje. Konta w banku spółdzielczym nie chciałem, bo nie było zarządzania przez internet, ani kart płatniczych. Jedynym bankiem, który dawał korzystne warunki był Lukas Bank, przy którym zostałem do dziś* Nic więc dziwnego, ze powstające SKOKi miały doskonałe warunki do osiągnięcia sukcesu. Szybko też zorientowano się, że te kasy będą też przynosić zyski i to spore. Zatem należało pomyśleć o wyciągnięciu tych pieniędzy w legalny sposób. W ten sposób powstała Krajowa Spółdzielcza Kasa Oszczędnościowo Kredytowa z siedzibą w Sopocie. Jest to jedyny w prawie polskim obowiązkowy związek rewizyjny wobec zrzeszonych w niej spółdzielni. Zyski spółdzielni należą do spółdzielców, ale można potraktować stanowiska w zarządach jako dobre synekury, a nadmiar zysków odprowadzić w formie składki do związku krajowego. Kasy spółdzielcze dzięki takiej organizacji prawnej zyskały świetne warunki pracy. Mogły działać tak jak banki, ale nie podlegały bankowym ograniczeniom i nadzorowi.
Związki SKOKów z PiSem nie były tajemnicą od dawna, a lobbowanie posłów tego ugrupowania na rzecz korzystnych dla kas przepisów stawało się momentami głośne. W 2006 roku posłowie lobbowali za włączeniem SKOKów w program udzielania kredytów rodzinom kupującym mieszkania. To duże kredyty gwarantowane przez państwo. Artur Zawisza (nawiasem mówiąc szef sejmowej komisji śledczej do spraw banków) był jednym z popierających SKOKi. Drugim poseł Jędrzej Jędrych, dla którego zarobki o wysokości ponad 100 tysięcy rocznie były motywacją do działania na rzecz SKOKów**. Okres rządów PiS był dla SKOKów korzystny i potrafiły się one odwdzięczyć. Do głośnych spraw należy zbieranie podpisów pod kandydaturą Jarosława Kaczyńskiego w 2010 roku. Być może mało kto pamięta dziś bilbordy z podobizną prezesa, a tym bardziej podobieństwo do innych bilbordów.
Po wyborach w 2007 roku Platforma próbowała ucywilizować działalność kas spółdzielczych, jednak Lech Kaczyński tę ustawę zablokował, oddając ją do Trybunału Konstytucyjnego. W najgorszym wypadku nic się nie zmieni przynajmniej przez rok. W najlepszym wcale. Przed nadchodzącymi wyborami prezydenckimi a potem parlamentarnymi to było ważne. Ważne też było, by mieć posady dla działaczy PiS, bo przecież te rządowe były już stracone.
Po śmierci prezydenta światowa unia kas spółdzielczych przyznała Lechowi Kaczyńskiemu swoje najwyższe odznaczenie.
Dziennikarz ekonomiczny Maciej Samcik napisał: …Stefczyk tworzył przed wojną małe, lokalne, samopomocowe kasy, które udzielały drobnych pożyczek i pozwalały lokować pieniądze na procent lepszy, niż w banku. /…/ Być może wymaganie od SKOK-ów, żeby działały tak, jak działały przed wojną kasy Stefczyka, jest pewną przesadą albo naiwnością. /…/ Ale z drugiej strony takich banków, jakim chce być SKOK Stefczyka oraz jaki może powstać w ramach projektu „Kasy Stefczyka”, o ile zassa on także inne SKOK-i, mamy w Polsce aż za dużo. /../ nie muszą się składać na Bankowy Fundusz Gwarancyjny i nie muszą tworzyć rezerw obowiązkowych.
Odejście od samopomocowych ideałów, wielomilionowe inwestycje niezwiązane z misją SKOK-ów, niejasne przepływy finansowe, ręczne sterowanie systemem przez nieliczne grono menedżerów – to tylko niektóre wątpliwości dotyczące systemu SKOK…

Nie jestem specjalistą bankowym, ale takie informacje i opinie osób znających się na rzeczy mogą niepokoić. Tym bardziej, że tydzień temu państwowa telewizja informacyjna podała: Jeśli wejdzie w życie nowelizacja ustawy o Spółdzielczych Kasach Oszczędnościowo-Kredytowych, która daje nadzór nad nimi Komisji Nadzoru Finansowego, to wzmocni ona stabilność systemu spółdzielczych kas – wynika z raportu Banku Światowego. Ustawa czeka teraz na decyzję Trybunału Konstytucyjnego, gdzie trafiła pod koniec 2009 r., na wniosek prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Czyli to jednak nie Lech Kaczyński i nie PiS miał w tej sprawie rację.
Pytanie zasadnicze jednak nie dotyczy SKOKów samych w sobie, ale tego, czy to jest to dziedzictwo i ta spuścizna Lecha Kaczyńskiego, o którą kłócą się PiS, PJN i córka zmarłego prezydenta.


