Kim będę, jak dorosnę?

Każdy z nas odpowiadał kiedyś na to pytanie. W gronie kilkulatków, którzy ledwo rękami oderwali się od ziemi i całkiem niedawno zaczęli mówić, dominuje oczywista odpowiedź: strażakiem! Rzadziej policjantem.Jeśli ktokolwiek z dorosłych zadałby sobie odrobinę trudu, by przedrzeć się przez dziecięcy i niedoskonały język, aby znaleźć motywację, okaże się, że wabikiem jest lśniący czerwony samochód jadący na sygnale. Policyjny samochód też jeździ na sygnale ale nie jest tak efektowny. Kilkulatkowie dawniej odpowiadali też bardzo często: maszynistą. Parowozy były ogromne, tajemnicze, buchały parą i niesamowicie głośno gwizdały, wjeżdżając na perony. Dzisiejsze pokolenie kilkulatków nie ma pojęcia, co to parowóz, więc nie chce zostać maszynistą. Ja chciałem.
Nie można pominąć maluchów płci żeńskiej. Ich odpowiedzi są często całkiem inne. Bardzo częstym wyborem jest pielęgniarka. To ją widać bardziej niż lekarzy, chodzi w białym kitlu i robi zastrzyki, które doprowadzają chłopców do płaczu. Czyżby już wtedy budziła się kobieca chęć rewanżu za męską dominację? Częsta odpowiedź dziewczynek to także nauczycielka i przedszkolanka. To bardziej realne i sięgające bliżej przykłady. To są także zawody mające pewną władze nad dziećmi. A może po prostu w dziewczynkach wcześniej budzi się poczucie potrzeby społecznej przydatności, a nie blichtr i światełka? Bo przecież nauczycielka nie jeździ czerwonym samochodem na sygnale.
Gdy dzieci dorastają, często zmieniają się też preferencje. Chłopcy na zawarte w tytule pytanie częściej odpowiadają: żołnierzem, piłkarzem, kierowcą wyścigowym. Zaczyna pojawiać się chęć przeżywania czegoś wyjątkowego. Tata jeżdżący autobusem miejskim, dzień po dniu, od przystanku do przystanku to żaden przykład. Ani ten, który z teczką codziennie idzie do biura. Dziewczynki coraz częściej chcą być aktorką, piosenkarką, tancerką. To również pragnienie innego – niż zwyczajne – życia. Mama stojąca za ladą sklepową, nauczycielka, pielęgniarka? To już nie są atrakcyjne wzory, bo dzieci zdążyły zrozumieć, że za tymi zawodami kryje się praca, nie zawsze ekscytująca.
Kilkadziesiąt lat temu nastoletni chłopcy bardzo chcieli chcieli zostać kosmonautami. Jednak większość z nich rezygnowała z pomysłu, gdy dowiadywali się, że taki kosmonauta to musi mieć w małym palcu matematykę, fizykę i mieć porządne wykształcenie inżynierskie? Inżynierskie? Takie jak tata, który kreśli jakieś nudne projekty w sobotnie wieczory?
Niezależnie od tego, jak bardzo chcielibyśmy dzieciom wpajać etos służby społecznej i użyteczności, okazuje się, ze bardziej przyciąga je blichtr, wyjątkowość, ekscytacja. Czy kilkulatek, który wiedziałby, że strażak przez większość czasu wykonuje różne ćwiczenia, a interwencje częściej polegają na zdejmowania kota z drzewa lub ścinania pnia, który przygniótł samochód lub spadł na płot, ewentualnie posypywaniu szosy piaskiem po stłuczce samochodowej, a jeżdżenie na sygnale zdarza się rzadko, nadal chciałby zostać strażakiem?
Z odpowiedzią na pytanie, kim chciałbyś zostać, gdy dorośniesz, jest tak jak z wiarą w Świętego Mikołaja. Dopóki wierzymy, że on istnieje, nasza wyobraźnia ma skrzydła. Przez kilka tygodni przedgwiazdkowych możemy dostać wszystko pod choinkę. Gdy już wiemy, że to rodzice kupują prezenty, nie marzymy o elektrycznej kolejce, bo rodziców nie stać. Marzenia się kurczą, szarzeją…
Gdy dzieci dojrzewają, zaczynają sobie zdawać sprawę, że ich dawne odpowiedzi na pytanie: kim chciałbyś zostać, zaczynają się dezaktualizować. Krótkowidz nie zostanie pilotem, pielęgniarka to nie jest zawód dla kogoś, kto mdleje na widok krwi, nawet brak zamiłowania do matematyki może kogoś wyeliminować z dawniej wybranego zawodu. Co gorsza, kariera zawodowa zależeć może nie tylko od zdolności i wykształcenia, ale od zbiegu korzystnych lub niekorzystnych okoliczności lub znajomości rodziców. Święty Mikołaj już nie istnieje.

Mój profesor z liceum mówił: przede wszystkim – po pierwsze – bądź człowiekiem. Możesz być człowiekiem wierzącym lub nie, należeć do takiej lub innej wspólnoty religijnej – to po drugie. Możesz być obywatelem i patriotą, to po trzecie. A potem także członkiem takiej lub innej partii, stowarzyszenia, klubu, czy czego tam chcesz… możesz wykonywać taki lub inny zawód, ale przede wszystkim bądź człowiekiem.
To było dawno temu, w kraju przeszłości i można by sądzić, że ta nauka – unikająca konkretnych odniesień do „tu i teraz” – jest nieco asekurancka. Ja jednak sądzę, że On po prostu wiedział. Wiedział, że ideologie przemijają, zmieniają się partie i religie, a ten podstawowy nakaz pozostaje.

