A jeśli coś się zdarzy?

Rządzący od jesieni 2015 roku prezes Prawa i Sprawiedliwości, Jarosław Kaczyński wraz z tabunem wspierających go akolitów wykazali się niezwykłą determinacją w opanowaniu personalnym Trybunału Konstytucyjnego, a potem sądownictwa. Potrafili przepuścić przez sejm i senat wiele ustaw w ciągu kilku nocy. Potrafili w błyskawicznym tempie wymienić kadry w państwowych spółkach i urzędach. Wydawało się, że nie istnieje nic, co potrafiłoby spowolnić ten przemarsz troglodytów przez Polskę.

Państwo, które w ciągu ostatnich dwóch lat zbudował Kaczyński, ma jednak pewną nieusuwalną ułomność, niejako nieodłącznie związaną ze sposobem sprawowania władzy. To prezes decyduje o wszystkim. Gdy późnym wieczorem w piątek 11 sierpnia przeszła niespotykanie silna nawałnica nad częścią Pomorza, nikt nie odważył się zakłócić spokojnego weekendu prezesowi. Dopiero w poniedziałek prezes pozwolił zawiadomić premier Szydło, która z niejakim zdumieniem reagowała na wieść, że tragedia zdarzyła się już w piątek koło północy. Zanim zapytano prezesa, co każe zrobić, minął kolejny dzień. Zaś wojsko przybyło w liczbie koło setki niedoświadczonych żołnierzy z małą ilością przydatnego sprzętu kolejny dzień później, gdy miejsce kataklizmu miał wizytować Antoni Macierewicz. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że wojska Obrony Terytorialnej, które rzekomo miały pomagać także w sytuacji katastrof naturalnych, według ministerstwa są silnie zrejonizowane i ochotnicy z WOT w Szczecinie nie będą nigdy pomagać np. w Gdańsku, a tylko u siebie w Szczecinie. A jeśli będzie wojna? Też poczekają, aż działania wojenne przyjdą na teren przypisanego im rejonu?

Dziś za kilka godzin minie tydzień od zabójczej nawałnicy. Dla wielu ludzi będzie to tydzień bez prądu, a co za tym idzie bez wody, lodówek, światła, a często bez dachu nad głową lub z częściowo zniszczonym dachem i w zniszczonym domu. Ludzie sobie radzą. Ci, którzy mają samochody jeżdżą po zakupy do odległych miejscowości, nie tylko dla siebie. Jeśli kogoś na to stać, kupuje sobie agregat prądotwórczy. Na głowie stają lokalni strażacy, także ci z ochotniczych oddziałów. Są wolontariusze, którzy pomagają w najbardziej zdewastowanych miejscach. A ministrowie przybywają od czasu do czasu w eleganckich garniturach i krawatach i mówią o kłodach, jakie im pod nogi rzuca „totalna” opozycja. Biedny ten rząd. Tyle ma kłopotów, a tymczasem jacyś tam ludzie pyskują, że pozostawiono ich bez pomocy. Jak by nie mogli sami zamieść tych liści, co pospadały z drzew.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.3/10 (12 votes cast)

Śnieg, a sprawa polska

Pada śnieg, puszysty, biały, miękki. I leży. Niby nic, a jest to prognoza dla Polski. Dziejowa, nie meteorologiczna. Pacholęciem będąc, widywałem w zimie pana, który wczesnym rankiem lub późnym wieczorem odśnieżał chodniki mając mały drewniany pług zaprzężony do konia. Ulicami czasem przejeżdżały Stary 25 z pługiem i piaskarką. Niekiedy był tylko pług, a na skrzyni stał pan, który rozrzucał piasek.
W późniejszych latach chodniki były odśnieżane przez rozgadane grupy pań, które obejmowały w posiadanie chodniki niczym stada wron. Pan z koniem zniknął w ramach postępu w ojczyźnie robotniczo-chłopskiej. Panie pracowały na etatach tylko z rana, niezależnie od tego, kiedy padał śnieg. Pyrkające Stary zostały zastąpione przez Jelcze.
Aż nadszedł pamiętny rok 1979. Po trzydziestu pięciu latach realnego socjalizmu, wszyscy widzieliśmy, że staje się on coraz mniej realny. Nie potrzeba Bundeswehry, bo wystarczy minus cztery. – śmiali się nienawistnie wrogowie najlepszego z ustrojów polityczno-gospodarczych.