* To nie jest tekst sponsorowany.
** Jędrych należał do pionierów ruchu SKOK-ów w Polsce. W latach 1994-96 był pełnomocnikiem zarządu Fundacji PZK, która pomagała zakładać SKOK-i. Organizował kasy w ponad 80 zakładach pracy. Był także: przedstawicielem zarządu skupiającej SKOK-i Kasy Krajowej w Sopocie, wiceprezesem zarządu Dolnośląskiej SKOK we Wrocławiu, wiceprezesem zarządu SKOK Wesoła w Mysłowicach, prezesem zarządu SKOK w Katowicach. Ostatnio piastował stanowisko dyrektora regionalnego TUW SKOK i TU SKOK Życie SA w Katowicach. Tylko w ub. roku Jędrych zarobił w TUW SKOK ponad 100 tys. zł. – pisała w 2006 roku Gazeta Wyborcza.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Siedem grzechów głównych

Pierwszy popełniła kancelaria premiera, która na co dzień zarządza i zarządzała samolotami dla VIPów i inne jednostki rządowe. Nie wolno się było zgodzić na włączenie w skład delegacji do Smoleńska wszystkich dowódców wojskowych. Należało wymusić na nich by pojechali pociągiem lub polecieli innym samolotem. Nie wolno było się zgodzić na przesunięcie godziny wylotu z szóstej rano na siódmą. Byłaby nieziemska awantura, byłyby oskarżenia o poniżanie prezydenta, byłaby przedwyborcza awantura polityczna, byłoby ujadanie i kolejne kłótnie o byle co. Ale nawet w najgorszym wypadku ocaleliby dowódcy sił zbrojnych.
Drugi grzech popełniła kancelaria prezydenta. Przygotowała wizytę w sposób partacki i bezmyślny. Nawet lista pasażerów była jedna dla „tupolewa” i „jaka”, dlatego tuż po wypadku przez chwilę pojawiła się liczba ponad 130 ofiar katastrofy. Dopuszczono do godzinnego przesunięcia wylotu i spóźnienia się prezydenta o dalsze pół godziny. Urzędnicy prezydenta nie dostarczali kancelarii premiera, ani ministrowi obrony niezbędnych danych o wizycie. Ambicje pokazania swej ważności były ważniejsze.
Grzech trzeci popełnili bezpośredni organizatorzy lotu, czyli dowództwo specjalnego pułku lotniczego. Nie dołożono dostatecznie dużych starań do porządnego wyszkolenia pilotów. Zabrakło asertywności, by przekonać decydentów, że konieczne są lepsze szkolenia. Dopuszczano do łamania procedur, bo „jakoś to będzie”. Nie dopilnowano, by piloci lecący do Rosji znali tamtejsze procedury i język rosyjski, a wychodzi na to, że nie znali. Źle się stało, że nie zadbano o zestawianie załóg, które potrafiłyby lepiej ze sobą współpracować.
Grzech czwarty popełnił Lech Kaczyński i jego polityczne zaplecze. Z Katynia zrobili polityczne narzędzie wyborcze i narzędzie do walki z rządem. Gdy Putin zaprosił premiera do Katynia, od razu było wiadomo, że spotka się to z reakcją prezydenta. Wcześniej Kaczyński w roli prezydenta był w Katyniu tylko przed wcześniejszymi wyborami w 2007 roku (17 września). To była metoda, aby pokazać, kto jest prawym i sprawiedliwym Polakiem i prawdziwym patriotą oraz katolikiem. Nie było wyborów to i Lecha Kaczyńskiego w Katyniu nie było. Ambicja prezydenta, by pokazać, że to on jest ważniejszy niż premier i żeby na każdym kroku dezawuować działania rządu, była jedną z przyczyn katastrofy. Tuż po katastrofie wśród osób związanych ze środowiskiem pilotów mówiono o wcześniejszej awanturze w Gruzji i o tym, że loty z HEAD (czyli głównym pasażerem) znane były z fatalnej i wręcz wrogiej atmosfery.
Grzech piąty popełnił dowódca lotnictwa. Wiadomo było, że w ministerstwie miał kiepskie notowania, a przymierzał się do lepiej płatnego stanowiska natowskiego. Tylko prezydent mógł mu to zapewnić. To on przywitał prezydenta i zameldował gotowość do lotu. Można przypuszczać, że bardzo mu zależało na dobrych stosunkach z prezydentem. Ponad wszelką wątpliwość wiadomo, że przebywał w kokpicie w ostatnich minutach lotu. Wiadomo, że nie usiłował powstrzymać pilotów. Biernie przyglądał się, jak łamali wszelkie możliwe zasady i procedury. Skoro nie próbował tego horroru przerwać, to znaczy że go aprobował, a samą swą obecnością wywierał presję.
Grzech szósty popełnili Rosjanie. Zabrakło im odwagi, by zdecydować się na zamknięcie lotniska i stanowczą odmowę zgody na lądowanie. Wiadomo, że taka decyzja oznaczałaby skandal dyplomatyczny, bo Lech Kaczyński i jego otoczenie spróbowaliby z tego zrobić obrazę państwa, obrazę ofiar katyńskich i podejmowaliby wszelkie możliwe działania, by Rosji szkodzić. Ale przynajmniej by wszyscy żyli. Nie zdecydowali się na zamknięcie lotniska kontrolerzy, nie zdecydowali się ich wyżsi przełożeni. Wszyscy chcieli uniknąć skandalu i oskarżeń ze strony polskiego prezydenta i bezpodstawnie liczyli na rozsądek polskich pilotów. A przecież wcześniej lądował polski jak-40 łamiąc wszelkie procedury, a piloci jego zachowali się ze skrajną nieodpowiedzialnością.
Grzech siódmy i najważniejszy popełnili piloci. Nie dlatego, że zgodzili się na lot bez prognozy pogody, bo jej być nie mogło. W Smoleńsku nie było odpowiedniej lotniczej stacji meteorologicznej. Jednak piloci już w chwili startu wiedzieli o mgle. Powinni zdecydowanie naciskać na swoje dowództwo, na ministerstwo i na dysponenta samolotu, by od razu wyznaczyć lot na lotnisko zapasowe. Piloci złamali wszelkie możliwe procedury. Po pierwsze – podobnie jak piloci jaka – nie kwitowali informacji kontrolerów wysokością, to było lekceważeniem kontrolerów i jedną z przyczyn tragedii. Po drugie nie mieli prawa dokonywać nawet próby podejścia w takich warunkach. Podatność na presję psychiczną dyskwalifikuje. Nie porozumiewali się z sobą, drugi pilot sprawiał wrażenie, jak by go w ogóle nie było. Pierwszy pilot sprawiał wrażenie zahipnotyzowanego. Piloci popełnili ten największy i decydujący o wszystkim grzech. Nie umniejszając wszelkich win pośrednich, które są może bardziej istotne w aspekcie unikania takich sytuacji w przyszłości, bez tego krytycznego i ostatecznego błędu pilotów katastrofy by nie było.