Więc kim chcesz być, jak dorośniesz?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.8/10 (8 votes cast)

Język i świat

W pewnym dość znanym serialu kryminalnym, którego akcja rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych, jeden z odcinków opowiada o dochodzeniu prowadzonym przez agenta FBI wspomaganego przez naukowców ze Smithsonian Institution, a sprawa dotyczy śmierci młodej Japonki. Gdy już udaje się identyfikacja zwłok, z Japonii przybywa brat zabitej i japoński naukowiec – kryminolog – doktor Tanaka. Ten wstęp niestety wprowadza w błąd czytelnika, bo użycie języka polskiego sugeruje, że doktor Tanaka to mężczyzna. W filmie nie jest to oczywiste, ponieważ doktor Tanaka to młoda osoba, której płci nie identyfikuje ubiór ani fryzura. Wygląda jak postać z mangi. I Amerykanie, którym pomaga – w sposób sprawny i fachowy – rozwiązać zagadkę zabójstwa młodej Japonki, do końca nie mają pojęcia, czy jest kobietą, czy mężczyzną. Aby nie okazać grubiaństwa nie zadają bezpośredniego pytania, więc nie dowiadują się tego do końca.
Zauważmy, że w języku polskim byłoby to kompletnie niemożliwe. Tylko czasowniki w czasie teraźniejszym oraz dokonane w czasie przyszłym nie mają rodzaju. Już pierwsze użycie czasu przeszłego zmusiłoby doktora lub doktor Tanakę do określenia swojej płci, a przecież nie można omawiać skomplikowanych zagadnień kryminalistycznych operując wyłącznie czasem teraźniejszym i przyszłym dokonanym.
Angielski jednak to umożliwia, ponieważ czasowniki nie zawierają informacji o rodzaju, a ponadto angielskie pojmowanie rodzajów bywa dziwne dla kogoś wychowanego w polskim kręgu językowym. Na przykład statek (ship) to jest po angielsku ona (she), choć po polsku jest to rodzaj męski, ale nieosobowy, więc zgodnie z naszą logiką oczekiwalibyśmy angielskiego to (it).
W języku polskim rodzaj jest tak bardzo związany z czasownikami, że nieznajomość czyjejś płci może być deprymująca. Dawno temu w czasach dzieci-kwiatów, gdy i w Polsce modna była odzież unisex, a chłopcy i dziewczęta nosili jednakowo długie włosy, moja rodzicielka w autobusie miejskim, chcąc się dopchać do kasownika biletów, natrafiła na osobę płci niewiadomej, ubraną w długie spodnie dzwony, kwiecistą bluzkę i z długimi blond włosami. Na dodatek osoba ta miała gładką twarz i duże przeciwsłoneczne okulary. Skonsternowana rodzicielka zapytała więc: „Czy ono mogłoby się posunąć, bo chcę skasować bilet?”
Anegdotki i wspomnienia mamy już za sobą. Podałem przykłady, ale wciąż nie jest zapewne jasne po co. Dawno temu w czasach ogólniaka, gdy moja przyszłość rozgałęziała się w wielu możliwych kierunkach, trafiłem na tekst, w którym pojawiała się ogólnie sformułowana teoria dotycząca językowego obrazu świata. Pamięć mnie dziś zawodzi. Może to był Eliade, może Humboldt… w każdym razie poczułem się wówczas, jakby mnie jasny piorun strzelił. Zrozumiałem, że jeśli chcę zrozumieć świat, w którym żyję, to studia językowe są oczywistym wyborem.
Wpływ języka na sposób myślenia i zachowanie ludzi posługujących się nim jest bezpośredni i oddziaływa na świadomość człowieka oraz kształtuje jego obraz rzeczywistości.

Społeczeństwa posługujące się odrębnymi językami „żyją w różnych światach, a nie w jednym świecie, który opatrzony został odmiennymi etykietkami”. Nasze „nawyki językowe” z góry narzucają nam pewne wybory i interpretacje rzeczywistości, dlatego widzimy, słyszymy i doznajemy tak właśnie, jak zakłada system naszego języka (Edward Sapir).