Polska Ludowa trwała jeszcze na posterunku dziesięć następnych lat. Ale właśnie wtedy coś się załamało. Obfite opady śniegu odcięły wiele miejscowości od świata, a nawet główne drogi bywały nieprzejezdne. Pojawiły się radiowe komunikaty o dwudziestym stopniu zasilania i wyłączenia prądu stały się taką nową świecką tradycją. Podczas kolejnych zim już nikt nie odśnieżał chodników. Niekiedy blisko metrowa warstwa śniegu leżała aż do większej odwilży, podczas której jezdnie zamieniały się w przełomy Missouri. Po wcześniejszych kartkach na cukier pojawiły się kartki i talony na wszystko. Nie pomógł stan wojenny. Dziesiąta gospodarka świata rozpadała się jak kiepsko wypalony gliniany garnek. W tej sytuacji nawet nikt się nie czepiał hałd śniegu zimą. Przecież to był drobiazg. Jak jest zima to jest zimno i pada śnieg.

W 1989 roku zaczęliśmy budować Polskę praktycznie od zera. Nie mieliśmy internetu i hashtagu #Polskawruinie, ale tak to wyglądało. W ruinie była nie tylko gospodarka. Zrujnowane były instytucje państwowe i zwyczajne stosunki międzyludzkie. Pewnej zimy ze zdziwieniem usłyszałem nad ranem jakieś hałasy. Zdumiony wyjrzałem przez okno. A tam grupka pracowników miejskiego przedsiębiorstwa odgarniała śnieg z chodników. Po chwili ulicą przejechał pług z piaskarką. Za jakiś czas pojawiły się małe traktorki specjalnie przystosowane do odśnieżania chodników. I nowoczesne pługi odśnieżające nawet boczne ulice. Nie do wiary.
Kilka lat później okazało się, że miejskie przedsiębiorstwo wywozi nadmiar śniegu z miasta, by podczas odwilży nie było rwących rzek zamiast jezdni. A po kolejnych paru odśnieżone były wszystkie szosy. Nawet te wiejskie, gminne prowadzące tylko z Pierdziszewa do Wypizdowa. Normalnie jak w jakiejś obcej cywilizacji. Zima zaskoczyła drogowców? Można było zapomnieć o odwiecznym żarcie poza jakimiś naprawdę wyjątkowymi anomaliami pogodowymi. Pługopiaskarki wyjeżdżały na ważniejsze drogi zanim zaczął padać śnieg, posypując piaskiem z solą, by za parę godzin nie było problemów.

Od kilku dni wychodząc z domu, widzę coraz to grubszą warstwę śniegu na chodniku. Choć pada on w tym roku mizernie. Jezdnie bocznych ulic są zwyczajnie rozjeżdżone przez auta, odśnieżone tylko główne. Znajomy wczoraj zakopał się pomiędzy Pierdziszewem i Wypizdowem. Znak czasów. Gdy się wstaje z kolan i walczy o prawdę smoleńską, gdy mgła jest zjawiskiem politycznym, gdy trzeba szukać kontaktów z San Escobar, aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej z 500+, to takie pierdoły, jak konieczność odśnieżania, nie mogą nas rozpraszać. Jak długo jeszcze przetrwa Wolska Rzeczpospolita Ludowa? Jak długo potem będziemy budowali wszystko od nowa?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.6/10 (7 votes cast)

Straszne skutki awarii telewizora

Dawno temu amerykański satyryk napisał króciutki tekst, jak to zanik sygnału telewizyjnego spowodował istny armagedon w nowojorskiej rodzinie. Potem Czesi nakręcili zgrabną komedię o strasznych skutkach awarii telewizora. Był rok 1969. Epoka analogowa w rozkwicie. W tamtych czasach nie baliśmy się burz, rozbłysków na słońcu, wiatru magnetycznego, ani tych wszystkich cyfrowych śmieci, które dziś powodują, że piękny obraz full HD zmienia się w stado zwariowanych pikseli. Nawet jeśli śnieżyło, szumiało, to i tak jakoś dało się do końca obejrzeć „Bonanzę” na czarno-białym telewizorze o nazwie ametyst. W epoce cyfrowej niemożliwe – albo obraz jest, albo go nie ma.
Dziś, gdy tu i ówdzie nastąpił zanik cyfrowego sygnału, w czasie epokowego przemówienia Beaty Szydło, która jak wiemy jest pomazańcem Jarosława Kaczyńskiego, nie mógł to być przypadek, ale sabotaż wymierzony przeciw Dobrej Zmianie. ABW została powiadomiona. Śledztwo wdrożone i na pewno ktoś za to pójdzie siedzieć.
Przypomina się słynna anegdotka o Stalinie, który gdzieś zgubił fajkę i polecił Berii wdrożyć śledztwo. Gdy fajka się znalazła po godzinie, Stalin zawiadomił Berię. Ten jednak oznajmił, że nie może anulować dochodzenia, bo pięciu winnych już się przyznało.
Krystyna Pawłowicz, która nie tak dawno uciekała z obłędem w oczach z sejmu pod eskortą policji, przerażona okrzykami demonstrantów pod parlamentem, zadawała na Facebooku dramatyczne pytania.