Katastrofą smoleńską już dziś nic więcej ugrać nie można. Nawet najbliższe otoczenie Jarosława – brata bliźniaka prezydenta, nie wierzy w żaden zamach. Cokolwiek o śledztwie usiłuje mówić PiS i PJN to przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Czy raport rosyjski będzie zgodny z oczekiwaniami polskimi, czy nie, to nie ma już politycznego znaczenia. Większość ludzi w Polsce ma świadomość przyczyn katastrofy, a około 20% żadne raporty nie przekonają. Oni wiedzą i wierzą święcie, że ICH prezydent został zamordowany przez Tuska i Putina. Dlatego też sprawa katastrofy smoleńskiej jest już zamknięta politycznie. Oczywiście przed kolejnymi wyborami będzie znów odgrzewana jak stare kotlety, ale bez powodzenia.
Natomiast w mojej wyobraźni pojawia się jeszcze jeden winowajca, choć tego podejrzenia być może nigdy nie zweryfikujemy. Co Jarosław powiedział bratu podczas ostatniej rozmowy telefonicznej i jak to wpłynęło na dalszą część lotu?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (7 votes cast)

Litwo! Ojczyzno moja!

Napisał Adomas Mickevičius, który po litewsku znał kilka słów na krzyż. Jak do tego doszło, że polski wieszcz narodowy pisał o Litwie, jako swej ojczyźnie?
Zaczyna się to kilka wieków wcześniej, gdy Litwa – państwo pogańskie – jest na skraju upadku, a Polska nie może sobie poradzić z ekspansywnym Zakonem Krzyżackim. Chrześcijaństwo miało w dawnych wiekach ogromnie państwowotwórczą rolę. Zgodnie z jego zasadami król był pomazańcem bożym i zamach na niego był grzechem. Oczywiście niektórzy czasami ten grzech popełniali. Jednak władcy było łatwiej utrzymać władzę i założyć dynastię. W państwie pogańskim władcą zostawał najsilniejszy, najbardziej zdecydowany, często najokrutniejszy. Każdy mógł mu tę władzę odebrać, jeśli okazał się jeszcze gorszym sukinsynem. W Polsce pomocną rolę chrześcijaństwa docenił już Mieszko I, na Litwie kilkaset lat później dopiero książę Jagiełło, gdy mu się Krzyżacy do tyłka zaczęli dobierać.
Zostawszy królem Polski i ochrzciwszy Litwę, mógł być już spokojny o swoje panowanie, a i tak do końca życia pijał wyłącznie czystą wodę, jako że wina i piwa łatwo było zatruć.
Zjednoczenie Polski i Litwy dziś jest rozmaicie postrzegane po obu stronach. Nie ulega wątpliwości, że Władysław Jagiełło pomimo monarszej korony pozostał nadal Litwinem i o korzyściach swego rodowitego kraju myślał najpierw. Niektórzy historycy uważają, że taka była przyczyna dla której nie złapał Zakonu Krzyżackiego za gardło i nie zdusił do końca, gdy była taka okazja. W swej niegłupiej łepetynie myślał bowiem, że gdy wspólnego wroga zabraknie, to Polacy wypną się na Litwę, która znów straci na znaczeniu, a i Jagiełłowa sukcesja monarsza stanie pod znakiem zapytania. Dalsze dzieje polsko-litewskie toczyły się rozmaitymi torami, ale jakkolwiek by się Litwinie nie starali to ich teza o zniewoleniu Litwy przez Polskę nie zawiera ni krzty logiki. Owszem – trzeba przyznać, ze spolszczyli się mocno, zmienili swe zwyczaje, a nawet chętniej czasem polskiego używali niż litewskiego. Jednak trzeba pamiętać, że myśmy dla nich wówczas byli tym zachodem, z którego kopiuje się i mądre i głupie zwyczaje. Przecież jeszcze niedawno sami to przerabialiśmy i tylko wrodzonemu polskiemu lenistwu zawdzięczamy, że nie mówimy wszyscy po angielsku (z teksańskim akcentem).
Ten los polski i litewski wspólny był przez wiele stuleci. Raz lepszy, raz gorszy, ale wspólny. Na serio to kęsim zrobili Litwinom dopiero bracia Rosjanie za Stalina. Wiek dwudziesty przyniósł też polsko-litewski rozwód, który dla nas był bardziej korzystny, dla Litwinów mniej. Jak to po rozwodzie bywa, jedna strona – czyli my – wspomina wspólne pożycie całkiem miło. Druga zaś – wściekła i zła – traktuje te wspólne dzieje jako zło ogromne, tak widzą to Litwini.
Pojawiały się koncepcje polityczne, które miały ponownie połączyć Polskę, Białoruś, Litwę, a nawet Ukrainę w jeden organizm państwowy, w federację, która silna i zwarta mogłaby stanowić przeciwwagę dla Rosji. Koncepcje te tyleż były przyjemne dla Polski, co kompletnie bezsensowne wobec stanowczego desinteresment pozostałych stron. Ostatnim z polityków z taką koncepcją był Janusz Korwin Mikke. Jednak pomysł Federacji Międzymorza się nie ziścił. W ostatnich latach podobną koncepcję forsował prezydent Lech Kaczyński. Odwrócił się zarówno od Trójkąta Weimarskiego jak i od Grupy Wyszehradzkiej i forsował opcję jedności wschodnioeuropejskiej w ramach Unii, coś w rodzaju takiej grupy nacisku krajów tzw. Pribałtiki i Polski. Osią porozumienia miała być Litwa. Lech Kaczyński podczas swej prezydentury odwiedził ją jedenaście razy*. Do dziś zwolennicy PiS uważają ten kierunek polityczny za bardzo ważny sukces polityczny Lecha Kaczyńskiego.
Jaka jest sytuacja faktyczna? Litwa jest jedynym krajem europejskim, w którym na siłę zamienią Polakowi imię i nazwisko, jeśli tam zamieszka. Nawet w Związku Sowieckim Mickiewicz miał prawo nazywać się Mickiewicz. Na Litwie – Mickevičius. Żyjemy we wspólnej Europie i w naszym kraju coraz częściej mieszka jakiś Müller lub Smith i nie słyszałem, by kazali im zmieniać nazwiska na Młynarski lub Kowalski. Od lat pozostają nierozstrzygnięte problemy własności ziemi przez ludność polskiego pochodzenia, kwestie polskojęzycznej oświaty dla mniejszości, nazwisk i nazewnictwa. Od lat przyjazne gesty Lecha Kaczyńskiego spotykały się z konsekwentnym traktowaniem strony litewskiej. Obrazowo można to porównać do wyprostowanego środkowego palca. Kilka lat temu Orlen kupił litewską rafinerię w Możejkach, by pomóc w ten sposób Litwie uwolnić się od dominacji przemysłu naftowego Rosji. Dziś dzięki „specjalnemu” traktowaniu przez stronę litewską Orlen zaczyna się zastanawiać nad sprzedażą tego kukułczego jaja komukolwiek.
Litwini chętnie się dziś przyznają do Adama Mickiewicza, jako swego wielkiego poety, ale Polaków zdecydowanie nie znoszą i polityka zagraniczna Kaczyńskiego oraz Fotygi to kompletna klapa w tym zakresie. Ciągłe pojednawcze – żeby nie powiedzieć uległe – gesty spowodowały wręcz usztywnienie litewskiego stanowiska i coraz to bardziej nacjonalistyczne zachowania. Dziś zdaje się przyjdzie pora pokazać Litwinom, że jak Kuba Bogu…