Ten pogląd nazywany jest hipotezą Sapira-Wharfa, a mocniej teorią determinizmu językowego. Choć wielu naukowcom wydaje się do dziś zbyt rewolucyjna, to przyglądając się rzeczywistości, znajdujemy często jej potwierdzenia.
Dziś w Polsce często zauważamy, że społeczeństwo jest podzielone, a linią podziału jest stosunek do działań Prawa i Sprawiedliwości. Niektórzy zauważają, że sprawia to wrażenie, jak by dwie grupy społeczne egzystowały w całkowicie różnych światach i pomimo podobieństwa słów mówiły innymi językami. Nie jest to wcale tak absurdalne, jak wygląda na pierwszy rzut oka. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, pracując jako nauczyciel, badałem tzw. zasób słownictwa czynnego i biernego absolwentów szkoły podstawowej. Słownictwo czynne to słowa, które rozumiemy i używamy, zaś bierne to tylko te, które rozumiemy, gdy ktoś do nas mówi (lub gdy czytamy). Według mnie w tamtym czasie przeciętny ósmoklasista miał 400 słów w zasobie słownictwa czynnego i od osiemset do tysiąca w zasobie słownictwa biernego. Eufemistycznie mówiąc nie jest to imponujący wynik, jeśli zważymy, że w słowniku języka polskiego znajduje się około 130 tysięcy haseł. I w ten sposób dochodzimy do sedna problemu. Zwolennikami PiS są przede wszystkim ludzie słabo wykształceni o mizernych kompetencjach językowych, dlatego też do nich trafia uproszczony przekaz wartościujący. My – Polacy i katolicy, tradycja, chrześcijaństwo i wartości rodzinne. Oni – obcy, gender, ateizm, homopropaganda, zło, islam, terror, rozpad i śmierć.
My – dobra zmiana. Oni – oderwani od koryta. Politykom PiS pomaga też używanie typowo komunistycznej nowomowy, do której polskie społeczeństwo nawykło przez kilkadziesiąt lat istnienia PRL. Ta grupa społeczeństwa, którą przerasta zbyt skomplikowany obraz świata, bo nie potrafi go zwerbalizować, nazwać i określić jego złożoności za pomocą przyswojonych przez siebie czterystu słów, jest wdzięcznym obiektem manipulacji dla politycznej propagandy ludzi Jarosława Kaczyńskiego. Nic też dziwnego, że druga grupa stojąca na przeciwległym biegunie politycznym jest zróżnicowana, bo w ich wizji świata jest miejsce na lewicę i prawicę, na religijność i ateizm, na różne partie, które rację mogą mieć tylko częściowo. Są zatem podzieleni. Rozumieją i potrafią nazwać złożoność otaczającego ich świata, ale nie potrafią zrozumieć uproszczeń i przekłamań, którymi posługuje się druga strona politycznego sporu.
Odwołując się do teorii determinizmu językowego można też wyjaśnić, dlaczego właśnie w krajach słowiańskich występuje najwięcej problemów związanych ze sprawami tzw. płci społecznej, a szerzej z tym, co określa się mianem gender. To nie tylko tradycyjna religijność Polaków lub wpływ cerkwi na Rosjan. Nie tylko wpływ restrykcyjnego pod względem kwestii płci systemu komunistycznego, który przez dziesiątki lat kształtował świadomość ludzi. Bardzo duży wpływ ma także system językowy, który właśnie w językach słowiańskich nierozerwalnie wręcz związany jest rodzajowymi formami czasowników. U nas bowiem tylko w przypadku małego dziecka dopuszczalne jest jego określenie rodzajem nijakim, ale zawsze dąży się do możliwie szybkiego sprecyzowania, czy to dziecko to dziewczynka, czy chłopiec.
Dziś często hipotezę Sapira-Wharfa się krytykuje w środowiskach antropologów i socjologów, a tymczasem Polska stała się doskonałym przykładem, jak kompetencje językowe mogą wpływać na postrzeganie i ocenę rzeczywistości.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Sztuka sakralna

Od zarania ludzkości splatają się w życiu człowieka dwie strefy – sacrum i profanum. I choć od zawsze dążymy do sacrum, nie jesteśmy w stanie uwolnić się od profanum. Taka już nasza ludzka natura. Rzeczywistość skrzeczy. Jeść trzeba, a więc i jedzenie zdobywać, jak już się najemy, to chce się chędożyć, a potem z tego chędożenia jest potomstwo, więc znów pojawia się kwestia zdobywania jedzenia, a w naszych europejskich warunkach jeszcze jakiegoś dachu nad głową. I tak się miota ta ludzka istota.
Już przed tysiącami lat nasz przodek brał do ręki kamienny toporek i w wolnej chwili ciosał jakiegoś bałwana, któremu się potem w pas kłaniał. Czasem też wraz ze współplemieńcami pląsał poprzebierany i pomalowany w takt bębnów wokół tego wymalowanego kloca. Taka to była siła tego sacrum.
Gdy już nastąpiło chrześcijaństwo, a poziom cywilizacji też był inny niż w zamierzchłej prehistorii, kolejni nasi antenaci miewali nieodpartą potrzebę wspięcia się na wyżyny sacrum. Taki Michał Anioł na przykład malował kościelne sufity, a że sacrum myliło mu się nieraz z chędożeniem, które też lubił, to malował boskie postaci na golasa.
Z kolei polski malarz Jan Styka, który prócz współautorstwa „Panoramy Racławickiej” ma na swoim koncie przede wszystkim obrazy religijne, tematykę religijną malował na klęczkach, aby tym bardziej zbliżyć się do sfery sacrum. W artystycznym środowisku krążyło wiele anegdot wykpiwających jego dewocyjną pobożność. Jedna z nich mówiła, że malujący Styka zobaczył Boga, który pogroził mu palcem i rzekł: „Styka, ty mnie nie maluj na klęczkach, ty mnie maluj dobrze”.
jp2
Niestety jak widać Bóg rzadko objawia się współczesnym artystom dążącym do sacrum. I dlatego właśnie nasz kraj przepełniony jest koszmarnymi krasnalami ogrodowymi rozmaitej wielkości, które wszystkie pretendują do miana pomników Karola Wojtyły, czyli jedynego prawdziwego papieża polskich katolików.
Inni z kolei w tej zaiste świętej pasji utrwalają rozmaite bohomazy na ścianach budynków. Im większych, tym lepiej. Tak jak ci wspaniali czciciele, którzy usiłowali na ścianie hotelu pielęgniarek w Krakowie, przedstawić postaci świętych – Faustyny i Karola Wojtyły.
I taka się refleksja na myśl ciśnie, że może czasem mniej nam sacrum potrzeba, a więcej profanum. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Czym się różni wrona?

