Paranoja jest goła

Dawno temu zespół Maanam śpiewał piosenkę pod tytułem „Paranoja jest goła”. Dziś po północy, ci którzy jeszcze nie wyłączyli telewizorów, a oglądali obrady sejmu, zobaczyli paranoję człowieka, który rządzi Polską, choć nie pełni żadnej państwowej funkcji.

Dzień się skończył
Na księżyc patrzę jak pies
Stopień po stopniu na metalową wieżę wspinam się
Rosa pokrywa, rosa pokrywa ciało
Tyle się dzisiaj, tyle się dzisiaj stało (Maanam)

Tyle się dzisiaj stało. Prezes PiS wszedł na bardzo wysoką stalową wieżę. Pozostawił za sobą politykę, kraj, a nawet swoich bezkrytycznych akolitów, którzy coraz mniej rozumieją dziwactwa „Wielkiego Stratega z Żoliborza”.

Wiem, że boicie się prawdy, ale nie wycierajcie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego śp. brata. Niszczyliście go, zamordowaliście, jesteście kanaliami! (Jarosław Kaczyński)

Oni będą w więzieniu siedzieć, będą siedzieć za to wszystko. (Jarosław Kaczyński)

Poseł partii Ryszarda Petru, wezwany do prezesa jego zwyczajowym „pańskim gestem”, usłyszał od Kaczyńskiego, że wszystkich zamknie w więzieniu. Poseł jedynie domyśla się, że mogło częściowo chodzić po polityków PO, a być może o wszystkich przeciwników.
Prezes nie spocznie, zanim nie powsadza do więzień lub nie pozabija swoich wrogów, póki nie zniszczy wszystkiego, co jego wrogowie zbudowali, czyli póki nie zniszczy Polski. Aby zniszczeć wszystko, nie zawaha się wtrącić kraju nawet w otchłań wojny. A za nim idą bezrozumne karne szeregi wyznawców sekty. Nikt już nie może zatrzymać chorego umysłowo człowieka w jego dziele destrukcji. Polska pogrążyła się w chocholim tańcu.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.1/10 (10 votes cast)

Tusk Schrödingera

Jeden z wiernych akolitów Kaczyńskiego – Richard Henry Czarnecki – nieco ponad rok temu twierdził, że Prezes PiS potrafi dla dobra kraju wspiąć się ponad konflikt między partiami. Było to wówczas, gdy Platforma nie wsparła starań Janusza Wojciechowskiego o stanowisko w Europejskim Trybunale Obrachunkowym. Oczywiście prawda była nieco inna, poparcie europosłów PO nie miało takiego znaczenia, jak twierdził Czarnecki. Kandydaturę Wojciechowskiego negatywnie zaopiniował Parlament Europejski w tajnym głosowaniu, więc nawet nie wiadomo, czy eurodeputowani z PO głosowali przeciw niemu. Nawiasem mówiąc Wojciechowski i tak stanowisko dostał. Można się zastanawiać, ile w tym było działań samego Tuska oraz innych unijnych polityków, by pisowskie władze Polski udobruchać.
Jednak 9 marca 2017 roku okazało się, że polski rząd wyborowi Donalda Tuska na następną kadencję się sprzeciwił. Pełniąca funkcję premiera Beata Szydło usiłowała zastosować wobec tego wyboru prawo veta, choć zgodnie z unijnymi przepisami nie było to możliwe. Symboliczne jest jednak że 365 lat wcześniej, również 9 marca doszło do pierwszego zastosowania liberum veto w praktyce. Poseł Władysław Siciński zerwał obrady sejmu i tym samym stał się symbolem warcholstwa, które przedkładając własne partykularne interesy nad dobro ojczyzny, stało się przyczyną rozbiorów i upadku państwa.
 
