Przestrzeń, która kształtuje świadomość

Czasem zdarzało mi się zastanawiać nad tym, w jaki sposób przestrzeń mieszkalna kształtuje naszą świadomość. To taka przewrotna trawestacja marksistowskiej tezy, że byt określa świadomość. Najbardziej interesuje mnie – rzecz jasna – moje pokolenie. Rozumiane bardzo szeroko, dzieci urodzone w Polsce po wojnie od końca lat czterdziestych do końca pięćdziesiątych. Warto wiedzieć, że przestrzeń, w której nam przyszło żyć, przeważnie przygotowano znacznie wcześniej, jeszcze przed wojną i nie myślano wówczas o nas.
Nie oszukujmy się – takich, którzy mieli okazję dorastać w willi na Żoliborzu, było stosunkowo niewielu. Większość ludzi zamieszkała w robotniczych domach, często w robotniczych dzielnicach. Niektórzy na tzw. ziemiach odzyskanych – od Gdańska po Wrocław. Czy zastanawialiście się jakie mieszkania budowano przed wojną dla mniej zamożnych ludzi?
W Polsce te najbiedniejsze były nie do pozazdroszczenia. Zwykle dwuizbowe – pokój z kuchnią, czasem dwa pokoje. Świetnie, jeśli była bieżąca woda. Wychodek na podwórku, jak na wsi budki z serduszkiem, kilka dla całego bloku. Takie mieszkania jeszcze w latach 70′ widziałem w Warszawie, na Targówku. Zamożniejsze miały łazienkę i bardzo często również dwa pokoje z kuchnią. Niemcy budowali nieco lepsze mieszkania robotnicze. W zasadzie wszystkie miały bieżącą wodę, ale wychodek był jeden wspólny na półpiętrze dla dwóch, trzech, a czasem nawet czterech mieszkań. Te lepsze mieszkania miały oczywiście łazienkę, zwykle z dużą wanną, a pokoje były znacząco większe.
Całkiem inaczej wyglądało to w niedalekiej Danii, gdzie nawet tanie mieszkania robotnicze były wyposażone w toaletę i rzecz jasna bieżącą wodę. Każdy kraj miał jakieś swoje typowe rozwiązania. W Danii kuchnie zwykle były niewielkie wąskie i jakby wykrojone z pozostałej przestrzeni. W Polsce kuchnie były średniej wielkości, zaś w Niemczech często większe. Jednak wtedy nikt nie myślał o prywatności potomstwa, ani rodziców tak, jak dziś. Jako dzieci wielu z nas dzieliło pokój z rodzeństwem, czasem nawet śpiąc na jednym tapczanie lub rozkładanej wersalce. Lekcje odrabiało się przy wspólnym stole, często w pokoju, który zwykle wszyscy nazywali „stołowym”. Nietrudno zgadnąć dlaczego. Czasami ten pokój był dla całej rodziny pokojem dziennym i dzieci musiały popołudniami dostosować się do oczekiwań rodziców, może dlatego częściej bawiły się na podwórku niż obecnie. Drugi pokój bywał dla całej rodziny sypialnią, a rodzice mieli w nim duże podwójne łóżko.
W opowiadaniu Heinricha Bölla, „Zwierzenia klowna” można znaleźć bardzo symptomatyczny fragment odnoszący się do niektórych problemów związanych z tą zbyt małą przestrzenią mieszkalną.

Zawsze wiedziałem, kiedy Wienekenowie dostawali pieniądze: w piątki; także u Schniewindów i Hollerathów można było poznać pierwszego i piętnastego każdego miesiąca, że mają gotówkę – zawsze wtedy było coś dodatkowego, dla każdego szczególnie gruby plasterek kiełbasy albo kawałek ciasta, a pani Wieneken chodziła w piątek rano do fryzjera, bo wczesnym wie­czorem… no, ty nazwałbyś to składaniem ofiary bogini Wenus.
– Co? – zawołał ojciec. – Nie chcesz chyba powiedzieć… – Zaczerwieniony przyglądał mi się kręcąc głową.
– Owszem, właśnie to chcę powiedzieć. W piątek wieczorem wysyłali dzieci do kina… Przedtem jeszcze wolno im było pójść na lody, tak że co najmniej trzy i pół godziny spędzały poza domem, kiedy matka wracała od fryzjera, a ojciec z tygodniową wypłatą. Wiesz przecież, że mieszkania robotnicze nie są duże.
– Chcesz powiedzieć, że wiedzieliście, dlaczego wysyłano dzieci do kina?
– Oczywiście nie tak dokładnie – odparłem – i właściwie zrozumiałem wszystko dopiero później, kiedy zastanawiałem się nad tym – i dopiero znacznie później stało się dla mnie jasne, dlaczego pani Wieneken była zawsze tak wzruszająco zarumieniona, kiedy wracaliśmy z kina i zabieraliśmy się do sałatki z kartofli.

W Polsce błyskawicznie rosła liczba ludności. W moim sąsiedztwie mieszkała wdowa z czwórką dzieci w dwóch pokojach. Dzieci dużo starsze ode mnie, więc szybko najstarszy syn się ożenił i zamieszkał w tym mieszkaniu z żoną, a po jakimś czasie z dzieckiem. Po jakimś czasie jedna córka wyszła za mąż i wprowadziła się wraz z mężem. Potem pojawiło się kolejne dziecko. Druga córka też miała dziecko, choć w tym wypadku nie było męża. Po kilku latach w dwóch pokojach mieszkało już dziesięć osób. Może to i przykład dość skrajny, ale podobnych przypadków zagęszczenia mieszkań było sporo. W Polsce długo nie budowano nic, wszelkie zasoby w tym zakresie kierując na odbudowę stolicy. Na początku lat sześćdziesiątych rozpoczęła się epoka budownictwa socjalistycznego także na prowincji. Budowano wciąż głównie mieszkania dwupokojowe, na dodatek miały małą kuchnię bez okna, w której z trudem mieściła się jedna osoba. Jako naród zaczęliśmy żyć w permanentnym zagęszczeniu. Dopiero w latach siedemdziesiątych niektórzy zaczęli się wprowadzać do nowych mieszkań, które były już nieco większe. Standardem stały się trzy pokoje, choć rozmiary tych mieszkań często nie przekraczały 50 metrów kwadratowych. Mieszkanie wciąż było dobrem pożądanym i luksusowym. Było komunalne lub spółdzielcza, bardzo rzadko własne. Bardziej przedsiębiorczy rodacy zaczynali budować własne domki. Brali kredyty bankowe, a potem całymi latami starali się wybudować dom przy permanentnym braku wszystkiego, oprócz piasku i wody.
Gdy po roku 1989 gminy przejęły na własność mieszkania komunalne, zaczęły je sprzedawać dotychczasowym lokatorom po bardzo preferencyjnych cenach. Mieszkania zwykle były w bardzo starych budynkach, w znacznym stopniu zdekapitalizowane i wymagające natychmiast drogich remontów. W ten sposób powstała polska klasa posiadaczy mieszkań, które na nowo zaczęły kształtować ich świadomość. Świadomość powiedziała im po latach, że ktoś ich znowu oszukał.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Zamieszkaj w kurniku