Tym – że ma jedną nóżkę bardziej. To ulubiony niegdyś dowcip studentów polonistyki przez profanów nazywany dowcipem abstrakcyjnym, ponieważ zupełnie nie potrafili zrozumieć, na czym polega. W terminologii literackiej jest to tzw. humor językowy, który polega na różnym od słownikowego użyciu jakiegoś słowa lub związku frazeologicznego. Język angielski aż roi się od dowcipów tego typu, niestety, nasz język jest pod tym względem dość ubogi. Dlatego też slogan reklamowy be more przetłumaczony na polski jako bądź bardziej brzmi przynajmniej głupio, skoro nie jest przykładem humoru językowego.
Kiedyś modne było powiedzonko kierowane do gościa, który przychodził jesienną lub zimową porą: rozpłaszcz się. Bazowało na podobieństwie do archaicznej już formy rozdziać się (rozdziewać się), co oznaczało zdjąć z siebie ubranie. Dowcip polegał na tym, że czasownik płaszczyć się, pochodzący od przymiotnika płaski, oznaczał upokarzać się dla jakiejś korzyści, poniżać się przed kimś (najczęściej przełożonym, mającym władzę itp.). Niestety to dowcipne językowe powiedzonko straciło szybko rację bytu, gdy – mówiąc językiem Mickiewicza – zawędrowało pod strzechy. Mówiąc językiem Jacka Kurskiego*, gdy ciemny lud to kupił. Lud nie łapał niuansów językowych i zaczął używać zwrotu całkiem poważnie, a to już był zwyczajny błąd językowy.
Ale cóż w tym dziwnego, skoro żyjemy w kraju, w którym połowa mieszkańców robi błędy takie, jak Lech Wałęsa, a druga połowa takie, jak Jarosław Kaczyński**.

* Być może za sto lat ktoś będzie czytał mój tekst i zada sobie pytanie: A kimże do cholery był Jacek Kurski? Wtedy należy sięgnąć do Encyklopedii lub podręcznika historii i przeczytać rozdział o upadku gospodarczym i politycznym Polski w XXI wieku oraz o człowieku, który do tego doprowadził. A gdy już drogi czytelniku dotrzesz do nazwiska Kaczyński, które nosił twórca ideologii upadku i zniszczenia, to wyjaśnię ci, że Kurski był jednym z licznych jego sługusów.
** Drogi czytelniku z przyszłości, jeśli przeczytałeś już przypis pierwszy i dalej nie wiesz kim był Kaczyński, to zapewne jesteś nieukiem. Jednak nie przejmuj się, skoro należysz do umiejących czytać, nie jest tak źle.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.9/10 (8 votes cast)

Monolit

A według ciebie z jakiej przyczyny wyszliśmy z jaskiń? Bo niby była to kolektywna decyzja? /…/ Belfer, czekaj , czekaj! A gdzie załatwiłeś kwestię zejścia z drzewa?
prawdziwy berg*

Pamiętacie początek filmu 2001 Odyseja kosmiczna? Film zaczyna się w czasach prehistorycznych. Pewnego dnia pojawia się tajemniczy monolit. Ze zdumieniem wpatrują się weń koczujące nieopodal małpoludy, jak można się domyślać, symbolizują praprzodków gatunku ludzkiego.

Monolit

Monolit

Jak okazuje się z kolejnych wydarzeń w filmie, monolit ma tajemnicze właściwości. Później bowiem ludzkość znajduje drugi na Księżycu. Zafascynowane monolitem małpy stają się potem uczestnikami potyczki z innym plemieniem podobnych małpoludów. Jeden z małpoludów – jak się domyślamy, monolit był katalizatorem – chwyta za gnat obgryzionego do kości mastodonta i wywija nim w boju.

Początek ludzkości

Początek ludzkości

Film oglądałem w gronie znajomych. Studentów. Mieliśmy wówczas fascynujące wykłady Jana Drzeżdżona z teorii kultury i może nie tak fascynujące, ale erudycyjne ćwiczenia z tego przedmiotu z docentem, którego nazwiska nie pomnę. Jako przyszli poloniści zachwyciliśmy się paraboliczną wręcz metaforą. Genialne. Początek ludzkości, moment przełomowy w rozwoju, ukazany tak pięknie.
Wówczas wszystkim przemówiło do wyobraźni przesłanie filmu. Małpolud zaczął przeistaczać się w człowieka, gdy po raz pierwszy wykorzystał jakiś przedmiot jako narzędzie. W wersji pesymistycznej – jako broń. Poglądy jednak się zmieniają. Pozwolę sobie zacytować Cypriana Kamila Norwida:
Gdy z wiosną życia duch Artysta
Poi się jej tchem jak motyle,
Wolno mu mówić tylko tyle:
„Ziemia jest krągła — jest kulista!”

Wiosna przeminęła, mój światopogląd został w istotny sposób wzbogacony o wiedzę z wielu dziedzin. Rozmaite teorie filozoficzne, z których dziś już niewiele zostało w mojej głowie, na pewno przyczyniły się do rozlicznych moich rozważań na temat źródła ludzkiej natury. Szczególne znaczenie miała książka Desmonda Morrisa Naga małpa. Nie, żadnych poglądów z niej nie zaczerpnąłem. Jednak – pozwolę sobie na lekki kicz poetycki – była ona plemnikiem, który zapłodnił jajo mojej wizji świata.
Odszedłem od technokratycznej koncepcji istoty ludzkiej i dziś nie sądzę, że to używanie i wykonywanie narzędzi (broni) jest symbolicznym początkiem rasy ludzkiej. Według mnie tym przełomowym momentem, symbolem człowieczeństwa jest język. No i wylazł polonista…
Gdy w swej nauczycielskiej pracy, miałem przedstawić uczniom w sposób przystępny, krótki i symboliczny kilka informacji z historii języka, zaczynałem tak:
Wyobraźcie sobie, że pewnego razu nasz praprzodek małpolud zlazł z drzewa i pomyślał, że warto może pogadać z sąsiadem uczepionym sąsiedniej palmy.
Spowodowało to kiedyś problem ontologiczny, gdy na lekcji religii jakiś uczeń stwierdził: …a pan od polskiego to mówi „nasz przodek małpolud”.
Język jest kodem wielopoziomowym i dlatego umożliwia znacznie lepszą komunikację niż jakiekolwiek zwierzęce kody sygnałowe. A to właśnie umiejętność współpracy i przekazywania za pomocą języka dorobku pokoleń zdecydowało o tym, że to człowiek wygrał w tym wyścigu ewolucji. Zwierzęta mają instynkt, który jest swoistą matrycą dorobku pokoleń danego gatunku. Język stanowi sposób znacznie doskonalszy. Dzięki komunikacji człowiek mógł wytworzyć sensownie współpracujące społeczności, podnieść możliwość współpracy jednostek na wyższy poziom, aż wreszcie opuścić jaskinie. Ale to już materiał na zupełnie inny tekst.