* Litwa tym samym jest najczęściej odwiedzanym krajem przez prezydenta Kaczyńskiego.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.2/10 (5 votes cast)

Kompromitacja

Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, te słowa – wypowiedziane prawdopodobnie przez Chrystusa – przekazała nam historia w formie łacińskiej: Nemo est propheta in patria sua. Gorzko brzmią te słowa wobec faktu ukrzyżowania Go we własnym kraju przez własny naród.
Te słowa brzmią też gorzko dziś, gdy na obchodach trzydziestej rocznicy podpisania porozumień sierpniowych nie ma Lecha Wałęsy, gdy prezydent i premier kraju – uczestnicy tamtych dni – spotykają się z chamskimi gwizdami i buczeniem, gdy uczestniczka tamtych wydarzeń wołająca o umiar i rozwagę zostaje nazwana głupią krową przez smarkacza i chama z PiS.
W dzisiejszych Niemczech też nie wszystko jest zgodne z marzeniami ludzi. Choć poziom materialny jest wyższy niż u nas, to też są niezadowoleni. Są też tacy na ziemiach dawnego NRD, którzy czują się wyrzuceni za burtę, oszukani, którzy tęsknią za czasami Honeckera. Jednak, gdy rozpoczynają się obchody rocznicy obalenia berlińskiego muru, cichną malkontenci, opozycja nie wygłasza deklaracji politycznych krytykujących rząd, nikt nie mówi – że upadek muru to klęska i wstyd. Wszyscy się cieszą i obwieszczają tę radość światu i dlatego już niedługo świat zapamięta to wydarzenie jako symbol upadku reżimów socjalistycznych.
Trzydzieści lat temu w Polsce zdarzyło się coś, co zapoczątkowało wielki powrót wolności do wschodniej Europy. Wtedy niewielu miało tę świadomość. Podpisano pod presją zrywu narodowego porozumienia z władzą, powstał wielki społeczny ruch o nazwie „Solidarność”. Zapewne większość z owych dziesięciu milionów członków nie zdawała sobie sprawy z tego o jakie zmiany tak naprawdę walczono. Oni po prostu chcieli mieć wolne soboty i pełne sklepy, wydawało im się, że opróżnienie nieoficjalnych partyjnych sklepików i odebranie przywilejów w postaci talonów to wystarczający środek zaradczy na puste półki. Gdy PRL upadł, niektórzy nie byli zadowoleni, bo pełne półki oznaczały też konieczność wzięcia odpowiedzialności za swój własny los. Dziś zamiast ogromnego święta radości mamy obraz kompromitacji Polski wobec świata, który nie potrafi zrozumieć, dlaczego sukces rozpoczynający demontaż komunizmu w Europie Polacy uważają za klęskę.
Kompromitacja dotknęła nas nie tylko w wymiarze międzynarodowym. Skompromitował się dzisiejszy związek zawodowy, który bezzasadnie używa nazwy „Solidarność” – skompromitował się jako nieudolna awanturnicza bojówka PiS. Skompromitował się PiS ustami swego działacza wyzywającego Henrykę Krzywonos od głupich krów. Urodzony w 1970 roku poseł Jaworski dotychczas wsławił się jedynie żądaniem usunięcia tablicy upamiętniającej ofiary z zatopionego okrętu Wilhelm Gustloff. Z racji wieku niewiele wie, niewiele pamięta i niewiele rozumie. Z racji przynależności politycznej – nie potrafi zrozumieć nic, czego nie powie Jarosław Kaczyński. Być może pani Krzywonos jest starą i brzydką, grubą babą, ale ma duszę piękną, jak tamten sierpniowy czas roku 1980.
A pan Jaworski jest i pozostanie prostakiem.
Jarosław Kaczyński usiłował budować własną wizję „Solidarności” – z bratem na czele, bez Lecha Wałęsy. Jest to działanie wyjątkowo bezczelne w sytuacji, gdy większość świadków żyje i pamięta. Lech Kaczyński był jednym z wielu – mało ważnym wtedy i mało ważnym w miesiącach późniejszych uczestnikiem tamtych wydarzeń. Przejrzałem sobie stare roczniki tygodnika „Solidarność”. Nie pojawia się tam nazwisko Kaczyński prawie wcale. To nie był jeden z bohaterów pierwszoplanowych. Jarosław Kaczyński nie był świadkiem tamtych wydarzeń. Nie było go w stoczni. Nie należał do tamtej „Solidarności”. Nie był na tyle groźny dla ówczesnej władzy, by go internować. A dziś pisze swą własną historię, w żywe oczy kpiąc z tych, którzy wtedy naprawdę ryzykowali i walczyli. Zasady propagandy goebelsowskiej okazują się wiecznie żywe jak Lenin.
Można powiedzieć tylko jedno: Jarek pierdolisz, nie było cię tam!*