Jak mieszkać na powierzchni mniejszej niż 50 metrów kwadratowych? Każdy, kto urodził się w PRL będzie to lepiej lub gorzej pamiętał. Po wojnie kraj był zniszczony, a problem mieszkań, który się wtedy pojawił, nie został rozwiązany do dzisiaj. Warunki klimatyczne nie pozwalają nam mieszkać w slumsach z kartonu lub blachy falistej, gdyby było inaczej, zapewne bylibyśmy krajem kartonowych domków. Przedwojenne (także poniemieckie na ziemiach „odzyskanych”) mieszkania najczęściej dzielono na kilka mniejszych, z wyjątkiem tych o niższym standardzie i rozmiarach, które były mieszkaniami robotniczymi. Jednak jeszcze w latach sześćdziesiątych jeśli na osobę przypadało więcej niż 5 metrów kwadratowych, urząd kwaterunkowy mógł dokwaterować dodatkowego lokatora. Zwykle się tak nie działo, ludzie mieli dzieci, więc ta groźba nie była realna. Jednak w przypadku np. bezdzietnego małżeństwa żyjącego w dwóch pokojach z kuchnią sprawa mogła wyglądać zupełnie inaczej. Oczywiście przez cały czas PRL władze intensywnie rozwiązywały problem mieszkaniowy, budując nowe bloki z bardzo malutkimi mieszkaniami. W tzw. okresie gomułkowskim zmieniono nawet normy, by można było budować mieszkania z „ciemną” kuchnią. Inaczej mówiąc – bez okna.
Jednym słowem mieszkanie w pokoikach, w których zaledwie mieścił się jakiś tapczan do spania, było w naszych warunkach normą. W Europie Zachodniej wyglądało to całkiem inaczej. Najmniej przejmowano się kwestią metrażu w ciepłych południowych krajach. Jednocześnie też struktura mieszkań była inna. W Hiszpanii charakterystyczne było patio otoczone pozostałymi pomieszczeniami, w Grecji często centralną funkcję spełniał przydomowy ogród lub taras. W chłodniejszym klimacie centralnym punktem spotkań rodzinnych był tzw. living room łączący funkcje jadalni oraz pokoju do wypoczynku, w późniejszych latach również pokoju telewizyjnego. Członkowie rodziny mieli swoje własne pokoje – sypialnie i dotyczyło to również rodziców. W Polsce Ludowej salon był równocześnie sypialnią rodziców, a mało wygodna wersalka ich łóżkiem.
Jeszcze inaczej było w Stanach Zjednoczonych. Tam przeciętny dom znajdujący się zwykle na przedmieściach miał ponad 200 metrów kwadratowych. Miał osobne pomieszczenia gospodarcze – pralnię, suszarnię, garaż i pokoje dla wszystkich. Rzecz jasna była też jakaś część populacji mieszkająca w budynkach wielorodzinnych, jednak nie bez przyczyny ogromne miasta amerykańskie to rozległe powierzchniowo osiedla mieszkalne składające się z jednorodzinnych domów. Nie wszyscy jednak korzystali z tego amerykańskiego dobrobytu. Stevie Wonder w piosence „Big Brother” śpiewał: we live in a house the size of a matchbox. Getta murzyńskie dalekie bowiem były od tego amerykańskiego ideału.
Dziś amerykański ideał mieszkania zmienia się nie z powodu rosnących gett murzyńskich, ale ubożejącego społeczeństwa. Programy lifestylowe usiłują tę biedę przekuć w nowy trend. Żyj na mniejszej powierzchni, miej mniej rzeczy. Jednym słowem bardziej być, a mniej mieć. Nie sposób kłócić się z pozytywną wymową takiego trendu. Choć nie sposób też pozbyć się złośliwego komentarza, że żadni z nich trendsetterzy, my w Europie Wschodniej już to przećwiczyliśmy dawno temu. Zamiast przez lata rozwijać kapitalizm, który doprowadził do tego, że dziś trzydziestoletni Amerykanie mogą sobie pozwolić na domek lub kawalerkę o wielkości dwudziestu paru metrów, mogli sobie zafundować realny socjalizm i dziś by z tego wychodzili, tak jak my.
Jakiś czas temu głośna była historia informatyczki z San Francisco, pracującej w znanej firmie, która publicznie na Facebooku poskarżyła się, że nawet pracując na odpowiedzialnym stanowisku nie jest w stanie opłacić kosztów mieszkania w drożejącym wciąż mieście. Reakcją właściciela firmy było zwolnienie jej z pracy.
Lubię programy takie jak „Tiny House Nation”. Pomysły w tych małych mieszkaniach i domkach są często bardzo interesujące, a czasem są to wręcz perły architektury. Życie na małej przestrzeni jest zapewne niezłym pomysłem dla niektórych, ale na miłość boską, nie dla wszystkich. W XX wieku badania psychologiczne i biologiczne ponad wszelką wątpliwość pozwoliły na udowodnienie, że dla prawidłowego rozwoju niezbędne jest zachowanie pewnego obszaru prywatności, że zakłócenie go grozi wzrostem agresji i patologią zachowań społecznych. Nawet bardzo kochająca się rodzina składa się z jednostek autonomicznych, które potrzebują czasem pewnej izolacji. O ile można założyć sens mieszkania w domku o powierzchni dwudziestu metrów w przypadku młodych rodziców z niemowlęciem lub bardzo małym dzieckiem, o tyle mieszkanie czteroosobowej rodziny z dwoma nastolatkami różnej płci na powierzchni trzydziestu metrów kwadratowych to nie jest żaden styl życia, ale hodowla szczurów w zbyt ciasnej klatce. I tu pojawia się konstatacja, że chyba świat nie idzie w dobrym kierunku.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.0/10 (5 votes cast)

Sztandar wyprowadzić

Myliłem się. Po ubiegłorocznych jesiennych wyborach sądziłem, że Platforma Obywatelska jest w stanie tak daleko posuniętego rozkładu, że tylko jakieś zdecydowane przywództwo może ją ocalić, pozbierać do kupy i postawić na baczność partię, która przypominała wówczas rozgromione w bitwie tabory, pełne zdezorientowanych i pobitych ciurów obozowych. Przywódcą nie mogła być Ewa Kopacz, ponieważ na niej spoczywała formalna odpowiedzialność za porażkę wyborczą. Nie nadawał się Rafał Trzaskowski, ani Borys Budka, bowiem brakowało im zaplecza w partii, nie byli przywódcami. Na placu boju został jedynie Grzegorz Schetyna. Wbrew moim nadziejom, skupił się jedynie na wyrzucaniu z partii swoich przeciwników. Parafrazując stary dowcip związany z Gomułką, Platforma po wyborach stała nad krawędzią przepaści, a dziś zrobiła ogromny krok naprzód. Tak przynajmniej wynika z wywiadu, który ukazał się w czasopiśmie „Do rzeczy”.

Jestem zwolennikiem utrzymania przez PO konserwatywnej kotwicy. Chcę powrotu do źródeł Platformy, czyli jej liberalno-konserwatywnego charakteru. Chcę też, by była w swoim przekazie chadecka. (Grzegorz Schetyna)

„Do rzeczy” jest w naszym prawicowym krajobrazie medialnym taką mutacją „Niezależnej” dla czytelników z maturą. Zatem wielce symboliczne stają się zwierzenia szefa Platformy w rozmowie z Markiem Migalskim, który jeszcze niedawno był jednym z tzw. spin doktorów w PiS. Migalski pyta Schetynę czy Platforma skończy z lewicowymi eksperymentami. Prawdę powiedziawszy, nie przypominam sobie żadnego lewicowego eksperymentu Platformy, chyba że – wzorem katolickich działaczy PiS – uznamy za taki ratyfikację europejskiej konwencji antyprzemocowej. Podsumowując osiem lat rządów Platformy i PSL, nie znajdziemy zbyt wiele działań, które tak naprawdę zmierzałyby do pozyskania lewicowego elektoratu. Polski parlament nie przyjął Karty Praw Podstawowych, z wielkim trudem odrzucił ultrakonserwatywny projekt zaostrzonej ustawy antyaborcyjnej. Nie udało się zlikwidować Funduszu Kościelnego i zamienić go na odpis podatkowy, nie udało się zmniejszyć finansowania Kościoła przez państwo. Wręcz przeciwnie – to rząd Platformy dotował milionami budowę Świątyni Opatrzności Bożej. Chociaż rządy koalicji PO i PSL były najlepszym okresem w ostatnim ćwierćwieczu, to niestety nie zrobiły zbyt wiele, by z postępu cywilizacyjnego Polski mogli być dumni nie tylko zaradni beneficjenci klasy posiadającej, ale również uboga kasjerka z „Biedronki”.
Jedynym działaniem, które można od biedy uznać za lewicowy eksperyment, było znaczące podwyższenie płacy minimalnej, która przez lata pozostawała na głodowym wręcz poziomie. Schetyna nie zdaje sobie sprawy z prawdziwych przyczyn klęski PO i odpowiada: Tak, bo lewicowy elektorat socjalny, w związku z „500+”, zameldował się w PiS, a reszta to raczej Partia Razem, środowiska LGBT.
Tłumacząc to z polskiego na „nasze”: Margines wybierze PiS, bo dostanie za darmo kasę, a reszta to lewactwo i pedały.
Inny polityk Platformy, Bartłomiej Sienkiewicz na ponad rok przed wyborami zauważył, że jeśli przeciętny Polak nie zacznie odczuwać tego postępu ekonomicznego także we własnym portfelu to z Platformy po wyborach zostanie „ch***, d*** i kamieni kupa”, co właśnie się stało. Schetyna jest idiotą, jeśli myśli, że jest w stanie przebić pisowskie lizusostwo wobec Kościoła Katolickiego. To nie katolicki konserwatyzm dał Platformie osiem lat rządów, ale właśnie otwarcie się na bardzo szeroką grupę wyborców centrowych.

