Język i świat

W pewnym dość znanym serialu kryminalnym, którego akcja rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych, jeden z odcinków opowiada o dochodzeniu prowadzonym przez agenta FBI wspomaganego przez naukowców ze Smithsonian Institution, a sprawa dotyczy śmierci młodej Japonki. Gdy już udaje się identyfikacja zwłok, z Japonii przybywa brat zabitej i japoński naukowiec – kryminolog – doktor Tanaka. Ten wstęp niestety wprowadza w błąd czytelnika, bo użycie języka polskiego sugeruje, że doktor Tanaka to mężczyzna. W filmie nie jest to oczywiste, ponieważ doktor Tanaka to młoda osoba, której płci nie identyfikuje ubiór ani fryzura. Wygląda jak postać z mangi. I Amerykanie, którym pomaga – w sposób sprawny i fachowy – rozwiązać zagadkę zabójstwa młodej Japonki, do końca nie mają pojęcia, czy jest kobietą, czy mężczyzną. Aby nie okazać grubiaństwa nie zadają bezpośredniego pytania, więc nie dowiadują się tego do końca.
Zauważmy, że w języku polskim byłoby to kompletnie niemożliwe. Tylko czasowniki w czasie teraźniejszym oraz dokonane w czasie przyszłym nie mają rodzaju. Już pierwsze użycie czasu przeszłego zmusiłoby doktora lub doktor Tanakę do określenia swojej płci, a przecież nie można omawiać skomplikowanych zagadnień kryminalistycznych operując wyłącznie czasem teraźniejszym i przyszłym dokonanym.
Angielski jednak to umożliwia, ponieważ czasowniki nie zawierają informacji o rodzaju, a ponadto angielskie pojmowanie rodzajów bywa dziwne dla kogoś wychowanego w polskim kręgu językowym. Na przykład statek (ship) to jest po angielsku ona (she), choć po polsku jest to rodzaj męski, ale nieosobowy, więc zgodnie z naszą logiką oczekiwalibyśmy angielskiego to (it).
W języku polskim rodzaj jest tak bardzo związany z czasownikami, że nieznajomość czyjejś płci może być deprymująca. Dawno temu w czasach dzieci-kwiatów, gdy i w Polsce modna była odzież unisex, a chłopcy i dziewczęta nosili jednakowo długie włosy, moja rodzicielka w autobusie miejskim, chcąc się dopchać do kasownika biletów, natrafiła na osobę płci niewiadomej, ubraną w długie spodnie dzwony, kwiecistą bluzkę i z długimi blond włosami. Na dodatek osoba ta miała gładką twarz i duże przeciwsłoneczne okulary. Skonsternowana rodzicielka zapytała więc: „Czy ono mogłoby się posunąć, bo chcę skasować bilet?”
Anegdotki i wspomnienia mamy już za sobą. Podałem przykłady, ale wciąż nie jest zapewne jasne po co. Dawno temu w czasach ogólniaka, gdy moja przyszłość rozgałęziała się w wielu możliwych kierunkach, trafiłem na tekst, w którym pojawiała się ogólnie sformułowana teoria dotycząca językowego obrazu świata. Pamięć mnie dziś zawodzi. Może to był Eliade, może Humboldt… w każdym razie poczułem się wówczas, jakby mnie jasny piorun strzelił. Zrozumiałem, że jeśli chcę zrozumieć świat, w którym żyję, to studia językowe są oczywistym wyborem.
Wpływ języka na sposób myślenia i zachowanie ludzi posługujących się nim jest bezpośredni i oddziaływa na świadomość człowieka oraz kształtuje jego obraz rzeczywistości.

Społeczeństwa posługujące się odrębnymi językami „żyją w różnych światach, a nie w jednym świecie, który opatrzony został odmiennymi etykietkami”. Nasze „nawyki językowe” z góry narzucają nam pewne wybory i interpretacje rzeczywistości, dlatego widzimy, słyszymy i doznajemy tak właśnie, jak zakłada system naszego języka (Edward Sapir).