Gdy Tusk został wybrany na przewodniczącego Rady Europejskiej politycy PiS, choć oficjalnie mu gratulowali, to w rozmaitych wypowiedziach wielokrotnie starali się deprecjonować zarówno możliwości Tuska, jak i wagę stanowiska, które objął. Tusk pozostanie misiem i pudelkiem Brukseli – twierdził w jednym z wywiadów europoseł PiS Ryszard Legutko. Zaś wspomniany już Czarnecki jeszcze pół roku temu komentował jedną z wypowiedzi Tuska: Proszę nie żartować. Naprawdę. On chyba sobie dorabia jakąś legendę. To nie jest tak, że myślimy codziennie o Donaldzie Tusku. Wściekłość Jarosława Kaczyńskiego po ponownym wyborze zadała temu kłam.
Dla Kaczyńskiego i jego wyznawców Donald Tusk jest takim kotem Schrödingera. Jednocześnie jest misiem i pudelkiem zajmującym zupełnie nieistotne stanowisko urzędnicze, a zaraz potem jest wrogiem Polski, który naraża nas na przyjmowanie uchodźców lub płacenie ogromnych kar, który usiłuje mieszać się do wewnętrznej polityki Polski, który wreszcie inicjuje wrogie działania przeciw Polsce wśród przywódców europejskich potęg. Czegokolwiek nie wiemy o tajnych zamiarach Jarosława Kaczyńskiego, to na pewno wiemy, że Tusk uwiera go jak gwóźdź w jego starym zdezelowanym bucie z porwanymi sznurowadłami i gdyby Tuska nie było, to Kaczyński musiałby go sobie wymyślić.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (8 votes cast)

Metoda „na kozę”

Dawno temu słyszałem starą żydowską anegdotę o biednym Żydzie, który skarżył się rabinowi, że nie jest już w stanie wytrzymać w swoim malutkim dwuizbowym mieszkanku. Rabin kazał mu kupić pieska, po tygodniu zaprosić jeszcze teściową, a po następnym zacząć hodować w mieszkaniu kozę. Gdy biedak był już bliski szaleństwa, rabin kazał mu wyrzucić kozę i nagle mieszkanie zrobiło się przestronne i miłe.
PiS postępuje identycznie. Partia chciała sobie zapewnić brak kontrmanifestacji podczas miesięcznic smoleńskich. Zapisano więc w projekcie ustawy pierwszeństwo manifestacji cyklicznych i oddalenie kontrmanifestacji przynajmniej na 100 metrów. To był ten piesek. Potem jeszcze ustanowiono, że organem wydającym pozwolenia na takie cykliczne imprezy będzie ramię rządu, czyli wojewoda. To była zaproszona teściowa. A na koniec wprowadzono kozę. Postanowiono, że manifestacje państwowe i kościelne mają bezwzględne pierwszeństwo zawsze przed innymi.
Jak opozycja zobaczyła kozę, to podniosła larum. Wybuchły spory i awantury. Zaalarmowano wyborców. Odbyły się protesty. Media społecznościowe aż wrzały. Wtedy rabin, czyli prezes Jarosław Kaczyński polecił wygonić kozę. Rozległa się wieść, że PiS się wycofał. Że protesty opozycji odniosły skutek. Że Kaczyński ugiął się pod ciężarem oporu społecznego.
Tymczasem teściowa i piesek zostali. Nie ma się z czego cieszyć. Zgromadzenia cykliczne mają pierwszeństwo przed wszelkimi innymi i nie wolno zakłócać prezesowi jego przemówień wygłaszanych z trzystopniowej drabinki. Zgodę na drabinkę prezesa wyda wojewoda, zaś policja otoczy pałac prezydencki szczelnym kordonem, żeby nikt prezesowi Kaczyńskiemu stać na drabince nie przeszkodził. By nikt jego przemówień nie zagłuszał.
Kolejnym pomysłem było ograniczenie obecności mediów w sejmie. Tym razem od razu wprowadzono kozę, czyli 17 grudnia całkowicie wyrzucono wszystkich dziennikarzy z sejmu. Dziś nie ma ani jednego. Czyli jest koza. Koza wpieprza demokrację. Co będzie dalej?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Don’t worry. Keep pussy.