Czy amerykańska firma EMITEL nadająca sygnał TVP, która ZABLOKOWAŁA/?/ od soboty odbiór TVP w południowej Polsce, m.in. w województwach dolnośląskim, lubelskim, opolskim i śląskim, BIERZE UDZIAŁ w hybrydowym ZAMACHU STANU w Polsce?

Jak można to wyjaśnić politykom z opcji, dla której nawet mgła nad lotniskiem w Smoleńsku nie była zjawiskiem atmosferycznym, ale politycznym spiskiem wrogów, którzy zamierzali uniemożliwić Lechowi Kaczyńskiemu rozpoczęcie z przytupem kampanii prezydenckiej? Jak wyjaśnić to politykom, którzy całkiem otwarcie mawiali, że dupa jest od srania, a pilot jest od lądowania i to tam, gdzie dysponent sobie zażyczy? Jak można to wytłumaczyć idiotom, którzy z Londynu chcieli wracać przeciążonym samolotem z częścią pasażerów stojących z braku miejsc? Skoro dla nich samolot niczym się nie rożni od miejskiego jelcza z czasów gomułkowskich. Przecież to nie może być normalna awaria systemu technicznego. Zakłócenia synchronizacji nie mają się prawa zdarzyć, gdy przemawia rzeczniczka Dobrej Zmiany. To musiał być zamach. Szczególnie, że w tym czasie trwał przecież protest pod sejmem. Czy opozycja i demonstrująca hołota chciały dokonać zamachu i przejąć w ten sposób przemocą władzę? Tak właśnie dziś słyszałem na ulicy. I tylko osobiste bohaterstwo ministra Błaszczaka temu zapobiegło.
Od sześciu lat z każdą kolejną teorią spiskową, z każdą zgniecioną przez ekspertów Macierewicza puszką i rozgotowaną parówką błagamy niebiosa, by to był już najwyższy poziom absurdu tych kretynów. Ale los postanowił nas doświadczyć. Nie ma granic, nie ma najwyższego poziomu zidiocenia. To, co dziś wydaje nam się szczytem, jutro zostanie pobite przez kolejnego Macierewicza, Waszczykowskiego lub Kurskiego. Dla Dobrej Zmiany nie ma przypadków. Albo wszystko wychodzi, jak chcą, albo jest zamach.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.3/10 (13 votes cast)

Jesień patriarchy

Czytaliśmy niegdyś Marqueza jako alegoryczną opowieść o dyktaturze. Oczywiście każdy wiedział, że Marquez pisał o realiach latynoskich, a przecież w Ameryce Południowej i na Karaibach aż się roiło od dyktatur. Jednak chcieliśmy też choć trochę odnieść tę książkę do naszej polskiej rzeczywistości. Poszukać podobieństw do Bieruta, Gomułki lub Gierka i Jaruzelskiego. Nie da się ukryć, że tak trochę na siłę szukaliśmy wtedy tego uniwersalnego przesłania.
A ta opowieść jest jak baśń chwilami, a czasem jak tandetna jarmarczna opowiastka. Kicz i banał splata się z jakimiś elementami fantazji, wszystko pogmatwane i dziwne. Dziś po latach pamiętam z atmosfery powieści przejmującą samotność dyktatora.

Gdy niedawno zobaczyłem na jakimś amatorskim nagraniu wykonanym smartfonem, jak Kaczyński przemykał się ciemnymi korytarzami sejmu do bocznego wyjścia, pomyślałem znów o powieści Marqueza. Stary, wyłysiały i spocony, przestraszony, choć otoczony ochroniarzami, dyktator. Z oddali jego wrogowie skandują nienawistne mu hasła. A miał dożyć spokojnie dziewięćdziesiątki jako emerytowany zbawca ojczyzny. A tym czasem słudzy mówią mu, że może być groźnie. Że tłum może zaatakować. Słudzy, ochroniarze, poddani. Dyktator nie ma przyjaciół. Jest znienawidzony nawet przez swoich. Boją się, słuchają rozkazów, ale go nienawidzą. Jest samotny, chory i stary. Nigdy nie będzie wybawcą ojczyzny i on to już wie.