* Inspiracją do powstania tego felietonu była dyskusja na portalu Dobre Państwo i żartobliwie mi zadane pytanie. A ponieważ rozważania na ten temat to zdecydowanie mój „koń na biegunach”, więc się rozpisałem. Z tym, że o jaskiniach to już w następnym odcinku. 🙂

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Polak na zagrodzie

Przodkowie nasi z upodobaniem kiedyś powtarzali porzekadło, że „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Było to krótkie wyrażenie zasady szlacheckiej demokracji, która dawała równe prawa szlachcie nawet biednej, tzw. zagrodowej wobec przedstawicieli wyższych warstw. Jednak wojewoda to była również w dawnej Polsce funkcja. Zatem porzekadło stanowi także wyraz rosnącego w kraju warcholstwa i braku podporządkowania się władzy. Pomijam w tym wywodzie fakt, ze w tamtym czasie mieszczaństwo w Rzeczypospolitej większości praw nie miało, a chłopstwo nie miało praw żadnych (lub prawie żadnych).
Rzecz działa się w Polsce przedrozbiorowej w wieku XVII i XVIII. Bardziej zacofana społecznie była już chyba tylko Rosja, gdzie car był absolutnym „dzierżymordą”. W Europie zaczynały się dokonywać przemiany społeczne. Katolicyzm przestał być religią dominującą, a do głosu doszedł protestantyzm w rozmaitych barwach, który nie zabraniał zdobywać bogactwa, ale też cenił sumienną pracę i umiejętność życia w społeczności. Władza w państwach europejskich zaczęła się robić silna, ale jednocześnie poddana pewnym regułom. Jeśli przechodziła w stronę absolutyzmu – kończyła na szafocie jak podczas Rewolucji Francuskiej lub wcześniej w Anglii (ścięcie króla i regencja Cromwella). Nie mówimy rzecz jasna o demokracji. Generalnie rządzili królowie i książęta w oparciu o liczną warstwę uprzywilejowaną, ale władza podlegała ograniczeniom. W Polsce zaś władza stawała się coraz słabsza. Mieliśmy królów elekcyjnych, którzy nadawali coraz to nowe przywileje szlachcie. Państwo przez to stawało się słabsze. Poszczególne grupy arystokracji starały się trzymać wzajemnie w szachu i w ten sposób osłabiały władzę centralną. Na dodatek religią panującą był coraz mniej tolerancyjny katolicyzm, w którym „prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogacz dostanie się do królestwa bożego”, zatem bieda nie była wstydliwa, a bogactwo co do zasady bywało podejrzane. Rzecz jasna nie dotyczyło to dóbr ziemskich dziedziczonych, ani łupów zdobytych na wojnie. Podejrzliwością było otoczone dorabianie się. Etos szlachecki wręcz zabraniał zajmowania się jakąś działalnością inną poza byciem właścicielem ziemskim.
Tylko w Polsce co jakiś czas odbywały się wybory, czyli wolne elekcje, zwyczajowo brała w nich udział szlachta i wtedy właśnie te gromady szlacheckich „gołodupców” stawały się ważne. To te masy biedoty starali się przekupić zwolennicy przyszłego króla, to im wmawiano, że są ważni i nie gorsi od ważnych osobistości. W innych krajach władza się raczej umacniała, także przez stanowione prawo, u nas władza słabła i osłabiała państwo. Szlachcic na zagrodzie coraz częściej ani myślał podporządkować się komukolwiek.
Ostatnio zirytowałem się czytając informację, jak to w Zielonej Gorze na osiedlowej ulicy nie można położyć asfaltowej jezdni i chodnika. Miasto chce odkupić około 170 metrów z ponad 1,5 hektarowej działki, ponieważ przylega ona do ulicy i potrzebny jest teren do zmieszczenia tam jezdni i chodnika. Jednak właścicielka się nie zgadza. Miasto zatem próbuje działkę o charakterze budowlanym przekształcić w sporej części w rolną, żeby łatwiej dokonać wywłaszczenia, ale przegrywa w kolejnych sądach. Sprawa ciągnie się siedem lat. Zatem nie jest to zależne od partii, która sprawuje władze w kraju lub w mieście.
Ludzie brną po kolana w błocie, a drogi wciąż nie ma. Czterdzieści lat temu, gdy właścicielka działki zaczynała tam mieszkać to było przedmieście, dziś mieszka tam wielu ludzi. Uzasadnienie właścicielki jest takie, że to „jej cały majątek, więc nie odda ani kawałka”.
Niedawno głośna była sprawa budowy zjazdu z autostrady pod Wrocławiem. Historia podobna. Problemy z wywłaszczeniem, ponieważ właściciel nie zgadzał się na proponowane odszkodowanie. W zielonej Górze jednak nie ma mowy o pieniądzach, jest tylko „nie, bo nie”.
Podczas ubiegłorocznej powodzi padło pytanie, dlaczego znów zalane zostało wrocławskie osiedle mieszkaniowe, skoro już po powodzi w 1997 podjęto decyzję o budowie wałów przeciwpowodziowych. Okazało się, ze zgody nie wyrazili właściciele położonych nad rzeką ogródków działkowych. Im zalane raz na kilkanaście lat ogródki nie przeszkadzały. Wał tak.
Mając mieszkanie też kilkakrotnie zetknąłem się z postawą skrajnie obojętną, żeby nie powiedzieć z wrogą, wobec tego, co jest w budynku własnością wspólną. Do pewnego momentu nie sposób było ruszyć z z pewnymi remontami, bo jakaś pani potrafiła powiedzieć „a ja z piwnicy nie korzystam, więc po co naprawiać tam światło”.
A wszystko to dzieje się w myśl wiecznie żywego porzekadła „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Co prawda dziś już nie szlachcic, ale po prostu Polak. W niedawnej historii mamy piękne przykłady wspólnego działania dla dobra całego społeczeństwa, które doprowadziły w końcu do odzyskania niezależności i demokracji. Jednak to, co w naszych polskich genach jest dominujące to płytki jednostkowy i bardzo krótkowzroczny egoizm wobec dobra wspólnego znany jako postawa „moja chata z kraja”. I tak mamy piękne mieszkania, zadbane w najdrobniejszych szczegółach łącznie z pięknymi i bogatymi drzwiami wejściowymi, za którymi już są slamsy klatki schodowej, brud, zniszczenie – bo to nie moje. Dopóki w naszym kraju nie stanie się powszechne dbanie o wartość wspólną właśnie dlatego, że jest wspólna, tak długo będziemy bez pudła potrafili odróżnić nasz kraj od jakiejś Holandii, Danii, czy Anglii. Po brudzie, bałaganie i zaniedbaniu.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.3/10 (11 votes cast)