Dzisiaj wyraźnie widać, że Europa idzie na prawo. W wyniku różnych czynników. Społeczeństwa europejskie będą szukać konserwatywnego modelu politycznego. I gdy będzie to oparte na chrześcijaństwie, to właśnie taki model może być przyszłością kilku najbliższych dekad. (Grzegorz Schetyna)

Jeśli traktować poważnie te wynurzenia Schetyny, to powinniśmy niedługo zobaczyć polityków Platformy w zielonych koszulkach z symbolami ONR palących race na Marszu Niepodległości i krzyczących pod siedzibą „Agory” na Czerskiej: „Precz z komuną!” Przydałyby się jeszcze bojówki napadające na ciemnoskórych imigrantów, bo tylko w ten sposób Platforma mogłaby przebić ksenofobiczny i rasistowski wizerunek PiS.
Jak widać, Schetyna nie tylko nie ma pojęcia, dlaczego Platforma wygrywała wybory w 2007 i 2011 roku, ale jeszcze bardziej nie ma pojęcia dlaczego je przegrała w 2015. Dziś miliony wyborców, którzy na Platformę głosowali, często jako na mniejsze zło, nie będą już głosować na schetynową podróbkę Prawa i Sprawiedliwości. Bo i po co. Sztandar wyprowadzić.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.4/10 (11 votes cast)

Czym skorupka nasiąkła?

Podobno przysłowia są mądrością narodów. Jedno z nich brzmi: Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.
Może zatem warto porozmawiać o tym, czym nasze skorupki nasiąkły?
Kilka lat temu jedną z obietnic PiS podczas kampanii wyborczej było wybudowanie trzech milionów mieszkań, jeśli partia ta zdobędzie władzę.

Trzy miliony mieszkań?

Trzy miliony mieszkań?


Większość Polaków pamięta czasy PRL i doskonale wie, że mieszkania były zawsze jednym z głównych priorytetów „władzy ludowej”, a zarazem jedną z wielu klęsk tej władzy. O mieszkaniach zawsze mówiło się „problem mieszkaniowy”, a wiele polskich komedii zajmowało się tym „problemem”. Śmialiśmy się, oglądając serial „Alternatywy 4”, choć był to trochę śmiech przez łzy. „Władza” budowała mieszkania i przydzielała je obywatelom. Zwykle wciąż było mieszkań za mało, a ponieważ to „władza” decydowała, więc często nadzieje wielu potencjalnych lokatorów spełzały na niczym, bo mieszkanie dostawał ważny specjalista (często kolega lokalnego prezesa lub sekretarza partii), milicjant lub wojskowy, a potem dopiero zwykły obywatel zapisany do spółdzielni i czekający kilkanaście lat.
Lata, które upłynęły od czasu bankructwa PRL, źle się obeszły z pamięcią wielu rodaków. Zdążyli zapomnieć, że na upragnione mieszkanie czekało się przynajmniej kilkanaście lat, ale zapamiętali, że mieszkania się „dostawało”, co zresztą niezupełnie zgodne jest z prawdą.
Nic więc dziwnego, że hasło budowy trzech milionów mieszkań spotkało się z doskonałym przyjęciem wyborców. Kaczyński oczywiście od początku wiedział, że jego rząd nie zbuduje ani jednego mieszkania, bo w żadnym normalnym kraju rząd nie zajmuje się budowaniem mieszkań. Budowaniem zajmują się firmy budowlane, które działają na zlecenie inwestorów, a to z kolei oznacza, że zbudowane mieszkania trzeba sprzedać tak, by przyniosły zysk, a nie rozdawać je za darmo. Dziś z jednej strony mieszkań w Polsce wciąż brakuje, a z drugiej jest ich w nadmiarze i stoją puste.
Pluskwa, czyli karaluch

Pluskwa, czyli karaluch


Kilka dni temu poseł „Solidarnej Polski”, czyli przedstawiciel wyrzuconych z PiS, podczas przemówienia uzasadniającego wniosek o odwołanie ministra transportu, usiłował wręczyć przedstawicielom rządu pluskwę w słoiku. Pluskwa okazała się potem karaluchem, a wniosek upadł. Ale jest to również przykład z gruntu fałszywej tezy, że minister transportu buduje drogi. Minister ma zadanie stworzyć odpowiednie warunki i ramy prawne w których poruszać się będą instytucje i firmy budujące drogi. Drogi budowane są przez firmy i przypadki ewentualnych nadużyć w tych firmach nie są sprawą ministra, ale prokuratury oraz policji. Jeśli ktoś myśli, że powinno być inaczej to znaczy, że tkwi wciąż w realiach PRL. To właśnie tam w naszej niedawnej historii był ciąg przyczynowo-skutkowy od ministra po prezesa spółdzielni, który był tak samo „władzą” jak milicjant lub sekretarz partii.
Możemy mieć do rządu wiele rozmaitych pretensji, często bardzo słusznych, ale rząd nie jest od rozdawnictwa mieszkań, ani też od tworzenia miejsc pracy. Jeśli ktoś oczekuje od rządu miejsca pracy, to powinien pamiętać, że w dawnym PRL dostawało się nakazy pracy i ruszało się z tobołkiem na drugi koniec Polski. Bo tak decydowała władza.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.9/10 (13 votes cast)