Jeszcze ma tę chwilę szyderstwa, śmiechu lub raczej ordynarnego rechotu, gdy policja siłą usuwa blokujących mu drogę protestantów. Gdy ponownie natyka się na blokadę jadąc do pochowanego na Wawelu brata, już nie jest mu do śmiechu. On już przeczuwa, że dla niego nie znajdzie się miejsce w tej krypcie, przeczuwa może, że i zwłoki brata kiedyś następne pokolenia stamtąd wykwaterują. Wie, że go nienawidzą. Mówi, że nic go to nie obchodzi, że jest ponad to. Że to Bóg dał mu Polskę. Choć być może przeczuwa, że miliony spluną na jego grób.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.9/10 (10 votes cast)

Dyplomatołki

Wielcy ludzie mogą się mylić, ale też często potrafią jakieś zjawisko określić dobitnie, celnie i krotko. Władysław Bartoszewski był wielkim człowiekiem. Umiejętności pisowskiej ekipy ocenił wyjątkowo trafnie. A pamiętajmy, że był to w naszej historii czas, gdy na europejskich salonach tańcowała ze skwaszoną miną Anna Fotyga, która zaszczycała świat swoją nieskazitelną wręcz angielszczyzną, a Witold Waszczykowski był podrzędnym urzędasem. Był to czas, gdy prezydent z bratem dostawali biegunki na wieść o złośliwym wpisie niemieckiej gazety i prezydent nie jechał na spotkanie Trójkąta Weimarskiego, pozbawiając się wpływu na ważne europejskie sprawy. I jeśli wtedy wydawało nam się, że osiągnięto już szczyty nieudolności w polityce zagranicznej, to znaczy, że nie mieliśmy dość wyobraźni.
Gdy rok temu pisowscy wybrańcy narodu zaczynali rządzić, część z nas liczyła na to, że jakoś to będzie i wytrzymamy tę jedną kadencję, a jak będziemy mieli szczęście to ludek pisowski pożre się między sobą o dostęp do michy i łaski prezesa, po czym nie będzie innego wyjścia, jak ogłosić przedterminowe wybory. Nie ukrywajmy też, że spora grupa do dziś wciąż ma nadzieję, że Polska będzie rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej. 500+, Mieszkanie+, wyższe pensje i wcześniejsze emerytury, darmowe leki dla emerytów, pomoc dla frankowiczów, do tego edukacja jak za Gierka i Słońce Narodu dobrotliwie spoglądające na swój ludek w cieniu ogromnego pomnika Brata Który Poległ Za Ojczyznę.
Jednak najwięksi pesymiści nie przewidywali poziomu idiotyzmu, który osiągniemy jako naród i państwo w tak zawrotnym tempie. Oczywiście można się było spodziewać wielu idiotyzmów, gdy obserwowaliśmy absurdy macierewiczowskich ekspertów smoleńskich, którym z naszych podatków płaci się zawrotne sumy. Grupa pseudonaukowców popełniających przy swoich wyliczeniach szkolne błędy gimnazjalne, fałszujących wyliczenia jak Binienda, który współczynnik oporu drewna brzozy określił jako zero, by ładniej podczas symulacji wychodziło, kompromituje kraj bardzo skutecznie, ale na szczęście większości opinii publicznej w innych krajach to nie obchodzi. Tylko Rosjanie się turlają ze śmiechu.
Chwilę potem okazuje się, że facet, który nie miał być ministrem, a nim jest obraża Amerykanów, mówiąc po wizycie prezydenta Obamy, że naszej starożytnej demokracji nie będą pouczać takie ćwoki, których 200 lat temu jeszcze nie było jako państwa. Nic też dziwnego, że od tego momentu Macierewicz delikatnie, ale stanowczo jest traktowany w USA jako persona non grata i oprócz paru podejrzanych typów nikt z nim nie chce rozmawiać. Coraz gęściej go za to oplatają powiązania z jakimiś dziwnymi lobbystami i zwolennikami Putina. „Gazeta Wyborcza” dość dokładnie opisała powiązania Macierewicza z bardzo podejrzanymi indywiduami. To bardzo szerokie spektrum od szemranych lobbystów amerykańskich zaczynając, poprzez jakichś dziwnych nastoletnich doradców, aż do rosyjskich szpiegów i funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa PRL. Nie słychać o żadnym procesie, a możemy być pewni, że gdyby tam było choć jedno kłamstwo, to spółka Agora stanęłaby już przed sądem.