Retrospekcja

Czasem, rzadko, spoglądam w przeszłość.
Lata mijają, trochę wspomnień się nazbierało. Jedno z nich dotyczy wczesnych lat sześćdziesiątych. Moja babcia, dobra kobieta, stała się ofiarą dość przewrotnego żartu – bo trudno to nazwać inaczej. Któryś z krewnych, którzy tuż przed wojną wyjechali z Polski, po wojnie trafił do USA. Z faktu posiadania rodziny w Stanach nigdy nie wynikło nic dobrego. Jednak krewniak ów wpadł na iście szatański pomysł dostarczenia adresu babci, z którą z rzadka korespondował, firmom reklamującym usługi turystyczne. Odtąd przez kilka lat przychodziły prospekty przedstawiające rozmaite miejsca i sposoby spędzania urlopu w USA i na całym świecie.
Miałem wówczas koło siedmiu lat i niewiele wiedziałem o świecie. Bo i skąd. Telewizor to miał bogaty wujek kawaler i zamożni sąsiedzi, dla rodziny nauczyciela to był zbyt duży wydatek. W kinach wyświetlano głownie radzieckie filmy lub stare, przedwojenne często, filmy amerykańskie. Tylko kreskówki bywały kolorowe.
W tych amerykańskich prospektach po raz pierwszy zobaczyłem charakterystyczne błyszczące przyczepy kempingowe zaprzęgnięte do różnokolorowych cadillaców. Na zdjęciach byli normalni ludzie. Mężczyźni i kobiety, dzieci. Łatwo było zrozumieć nawet takiemu brzdącowi jak ja, że prospekty zdawały się mówić oglądającemu: też możesz mieć taki urlop, też tak możesz spędzić wakacje. Książeczki z Ameryki zachwycały pięknymi kolorowymi zdjęciami o jasnych i kontrastowych barwach oraz jakością papieru, w Polsce się takiego nie widziało. Z zapartym tchem oglądałem ten całkowicie różny od naszego świat. Od Gór skalistych, przez prerie Teksasu, aż po hawajskie plaże. W przyczepach kempingowych wnętrza były ładniejsze niż u nas w domach. W jednym z prospektów zobaczyłem nawet kolorowy telewizor, ale uznałem to za jakąś fantazję, bo chyba przekraczało to moje możliwości pojmowania.
Nie wiem jak to się stało, być może uświadomił mnie ktoś z dorosłych, może ktoś ze starszych kuzynów, z którymi w domu babci się spotykałem na co dzień. W każdym razie, nie mając jeszcze dziesięciu lat, zrozumiałem, że nigdy nie zobaczę Gór Skalistych, ani rancha w Teksasie, nie będę kąpał się w błękitnych zatokach na Hawajach. Nigdy nie będę miał pięknego kolorowego samochodu, ani przyczepy na czterech kołach, lśniącej stalowym kolorem. Zrozumiałem, że skazany jestem na życie w kraju, w którym szczytem marzeń jest czerwona „jawa”, brudnoszara „syrenka” i telewizor „aladyn”, a rzeczywistością portrety dwóch łysych drani po obu stronach orła w pomieszczeniach publicznych.
Tak, żyłem w tym kraju przez następnych ponad dwadzieścia lat. Nie myślałem o tym codziennie. Próbowałem jakoś sobie układać życie. Mieć jakieś marzenia, plany. Jednak pod powierzchnią codzienności wciąż tliła się świadomość, że to tylko namiastka. Niekiedy wszystko wydawało mi się farsą. Zrozumienie przyszło dopiero, gdy przeczytałem obozowe opowiadania Tadeusza Borowskiego. Początkowo z niedowierzaniem, a potem z empatią przekonywałem się, że taka jest natura człowieka, że w każdych warunkach próbuje zbudować swoją własną „normalność”. Dziś zresztą mamy taki przykład daleko od nas w bardzo odległej Korei Północnej. Tam w potwornych warunkach ludzie mimo wszystko próbują żyć, kochać…
Dziś, kiedy zbliżam się do lat – powiedzmy eufemistycznie – bardzo dojrzałych, coraz częściej słyszę pytania młodszych znajomych o przeszłość. Czasem pada sakramentalne: czy chciałbyś się cofnąć w czasie, być znowu młodym, może coś zmienić.
Nie, nie chciałbym. Moje życie zaczęło się 4 czerwca 1989 roku. Wcześniej była niewola, upodlenie, poniżenie. Nienawidzę wszystkiego co mi i ze mną zrobił PRL. Zabrał mi moją młodość, miłość, szansę na życie. Zrobił ze mnie istotę pozbawioną wiary, że chcieć to móc.
Minęły lata, zmieniłem się bardziej siłą woli niż entuzjazmu, wreszcie zestarzałem się.
Felieton powinien kończyć się jakimś bon motem, konkluzją, wnioskiem. Ale nie tym razem. Ciąg dalszy nastąpi.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.6/10 (7 votes cast)