Nowe amerykańskie hasło. Na dziś. Amerykanie mają Trumpa. Sami sobie wybrali, tak jak Węgrzy Orbana, Turcy Erdogana, a Polacy Kaczyńskiego. Nie będzie lepiej, ale będzie śmieszniej. Waszczykowski ma nadzieję, że Trump zniesie wizy. A jeden z moich znajomych twierdzi, że Trump złapie Dudę za cipę podczas najbliższego spotkania.
A u nas taniec na grobach. Smoleńsk, Smoleńsk über alles. Naprawdę jest ciekawie.
Kiedyś marzyłem, by dożyć końca świata i zobaczyć jaki on będzie. Dzisiaj okazuje się, że mam szansę.

trump

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.6/10 (8 votes cast)

Sułtan i sułtan

Mustafa Kemal Atatürk stworzył nowoczesną Turcję, Recep Tayyip Erdogan ją zniszczył. Gdy już Turcja stanie się kalifatem, w którym obowiązuje prawo koraniczne, być może kolejne władze zaczną burzyć pomniki Atatürka, choć to wcale nie jest pewne. Pewne jest natomiast, że Erdoganowi pomników nikt stawiać nie będzie. Dla normalnie myślących ludzi jest bowiem satrapą, dyktatorem, który dla własnych celów od lat flirtuje z islamem. Dla islamistów jest i będzie nikim, a gdy w końcu w Turcji rozgości się kalifat, dla Erdogana nie będzie w nim miejsca.
Na przełomie XIX i XX stulecia pojawił się w Turcji człowiek, który zadziwił świat. Nie tylko wyprowadził Turków z gruzów Imperium Osmańskiego, ale stworzył państwo silne, nowoczesne i cywilizowane. Choć był wojskowym i wygrywał bitwy, to rodacy oddali mu hołd za to, co uczynił w czasie pokoju. Położył podwaliny pod etykę tureckiej polityki, które wyraził w kilku prostych i oczywistych zasadach. Po pierwsze republika, a więc władza wybieralna, a nie dziedziczna. Po drugie równość wobec prawa. Po trzecie nacjonalizm rozumiany jako obywatelskość – każdy był obywatelem o takich samych prawach i obowiązkach niezależnie od etnicznego pochodzenia, języka i wyznawanej religii. Czwarte to sekularyzm – państwo ma być wolne od wpływów religii, a prawo w państwie od religii niezależne. Piąta zasada to etatyzm, czyli założenie, że państwo będzie ingerować w gospodarkę tak, aby wyrównywać szanse i możliwości obywateli. I wreszcie na koniec reformizm, a więc zasada, ze państwo ma się zmieniać stosownie do zmian zachodzących w świecie, aby struktury władzy nie skostniały. Te zasady znane są dziś jako kemalizm, a patrząc na rządzących w naszym kraju, możemy ich pozazdrościć.
Atatürk był dla swoich współobywateli wzorem wyrażonych przez siebie idei, choć skromnością nie grzeszył, bowiem wprowadzając nazwiska do prawa tureckiego sam przyjął nazwisko Atatürk, co znaczy ojciec Turków i nikt więcej takiego nazwiska nie mógł nosić. (Moje uszanowanie Panie Wałęsa.)
Przez dziesiątki lat te zasady były święte, a gdy politycy zapominali o nich wkraczała armia i przypominała im, komu służą. Nie był to wzór demokracji, ale w kraju pełnym rozmaitych resentymentów, w tym również islamskich, było to na swój sposób koniecznością.
Zmiany zaczęły nadchodzić powoli wraz z sukcesami umiarkowanie islamskiej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju. Ciekawe jest to, że osobnicy o zapędach dyktatorskich zakładają zwykle partię ze słowem „sprawiedliwość” w nazwie. Kim może stać się Erdogan można było wiedzieć już wcześniej, gdy był burmistrzem Stambułu i w jednym z przemówień cytował fragment religijnego poematu: /…/ Moim oparciem jest islam. Gdybym nie mógł o nim mówić, po cóż miałbym żyć? Erdogan za całość przemówienia trafił do więzienia, uznano je bowiem za podżeganie do nienawiści na tle religijnym. W Polsce przez 25 lat wolności to by się nie mogło zdarzyć, choć nie brakowało polityków i duchownych mówiących gorsze rzeczy.
Złagodził nieco swą retorykę, a potem wygrał wybory oszukując współobywateli. Zgodnie z ówczesnymi tureckimi aspiracjami mówił o stowarzyszeniu z Unią Europejską, a w 2004 formalnie rozpoczął negocjacje w sprawie akcesji. Jednocześnie otwierał kolejne furtki dla religii islamskiej i jej roli w państwie.
Dziś po nieudanym zamachu stanu któryś z dziennikarzy napisał, że nie dziwi go iż doszło do zamachu, a dziwi dlaczego dopiero teraz. To prawda, gdy słyszałem o kolejnych zmianach w tureckiej rzeczywistości, zastanawiałem się też, co się dzieje. Obecnie wiadomo, że Erdogan małymi krokami wypierał armię z życia publicznego. Robił czystki na najwyższych stanowiskach, powoli usuwając ludzi, którzy upominali rząd w 1997 i potem w 2007 roku.
„Gazeta Wyborcza” słusznie przypomniała to, co mówił Bartłomiej Sienkiewicz w podsłuchanych nagraniach z tzw. afery kelnerskiej. A mówił mądrze.