* Dosłowny cytat Władysława Frasyniuka.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.8/10 (9 votes cast)

Piramida to za mało

Uważny czytelnik zapewne będzie pamiętał moje poprzednie teksty na temat politycznej awantury, którą PiS i jego totumfaccy rozpętali pod pałacem prezydenckim, korzystając z krzyża jako dogodnego pretekstu religijnego. Jeśli ktoś chce sobie te teksty poczytać, to zapraszam.
Nie tylko ja zresztą przewidywałem sytuację obecną, także w komentarzach pojawiała się opinia, że cokolwiek zrobiłyby władze Warszawy, kancelaria prezydencka lub rząd – dla obrońców krzyża zawsze będzie za mało. Początkowo była mowa o jakiejś tablicy upamiętniającej ofiary, potem o pomniku obok istniejącego, a później usłyszałem, że zamiast pomnika księcia Poniatowskiego.
Nawet piramida zamiast pałacu, to będzie za mało dla politycznych oszołomów spod znaku PiS.
Znany portal Dobre Państwo, choć nieczynny, to wciąż pełen jest komentarzy. Pozwolę sobie jeden zacytować.
Otóż /…/ książę Józef brał udział (jako mason i zaufany króla) w spisku trzeciomajowym i ochraniając spiskowców na sali obrad sejmowych w dniu 3 maja 1791 roku. Efektem jego działań była likwidacja I Rzeczypospolitej, ze wszystkimi tego konsekwencjami, które ciągną się, niestety, aż po dziś dzień.
Jeśli oddać sprawiedliwość historii to pomnik Józefa P. powinien zniknąć, a na jego miejscu powinien powstać pomnik Lecha Kaczyńskiego. I mam nadzieję, że to kiedyś nastąpi. Nie za tej władzy oczywiście, lecz jej dni są już policzone.