Numer drugi pod krzyżem

Jutro narodowe święto. Radość z odzyskanego śmietnika, jak złośliwie kiedyś ujął to pisarz Kaden-Bandrowski. Po ponad stu dwudziestu latach niewoli znowu powstało państwo polskie, nasze własne. Są tacy, którzy chcieliby całą zasługę przyznać jednej i tylko jednej sile. Przeważnie są to wielbiciele marszałka Piłsudskiego, choć z drugiej strony przeciwstawiają się im wielbiciele Romana Dmowskiego. Ja sam dużą rolę przypisuję „armatom ukrytym wśród kwiatów” czyli muzyce. Jednym z orędowników polskiej niepodległości był Ignacy Paderewski. Uwielbiany na świecie, przyjmowany jak król nawet przez amerykańskiego prezydenta. W tych wszystkich zakulisowych staraniach, zabiegach o uznanie polskiej niepodległości sławny mistrz Paderewski odegrał wielką rolę, chyba nie mniejszą, niż ci z bronią w ręku.
W związku z Paderewskim anegdota. Na przyjęciu dyplomatycznym jeden z francuskich polityków zauważył ze zdziwieniem:
– Mistrzu, pan nie pije? A u nas jest nawet przysłowie „pijany jak Polak”.
– Niech się pan nie przejmuje, przysłowia kłamią – odparł błyskawicznie Paderewski – u nas jest przysłowie „grzeczny jak Francuz”.
Dziś w przeddzień rocznicy prezydent przyznał najwyższe polskie odznaczenie kilku znanym z najnowszej historii osobom. Nie jest ważne, jaka była ich droga w wolnej Polsce, ważne jest jak do tej wolnej Polski dotarli. Jakie były ich zasługi. Główna w kraju telewizja informacyjna TVN24 transmitowała te uroczystości. Trwało to może kilkanaście minut. Jednak od kilku godzin nie to jest najważniejszym tematem.

Na stronie tvn24.

Na stronie tvn24.


Na stronie internetowej stacji dość długo to był numer jeden. W samej telewizji scenkę z Krakowskiego Przedmieścia mogłem obejrzeć kilkakrotnie. Jakiś czas później telewizja znalazła nowy gwóźdź programu.
Telewizja o przeniesieniu krzyża.

Telewizja o przeniesieniu krzyża.


Już od kilku godzin motywem głównym jest przeniesienie krzyża do kościoła św. Anny. Księża i urzędnicy kancelarii prezydenta rozpytywani są w tym temacie w atmosferze prawie że oskarżenia o jakiś niecny czyn. Zapewne niedługo atmosfera zostanie podgrzana wypowiedziami polityków PiS. Wieczorem zaproszenie politycy będą mieli okazję pokłócić się na żywo. Nawet Kaczyński i jego comiesięczny wieniec to już tylko numer drugi*. A gdzie Święto Niepodległości, wręczone dziś ordery, ciekawa inicjatywa kotylionowa prezydenta, przygotowania do jutrzejszej rocznicy? Czy w ogóle ta rocznica jest dla TVN24 ważna, skoro emocje wokół niej prawie wygasły?
Przysłowia kłamią. W Polsce mieliśmy przysłowie „rzetelny jak TVN24”.


* Tytuł felietonu jest świadomym nawiązaniem do znanej powieści Marka Twaina.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (7 votes cast)

Zwis męski

Jesień sprzyja rozmyślaniom. Zwykle przed pierwszym listopada porządkujemy groby na cmentarzach, a to kieruje nasze myśli nie tylko ku sprawom ostatecznym, ale także ku przeszłości.

Myślami powracamy do przeszłości.

Myślami powracamy do przeszłości.