Mamy od 20 lat toczący się proces, który polega na tym, że Anatolia wygrywa. Turcja jaką my lubimy, z jaką chcemy się konfrontować, jaka jest dla nas zrozumiała, to jest Stambuł i okolice, a prawdziwa Turcja to jest Anatolia. Około 250 tys. ludzi przybywa do Stambułu z głębokiej Anatolii. I Stambuł się anatolizuje.
To co obserwujemy teraz w Turcji, z tą walką o ten plac i tak dalej, to jest być może ostatnie tchnienie Turcji ataturkowskiej, otwartej, mającej aspiracje europejskie. Moim zdaniem ta walka jest przegrana, bo po drugiej stronie jest o wiele większa masa ludzi.

Bardzo mądre słowa. Szkoda że tej mądrości nie starczyło Sienkiewiczowi, ani nikomu innemu z rządzących wtedy krajem, na diagnozę, że znajdujemy się dokładnie na tej samej ścieżce, tylko kilka kroków dalej. U nas wygrywa Kieleckie, Podkarpacie i Białostocczyzna. Wygrywa wschód. Pomorze i Wielkopolska przestają się liczyć. Kaczyński jak Erdogan wprowadza do polityki ludzi, których najważniejszymi cechami jest wdzięczność za sukces i wierność wodzowi. To jest być może ostatnie tchnienie Polski otwartej, mającej aspiracje europejskie. Polski – o jakiej marzyłem przez lata przeżyte w PRL. Moim zdaniem ta walka jest przegrana.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (8 votes cast)

Historia kołem się toczy

Gdy w 1918 roku Polska powstawała na nowo, jak Feniks z popiołów, nikt nie pamiętał państwowości polskiej, trzeba było korzystać z wzorów państw zaborczych, na szczęście mieliśmy wielu wybitnych emigrantów, którzy wrócili do kraju i zajęli się odbudową Polski.
Niestety w polityce, która ma władzę, by popsuć to, co entuzjaści próbują zbudować, nie było najlepiej. Piłsudski, który z woli narodu został niekwestionowanym przywódcą, nie wzbudził entuzjazmu wśród elit politycznych. Socjaliści mieli mu za złe, że „wysiadł z czerwonego tramwaju”. Endecy nie godzili się z wizją państwa demokratycznego i obywatelskiego. Prawicowcy zaś ogólnie mieli go za socjalistę. Polityczne elity kraju niejednokrotnie pokazywały, że ich partykularne interesy są ważniejsze niż dobro ojczyzny.

Nawet w chwilach skrajnego zagrożenia politycy prawicy nie zawsze potrafili się dogadać z innymi, czy raczej – nie można się było z nimi dogadać. Bolszewicy byli już pod Warszawą, kiedy ci „prawicowcy” planowali obalenie dowodzącego armią Piłsudskiego. (Stefan Bratkowski, Nieco inna historia Polski)

Przez wiele lat podejrzewano Piłsudskiego o wszelkie złe i szkodliwe intencje względem Polski, czasem nawet sugerowano, że był obcym agentem i zdrajcą działającym na szkodę Polski.