Homo sovieticus

Czytelnikowi, który zaczyna lekturę od tego właśnie tekstu, należy się wyjaśnienie. Jest to dalszy ciąg moich wspomnień związanych z PRL, dlatego też warto najpierw przeczytać materiał wcześniejszy:Retrospekcja.
Wrócę jeszcze do wspomnienia owych kolorowych prospektów turystycznych i przygnębiającego uczucia, że ten świat jest dla mnie zamknięty i niedostępny. Znacznie później, mój szkolny przyjaciel zaproszony został do Niemiec Zachodnich. Znalazł się w pięknym mieście Kolonii i tam przebywał jako gość przez kilka tygodni.
Po jego powrocie spotkaliśmy się i pytałem o wrażenia, bowiem moje doświadczenia sięgały jedynie tzw. demoludów. Z pewnych względów nie miałem szans na otrzymanie paszportu dopóki istniał PRL. Kolega opowiadał sporo, ale na początku miał problem, jak zacząć. Wreszcie zaczął od zdania, które zapamiętałem bardzo mocno: Tam nawet bruk na chodniku jest lepszy. Opowieści były wspaniałe i smutne – znowu pojawił się świat, którego nigdy nie miałem zobaczyć.
Najzabawniejsze i najtragiczniejsze jednocześnie było to, że kolega ów pochodził z odpowiedniej klasowo robotniczej rodziny, był synem człowieka, który wierzył w socjalizm. Jego idee fix po powrocie było wyjechać na zawsze, co w końcu mu się udało. Wyjechał nie dla pieniędzy, choć na zachodzie żył przez lata całe dużo lepiej niż ja w kraju.
Nikt z Europy zachodniej nie uciekał do Polski, do ZSRR, czy NRD. Nie musiał uciekać, mógł sobie wyjechać i zostać na stałe, nikt mu tego nie zabraniał. PRL trzymał swoich obywateli w dużym więzieniu o dość niewielkim w niektórych okresach rygorze. Można było dostać paszport za współpracę z SB, będąc posłusznym członkiem partii. Czasami można było dostać paszport w jedną stronę, jeśli władza bardzo chciała się kogoś niewygodnego pozbyć. Otrzymanie paszportu zawsze też było dobrą kartą przetargową w rękach władzy. Można było zmusić kogoś, komu bardzo zależało, do współpracy, do uległości. Więzienie pozostaje więzieniem nawet wtedy, gdy na pierwszy rzut oka nie widać strażników i drutów kolczastych. W latach siedemdziesiątych zamaskowano druty kolczaste i stwarzano wrażenie, że PRL jest normalnym krajem.
Podczas swojej włóczęgi wakacyjnej spotkałem w Warszawie trzech włoskich studentów, którzy przyjechali na wakacje zwiedzać egzotyczną dla nich Polskę. Interesowali się głównie blondynkami, więc podejrzewam, że nie muzea były w głównym kręgu ich zainteresowań. Poprosili mnie o znalezienie jakiegoś taniego noclegu, bo oni są „poor students”. Zamieszkali więc w młodzieżowym schronisku na Smolnej, ale swojego opla kadeta musieli zaparkować nieco dalej, co nie bardzo im się podobało, jako że samochód biednych studentów mógł się stać łakomym kąskiem dla lokalnych warszawskich złodziei. Zwiedzałem wraz z nimi Zamek Królewski. Właśnie odbudowano go do stanu surowego i była w nim fotograficzna wystawa o sukcesach PRL. W zasadzie udało mi się wyjaśnić sympatycznym Włochom wiele elementów rzeczywistości naszego kraju, które budziły ich nieustanne zdumienie. Przy zdjęciu z pochodu pierwszomajowego padło pytanie o politykę. A dokładniej o partie polityczne. Zapytali która z partii jest opozycją, a która rządzi. Aby wytłumaczyć fenomen istniejących wtedy trzech partii politycznych, z których żadna nie była opozycją, musiałem uciec się do pojęć religijnych. Przywołałem trójcę świętą, a więc God Father, Son of God and Holy Spirit i zapytałem najpierw kto rządzi, a potem who is an opposition? Zdaje się, że zrozumieli.
Byli to młodzi i sympatyczni chłopcy, niewiele starsi ode mnie – wówczas licealisty. Różniliśmy się głównie tym, że ja nie mogłem pojechać, by zobaczyć Koloseum, Kaplicę Sykstyńską lub Wenecję.
Poza tym PRL był systemem dystrybucji braków. Czymkolwiek zainteresowało się państwo, natychmiast pojawiało się na liście braków. Gdy w prasie pojawiała się informacja, ze z Brazylii płyną statki z ładunkiem cytrusów i na święta nie powinno ich zabraknąć, ludzie zaczynali się niepokoić, bo oznaczało to zwykle brak tychże cytrusów. Dziś może ktoś zadać pytanie, jak to może być, ze w sklepie nie dostanie się mandarynek lub bananów? Wydaje się to niemożliwe.Tym bardziej, że starsi ludzie opowiadali, ze przed wojną owoce egzotyczne były dostępne. Co się stało trzydzieści lat po wojnie w rzekomo normalnym kraju, że banany były rarytasem, którego większość ludzi nie widziała na oczy, nie z powodu ceny, ale z powodu chronicznego braku tego towaru? Handel zagraniczny i transport morski były w stanie dowieźć owoce z tzw. ciepłych krajów już sto lat wcześniej. Ludzie kupowali tyle, na ile ich było stać. W PRL pomarańcze i banany kupowało państwo za prawdziwe pieniądze (dolary) a sprzedawało je za walutę bez żadnej realnej wartości (złotówki). Państwo zatem miało poczucie, ze sprawia swoim obywatelom niczym nie uzasadnione prezenty. A ponieważ PRL nie był krajem atrakcyjnym gospodarczo, niewiele rzeczy produkowanych nadawało się na eksport, więc państwo odczuwało stały brak dewiz (inaczej mówiąc prawdziwych pieniędzy). Wydawanie pieniędzy na pomarańcze, banany, czy też amerykańskie filmy było nieracjonalną fanaberią. Od braku pomarańczy się nie umiera i z powodu braku pomarańczy się nie strajkuje. Przecież zamiast tego można łyknąć witaminę C z krakowskiej Polfy.
Ponieważ wszystkiego zawsze było za mało, a szczególnie produktów o wyższej jakości, powstały specjalne systemy dystrybucji dóbr. Oficjalna cena samochodu stanowiła zwykle 20% ceny prawdziwej, jaką trzeba było zapłacić. Dlaczego? Bo samochodów było mniej niż chętnych. Zatem wprowadzano system dystrybucji za pomocą talonów. Talony rozdzielano w partii, w urzędach, milicji. Aby dostać talon trzeba się było jakoś państwu przysłużyć. Kupiony samochód sprzedawało się na wolnym rynku po kilku latach, a otrzymana zapłata starczała na kupno następnego (na talon oczywiście) i jeszcze na zakładowe wczasy w Bułgarii.
W okresie gomułkowskim były słynne sklepy „za żółtymi firankami”, ja sam pamiętam jeszcze słynne „Konsumy”, gdzie nie każdy mógł zrobić zakupy. Oprócz tego państwo bardzo starało się pozyskać wszelkie prawdziwe pieniądze. Dlatego były sklepy takie jak „Baltona” i „Pewex”, w których kupowało się za dolary. Pomimo to, że posiadanie obcej waluty było prawnie zabronione (można było mieć tylko państwowe bony), ale w tych sklepach nikt nie pytał o nic, gdy płaciło się dolarami. Oficjalny kurs dolara był niski, ale prawdziwy był dziesięciokrotnie wyższy. Przeciętny Polak zarabiał w PRL równowartość 20$ i to również było skuteczną barierą w wyjazdach zagranicznych.
Niektórzy mieli lepiej niż inni. Należeli do partii, pracowali w milicji, w wojsku, służbie bezpieczeństwa. A czasami wystarczyło, ze mieli współczującą i dobrą rodzinę w krajach zachodnich.
Miałem znajomego, prawie że sąsiada. Uczyłem w szkole jego syna. Miał podobnie jak ja malucha i garaż z kanałem, więc bywało, że korzystałem z możliwości naprawienia sobie czegoś. On był majsterkowiczem z powołania, zawsze tam w tym swoim warsztacie coś robił, spawał, piłował, przecinał. Ja naprawiałem malucha, bo przy intensywnej eksploatacji ta namiastka auta miała awarie rozmaite co kilkaset kilometrów. Mój znajomy miał rodzinę w Niemczech, która dość obficie zaopatrywała go we wszelkie dobra doczesne. Kawa, czekolada, pomarańcze, to były rzeczy których mu nie brakowało. Antena satelitarna pojawiła się na jego dachu wtedy, gdy polskie służby graniczne nie wiedziały co to takiego i nie zabraniały przywozu. Jako jeden z pierwszych miał magnetowid i z zachodu przywiezione kasety. To u niego oglądałem nielegalny w PRL film „Rambo 2”. Ze ścieżką dźwiękową po niemiecku i z amatorsko dogranym lektorem (ktoś z rodziny). Ogólnie mówiąc znajomy mój był człowiekiem zadowolonym z życia. Nie brakowało mu niczego, w kolejkach stać nie musiał, bo dopełniając szczęścia żona jego pracowała w miejscowym GSie.
Potem nasze kontakty się nieco rozluźniły, może dlatego, że sam dochrapałem się garażu pod domem, w którym reanimowałem sfatygowanego malucha.
Spotkałem znajomego po dłuższej przerwie gdzieś w drugiej połowie 1991 roku. Zaczynałem wówczas nowy rozdział swego życia. Zamierzałem stanąć na nogi i rozpocząłem działalność gospodarczą. Było ciężko, ale były spore nadziej na przyszłość. Filmowałem kamerą VHS – głownie wesela, ale także wszelkie inne uroczystości. Na jednym z wesel spotkałem nieco podciętego już znajomego. W chwili przerwy zacząłem z nim rozmawiać i ze zdziwieniem stwierdziłem, że jest zgorzkniały, niezadowolony i rozgoryczony. Lubiłem go, więc zacząłem wypytywać. Może kłopoty z dziećmi? Może coś z żoną, zdrowie? Może stracił pracę i nie ma z czego żyć?
Okazało się ze nie. Prace ma dobrą, nawet lepszą jak wcześniej, bo firma przeszła na własność zagranicznej spółki. Dzieci też radzą sobie dobrze, ma niezłą „furę” – całkiem nowego jeszcze mercedesa.
W końcu się wściekłem. To powiedz wreszcie chłopie, o co ci chodzi – wywrzeszczałem – wszystko masz, żyje ci się wygodnie i lepiej niż przed paru laty, na tej przemianie ustrojowej nic nie straciłeś, a wręcz przeciwnie. Wyjaśnij mi to, bo za chwilę chyba oszaleję.
Wiesz – powiedział w końcu „z pewną taką nieśmiałością” – ale teraz to każdy ma satelitę, magnetowid i dobry wóz, a wtedy to ja byłem kimś.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.2/10 (11 votes cast)