Oby to był koniec, ale nie był. Kolejnym krokiem dziwacznego osobnika na stanowisku ministra, było zerwanie kontraktu z Francuzami na dostawę wojskowych helikopterów do Polski. I problemem nie jest zerwanie rozmów, ale styl, w jakim to zrobiono, sugerujący o to, ze chodziło o maksymalne upokorzenie kontrahenta. Na drugi bowiem dzień Macierewicz przedstawił plan realizacji dostaw w oparciu o zubożoną wersję śmigłowców amerykańskich tak, jak by za plecami Francuzów już od dawna prowadził inne negocjacje. Nawet gdyby tak było, to tylko absolutny kretyn się do tego przyzna.
Co to oznacza na przyszłość? Żadne firmy nie wezmą udziału w ewentualnym przetargu ogłoszonym przez Polskę. Śmigłowce kupimy najwyżej z wolnej ręki, czyli as is i zapłacimy tyle, ile zaśpiewa producent, a o żadnym tzw. offsecie nie ma nawet mowy. Nie wiem, czy Caracale są lepsze od Black Hawków. Ale wiem, że straciliśmy kilka tysięcy miejsc pracy w zakładach, które miały brać udział w realizacji tego kontraktu. Problem w tym, że miały to być zakłady w antypisowskiej Łodzi, a nie w pisowskim Mielcu lub Radomiu. Francuzi już na drugi dzień odgryźli się, odwołując wizytę prezydenta Francji w Polsce i odbierając polskiej delegacji na wojskowe targi morskie status oficjalny. Nic dziwnego, nie są oni tak obojętni na głupotę jak Amerykanie i próba potraktowania ich jak idiotów musiała się tak skończyć. Na dodatek zapewne zapłacimy spore odszkodowanie za zerwanie kontraktu, bo sam Macierewicz dostarczył dowodu, że prowadził rozmowy w złej wierze. Każdy sąd Francuzom przyzna rację. A zapłacimy my wszyscy.
Paskudnie, ale mówi się trudno. Nawet autor powieści apokaliptycznych nie wymyśliłby, że ten festiwal kretynów będzie miał dalszy ciąg. A jednak. Anglicy z właściwym sobie humorem nazwali to Forkgate, czyli aferą widelcową. Niejaki Bartosz Kownacki, udający wiceministra, a pobierający lekcje historii z Kwejka i Faktopedii, stwierdził, że nie będziemy się bawić z Francuzami, bo są to ludzie, których nie tak dawno my – Polacy – musieliśmy uczyć, jak się je widelcem. To pierwszy na świecie minister, który popełnił dyplomatyczne samobójstwo za pomocą widelca – kulturalnie zauważył „The Guardian”. A tuż potem superminister, „pomazaniec” Nadprezesa, czyli Mateusz Morawiecki twierdzi, że współpraca z Francją będzie układać się świetnie i czekamy nad Wisłą na francuskich inwestorów. Kończ waść, wstydu oszczędź – krzyknął w takiej sytuacji Andrzej Kmicic. Ale pan Morawiecki chrzani farmazony już od roku, więc jeden mniej lub więcej nie robi mu różnicy. A chyba Jarosław Kaczyński ogłosił tam w PiSie jakiś konkurs na największego kretyna i zaoferował wysokie nagrody, bo się przebijają wzajemnie bez pardonu. Panie Morawiecki, może pan co najwyżej liczyć na francuską miłość ze swą ślubną, ale nie na francuskich inwestorów. A pan Kownacki nie może liczyć nawet na to, że będzie chciał z nim rozmawiać nawet cieć w dowolnej warszawskiej ambasadzie.
Litości – wyje resztka patriotyzmu. Ale Niejaka Kempa jest bez litości i sądzi, że po zakończeniu kadencji Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europy jakiś inny Polak, godniejszy tej funkcji, może ją objąć. Babsko o inteligencji miski klozetowej uważa, że ta funkcja została przypisana ex definitione Polakowi na pięć lat i będzie mogła odwołać Tuska i powołać… właśnie… kogo? Krychę Pawłowicz?
Moi drodzy, to dopiero rok rządów tej partii, za cztery lata będziemy stąpać po zgliszczach.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (13 votes cast)