Gdy upadł PRL, sytuacja wydawała się analogiczna, też nikt nie pamiętał, jak powinno funkcjonować normalne państwo. Tylko nie było wybitnych emigrantów, którzy wróciliby z pomocą w odbudowie kraju. Jakoś musieli sobie dać radę ci, którzy byli na miejscu.
Jedną z najważniejszych postaci ruchu, który dał Polsce niepodległość był Lech Wałęsa, który swój sprzeciw wobec autorytarnej władzy rozpoczął wraz ze strajkiem w 1970 roku. Wałęsa – podobnie jak Piłsudski – nie był ideałem. Zaliczył rozmaite wpadki i potknięcia, ale w najważniejszych momentach wykazywał się wybitną intuicją polityczną i niezłomnością.
Jednak dla polskiej tak zwanej prawicy stał się wrogiem numer jeden, większym niż Służba Bezpieczeństwa. Przez dwadzieścia sześć lat poświęcali swe ogromne wysiłki, by Wałęsę zdyskredytować. Wykorzystywali w tym celu byłych funkcjonariuszy PRL, produkowali fałszywki, inspirowali powstawanie oszczerczych pseudonaukowych bredni. Nietrudno sobie wyobrazić, że nawet gdyby Polska stała na krawędzi katastrofy, dla nich ważniejsze byłoby knucie przeciw Wałęsie. Zaledwie trzy lata po odzyskaniu niepodległości w 1992 roku przedstawiciele prawicy: Macierewicz oraz bracia Kaczyńscy szykowali zamach stanu, który nie wyszedł, bo byli zbyt nieudolni. Ważniejsze od rozwoju Polski było dla nich zniszczenie Lecha Wałęsy, który wówczas był prezydentem.

Nic się nie zmieniło. Na prawicy nadal podłość idzie w zawody z głupotą.

Chłopcy, przestańcie, bo się źle bawicie!
Dla was to jest igraszką, nam idzie o życie.*


* Ignacy Krasicki

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.8/10 (8 votes cast)

Najgorszy sort Polaków z genem zdrady

Trudno zliczyć wszystkie epitety, którymi w ciągu ostatniego dziesięciolecia obdarzył mnie Jarosław Kaczyński, jego totumfaccy, wyznawcy lub dyżurni pismacy z jedynie prawdziwych, narodowych i katolickich mediów.
Byłem wykształciuchem, a później przez cale lata lemingiem. Popierałem „kondominium rosyjsko-niemieckie”, a samo moje istnienie było „obrazą dla Boga”, jako że byłem zdrajcą lub pozbawionym rozumu. Jako lewackiej gnidzie, kazano mi „wypierdalać z naszej ojczyzny”, a ostatnio dowiedziałem się, że jestem najgorszym sortem Polaków z genem zdrady, zaprzedanym obcym siłom. W zasadzie tylko wszy i tyfusu nie roznosiłem, ale mniemam, że w następnym patriotycznym przemówieniu Pan Prezes nadrobi to przeoczenie.
Z tego względu oczywiste było dla mnie wzięcie udziału 13 grudnia w demonstracji pod domem Kaczyńskiego na pamiątkę 34. Rocznicy Nieinternowania Prezesa. Na marginesie demonstracji – zadumałem się nad tym nieinternowaniem prezesa. Bowiem mogły być tylko dwa tego powody. Albo był tak kompletnie mało istotny, jak na przykład ja, albo należał do nielicznej grupy celowo przez peerelowską władzę chronionych. Tertium non datur – jak mawiał mój matematyk z liceum.
Jednak ostentacyjne i bezczelne łamanie prawa przez rządzącą obecnie partię, z kropką nad i postawioną przez Beatę Kempę, która z chamowatym uśmiechem stwierdziła, że jej zdaniem wyrok Trybunału Konstytucyjnego jest nieważny, więc go nie opublikuje, spowodowały zmianę mojej decyzji. Udałem się do Warszawy dzień wcześniej na manifestację Komitetu Obrony Demokracji.
Wcześniej zastanawiałem się, którędy wjechać do miasta i gdzie szukać miejsca do zaparkowania auta. Brałem pod uwagę Polną lub Klonową, kolega Jurek z Warszawy, z którym rozmawiałem telefonicznie przezornie radził dalej, gdzieś w okolicach politechniki. Jednak rzeczywistość przerosła nasze oczekiwania, śródmieście było całkowicie zapchane. Na rower nie byłoby miejsca, nie mówiąc o samochodzie. W końcu po objechaniu śródmieścia dookoła, zaparkowałem przy Wisłostradzie, no i oczywiście spóźniłem się nieco, lecz dzięki temu dołączyłem do czoła marszu.