Sieroty po Marksie

Urodziłem się, wychowywałem i kształciłem w państwie, w którym obowiązywała jedyna i jedynie słuszna ideologia. Studiując nauki humanistyczne, musiałem zaliczyć marksistowską filozofię, marksistowską ekonomię, a nauki polityczne z wyraźnym odchyleniem marksistowskim były obecne w edukacji praktycznie już od ostatnich klas podstawówki*. W swojej specjalności – czyli literaturoznawstwie również miałem do czynienia z oczywistym wpływem marksizmu.
Skrótowo mówiąc, marksizm to filozofia walki klas i choć Marks sam nie miał okazji wypróbować swoich teorii, to w sposób zdecydowany zrobił to jego uczeń i kontynuator – Włodzimierz Lenin. Rzecz jasna główną domeną realizacji marksizmu w praktyce było państwo i ekonomia.
Kapitalistyczna produkcja nie może rozwijać się inaczej aniżeli skokami, dwa kroki naprzód i krok (a nieraz i całe dwa) wstecz. Jak już nadmieniliśmy, kapitalistyczna produkcja jest produkcją na sprzedaż, wytwarzaniem towarów na rynek. A produkcją zarządzają poszczególni kapitaliści każdy z osobna i nikt nie może wiedzieć dokładnie, ile i jakich mianowicie produktów potrzeba na rynku. Wytwarza się na chybił trafił, troszcząc się jedynie o to, aby prześcignąć się nawzajem. Jest więc rzeczą zupełnie naturalną, że ilość wytworzona może nie odpowiadać potrzebom rynku. – pisał Lenin w roku 1901. Ci, którzy pamiętają półki z na przemian poustawianym octem i musztardą w socjalistycznych sklepach późnego PRL i sklepy dzisiejsze, mogą mieć uzasadnione wątpliwości.
Marks w manifeście komunistycznym pisał tak: Nasza epoka, epoka burżuazji, wyróżnia się jednakże tym, ze uprościła przeciwieństwa klasowe. Całe społeczeństwo rozszczepia się coraz bardziej i bardziej na dwa wielkie wrogie obozy, na dwie wielkie, wręcz przeciwstawne sobie klasy: burżuazję i proletariat. Ten krótki cytat ukazuje sedno rzeczy. Rozwój marksizmu to rozwój teorii walki klas. Państwo marksistowskie było paradoksalnie państwem bardziej klasowym niż burżuazyjne.
Wpływ marksizmu na sferę idei i sztuki opiszę na przykładzie. Nowela Henryka Sienkiewicza Janko Muzykant jest jednym z utworów od dawna widniejących w spisach lektur szkolnych. W latach sześćdziesiątych (i później jeszcze również) obowiązywała następująca interpretacja utworu. Bohater noweli żyje w świecie nieledwie feudalnym, jago matka – biedna wyrobnica – nie jest w stanie zapewnić dziecku wykształcenia, ani opieki medycznej i dlatego życie Janka kończy się tak szybko i smutno. Dydaktycznie i ideologicznie pożądane było, by uczniowie napisali swoją wizję tego, jak inaczej potoczyłoby się życie Janka w Polsce Ludowej. U schyłku PRL akcent został przeniesiony na zacofanie dziewiętnastowiecznej wsi, a jednocześnie akcentowanie kosmopolityzmu ziemian i ich braku zainteresowania własnym narodem. Współcześnie nieco inaczej interpretuje się tę nowelę. Epoka staje się coraz bardziej odległa dla współczesnych dzieci, więc trzeba ją nieco przybliżyć, ale też zwracamy dziś uwagę na wyobcowanie Janka. Na to, że różnił się on od innych. Że matka bohatera była zapewne tzw. panną z dzieckiem. Zadajemy pytanie, jak dziś w środowisku naszym traktowane są osoby inne, wykraczające poza powszechnie uznawane normy? Czy dziś Janek nie byłby przypadkiem również odrzucony przez społeczność i rówieśników?
Ten dość długi i wyjaśniający wstęp zakończę anegdotycznie. Całkiem niedawno w pewnej szkole, odruchowo sięgnąłem po zeszyty pozostawione przez nauczycielkę do sprawdzenia. Zobaczyłem wypracowanie na temat „Dlaczego dziś życie Janka wyglądałoby zupełnie inaczej. Po dokładniejszym zapoznaniu się z tematami zrozumiałem, ze nauczycielka – stosunkowo młoda osoba – przeprowadzała analizę utworu wyraźnie z pozycji marksistowskich.
Parę dni temu oglądałem w telewizji relację z obrony stoczni. Potem był wywiad z leciwym działaczem związkowym. Można przypuszczać, że Lenin byłby zadowolony. Nie padały tam określenia z manifestu komunistycznego, ale sedno było oczywiste. Liberalne i kapitalistyczne rządy w Polsce zniszczyły największy dorobek klasy robotniczej w Polsce – stocznie, huty i kopalnie. Jeśli sięgniemy pamięcią do strajków i manifestacji z ostatnich paru lat, to zauważymy oczywistość rzucającą się w oczy. Rachunek ekonomiczny, nierentowność, przestarzałe technologie, brak zbytu – wszystkie kategorie ekonomiczne są dla robotników nieważne. Oni dalej są na etapie walki klas.
Prezes Jarosław Kaczyński, przywódca partii Prawo i Sprawiedliwość, także rozumuje w kategoriach walki klas. Na swój i partii użytek nazwał to nieco inaczej. W PRL byli słuszni robotnicy i chłopi oraz wrodzy socjalizmowi kułaccy (posiadacze ziemi), prywaciarze (właściciele środków produkcji), a także inteligenci (w traktowaniu tych ostatnich widać dualizm). Kaczyński podzielił społeczeństwo na wzór marksistowski – partia bez wrogów ideowych nie ma racji bytu, ale tu podział poszedł dalej. Mamy więc Polaków, katolików i prawdziwych patriotów, a w opozycji do nich liberałów, tych, którzy są tam, gdzie stało ZOMO, zatem nieprawdziwych Polaków i fałszywych patriotów, bo naprawdę to realizują oni bliżej nieokreślone interesy Rosji lub Niemiec. Nie pada słowo zdrajcy w oficjalnym języku PiS, ale mowa jest o polityce zagranicznej na kolanach. Natomiast w kręgach zwolenników język się radykalizuje i już słyszymy o pachołkach Rosji, zdrajcach narodu lub odszczepieńcach.
Dobrym przykładem jest opisywanie katastrofy smoleńskiej. Prezes w oficjalnej wypowiedzi tylko zaznacza, że nie trzeba śledztwa by wiedzieć, kto politycznie jest odpowiedzialny i że to była dziwna katastrofa. Pretorianie prezesa w sugestiach idą krok dalej – że wspomnę ciało prezydenta w błocie na deszczu i w ruskiej trumnie**.
Podobnie jak francuscy intelektualiści w rodzaju Sartre’a dla marksizmu byli pożytecznymi idiotami legitymizującymi państwa marksistowskie w świecie, tak dzisiaj są twórcy w rodzaju Marcina Wolskiego lub Jana Pietrzaka, którzy identyczną rolę pełnią dla PiS, dodając do tego spore rzesze pożytecznych idiotów w internecie i przypartyjnych*** ochotników takich jak Jan Pospieszalski w mediach. Nawiasem mówiąc dialektyka marksistowska zastosowana przez PiS w dyskursie politycznym jest tak oczywista, że zdziwiony jestem brakiem reakcji politologów w tej mierze.
Podsumowując muszę stwierdzić, że w przestrzeni publicznej naszego kraju jest i długo jeszcze będzie pojawiać się tęsknota za marksizmem wyrażana w taki lub inny sposób. Biorąc pod uwagę to, że wyznaczniki marksizmu pasują bardziej do tych, którzy w sferze ideologicznej deklarują walkę z pozostałościami dawnego systemu, to mamy do czynienia z wyjątkowo perfidnym chichotem historii.