Drodzy Rodacy

Jesteście kretynami. Z Waszego zachowania en masse wynika, że konkurencji intelektualnej z amebą byście nie wygrali. Można wręcz żałować, że nie ma jakiejś zbiorowej wersji nagrody Darwina.
Byliście w stanie głosować na PiS tylko dlatego, że jedyny w historii polityki niewybieralny przywódca partii wycofał się do drugiego szeregu, wystawiając kandydatów zastępczych. Uwierzyliście, że PiS jest normalną partią, a Jarosław Kaczyński nie będzie rządził. A na koniec uwierzyliście, że nie będzie powtórki z lat 2005 – 2007 w znacznie większym wymiarze.
Nie poszliście na wybory, była was ponad połowa wszystkich uprawnionych do głosowania. Jeśli połowa uprawnionych nie idzie głosować, to też niezbyt dobrze świadczy o ich inteligencji. Nie ważne, czy uzasadniacie to brakiem zainteresowania polityką, czy po prostu wam się nie chciało. Pozwoliliście, by debile wybrali nam rząd. Sami więc nie jesteście lepsi.
W zasadzie 26 lat, które minęło, to historia wspaniałego rozwoju społeczeństwa kretynów, którzy najpierw głosowali na gościa znikąd, mówiącego z obcym akcentem, potem robili sobie jaja z demokracji, wybierając kabaretową Polską Partię Przyjaciół Piwa. A wreszcie po prostu olewali wybory.
Dziś wbrew faktom i logicznym argumentom dwadzieścia procent społeczeństwa uwierzyło w zamach smoleński, uznaje za prawdopodobne bredzenie o wybuchach, dobijaniu rannych przez KGB, o sztucznej mgle i rozpylanym helu.
Drodzy Rodacy!
Tak właściwie to zasłużyliście sobie na figuranta Dudę na stanowisku prezydenta i marionetkę Szydło oraz nadprezesa Kaczyńskiego kierującego państwem za pomocą telefonu komórkowego. Zasłużyliście sobie na to, by wam zabrać demokrację, wziąć brutalnie za ryj i zniewolić na przynajmniej ćwierć stulecia. Być może następne pokolenia będą miały ciut więcej rozumu.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.1/10 (85 votes cast)

Kolejny zamach

Rozbił się Airbus niemieckiej linii Germanwings. Rozbił się we Francji.
Jakie są podobieństwa do katastrofy sprzed lat, gdy rozbił się prezydencki Tupolew w Smoleńsku?
Po pierwsze śledztwo w sprawie rzekomej katastrofy przejęła natychmiast Rosja (warto dodać, ze za zgodą zdrajców sprawujących władzę w kondominium). Po katastrofie Airbusa śledztwo prowadzi Francja (za zgodą nieudolnej agentki STASI Merkelowej).
Po drugie rosyjski komitet MAK nie czekając na wszystkie wyniki badań bardzo szybko oznajmił, że winni katastrofy byli polscy piloci. Teraz prokuratura francuska prawie natychmiast orzekła, że katastrofę spowodował drugi pilot Airbusa.
Dodatkowym argumentem MAK były rzekomo nieproceduralne zachowania w kokpicie, obecność tam innych osób. Po obecnej katastrofie z kolei prokuratorzy francuscy zastanawiają sie dlaczego kapitana samolotu nie było w kokpicie i dlaczego nie potrafił wejść do środka.
Jednak zawsze wychodzą na jaw rozmaite fakty, które zamachowcy chcą ukryć. Tym razem przedostała się wiadomość o samolocie Mirage, który rzekomo nie zdążył przyjść z pomocą. A z jaką pomocą miałby przyjść bojowy samolot wyposażony w rakiety samonaprowadzające?
No i zasadnicze pytanie: DLACZEGO? Odpowiedź zaś jest prostsza niż prosta! Tajemnicą poliszynela jest, że Francuzów do dziś szlag trafia na wspomnienie pięciu lat seksualnej wstrzemięźliwości podczas wojny, gdy Francuzki en masse wolały przystojnych oficerów niemieckich. To była zemsta.
Należałoby przyjść z pomocą bratniemu narodowi niemieckiemu wysyłając tam komisję Antoniego Macierewicza, z profesorem Nowaczykiem (tym od wybuchającej stodoły) i Chrisem Cieszwskim na czele. Komisję należy zaopatrzyć w odpowiednią ilość parówek i puszek coli.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.9/10 (8 votes cast)