marsz
Liczebność marszu zaskoczyła nie tylko organizatorów, takie ogromne masy ludzi to można było zobaczyć na pochodach pierwszomajowych w PRL, ale tym razem wszyscy szli na marsz dobrowolnie. Nikt nie dowoził uczestników setkami autokarów, jak dzień później na marsz PiSu. Wśród demonstrujących szły całe rodziny z dziećmi, czasem wielopokoleniowe od babci po wnuczka. Było wiele młodych osób, byli też dojrzali, bardzo dojrzali (jak ja) i jeszcze bardziej dojrzali. 😉

kod2
Muszę wspomnieć, że z natury jestem indywidualistą i źle się czuję w tłumie. Od zawsze unikałem miejsc, gdzie gromadzą się tłumy ludzi. Nie bywałem na masowych koncertach, a meczów i zawodów sportowych unikałem jak ognia. A więc uczestnictwo w tym marszu wymagało ode mnie pokonania swojej własnej fobii. Jednak przyszło mi to niespodziewanie łatwo. Wyczuwało się rzadko w Polsce spotykaną życzliwość i już po paru minutach nie myślałem „ale dużo ludzi się zebrało” lecz „jak nas jest dużo”.

palac2
Gdy na zakończenie demonstracji wraz z tysiącami innych zaśpiewałem hymn, miałem łzy w oczach, jak rzadko kiedy. To jest także nasz kraj, nasza Polska, ojczyzna „najgorszego sortu z genem zdrady” panie Kaczyński. Może to się panu nie podobać, ale mamy to gdzieś.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.1/10 (20 votes cast)

Koszmar tego lata

Scenariuszy na horror tego roku nie brakuje. W pierwszym uczestniczy reprezentacja Brazylii. Wieść gminna niesie, że Neymar szturchnął na ulicy bezzębną staruszkę i nie przeprosił. A ta z gniewem wysyczała klątwę:” A żebyście wszyscy byli jak Robert Lewandowski”. No i niedługo trzeba było czekać, by reprezentacja brazylijska błagała: „Herr Klose, kończ waść, wstydu oszczędź”.
Jarosław Kaczyński był zaś ostatnio jak Brazylia, a Donald Tusk jak Niemcy. Biedny prezes tak się zaplątał we własne bzdety, że aż mi szkoda było, gdy go premier rozwalcował po tych autostradach, których rzekomo rząd Tuska wcale nie zbudował, a jeśli coś zbudował – to bez planu żadnego, bez ładu i składu. A jakiś czas temu się przecież prezes chwalił, że te wszystkie plany budowy autostrad to jego rząd opracował. Coś kiepskie te plany były, skoro dziś prezes mówi, że to chaos.
Edukacja – mówi pan prezes – do kitu i nie rozwiązano sprawy szkolnictwa, a bezczelny Tusk mówi, że dobrze iż szkół nie rozwiązano. A nawet lepiej, bo wyniki uczniów z naszego kraju są widocznie lepsze niż wśród wielu naszych europejskich sąsiadów.
Już spoza sali plenarnej odpalił prezes, że obiady w stołówce rządowej były ohydne, a ten bezczelny Tusk na to, że jemu od siedmiu lat smakują.
Normalnie horror, rozjechał Tusk prezesa tym autostradowym walcem, że tylko słychać było mlaszcząco-pierdzący odgłos rozgniatanych flaków.
Dawniej młodzież mówiła: „ty jesteś pragnienie, a ja sprite”. Teraz będą mówić: „ty jesteś Brazylia, a ja Niemcy” albo chcąc naprawdę pognębić oponenta: „ty jesteś prezes, a ja premier”.
Jednak to wszystko nic w porównaniu do koszmarów biskupich. Spokojnie można nakręcić dreszczowiec „Koszmar z ulicy Kościelnej”. Główny bohater będzie się zwał In Vitro Aborcyjny i zamiast noży z rąk mu będą wyrastać przyrządy ginekologiczne i będzie obwieszony butlami z ciekłym azotem.
W ciągu ostatnich lat liczba uczęszczających na niedzielne msze zmniejszyła się z 47% na początku stulecia do 39% obecnie. A te 8% mniej oznacza 6 milionów tygodniowo(ponad 26 miesięcznie, 312 rocznie) straty w ofiarach „na tacę” – przy założeniu, że średnia ofiara od strzyżonej owieczki to głupie 2 zł. Cały episkopat ma w związku z tym nocne koszmary.
Jedyna pociecha w tym, że twardy elektorat kościelny się powiększył. Do komunii w zwykłą niedzielę chodzi 16%, a przecież u progu odzyskanej wolności było to zaledwie 13%.
Ale ciężko jest. Bezbożnica Gronkiewicz-Waltz wyrzuciła z pracy ikonę świadomego chrześcijaństwa, a bezbożne bydło hałłakuje w internecie, że okrucieństwo, cierpienie, że dziecko bez mózgu… no i co z tego, że bez mózgu. Jak wszyscy będą mieć mózg, to kto do kościoła będzie chodzić?
A wracając do tego scenariusza filmu… Kulminacyjna scena: biskup Hoser zasypia i śni mu się, że wchodzi do katedry, a tam w kruchcie czarni Żydzi z Rwandy sprzedają książki księdza Lemańskiego.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Wiktoria brukselska