* Wiedza o społeczeństwie i Historia w klasie ósmej mocno zajmowały się zagadnieniami marksizmu.
** Joachim Brudziński w Kropce nad i w TVN24.
*** Musiałem utworzyć neologizm określający osoby, które prowadzą intensywną propagandę, ale partia może się od nich odciąć twierdząc, że to głos ludu.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Kto płaci za studia?

Gdy rozpoczynałem pisanie na blogu, wydawało mi się, że będę pisał – o czym będę chciał. W praktyce okazuje się, z e coraz częściej pisze o tym, na co w jakiś szczególny sposób zareagowali czytelnicy. Tym razem o studiach. Płatne czy darmowe, a tak w ogóle kto za nie płaci, bo w prawdziwym świecie za darmo nic nie ma.
Gdy sam zaczynałem studia, były one darmowe, wszystko było darmowe, a państwo -czyli władza – utwierdzało nas w przekonaniu, ze jesteśmy balastem i pasożytami, bo owo państwo wszystko nam daje. W kategoriach tischnerowskich była to gówno-prawda. Państwo zabierało nam wszystko – wolność, możliwość dokonywania wyboru – a w zamian dawało ciasną klatkę i miskę ochłapów. Na wyjazd poza żelazną kurtynę mogli liczyć nieliczni lub dzieci partyjnych bonzów. Podobnie na studia.
Gdy PRL upadł wydawało się, że sytuacja stanie się bardziej normalna. Założenie nowych władz przez te wszystkie lata było oczywiste – wspieramy edukację, musi być darmowa. Jednak w realnym społeczeństwie i w prawdziwym państwie uczelnie generują koszty. Ktoś za to płaci. Pan za to płaci i pani za to płaci i tamten emeryt także. To są koszty pokrywane z naszych podatków. A ponieważ są to nasze wspólne pieniądze – niestety stanowczo za małe – to chcielibyśmy, by były wydawane sensownie.
Dziś w Gazecie Wyborczej przeczytałem, że atrakcyjne studia na uczelni prywatnej kosztują 100 tysięcy złotych. Aby te studia były atrakcyjne dla bogatych – którzy chcą być jeszcze bogatsi – uczelnia prywatna podkupuje kiepsko opłacanych wybitnych fachowców z uczelni państwowych. Uczelnie państwowe, chcąc fachowców zatrzymać uruchamiają płatne studia zaoczne. Człowiek kupujący takie studia otrzymuje określony towar – dyplom. Niedawno ostrzyłem sobie zęby na dość intratną fuchę, która pozwoliłaby mi spędzić paskudny najbliższy grudzień na Wyspach Kanaryjskich. Niestety okazało się, że musiałbym w tym celu przez około pół roku współpracować z absolwentem pewnej słynnej uczelni. Tyle że kończył zaocznie płatne studia. Nazwanie go idiotą byłoby niczym nieuzasadnionym komplementem. Jako emeryt dbam w pierwszym rzędzie o swoje zdrowie (tym razem psychiczne), więc z fuchy zrezygnowałem.
Nie jestem ekonomistą, więc nie będę się wymądrzał. Wiem jedno – koszty studiów trzeba w jakiś sposób urealnić. Zniwelować przewagę dupków z bogatymi rodzicami. Uniemożliwić niby-uczelniom podkradanie niedoszacowanych profesorów uczelni państwowych. Być może lepszym sposobem byłby jakiś rodzaj bonu oświatowego, być może system podobny do angielskiego. Mając pewną wiedzę o studiach w Anglii i mając też wiedzę o studiach w Polsce – nie mam złudzeń. Brak zdecydowanych kroków w tej dziedzinie spowoduje, że w Polsce będą studiować wyłącznie bogaci kretyni, zaś biedni, ale zdolni pojadą studiować za granicę, bo paradoksalnie tam dostaną szansę.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Moja ulubiona partia

