Widziane z daleka

Nie oglądam polskiej telewizji, a w duńskiej na szczęście nie mówią o Kaczyńskim. Dzięki temu jestem jakiś taki spokojniejszy i przyjemniej spędzam czas. Choć czasem zaglądam co tam ciekawego piszą w internetowych wydaniach gazet. Nic.
Złote myśli Jarosława
Za to znowu Kaczyńskiego pełno. Najpierw pożalił się, że go Jaruzelski nie chciał internować. Nic dziwnego, najpierw by musiał wiedzieć, kto to.
Potem poleciał ze swymi przydupasami demonstrować w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Wygląda na to, że chciałby wziąć udział w tych historycznych inscenizacjach – teraz – kiedy to bezpieczne. Jednak nawet teraz nikt go biedulka nie chciał internować.
Wieczorem przeczytałem jednak wiadomość, z którą się zgadzam. Jarosław Kaczyński powiedział, że w kraju dochodzi do „świadomego niszczenia wspólnoty narodowej, tradycji”. Święta prawda. Stado debili wmawia społeczeństwu rzekomy zamach w Smoleńsku, podsyca ciemnotę i zacofanie, gra na niskich antysemickich resentymentach, z bandytów stadionowych robi patriotów, kwestionuje państwo mówiąc o kondominium rosyjsko-niemieckim. To są ludzie, którzy niszczą wspólnotę narodową, a przynajmniej próbują.
Nie rozumiem tylko, skąd u Kaczyńskiego wzięła się taka skłonność do bezkompromisowej samokrytyki.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.9/10 (11 votes cast)

Wolnoć Tomku

Zapewne większość starszych czytelników pamięta znaną bajkę Aleksandra Fredry „Paweł i Gaweł”, którzy w jednym stali domu. Młodsi nie pamiętają, bo od paru ładnych już lat szkoła skupia się na tym, by było bezstresowo i przyjemnie, a najważniejszym przedmiotem jest religia.
Jeden z bohaterów bajki wyprawiał w swym mieszkaniu najrozmaitsze harce i swawole, dziś powiedzielibyśmy, że zakłócał ciszę nocą. Drugi męki cierpiał bezskutecznie próbując mitygować sąsiada, który filozoficznie, acz bezczelnie odpowiadał, że wolno mu, bo jest u siebie. Wszystko skończyło się, gdy spokojny sąsiad mieszkający na piętrze, napuścił wody do mieszkania. Siedząc z wędką na komodzie, przemoczonemu sąsiadowi odpowiedział tak samo, jak wcześniej tamten: „Wolnoć Tomku w swoim domku”.
W dużym skrócie przypomniałem akcję bajki, bowiem wielokrotnie widać, że jest ona nadal aktualna.
Pisałem już wcześniej o pośle PiS, dawniej niesławnym agencie Tomku. Swoją drogą to te biedne kobiety musiały być mocno zdesperowane skoro leciały na takiego wiejskiego eleganta w stylu „radio, szwedka i beretka”. Ale niech to zagadnienie posłuży raczej znawcom psychologii, mnie bardziej interesuje krucjata jaką agent Tomek odbywa po kraju, opowiadając o swych dokonaniach polskiego Jamesa Bonda. Opowieść o własnych wyimaginowanych sukcesach uzupełniana jest fantazjami o tym jak za czasów Jarosława Kaczyńskiego zbudowano potężne służby specjalne i o tym, że obecny rząd są to zdrajcy, sprzedawczyki i ruscy albo niemieccy agenci.
Drugi z prawicowych bohaterów, o którym też pisałem, to reżyser Grzegorz Braun. Jeśli nie oglądaliście jego dzieł, to nie przejmujcie się, ja też nie. Pan Braun niedawno opowiadał wzorem Wieniawy Długoszewskiego, że w Polsce będzie dobrze jak się rozstrzela trochę dziennikarzy z „Gazety Wyborczej” i trochę z TVN. Nie wiem czemu pominął Polsat i Elizę Michalik z Superstacji. Co prawda rozumiem jego złość na przedstawicieli mediów. Taka na przykład redaktor Olejnik, która na wizji chlipała razem z prezydentową Kwaśniewską po katastrofie w Smoleńsku. Żenujący spektakl amatorszczyzny. Albo taki Miecugow, który twierdzi, że nędzny poziom jego stacji spowodowany jest przez widzów, którzy takie najgorsze brednie chcą oglądać. Popatrzmy też na totalnie skundlone media publiczne, krew człowieka zalewa, to prawda. Ale żeby wzywać zaraz do morderstw? Lekka przesada.
Niejaki Romney – były już kandydat na prezydenta – po awaryjnym lądowaniu publicznie zadał pytanie, dlaczego okna w samolotach się nie otwierają. Bo przecież w razie zagrożenia można by wyskoczyć. Idiota. Nawet byłbym za tym, żeby takiemu bałwanowi dać wyskoczyć, ale zastrzelić go? Gdyby strzelano do reżyserów robiących kiepskie filmy, to zapewne pan Braun już by od lat nie żył.
Pan Hofman opowiada bajki o tym jak prezes Kaczyński „załatwił” z brytyjskim premierem Cameronem coś niby korzystnego dla Polski, ale Tusk to zepsuł.
Pani Marta Kaczyńska, była prezydentówna, opowiada publicznie, że w Smoleńsku zabito pasażerów TU-154. Że były dwa wybuchy, że był zamach.
Jednocześnie wszystkie te osoby od PiSu zaczynając, aż do skrajnej nacjonalistycznej prawicy spod znaku ONR negują istnienie państwa polskiego, negują niepodległość, negują demokrację, która zbyt pobłażliwie pozwala im na powielanie tych kłamstw, łgarstw i nawoływania do nienawiści. Niedawno byłem świadkiem zdarzenia, które daje wiele do myślenia. Na przystanku autobusowym pewna starsza niewiasta agresywnie pchała się do autobusu, nie pozwalając wysiąść kilku młodym i dość egzotycznie wyglądającym młodzieńcom. Na zwróconą uwagę zareagowała wrzaskiem wyzywając ich od Żydów. Dlaczego od Żydów nie mam pojęcia. Pewnie dlatego, że z niewiadomych mi powodów Żydów nie lubi i wszystkim osobom, których nie lubi przypina taką łatkę. Warto o tym mówić, ponieważ jeszcze kilka lat temu antysemityzm, choć obecny, był skrywany publicznie. Niewygodnie się było przyznawać do rasizmu, do antysemityzmu, bo to tak jak by ktoś przyznał, że złapał trypra od ulicznicy. Dziś w ramach kultywowania własnej indywidualnej wolności wolno przyznać się do wszystkiego, a nawet czynić z tego cnotę.
Może czas wreszcie zacząć reagować na tę głupotę, nienawiść, egoizm. Zacząć się rewanżować działaniami prokuratury i policji, bo wbrew mniemaniom tych pseudoreligijnych, szowinistycznych kretynów, nie wszystko wolno i czas wreszcie, by ktoś zaczął im uświadamiać, że jak oni na parterze robią polowanie, to ktoś na piętrze zacznie ryby łowić.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Węgierskie śledzie