Autorem tej cudownie idiotycznej wypowiedzi jest znany komentator polityczny – father boss.
Pomijam już oczywisty debilizm żądania postawienia pomnika Kaczyńskiego zamiast tego, który tam stoi obecnie. Równie dobrze można żądać zmiany hejnału krakowskiego na disco polo. Jest takie pojęcie jak zabytek. Zabytki są pod ochroną. Nawet gdyby pod pałacem stał pomnik Henryka Walezego lub Augusta Mocnego, to byłby już dziś zabytkiem.
Jednak interesująca jest interpretacja historii. Otóż według naszego specjalisty od polityki i historii Konstytucja 3 Maja to spisek (chyba masoński) przeciw Rzeczypospolitej, to przez jej uchwalenie Rzeczpospolita upadła i nastąpiły zabory. Puśćmy wodze fantazji i wyobraźmy sobie alternatywną wizję historii.
Po pierwszym rozbiorze, a doszło do niego w 1772 roku – w konsekwencji konfederacji barskiej, Polska istniała pozbawiona sporej części swych ziem. W zasadzie już wcześniej Rosja traktowała Polskę jako swe dominium i na dobrą sprawę nie była specjalnie zainteresowana rozbiorami. Siłą sprawczą były Prusy, które chciały połączyć swoje terytoria odbierając Polsce Pomorze. Całkiem spory kawałek Galicji dostało też imperium Habsburgów. Rosja dostała mniej, ale za to zapewniła sobie wpływy w słabej i nierządnej Rzeczypospolitej. To właśnie wtedy Polacy zrozumieli, ze ich państwo w zasadzie jest już marionetką w rękach carycy Katarzyny. Zaczęli to państwo reformować. Zasada, że szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie okazała się gwoździem do trumny państwa. Należało to zmienić. Ale wyobraźmy sobie, ze nie. Nie uczyniono nic. Bieda na ziemiach polskich jest coraz większa. Dobrze ma tylko warstwa szlachecka, która nadal prowadzi bezsensowną gospodarkę feudalną. Tylko w Polsce i Rosji istnieje chłopstwo pańszczyźniane. Wydajność spada. Bieda się powiększa. Zaczyna dochodzić do buntów chłopskich. Są one krwawo tłumione. Tak jak niegdyś chłopi uciekali na kresy wschodnie przed nadmiernym wyzyskiem i bezwzględnym panowaniem szlachty, tak teraz zdarzają się ucieczki na zachód. W zaborze pruskim i austriackim żyje się lepiej. W Polsce zmiany społeczne coraz bardziej przypominają te w Rosji. Władza sprowadza się do ściągania profitów. Po kilkunastu latach polski król staje się generalnym gubernatorem rządzącym w imieniu carycy Katarzyny, która swe wojska przysłała do stłumienia chłopskich powstań. Poproszona została przez szlachtę, bo polska słaba armia nie była w stanie sobie poradzić. W rezultacie początek wieku dziewiętnastego zastaje Polaków w kraju należącym do Rosji. To z kolei powoduje niezadowolenie Prus i Austrii, bowiem wbrew ich interesom potęga Rosji urosła za bardzo. Polski niepodległej nie ma, jest wasal Rosji. Dalsze rozważania wprowadzają już zbyt wiele niewiadomych. Całkiem prawdopodobne, że wojna między tymi mocarstwami wybuchłaby o pięćdziesiąt lat wcześniej i nie byłaby tak krwawa, ze względu na mniejszy stopień zaawansowania technologicznego. Być może rewolucja komunistyczna wybuchłaby wcześniej. I być może Polska byłaby w tej rewolucji jedną z sił wiodących – bowiem nędza społeczeństwa doprowadziłaby też do niekontrolowanego wybuchu nienawiści do klas wyższych. Masowo wymordowałoby arystokrację, szlachtę i duchowieństwo. Trudno sobie nawet wyobrazić dalszy rozwój akcji.
Konstytucja 3 Maja dawała jakąś szansę na reformę państwa. Polska – choć okrojona – miała szansę odbudować się. Interesy Prus, Austrii i Rosji były sprzeczne, więc była możliwość, iż będą szachować się wzajemnie. Niestety obrońcy prawdziwej wolności szlacheckiej zawiązali konfederację w Targowicy i zwrócili się do Katarzyny Drugiej o interwencję. Explicite – poprosili obce państwo o zbrojny najazd na własny kraj. To tak dla jasności, co popiera father boss w historii naszego kraju. Można się tylko zastanawiać, jak się to ma do podejrzewania Rosji o zamach na Lecha Kaczyńskiego i czy łatwo żyć z takim rozdwojeniem jaźni.
Książę Józef Poniatowski był niewątpliwie patriotą, dla służby swej ojczyźnie zrezygnował z kariery w cesarstwie austriackim. Można zastanawiać się nad naiwnością Polaków, którzy w Napoleonie widzieli zbawcę i szansę dla Rzeczypospolitej, ale nie można wątpić w jego patriotyzm. Dla Polski żył i dla Polski zginął i słusznie postawiono mu pomnik.
Dziś już znamy wyniki sondaży, które mówią, że koło 70% rodaków w ogóle nie chce, żadnego pomnika w Warszawie, a już w ogóle przed pałacem. Pozostali dzielą się na tych, którzy dopuszczają możliwość postawienia pomnika, ale niekoniecznie miałby to być pomnik Kaczyńskiego i niekoniecznie na Krakowskim Przedmieściu oraz tych, dla których i piramida to za mało.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.7/10 (7 votes cast)

Dobre państwo

Ponad dwadzieścia lat temu odzyskaliśmy państwo i do dziś nie wszyscy z tego się cieszą. Niczym natrętna mucha kołacze mi się wciąż w głowie taka myśl, że ci wszyscy strajkujący w roku 1980 to naprawdę walczyli o socjalizm, tylko chcieli się zamienić na role z partyjnymi aparatczykami. Przez ponad trzydzieści lat było dobrze tylko partyjnym bonzom, więc strajkujący chcieli odwrócić sytuację. Gdyby ktoś mógł im w czarodziejskim zwierciadle pokazać przyszłość – kapitalizm, konkurencję, problemy, zapewne podkuliliby ogony pod siebie i chyłkiem wrócili to tego, co stare, kiepskie, ale dobrze znane. Pamiętam jak dziś obiecywane przez Wałęsę sto milionów dla każdego. Jaka jest radość ze stu milionów, które ma każdy? Żadna, nie przybędzie od tego dóbr, a ceny wzrosną i inflacja poszybuje na wysokość Himalajów. W tym sensie to na początku lat dziewięćdziesiątych wszyscy mogliśmy poczuć się milionerami i sto milionów Wałęsy nie było potrzebne.
Patrząc na początki tej polskiej demokracji, już wtedy można było zauważyć, że choć socjalizm na dobre jeszcze nie odszedł, to niektórzy mocno za nim tęsknią. Po trochu to historia koło zatoczyła i było jak u Kaden-Bandrowskiego – radość z odzyskanego śmietnika.
Dwadzieścia lat to mgnienie oka w życiu państwa i cała epoka w życiu człowieka. A w państwie było jak w piosence Jerzego Stuhra rządzić każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej. Lepiej lub gorzej zmieniała się Polska przez te lata. Punktem zwrotnym okazały się wybory, w których wygrali bracia Kaczyńscy.