 
Prezes wraz se swoimi paladynami ogłosił zwycięstwo w batalii o parlament europejski. Ba, ogłosił to zwycięstwo tuż po zamknięciu lokali wyborczych, gdy wstępne wyniki mówiły o niewielkiej – ale jednak – przegranej PiS.
Jeśli ktoś jest zdziwiony wynikami, to ja się temu bardzo dziwię. Słabe zainteresowanie wyborami do PE jest faktem, a przy frekwencji sięgającej zaledwie 23%, na wybory idą tylko najbardziej zagorzali zwolennicy partii politycznych. PiS ma najbardziej wierny ten swój „sztywny” elektorat. Elektorat będzie zresztą coraz bardziej sztywny w całkiem innym znaczeniu tego słowa, więc poparcie dla PiS będzie się zmniejszać wraz z upływem lat.
Dlaczego sondaże exit polls nie pokazały zwycięstwa PiS? Jak widać jest to wciąż partia niedoszacowana. Nadal wstyd się przyznawać do głosowania na PiS i to się nie zmienia od 2007 roku.
Nieco ponad 32% poparcia dla PiS w wyborach do PE to wcale nie jest oszołamiający wynik, ponieważ nawet zakładając jego powtórzenie w wyborach krajowych, nie zapewni on możliwości rządzenia w Polsce. PiS nie przekonał dotychczasowych wyborców PO, tym bardziej nie zabrał wyborców Palikotowi i lewicy, a glosy na prawicę rozdrobniły się na partie bez szans, które przynajmniej w części powstały jako wynik wewnętrznych wojen w PiS. Jeśli przyjmiemy, że głównym celem partii politycznej jest zdobycie władzy, to prezes Kaczyński poniósł właśnie ósmą z rzędu klęskę. Już nigdy nie będzie rządzić, chyba że weźmiemy pod uwagę jakąś bardzo szeroką i egzotyczną koalicję, a taka jest bardzo mało prawdopodobna, ponieważ wszystkie partie wiedzą, że koalicja z prezesem to symboliczny „pocałunek śmierci”.