Najpierw z góry przepraszam czytelników, którzy zwabieni smakowitym tytułem, byli pewni, że temat zapowiada analizę kaczyńskiej koncepcji Budapesztu w Warszawie. Nie. To naprawdę będzie o śledziach.
Gdy usłyszałem zwrot „śledź po węgiersku” najpierw żachnąłem się. To ma być tradycyjne węgierskie danie? Wydało mi się to tak samo prawdopodobną hipotezą, jak Tusk z Putinem zaczajeni pod smoleńską brzozą.
Potem jednak zacząłem się bić z myślami i przegrałem. Skoro jeden z moich przodków w końcu średniowiecza przywędrował z madziarskiej puszty do Gdańska, to może i śledzie w beczkach wędrowały sobie do Budapesztu? A że po tygodniach wędrówki były cokolwiek cuchnące, to przyrządzano je ze sporym dodatkiem pieprzu i papryki. Lepiej popieprzyć te boże dary niż wypieprzyć.
Jako dzielny potomek polsko-madziarskiej nacji (nie zapomnieć o domieszce zakamuflowanej opcji niemieckiej) postanowiłem tego specjału spróbować. Jest pyszny, choć trochę zmodyfikowałem znalezione w sieci przepisy.
Potrzebujemy kilka filetów śledziowych. Jeśli są mocno solone, to starym babcinym sposobem dobrze je zamoczyć na parę minut w mleku. Potem je płuczemy, lekko osuszamy papierowym ręcznikiem i kroimy w kostkę.
Drugą ręką szatkujemy jedną dużą cebulę lub dwie małe. Podsmażamy na maśle na złoty kolor i dodajemy kilka pokrojonych w paski pieczarek. Smażymy dalej i po kilku minutach dodajemy drobno pokrojoną czerwoną paprykę. Jeśli jest duża, to może być połowa. Generalnie chodzi o to by trzy wymienione składniki były w równych częściach. Niektóre przepisy zalecają paprykę konserwową, której ja nie lubię. Wybrałem świeżą. Pod koniec smażenia solimy i przepraszam za wulgaryzm, pieprzymy. Porządnie pieprzymy.
Na małą patelnię wlewamy nieco oliwy i gdy zacznie skwierczeć wsypujemy wcześniej przygotowaną dużą łyżkę słodkiej sproszkowanej słodkiej papryki i łyżeczkę ostrej. Podsmażamy, by wydobyć paprykowy aromat. To również stary babciny sposób, stosowała go moja mama.
Ostatnie czynności to dodanie podsmażonej papryki do wcześniej przygotowanych składników, a także dodanie jednego małego słoiczka koncentratu pomidorowego. Mieszamy wszystko na dużej patelni jeszcze chwilę podgrzewając na małym ogniu, by wszystkie składniki się „przegryzły”.
Teraz czekamy, aż składniki nieco ostygną. Możemy w tym czasie przeczytać piękny felieton pod tytułem „Budapeszt”, który napisał Troll na portalu Dobre Państwo.
Dodajemy kostki śledziowe, mieszamy krótko i energicznie, a potem wkładamy do lodówki. Potrawa powinna być dobrze schłodzona – wtedy smakuje najlepiej. Uwaga, nie używać helu. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Niemiecki łącznik