No i się wtedy zaczęło. Okazało się szybko, że partia braci Kaczyńskich ma monopol na moralność, na prawdę historyczną, na rację polityczną, a w zasadzie to na wszystko. Jako antidotum powstała wówczas strona Spieprzaj Dziadu, która była źródłem prawdy nieocenzurowanej poprawnością polityczną i wymogami politycznego kunktatorstwa. Serwis satyrycznie podsumował całą ideę IV RP, którą w zasadzie skompromitowało wszystko – od nieznajomości słów hymnu po nieszczęsną katastrofę. Założyciel serwisu zdecydował wówczas o zamrożeniu strony i w jej miejsce powołał stronę Dobre Państwo. Pojawiały się tam tematy bieżące, które wielu internautów komentowało, a byli wśród komentatorów zwolennicy bardzo różnych opcji politycznych. Niedawno twórca tej cennej inicjatywy – żartobliwie zwany Ojcem Dyrektorem – ogłosił, że ma już dość, że dalej nie zamierza prowadzić strony. Swój wywód zakończył słowami:
Co dalej? Ja idę odpoczywać, strony pozostają w stanie dotychczasowym. Muzeum będzie czynne tak długo, jak długo będą Kustosze. Tak czy inaczej, wszystko zostaje w sieci na przestrogę i dla nauki kolejnych pokoleń.
Nie dziwię się, czasem po kilku dniach spędzonych z dala od telewizji, od internetu i komputera, wcale nie mam ochoty dowiedzieć się co nowego w polityce. Dobrze, że Muzeum IV RP pozostanie w sieci.
Jednak dobrze byłoby wykorzystać inicjatywę Dobrego Państwa. Stworzyć forum dyskusyjne i serwis monitorujący politykę. Nawet bowiem, gdy zwyciężają w wyborach nasi faworyci, to dobrze im patrzeć na ręce. W końcu to my – wyborcy jesteśmy pracodawcami.
Dziś mamy wciąż płonący konflikt o krzyż, pomnik, monument lub piramidę pod pałacem prezydenckim. To pokazuje, że Muzeum IV RP nie może jeszcze odejść do annałów historii. Być może teraz potrzebna jest akcja tysięcy wyborców, którzy dadzą znać władzom państwa, że nie życzymy sobie przebudowy. Nie chcemy kiczowatego monumentu zasłaniającego pomnik księcia Józefa. Nie zgadzamy się na likwidację pomnika Poniatowskiego. Nie pozwalamy na jakiekolwiek manipulacje tą przestrzenią, która należy w całości do nas, a nie do grupki głupowatych fanatyków.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (9 votes cast)