Dziś spotkał mnie znajomy, nie widziałem go od lat. Wiesz, czytam twój blog – powiedział – ciekawe, ale mam wrażenie, że kiedyś miałeś inne poglądy. Kilka dni wcześniej znajoma nauczycielka, która również czytuje mój blog orzekła, że nie podejrzewała nigdy wcześniej, ze jestem liberałem. Liberałem zabrzmiało tak jak syfilitykiem. Czytelnicy, którzy komentują moje teksty, też często ustawiają się wobec nich w jakiś określony sposób, a ja nagle stwierdziłem, że sam dotychczas jasno nie określiłem swoich preferencji. Politycznych, żeby było jasne.
Jak już poprzednio napisałem, do momentu objęcia pełnej władzy przez ugrupowanie bliźniaków Kaczyńskich, polityką interesowałem się sporadycznie. Jednak obecnie moje zaangażowanie nie świadczy o jednoznacznym poparciu PO. Dlatego chcę dziś napisać o mojej ulubionej partii politycznej.
Po pierwsze – taka partia nie istnieje. I nie sądzę, abym dożył chwili, gdy taka partia w naszym kraju powstanie. Po pierwsze ma to być partia świecka. Jej członkowie mogą sobie wierzyć w Boga, Allaha, Buddę, czy tak jak ja – w niewidzialnego różowego jednorożca. Nie chciałbym, aby to była partia antyklerykalna obiecująca likwidację konkordatu i pozamykanie sukienkowych do pierdla (tak na wszelki wypadek). Społeczeństwo polskie w dużej mierze jest katolickie i religijne i nie ma sensu tego negować. Fakt, że jest to religijność ksenofobiczna i zaściankowa, połączona z mentalnością Kalego*, niczego nie zmienia.
Partia ta ma jedynie tworzyć ustawy sprzyjające większej kontroli nad tym, co robią przedstawiciele Kościoła w dziedzinie pozareligijnej. A żeby ukrócić machlojki pewnego redemptorysty z Torunia, nie trzeba zmieniać prawa, wystarczy stosować to co jest i nie bać się ujadania.
Po drugie partia ta ma popierać parytety. Niechże one będą wprowadzane kuchennymi drzwiami i niech się nawet zaczną od 35%, ale niech wejdą w życie. Bo kobiety są dyskryminowane w wielu dziedzinach życia, a w polityce szczególnie. Dziś najczęściej jest tak, że karierę robią tylko te o szczególnej odporności psychicznej, a wśród nich te o osobowościach psychopatycznych. I wtedy mówi się, że baby są wredne i głupie, zapominając o tym, ze w populacji samców tyleż samo wrednych psychopatów robi karierę. Kobiety przeważnie są bardziej skłonne do współpracy i chętniej rozmawiają, a to w polityce dobra cecha.
Po trzecie – moja ulubiona partia powinna stać na straży – europejskiej integralności Polski z innymi krajami i budować coraz lepszą współpracę oraz umacniać tę międzynarodową współpracę. Wydarzenia drugiej połowy XX wieku dobitnie pokazują, że to Europa musi objąć rolę nowego światowego lidera, albo za kilkadziesiąt lat obudzimy się w kleszczach pomiędzy agresywnym światem islamu, a równie agresywnym światem amerykańskich bankierów.
Po czwarte wreszcie – w dziedzinie ekonomii partia ta powinna szanować prywatną własność środków produkcji i nie fundować nam żadnych skansenów gospodarczych w rodzaju stoczni czy kopalni. Pieniądze podatników mają być przeznaczone na edukację i zdrowie, a nie na utrzymywanie bandy sierot po PRL. Edukacja powinna być państwowa lub prywatna na równych zasadach tzw. bonu oświatowego. Wyznacznikiem dla obywatela ma być jej darmowość aż do matury. Studia powinny być płatne w równy sposób na wszystkich uczelniach – studenci sami wybiorą lepsze. Czesne dla uboższych studentów powinno być płacone przez państwo na zasadzie nieoprocentowanej pożyczki. Myślę o systemie podobnym jak w Anglii. W ten sposób studia przestaną być sposobem zaczepienia się na parę lat dla złotej i leniwej młodzieży, która się dobrze bawi przez pięć lat, a potem i tak nic nie potrafi. Opieka zdrowotna może być realizowana przez dowolne podmioty na jakimś wyznaczonym poziomie, na który państwo stać. Jednocześnie korzystanie z prywatnej opieki lekarskiej powinno dawać możliwość odliczeń podatkowych.
Piąty element to podatki. Nie jestem zwolennikiem podatku liniowego. Mam zdecydowanie bardziej lewicowe poglądy. Bogatsi płacą więcej. I wcale nie chodzi o to, żeby grupa operatywnych i przedsiębiorczych obywateli utrzymywała cała klasę społeczną nierobów. Psychika ludzka tak już jest skonstruowana, że bogaty zwykle nic ze swego bogactwa nie odda dobrowolnie. Będzie się męczył zmieniając samochód co miesiąc, wymieniając klamki i garnki na platynowe, ale nikomu nic nie da. Jeśli prawo pozwoli mu zarabiać milion dziennie, a pracownikowi płacić tyle, by starczyło na suchy chleb, to tak będzie robił. Dlatego podatki widzę w podobnej formie jak w Danii. Jeśli społeczeństwo zacznie się bogacić w miarę równomiernie, to wszystkim będzie lepiej.
I last but not least to prawa obywatelskie. Wolność to prawo najważniejsze, podstawowe i dla państwa święte. Jedynym ograniczeniem wolności człowieka jest wolność innego człowieka. Jak widać w zakresie praw jednostki i neutralności światopoglądowej państwa jestem liberałem. Zaś w zakresie ekonomicznym – uwaga oksymoron – liberalnym lewicowcem. Jak kiedyś taka partia powstanie, nie zapomnijcie mnie powiadomić. 😉

* Oczywista aluzja do Sienkiewicza.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Politycznie i niepoprawnie

Dążenie do politycznej poprawności może okazać się zgubne dla logiki. Podczas kampanii wyborczej Kaczyński mówił o chęci zacierania różnic pomiędzy Polską A i Polską B. Komorowski z nadzieją rzucał slogan o tym, że Polska jest jedna.
Polska jest podzielona i tylko ignorant może tego nie zauważyć. Podział na mieszkańców wsi i miast też jest faktem, ale w praktyce oznacza tylko, że Komorowski w miastach wygrywa z większą przewagą lub z mniejszą przewagą przegrywa z Kaczyńskim.

Miasto i wieś

Miasto i wieś


W miastach jest więcej wyborców z wykształceniem wyższym i średnim, a ci przeważnie głosowali na Bronisława Komorowskiego. Te podziały oczywiście mają znaczenie, choć nie są jednak najważniejsze.

Podziały istnieją.

Podziały istnieją.


Prawdziwy podział ma podłoże historyczne. Na powyższą mapę z wynikami głosowania (niebieski – Kaczyński, pomarańczowy – Komorowski) nałożone zostały granice rozbiorowego Królestwa Kongresowego. Z mapy wynika wyraźnie, że Kaczyński wygrywa na terenie Kongresówki i Galicji (dawnego zaboru austriackiego). Te podziały wynikają z rozbiorów Polski pod koniec XVIII wieku trwających ponad 120 lat i są dalej żywe, choć minęło ponad 90 lat od odzyskania niepodległości. Być może ma znaczenie to, że w dziewiętnastowiecznej Europie powoli zaczynały się kształtować zwyczaje demokratyczne, w których uczestniczyli Polacy z zaboru pruskiego. W części wschodniej car był monarchą absolutnym aż do wybuchu Rewolucji Październikowej. Może to w jakiś sposób wyjaśniać pociąg wyborców wschodniej Polski do autorytarnej postawy Kaczyńskiego i jego retoryki zakładającej obronę obywateli przed rozmaitymi zagrożeniami.
Rozkład głosów w terenie wiejskim

Rozkład głosów w terenie wiejskim


Na przykładzie powiatu bytowskiego (woj. pomorskie) można przeprowadzić analizę rozkładu głosów w gminach tego powiatu. Charakterystyczne jest zwycięstwo Kaczyńskiego w gminie, która jest najbardziej rolnicza. Ale też jest to gmina z najgorszym samorządem lokalnym, który w żaden sposób nie potrafi dobrze korzystać z dobrodziejstwa rozmaitych funduszy unijnych. Do tego duże bezrobocie lokalne i mamy już komplet przyczyn. Zatem im bardziej ludzie są niezadowoleni z życia, tym bardziej byli skłonni głosować na Kaczyńskiego.
Dlaczego Komorowski wygrał lub może raczej – dlaczego Kaczyński przegrał? Warto przypomnieć, że przyśpieszone wybory mamy przez katastrofę smoleńską. Natychmiastowe forsowanie retoryki martyrologicznej to był jeden z ważniejszych punktów zaczynającej się kampanii. Do samego końca ta kampania była w tym zakresie bardzo aktywna. Była prowadzona poza mainstreamowym wątkiem samego sztabu Kaczyńskiego. Gazeta Polska, Fakt, Nasz Dziennik i Radio Maryja nie ustawały w coraz to nowych insynuacjach i teoriach spiskowych. Do tego dołączył program pierwszy Telewizji Państwowej. Zaczęło się od podsycającego podejrzenia i nienawiść filmu Solidarni 2010. Potem kolejne audycje Misja Specjalna z udziałem najważniejszych specjalistów od fantastycznych teorii spiskowych – Romualda Szeremietiewa i Antoniego Macierewicza. W finale Jan Pospieszalski stwierdza: nawet jeśli to nie był zamach na prezydenta, to był to zamach na polskie państwo. Każda kolejna audycja, każda kolejna plotka o nowych rzekomych „faktach” z katastrofy powodowała kolejny spadek notowań Komorowskiego. Nie sposób było z tym walczyć, bo sztab Kaczyńskiego natychmiast by się wyparł związków z tym nurtem kampanii. Dziwnym trafem żaden z politologów, socjologów i dziennikarzy nie odnotował tego faktu. Jak również tego, że praktycznie TVP była po stronie Kaczyńskiego. Tylko Fundacja Batorego odnotowała, że w ciągu przedostatniego tygodnia przedwyborczego telewizja publiczna ani razu nie podała żadnej pozytywnej wiadomości na temat kandydata Platformy, ani też żadnej negatywnej na temat Jarosława Kaczyńskiego. Na dodatek telewizje komercyjne faworyzowały również Kaczyńskiego, który był traktowany ze specjalną atencją, bowiem każda próba zbytniej dociekliwości kończyła się zarzutami sztabu wyborczego o stronniczość. W ten sposób Komorowski walczył o swoją kandydaturę przeciw prawie wszystkim mediom.
Bez wątpienia przeciw Komorowskiemu działała też powódź, ponieważ zwykle w takich przypadkach zwiększa się liczba osób niezadowolonych. I trudno się dziwić, zalane domy i mieszkania, zdezorganizowane życie, ogromne straty. Pomimo dobrej pracy rządu wobec tej katastrofy, osoby niezadowolone – zgodnie z wcześniejszą regułą – głosowały na Kaczyńskiego.
Ogłoszenie wyniku wyborów