Woda brzozowa

Do lania wody na temat katastrofy przyznał się oficjalnie niejaki profesor Rońda. Lanie wody miało tam miejsce od początku, ale ostatnio osiągnęło już rozmiary karykaturalne.
Niejaki Kris Cieszewski, rzekomo specjalista od analizy zdjęć satelitarnych, zanalizował kawałek zdjęcia znad Smoleńska i orzekł, iż prezydencki samolot nie mógł uderzyć w brzozę, bo brzoza była złamana lub ucięta wcześniej. Nie trzeba być fachowcem, aby sprawdzić rzetelność tej tezy. Wystarczy Google Maps i darmowy program graficzny Gimp.

brzoza

Fragment terenu z Google Maps – zrzut oryginalny


Na zdjęciu powyżej widać brzozę, której złamane konary są nieco jaśniejsze i zauważymy je lekko poniżej zabudowań. Jakość zdjęć kiepska i Kris Cieszewski też nie miał lepszych. Rzekomo kupił zdjęcia z kilku różnych dni przed katastrofą.

brzoza

Wklejony fragment prezentowany na konferencji smoleńskiej


Na zdjęcie Google Maps nałożony został fragment z zaznaczoną rzekomo ściętą brzozą. To ten czworokąt w postaci nieregularnego rombu na zdjęciu powyżej.

brzoza

A tu porównanie zakresu badań


Kolejne zdjęcie przygotowałem tak, aby spod fragmentu zdjęcia, które Kris Cieszewski prezentował na konferencji jako dowód, widać było oryginalne z Google Maps. Inkryminowaną brzozę zaznaczyłem czarnym prostokątem. Jak widać kolejny specjalista ściągnięty przez Macierewicza z Ameryki, szukał brzozy tam, gdzie jej nigdy nie było.
Nachlał się biedak wody brzozowej i mu się wszystko pomieszało. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.9/10 (11 votes cast)

Prawie zamach

Dziś mija druga rocznica prawie zamachu, w którym bohaterską i męczeńską śmiercią poległ Lech Kaczyński. Od rana zbierają się tłumy (w liczbie kilkuset osób), które pragną uczcić pamięć najlepszego prezydenta od czasów Mieszka I – prezydenta tysiąclecia.
Jarosław Kaczyński od pewnego czasu gra znowu na nucie smoleńskiej. Najpierw dał do zrozumienia, że ta katastrofa jego zdaniem coraz bardziej wygląda na zamach, aby wreszcie oznajmić, że jego brat został zamordowany. Jeżeli dodamy do tego słynny zespół Macierewicza oraz sławnych światowych ekspertów, o których nikt nie słyszał wcześniej, to rysuje nam się prawie apokaliptyczny obraz zbiorowej paranoi, której uległa spora liczba polityków i tysiące naszych rodaków.
Po tych dwóch latach od katastrofy warto przypomnieć, co pisałem wówczas, bo tezy te wytrzymały próbę czasu. Jakie były dokonania prezydentury Kaczyńskiego? Dziś trudno sobie je przypomnieć nawet zwolennikom PiS, z którymi próbowałem dyskutować. Często używa się sloganów o polityce historycznej i patriotyzmie. Warto zatem po raz kolejny przypomnieć, że wcześniej Lech Kaczyński pojechał do Katynia tylko 17 września 2007. A było to przed wyborami do sejmu.
Tragedia, która zdarzyła się w Smoleńsku miała swoje konsekwencje w życiu politycznym Polski. Dotąd przeciwnicy PiS byli oskarżani „tylko” o zdradę interesów narodowych i chęć zaprzedania ojczyzny jakimś bliżej nieokreślonym siłom w Europie i uczynienia z Polaków niewolników, którzy w pocie czoła będą pracować za głodowe płace dla Niemców. Po 10 kwietnia 2010 do tych „lekkich” oskarżeń doszły jeszcze oskarżenia o zamordowanie prezydenta w wyniku spisku zawiązanego wraz z Putinem.
Początkowa i spontaniczna żałoba po śmierci tak wielu osób szybko została rozegrana przez żądne sensacji media i choć społeczeństwo w naturalny sposób zaczęło wracać do normalnego życia, to media nie potrafiły odpuścić. Decyzja o pochowaniu Lecha Kaczyńskiego tylko zaogniła istniejący już konflikt. Coraz więcej bowiem było osób, które uważały, że śmierć w katastrofie nie przekształciła kiepskiego prezydenta w opatrznościowego męża stanu.
Do wyborów parlamentarnych i prezydenckich jest jeszcze sporo czasu – ponad trzy lata. Jednak Jarosław Kaczyński tuż przed rocznicą smoleńską oznajmił, że będzie kandydował na prezydenta i bardzo aktywnie mobilizuje swój twardy elektorat, wracając do insynuacji na temat katastrofy.
Jeśli prezes Jarosław Kaczyński przez zwolenników zwany zbawcą Polski wygrałby wybory to w związku z prawie zamachem przeprowadziłby zapewne prawie śledztwo i wykrył prawie zamachowców, a następnie prawie sąd wydałby prawie wyrok na prawie cały naród, bowiem większość wyborców uważała jego brata za kiepskiego prezydenta, kpiła z jego licznych faux pas i nie szanowała głupawej koncepcji ideologicznej nazwanej „Czwartą Rzeczpospolitą”.
Dziś dwa lata po prawie zamachu sam muszę przyznać, że też jestem prawie zamachowcem w świetle pokrętnego rozumowania pana prezesa. Uważałem i uważam, że Lech Kaczyński był najgorszym możliwym prezydentem, jaki się Polsce mógł trafić. Katastrofa smoleńska była niestety tylko i aż konsekwencją zaniedbań i błędów popełnianych przez wiele różnych osób i – nadal twierdzę – ogromnej politycznej presji związanej z tą wizytą.
Zamachów politycznych nie robi się bez powodu, nie robi się ich z powodu urażonej ambicji, dla zemsty – robi się je z powodu spodziewanych politycznych korzyści. W tym przypadku jedyną stroną, która na zamachu mogłaby skorzystać był PiS i jego prezes. Dramatycznie spadające notowania Lecha Kaczyńskiego pozwalały przypuszczać, że to nie on byłby uczestnikiem drugiej tury wyborów prezydenckich. Zapewne walka rozegrałaby się pomiędzy Jerzym Szmajdzińskim i Bronisławem Komorowskim. Po śmierci Lecha jego brat Jarosław o mało nie wygrał wyborów prezydenckich, a jak słusznie zauważył Adam Bielan (były jego współpracownik) – prezes mógł te wybory wygrać, jednak pomysł pochówku brata na Wawelu to zepsuł, ponieważ otworzył możliwość głośnego sprzeciwu. W tej ogromnej tragedii narodowej przekroczono granicę śmieszności.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (8 votes cast)