Teraz historia

Tydzień żałoby narodowej upłynął w telewizjach państwowych i publicznych pod znakiem wspominania prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Redaktorzy, komentatorzy i politycy zgodnie z niepisaną polską tradycją mówili tylko dobrze.
A nawet jeszcze lepiej.
Autentyczna dyskusja odbywała się tylko w internecie. Nie ma co ukrywać, nie zawsze była prowadzona na najwyższym poziomie. Emocje sięgnęły zenitu, gdy ogłoszono kontrowersyjną decyzję kardynała Dziwisza o pochówku prezydenckiej pary na Wawelu. W zacietrzewieniu niektórzy zapominali nie tylko o dobrych obyczajach, zdrowym rozsądku, ale i elementarnej wiedzy historycznej. Jako argument za podawano prezydenta Narutowicza, który też zginął tragicznie, zapominając przy tym, że nie został on pochowany na Wawelu. Jako przykład kontrowersji podawano stosunkowo niedawny pogrzeb Czesława Miłosza, tyle że on również nie spoczął na Wawelu. Z kronikarskiego obowiązku odnotuję, że tą porażającą wiedzą historyczną popisywali się zwykle wielbiciele zmarłego prezydenta.
Dziś już prezydentura Lecha Kaczyńskiego przeszła do historii. Minęły kontrowersje i spory, teraz już pozostawimy ocenę historii. Jak zostanie oceniony prezydent Kaczyński i czy za lat sto nasi potomkowie pozostawią go na Wawelu, tego nikt z żyjących dziś nie doczeka. Jednak Starożytni nie przypadkiem mówili historia magistra vitae est. Skoro historia ma być nauczycielką życia, to dajmy jej szansę.
Zebrałem opinie zwolenników prezydentury Kaczyńskiego znalezione podczas dyskusji prowadzonych w ostatnim tygodniu, a które mają uzasadniać heroizm postaci uprawniający do pochówku na Wawelu.
– Akcja podjęta przez prezydenta zatrzymała rosyjskie czołgi pod Tbilisi. Dzięki jego szybkiej reakcji i zebraniu poparcia innych prezydentów Europy wschodniej Rosjanie zatrzymali się i Gruzja nie straciła niepodległości.
Prawda jest prozaiczna, Rosjanom zależało na Abchazji i Osetii oraz osłabieniu Gruzji, nie zamierzali likwidować państwa gruzińskiego. Na dodatek wojnę wywołał prezydent Saakaszwili, a nie Rosja.
– Następną zasługą jest umocnienie polskiej tożsamości i dumy narodowej.
Jest to mało konkretne i kontrowersyjne. Dla mnie kłócenie się z połową Europy, wysyłanie na negocjacje pani Fotygi, która samą miną zniechęcała do rozmów, nie podnosiło mojego samopoczucia jako Polaka.
– Konsekwentna polityka budowania porozumienia z państwami Europy środkowo-wschodniej.
Rezultaty tej polityki widać było na Litwie kilka zaledwie dni temu. Pomimo rekomendacji rządu i osobistej wizyty Lecha Kaczyńskiego litewski parlament odrzucił ustawę zezwalającą na pisownię nazwisk zgodnie z oryginalnym ich brzmieniem. Jednym słowem Kowalski będzie na Litwie dalej nazywać się Kowalskas. Ogromny to afront i klęska przyjaznej polityki Kaczyńskiego. Niestety trudno wskazać jakiekolwiek korzyści dla Polski z tej polityki.
Skuteczna walka o polskie interesy w Unii. A szczególnie przedłużenie nicejskiego systemu głosowania i wprowadzanie tzw. Joaniny.
Te rzekome ustępstwa Unii na rzecz Kaczyńskiego miały swój późniejszy finał. Po pierwsze prezydent nie podpisał przez długi czas Traktatu z Lizbony, choć został on wcześniej ogłoszony jako wielki sukces. Kosztem ustępstw była zgodna na płatności Polski związane z późniejszymi umowami klimatycznymi, a które z wielkim trudem rząd Tuska potem odkręcił.
– Walka z komuną. Udział w ruchu Solidarności, walka z tzw. układem Okrągłego Stołu oraz agentami w WSI i wszechobecną rolą tajnych współpracowników bezpieki.
Faktem jest, że bracia Kaczyńscy udzielali się w latach osiemdziesiątych, ale nie należeli do pierwszego szeregu walczących. Z łatwością znajdziemy wielu innych dawnych opozycjonistów w polityce. Z układem okrągłostołowym Lech Kaczyński walczył tak, że sam brał w nim udział. Był jednym z negocjatorów przy tzw. stoliku związkowym. Co do wszechobecnej roli tajnych współpracowników, to można powiedzieć tyle, że ze spiskowymi teoriami trudno jest dyskutować. A jeśli prezydent był ich zwolennikiem, to tym gorzej dla oceny jego prezydentury.
– Polska solidarna.
To niestety puste hasło. Oczywiście prezydent nie odpowiada bezpośrednio za politykę gospodarczą, ale to jego opcja nie przeprowadziła wielu potrzebnych zmian, skupiając się na walce z rzekomym układem. Ta solidarna Polska, która miała być nie tylko dla bogatych, objawiła się np. ustawą o zwolnieniach podatkowych od darowizn, która to ustawa przyniosła wyraźne korzyści wyłącznie bogatym.
– Poprawa relacji z Izraelem. Praca na rzecz likwidacji niesprawiedliwych mitów o polskim antysemityzmie.
To jest jak na razie jedyny prawdziwy i pozytywny argument na rzecz tej prezydentury. Choć jednocześnie młodzieżówka koalicjanta brata prezydenta równie skutecznie psuła ten wizerunek Polski „zamawiając pięć piw tradycyjnym rzymskim gestem”.
– Polityka medalowa, Przyznawanie orderów i odznaczeń tym, o których poprzednie władze zapominały.
Jest w tym trochę prawdy, ale w polityce medalowej dominowały kontrowersyjne decyzje. Do samej śmierci zwlekał ze zgodą na przyjęcie Legii Honorowej przez Hannę Gronkiewicz-Waltz. Zamieszanie podczas przyznawania odznaczenia za pobyt na Syberii dla generała Jaruzelskiego było żenujące. Generałowi ten medal się należał, niezależnie od tego, jak oceniano jego późniejszą działalność polityczną. Przyznanie odznaczenia awanturnikowi związkowemu – niejakiemu Guzikiewiczowi było skandalem. Wśród odznaczonych było wiele kontrowersyjnych osób, przez to wielu zasłużonych odmawiało przyjęcia medali i orderów. Więcej było z tą medalową polityką problemów niż jej plusów.
– Zablokowanie rządowych ustaw dotyczących służby zdrowia, czyli ukrócenie lewych interesów Platformy Obywatelskiej.
Argument polityczny i pozytywny tylko dla zwolenników PiS. Brak dowodów na takie zarzuty, za to pewne jest, że zostały zatrzymane niektóre niezbędne reformy w służbie zdrowia.
– Zmusił świat do uznania zbrodni katyńskiej. Zmusił Rosjan do przewartościowania własnej historii.
Nie wiem, czy taki sukces był wart prawie stu istnień ludzkich. To nagłośnienie zbrodni katyńskiej dokonało się bowiem po tragicznej katastrofie w Smoleńsku. Zaś zmiana stosunków polsko-rosyjskich była bardziej sukcesem polityki zagranicznej rządu. Wystarczy przypomnieć, że kilka dni wcześniej na wspólnych uroczystościach rocznicowych w Katyniu był premier Tusk zaproszony przez premiera Putina.
To są fakty. Fakty te mówią jednoznacznie. To była kiepska prezydentura. Poparcie dla Lecha Kaczyńskiego było zbyt małe, aby zapewnić mu wybór na drugą kadencję. Polacy bardzo już chcieli innego prezydenta. Pamiętajmy o tym, gdy przyjdą wybory i gdy kandydat PiS będzie wyborcom propagował kontynuację idei IV RP. To był zdecydowanie zły pomysł i nie pozwólmy na jego kontynuację.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)