Drugim wielkim zwycięzcą jest Janusz Korwin Mikke, który pojedzie do Brukseli „rozwalić ten burdel od środka”. Gimnazjaliści, którzy od paru lat zapewniali JKM zwycięstwa we wszystkich sondażach internetowych na poziomie nawet 40%, wreszcie dorośli, dostali dowody osobiste i poszli głosować. W tym wypadku można się spodziewać wzrostu poparcia w kolejnych wyborach, bo kolejne roczniki potencjalnych wyborców dostaną dowody osobiste i prawo głosu.
Janusz Korwin Mikke prezentuje wyborcom poglądy antysystemowe, co dla młodych ludzi jest opcją bardzo atrakcyjną, ponieważ doświadczenie życiowe nie nauczyło ich jeszcze, że na gruzach najczęściej wyrasta oset, barszcz Sosnowskiego i inne chwasty, a rzadziej krzew pięknych róż. Niestety miłe dla ucha deklaracje likwidacji ZUSu jako największego molocha pochłaniającego pieniądze Polaków mają w tle eutanazję milionów emerytów, bo nie ma żadnej alternatywy – nasz system emerytalny jest systemem pokoleniowo-solidarnościowym, co oznacza, że pracujący składają się na emerytury osób starszych. Korwin Mikke nie mówi rzeczowo, co zamiast ZUS, a zwolennicy nie pytają. Pytany o to przez dziennikarzy złości się i oczywiście nie odpowiada, zwykle zmieniając temat.
Czy młodzi wyborcy dorastają? Czy poparcie dla JKM będzie wciąż na bezpiecznie niskim poziomie? Obawiam się, że nie. Z drugiej jednak strony, jeśli JKM w końcu trafi na polityczne salony, straci urok jako bezkompromisowy przeciwnik systemu. Tak jak kiedyś się to stało z Lepperem. Trybun ludowy biorący 35 tysięcy miesięcznie z europarlamentu, to jakby trochę inny trybun…

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Janosik z Żoliborza

Legendarny Janosik rabował bogatych i wspomagał biednych. Ot taka legenda ku pokrzepieniu serc biednych ludzi. Prawdziwy Janosik współczesny pochodzi z Żoliborza i wśród jego dokonań jest jak na razie odwrotna akcja. Obrabować biednych i wspomóc bogatych. Oto jego idea. Jak to zrobił? Elementarnie proste. Podczas swoich rządów doprowadził do wejścia w życie ustawy o darowiznach, dzięki którym bogaci ludzie mogli odjąć od swego majątku poprzez darowizny dzieciom do 100 tysięcy złotych rocznie. Pieniądze te nie były opodatkowane, więc należność fiskusa zmniejszała się w takim przypadku o 32 tysiące. Wcześniejsza ustawa takie darowizny zwalniała z podatku tylko do wysokości 10 tysięcy. Nie mam wyliczeń ile przez tę ustawę stracił fiskus, czyli my wszyscy – przeważnie biedni ludzie. Może problemy z NFZ byłyby o jakąś sumę mniejsze? Trudno orzec. Ale sukces Janosika jest oczywisty.
A co proponuje Janosik dziś? W wywiadzie udzielonym „Rzeczypospolitej” rzucił kilka ważnych sformułowań: …duża cześć naszego kapitału to ludzie wywodzący się z nomenklatury /…/ są przedsiębiorcy całkowicie nieinnowacyjni, którzy żyją z eksploatowania pracowników, niczym chłopów pańszczyźnianych. Duży i średni biznes w niemałej części, ale small biznes także stanowił i niestety w wielu przypadkach nadal stanowi przystań dla ludzi dawnego systemu.Uważam, że dziś w Polsce za pośrednictwem państwa należy wymusić podniesienie płac, bo są one zaniżone.
Na pytanie jak to zrobić nasz geniusz ekonomiczny odpowiada: Jest wiele metod. Można też wprowadzić karne podatki.
Jaka szkoda, że Dzierżyński nie żyje, przydałby się naszemu Janosikowi z Żoliborza. Pozostaje nam mieć nadzieję, ze i tak jakoś sobie poradzi. Wygra wybory i urządzi nam wspaniałe życie. Powinien wziąć korepetycje u Kim Dzong Una. Ten to jest skuteczny.

Jeszcze prezes, czy juz król?

Janosik z Żoliborza

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)