Przypomniało mi się przy tej okazji, że ojciec mój zbierał rozmaite dowody językowego idiotyzmu, jaki powszechnie rządził w późnym PRLu. Radosna twórczość ignorantów rozpoczęła się w zasadzie w okresie gierkowskim. W związku z zakazem podwyżek cen, bo jak wiadomo na tym przejechała się ekipa Gomułki, zaczęto kombinować z nazewnictwem towarów. Zatem zamiast zwykłego masła dotychczas dostępnego pojawiało się w tej samej cenie masło o gorszej jakości i nazwie „śmietankowe”, potem śmietankowe zmieniało nazwę na „dietetyczne”, a za jakiś czas pokazywało się „extra” w wyższej cenie. Podobnie było z cukrem, który od 76 roku był już na kartki. Jeszcze ciekawsze rzeczy działy się w zakresie innych towarów. Krawat zyskał sobie nazwę „zwis męski przedni elegancki”, śliniaczek dla niemowlęcia to „podgardle dziecięce”, kapcie lub pantofle zastąpiono „wsuwkami domowymi” damskimi, męskimi lub dziecięcymi. Niestety nie pamiętam zbyt wiele, a metki towarów, lub wycinki z prasy zbierane przez ojca gdzieś zaginęły.
Minęły lata, potrzeba wymyślania głupich nazw zniknęła z naszego życia raz na zawsze. Ale czy na pewno?

A co to takiego?

A co to takiego?

Cóż oznacza to słowo, którego nie ma w słownikach? Sugerując się wzorcami słowotwórczymi można by sądzić, że to nazwa osoby utworzona formantem -ak podobnie jak np. trzeciak (uczeń trzeciej klasy), wieśniak (ktoś ze wsi), a może utworzono nazwę na wzór słowa trzepak (przedmiot, urządzenie) z takim samym formantem?
Tak, czy inaczej widać, że duch w narodzie nie zginął i kolejne pokolenia wytwórców, handlowców nadal radosną twórczość językową uprawiają. Jeśli ktoś nadal nie wie, to wszystko wyjaśni zdjęcie drugiej strony metki.

Kosz na brudną bieliznę

Kosz na brudną bieliznę

No i wszystko jasne.
Może czytelnicy mają jakieś współczesne ciekawe przykłady? Czekam.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.8/10 (5 votes cast)

Okruchy życia

Krzyż jest substytutem pomnika. Taki oto odkrywczy bon mot zaprezentował niedawno prezes Kaczyński. W zasadzie nic nowego. Wiadomo było, że żądania prezesa i popierających go „obrońców krzyża” sięgać będą coraz dalej. Pisałem o tym tyle razy, że teraz już staje się to nudne. Pozostaje nam czekać na kolejną demonstrację i okrzyki Santo subito. Nie to jest jednak sednem sprawy, ale to, ze nadal dziennikarze traktują PiS i prezesa jak polityków. A mamy do czynienia z sektą. Media powinny wreszcie zauważyć, że mamy do czynienia z „dupowatą odmianą Hitlera” jak odważył się to określić jeden z dziennikarzy.
Teraz jednak na pierwszy plan wysunęła się słynna już komisja majątkowa oddająca majątki kościołowi i innym grupom wyznaniowym. Wszystko dzięki akcji CBA i aresztowaniu kościelnego pełnomocnika, którym był dawny esbek. Jak widać rzymskie pecunia non olet nadal jest aktualne. Opatom zakonnym, proboszczom kompletnie nie przeszkadzała proweniencja ich plenipotenta, ani sposoby jego działania. Zapewne sprawa się będzie rozwijać i ciekawe, kto jeszcze te łapówki dawał i brał? Może dowiemy się jeszcze czegoś interesującego nie tylko o szeregowych klechach?
Nie tak dawno jeszcze byłem przekonany, że dyskusja na temat kościoła i ograniczenie jego wpływu w Polsce – wzorem Hiszpanii – nie ma szans. Jest to związane z rolą kościoła w PRL, pozytywnymi wspomnieniami, religijnością powszechną. Okazało się, ze wystarczyło kilka miesięcy i kilka wydarzeń. Najpierw kardynał Dziwisz i jego decyzja o pochówku Lecha Kaczyńskiego na Wawelu rozzłościła nawet katolików. Potem Zachowanie niektórych biskupów w sprawie krzyża pod pałacem. Nachalne epatowanie pseudo-pobożnością przez rzekomych obrońców krzyża, wreszcie ostatnie jawne działania Jarosława Kaczyńskiego. Większość ludzi aferę z komisją majątkową powitała z radością. Nie zwróci ona zapewne rozdawanych lekką ręką dóbr, ale zastopuje dalsze rozdawnictwo. Coraz częściej ludzie odważniej mówią o nadużyciach kościoła. Afera krzyżowa i postawa biskupów, którzy niczym Piłat umyli ręce, to był już dość wyraźny sygnał. Kropkę nad i postawiło aresztowanie kościelnego pełnomocnika.
Wśród moich znajomych są także czytelnicy felietonów na blogu i ostatnio nie tylko w sieci, ale i w tzw. „realu” pytano mnie, dlaczego tyle czasu nic nie piszę. Tyle się przecież dzieje.
Są jednak sprawy ważne i nieważne. Są też takie, przy których ten cały jazgot polityczny staje się tylko szumem. Jakiś czas temu spotkałem swych szkolnych znajomych przy okazji pogrzebu. Jeden z nas zakończył swą ziemską wędrówkę. Refleksja typowa: no tak, zaczynają umierać ludzie z mojego pokolenia. Teraz jednak żegnałem przyjaciela, kogoś z kim związany byłem naszą wspólną pasją i działalnością popularyzującą Linuksa. Znaliśmy się dobrze, choć widzieliśmy się zaledwie kilka razy w życiu. Tyle zostało spraw niedokończonych, tyle pomysłów, projektów…
Takie chwile zmieniają perspektywę. Kaczyński i jego wyznawcy nie przestają być groźni, ale stają się żałośni. Zaczynam powoli przyzwyczajać się do myśli, ze mój czas nie jest nieograniczony, że należy się skupić na rzeczach ważnych, by choć w części zdążyć zrobić to, co zaplanowałem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)