Ogłoszenie wyniku wyborów


Dlatego dzisiejsze ogłoszenie PKW, że Komorowski wygrał osiągając wynik o 6,02% wyższy niż Jarosław Kaczyński, jest dowodem na to, że wbrew mediom i wszelkim przeciwnościom wygrała demokracja. Ponad milion głosów więcej na Komorowskiego oznacza, że wyborcy przestają bezkrytycznie słuchać mediów, a to dobry objaw.
Należy jeszcze explicite wyjaśnić dlaczego standardowy elektorat PiS, który zwykle nie przekracza 30%, tak bardzo się zwiększył. Wspomniałem już tę część kampanii, która – choć nieoficjalna – odwoływała się przede wszystkim do resentymentów polskich wobec wschodniego sąsiada. O ile straszenie Niemcami nie odniesie dziś pożądanych efektów, bo wspólnie jesteśmy częścią Wspólnoty Europejskiej, o tyle straszenie Rosją dało efekt. Niemcy jako część Unii zostały oswojone. Nie zagrażają nam, bo to byłoby działania na szkodę Unii. Rosji boimy się, bo jest ona wciąż dla nas terra incognita. Te lęki, obawy i pamięć ZSRR wykorzystano w nieoficjalnej części kampanii Kaczyńskiego. Warto byłoby się teraz zastanowić, jakie są perspektywy na przyszłość, jeśli uwzględnimy to, że jesienią czekają nas wybory samorządowe, a w przyszłym roku parlamentarne. Jednak to już zupełnie inna bajka.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.0/10 (1 vote cast)

Wielka woda

Nie oszczędza nas los tej wiosny. Najpierw katastrofa w Smoleńsku, teraz powódź. Nie widziałem nigdy powodzi z bliska. Na szczęście. Nie znam się też na hydrologii. Od kilku dni oglądam telewizję i zastawiam się, próbuję to wszystko jakoś ogarnąć rozumem.

Powódź na żywo i jak żywa.

Relacje w TVN24


Rozwój techniki spowodował, że widzowie mogą widzieć to, co naprawdę się dzieje setki kilometrów dalej. To jest ta dobra strona telewizji. Śmigłowiec TVN24 zauważa w okolicach Sandomierza na rozlewisku dom, w którym są ludzie. Zostają zaalarmowane służby ratunkowe i po jakimś czasie – wciąż na żywo – obserwujemy akcję ratunkową. Profesjonalną, szybką i sprawną. Dobrze, że to pokazano, bo nie brak już malkontentów, którzy uważają, że jest źle, bardzo źle albo jeszcze gorzej.
Zastanawia mnie czasem brak dociekliwości dziennikarzy. Pewna kobieta mówiła reporterowi, że dom kupiła po poprzedniej powodzi w 1997 i go gruntownie odremontowała. Teraz zaś – i tu płacz – cała ta praca na nic i wszystko straciła. Zabrakło mi kilku dociekliwych pytań. Czy ten dom został przez tę panią ubezpieczony? Czy poza tym w jakikolwiek sposób przez te lata zainteresowała się tym, co może się stać, gdy przyjdzie następna powódź? Bo wiadomo było, ze przyjdzie, prędzej czy później.
Powstaje pytanie, którego nie sposób zadać, gdy widzi się niekiedy, gdzie te zalane domy stały. Kto pozwolił budować domy w oczywistych strefach zagrożenia. Sam, będąc na południu kraju kilka lat temu, widziałem domy wybudowane pomiędzy rzeką a wałami ochronnymi.
Niewątpliwie część winy jest po stronie państwa, każdy kolejny rząd mógł zrobić więcej niż zrobił. Jakiś czas temu znajomy z Holandii pokazywał mi na miejscu, jak przeciwpowodziowa struktura działa u nich. Jest system kolejnych wałów, grobli, bram i zapór, które w razie potrzeby stopniowo odcinają kolejne obszary zalewane. Taki pomysł, odpowiednio zmodyfikowany, można by wdrożyć u nas, ale to wymaga ogólnego planu, wydania pieniędzy i zdecydowanego przeciwstawiania się radosnemu budowaniu gdzie bądź.
Jednak winne są też lokalne władze i lokalni mieszkańcy. Po powodzi w 1997 roku niektórzy nic się nie nauczyli. Ot choćby odbudowali swe domki w tym samym miejscu, tak jak były. Niedawno oglądałem relację z odbudowy osiedli w Nowym Orleanie, gdzie wyciągnięto nauczkę i zamiast budować niepodpiwniczone domy na poziomie gruntu stawia się je na palach, które wynoszą je ponad dwa metry ponad poziom gruntu.
Razi także postawa niektórych powodzian, którzy twierdzą wbrew faktom, że nie otrzymują pomocy. Tak odpowiedział mężczyzna, który dziś ratował swój dobytek. Nikt nam nie pomaga – a po chwili – tylko straż i policja.
W niektórych mediach rozpoczęło się polityczne wykorzystywanie powodzi w kampanii prezydenckiej. Widać to doskonale w internecie. Sami politycy są raczej oszczędni w słowach, ale zwolennicy partii już nie. I to denerwuje. Bo widać miejsca, gdzie ludzie nie czekają, tylko zabierają się do pracy, samorzutnie pomagają policji, strażakom i wojsku, a inni gotowi są wyłącznie do krytykowania. Podsumowanie takiego stanu rzeczy znalazłem na jednej z grup dyskusyjnych:
No cóż jak wiadomo PiS jest za silnym państwem więc wyborca PiS nie ruszy palcem, bo państwo ma zrobić, wyborcy PIS nawet się do zabezpieczania swojego dobytku nie zabrali, bo im nikt nie powiedział, że trzeba.
Wyborcy PO zaś jako zwolennicy państwa obywatelskiego, skrzyknęli się przez internet, wzięli łopaty i sypali piach do worków, i pracowali przy umacnianiu wałów.

Pomimo oczywistej złośliwości zawartej w tym stwierdzeniu, nie można autorowi odmówić odrobiny słuszności. Jedność i wspólne działanie bez odgórnych rozkazów to najlepsza postawa w chwilach zagrożeń. Znacznie ważniejsze niż zapalanie zniczy pod pałacem prezydenckim. Dziś w sejmie Jarosław Kaczyński wzywał do solidarności i wtedy pomyślałem sobie, co zrobił związek „Solidarność”, który tak sprawnie organizował zwykle kolejne manifestacje karnie zjeżdżające się do Warszawy na wspólne palenie opon. Dlaczego do tej pory nie słyszymy o jakiejś solidarnej akcji „Solidarności”? Związkowcy pod wodzą Śniadka nie mają czasu na bzdury, przygotowują bowiem manifestacje poparcia dla kandydata PiSu w Krakowie. Czekają tylko, aż woda opadnie.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)