Urodziłem się i mieszkam na terenach, które nazywano kiedyś ziemiami północnymi i zachodnimi, które wróciły do macierzy. Już jako uczeń podstawówki spowodowałem konsternację pani od historii, gdy powiedziałem, że takie same prawa mamy do Szczecina jak i do Berlina, bo przed tysiącem lat też tam żyli Słowianie. Gdy trochę dokładniej poznałem historię, zrozumiałem, że naprawdę większość tych ziem to łup wojenny, efekt uboczny handlu pomiędzy Rooseveltem i Stalinem. Są jednak fakty i zdarzenia nienaprawialne. Dlatego nigdy nie wrócimy na żyzne pola Ukrainy, nie zobaczymy polskiego Wilna, a Niemcy nie będą mieli Szczecina i Gdańska.
Przez cały PRL straszono nas Niemcami. Przypominano niedawną wojnę, mówiono o niemieckim odwiecznym wrogu, pomijając bratnie NRD kłopotliwym milczeniem. Budowano polski patriotyzm, kierując wrogość przeciw Niemcom, abyśmy zapomnieli, że aktualnie gnębi nas socjalistyczny sąsiad ze wschodu. Gdy wreszcie otworzono granice okazało się, że dla przyjeżdżających tu Niemców to jest heimat, ale nie vaterland. Odbywali swą podróż sentymentalną, to było takie ich „Litwo ojczyzno moja…”
Pomimo to od ponad dwudziestu lat są wciąż tacy, którzy rozbudzają lęki stosując metodę FUD (Fear, Uncertainty, Doubt – strach, niepewność, wątpliwość). Niemcy mieli nadejść szeroką ławą już w latach dziewięćdziesiątych i wyrzucać nas z domów i mieszkań. Drugi raz mieli nadejść i tym razem nieodwołalnie zabrać nasze domy, gdy Polska wstąpiła do Unii. Antyniemieckie fobie podsycały rzadkie przypadki takie, jak sprawa Agnes Trawny. Jednak siewcy strachu zwykle zapominali dodać, że kobieta emigrowała w latach siedemdziesiątych, że sprawę zaniedbały ówczesne władze lokalne, a i lokatorzy zgrzeszyli zaniedbaniem.
Po ponad dwudziestu latach od upadku PRL, prezes Kaczyński dalej straszy nas Niemcami, zgodnie ze starymi wytycznymi socjalistycznej propagandy. Twierdzi, że niemieckie inwestycje na Pomorzu są złe, bo kiedyś obudzimy się w mniejszej Polsce – inaczej mówiąc, przyjdą i zabiorą nam nasze domy i mieszkania. Czy prezes jest aż tak głupi? Nie, ale liczy, że wyborcy są.
W czasie niedawnej debaty politycznej w Gdańsku pani Fotyga stwierdziła, że Stadion Narodowy został przewymiarowany przez niemieckich architektów. Co znaczy ten bełkot? Jacyś niemieccy architekci po kryjomu zmienili wymiary stadionu? Może go zmniejszyli tak, że zmieści się tam zaledwie boisko do koszykówki? I na miłość boską, jacy niemieccy architekci? Pracownia JSK Architekci, działająca w Niemczech i w Polsce, została założona w Niemczech, ale przez dwóch polskich architektów. Zbigniew Pszczulny jest głównym projektantem stadionu. Więc o co tak naprawdę chodziło pani Annie? Stare porzekadło mówi – jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Pani Fotyga rzucając podejrzenia na projektantów stadionu lobbowała za pomysłem swego męża, który zgłosił projektantom pomysł zmian w zakresie ogrzewania stadionu. Mógł zarobić sto tysięcy, ale ci przebrzydli Niemcy nie przyjęli jego pomysłu. To jest ten profesjonalizm i bezinteresowny patriotyzm wielkich polityków PiS. Lepper miał więcej klasy.
Pamiętaj czytelniku, jeśli nie pójdziesz zagłosować na PiS, to najprawdopodobniej jesteś wrogiem ojczyzny i zakamuflowaną opcją niemiecką. Jeśli masz przy tym pecha być Ślązakiem lub Kaszubem to w nowej (chyba już piątej) Rzeczypospolitej będziesz miał przesrane.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.7/10 (7 votes cast)