Kwiecień plecień

Zbliża się kwiecień, a to od pewnego czasu oznacza, że z mediów posypią się bzdury. W tym roku wiosenny kwiecień-plecień rozpoczął się już pod koniec marca. W zasadzie można urządzić konkurs, kto w tym roku chlapnie większą głupotę. Kto popisze się bardziej idiotycznymi insynuacjami, kto wymyśli bardziej debilną teorie spiskową?
Uwerturę do tegorocznej opery bredni jak na razie wykonują związkowcy z „Solidarności”, którzy postanowili zrobić sobie biwak przed kancelarią premiera. Jak na razie usłyszeliśmy o totalitaryzmie, który panuje w Polsce, o wyniszczeniu narodu, o obozach pracy i poniżaniu starszych ludzi.
Gdy środowisko „rydzykowych moherów” organizowało protesty przeciw ustawie antyaborcyjnej i środkom antykoncepcyjnym, to charakterystyczną cechą był brak wśród demonstracji ludzi w wieku prokreacyjnych. Protestowały leciwe panie i staruszkowie. Dziś podobnie, brak wypowiedzi młodych ludzi, których ta ustawa dotknie bezpośrednio. Wypowiadają się za to osoby w wieku tuż przedemerytalnym.
Nie zapominajmy, ze już a kilka dni będzie kolejna rocznica katastrofy w Smoleńsku, która stanie się npunktem kulminacyjnym. Po głośnych wypowiedziach posłów PiS – ze szczególnym uwzględnieniem wypowiedzi pani Fotygi i Antoniego Macierewicza – trudno sobie wyobrazić, że można wymyślić coś głupszego. Wierzę jednak w inwencję obozu prezesa i jestem pewny, że coś wymyślą.
Sam prezes zresztą rozpoczął pierwszy odcinek nowego sezonu. Oznajmił, że katastrofa coraz bardziej wygląda na zamach. Zabawne. Na domiar złego National Geographic zamierza przedstawić dokument o tragicznym locie do Smoleńska i już wiadomo, że nie pokaże zamachu, ale wypadek spowodowany błędem pilota. To rozwścieczyło kręgi PiS i gwarantuję, że usłyszymy jeszcze wiele interesujących bredni na ten temat.
Z katastrofą – pardon – z „zamachem” w Smoleńsku to jest trochę jak z historią Kubusia Puchatka. „Im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było”.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.4/10 (5 votes cast)