Ten pogląd nazywany jest hipotezą Sapira-Wharfa, a mocniej teorią determinizmu językowego. Choć wielu naukowcom wydaje się do dziś zbyt rewolucyjna, to przyglądając się rzeczywistości, znajdujemy często jej potwierdzenia.
Dziś w Polsce często zauważamy, że społeczeństwo jest podzielone, a linią podziału jest stosunek do działań Prawa i Sprawiedliwości. Niektórzy zauważają, że sprawia to wrażenie, jak by dwie grupy społeczne egzystowały w całkowicie różnych światach i pomimo podobieństwa słów mówiły innymi językami. Nie jest to wcale tak absurdalne, jak wygląda na pierwszy rzut oka. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, pracując jako nauczyciel, badałem tzw. zasób słownictwa czynnego i biernego absolwentów szkoły podstawowej. Słownictwo czynne to słowa, które rozumiemy i używamy, zaś bierne to tylko te, które rozumiemy, gdy ktoś do nas mówi (lub gdy czytamy). Według mnie w tamtym czasie przeciętny ósmoklasista miał 400 słów w zasobie słownictwa czynnego i od osiemset do tysiąca w zasobie słownictwa biernego. Eufemistycznie mówiąc nie jest to imponujący wynik, jeśli zważymy, że w słowniku języka polskiego znajduje się około 130 tysięcy haseł. I w ten sposób dochodzimy do sedna problemu. Zwolennikami PiS są przede wszystkim ludzie słabo wykształceni o mizernych kompetencjach językowych, dlatego też do nich trafia uproszczony przekaz wartościujący. My – Polacy i katolicy, tradycja, chrześcijaństwo i wartości rodzinne. Oni – obcy, gender, ateizm, homopropaganda, zło, islam, terror, rozpad i śmierć.
My – dobra zmiana. Oni – oderwani od koryta. Politykom PiS pomaga też używanie typowo komunistycznej nowomowy, do której polskie społeczeństwo nawykło przez kilkadziesiąt lat istnienia PRL. Ta grupa społeczeństwa, którą przerasta zbyt skomplikowany obraz świata, bo nie potrafi go zwerbalizować, nazwać i określić jego złożoności za pomocą przyswojonych przez siebie czterystu słów, jest wdzięcznym obiektem manipulacji dla politycznej propagandy ludzi Jarosława Kaczyńskiego. Nic też dziwnego, że druga grupa stojąca na przeciwległym biegunie politycznym jest zróżnicowana, bo w ich wizji świata jest miejsce na lewicę i prawicę, na religijność i ateizm, na różne partie, które rację mogą mieć tylko częściowo. Są zatem podzieleni. Rozumieją i potrafią nazwać złożoność otaczającego ich świata, ale nie potrafią zrozumieć uproszczeń i przekłamań, którymi posługuje się druga strona politycznego sporu.
Odwołując się do teorii determinizmu językowego można też wyjaśnić, dlaczego właśnie w krajach słowiańskich występuje najwięcej problemów związanych ze sprawami tzw. płci społecznej, a szerzej z tym, co określa się mianem gender. To nie tylko tradycyjna religijność Polaków lub wpływ cerkwi na Rosjan. Nie tylko wpływ restrykcyjnego pod względem kwestii płci systemu komunistycznego, który przez dziesiątki lat kształtował świadomość ludzi. Bardzo duży wpływ ma także system językowy, który właśnie w językach słowiańskich nierozerwalnie wręcz związany jest rodzajowymi formami czasowników. U nas bowiem tylko w przypadku małego dziecka dopuszczalne jest jego określenie rodzajem nijakim, ale zawsze dąży się do możliwie szybkiego sprecyzowania, czy to dziecko to dziewczynka, czy chłopiec.
Dziś często hipotezę Sapira-Wharfa się krytykuje w środowiskach antropologów i socjologów, a tymczasem Polska stała się doskonałym przykładem, jak kompetencje językowe mogą wpływać na postrzeganie i ocenę rzeczywistości.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Nowomowa żyje

Pisząc w marcu 2010 roku felieton o nowomowie, nie spodziewałem się, że kilka lat później tekst będzie wymagał nader istotnego uzupełnienia. Nowomowa jest charakterystyczna dla systemów totalitarnych, ponieważ totalitarni władcy nie chcą zmieniać zastanego świata, ale chcą go wykreować na nowo.

Nie istnieje człowiek, sprawa, zjawisko, a nawet żadna rzecz, dopóty, dopóki w sposób swoisty nie zostały nazwane. Władzą jest więc moc swoistego nazywania ludzi, spraw, zjawisk i rzeczy tak, aby te określenia przyjęły się powszechnie. Władza nazywa, co jest dobre, a co złe, co jest białe, a co czarne, co jest ładne, a co brzydkie, bohaterskie lub zdradzieckie; co służy ludowi i państwu, a co lud i państwo rujnuje; co jest po lewej ręce, a co po prawej, co jest z przodu, a co z tyłu. Władza określa nawet, który bóg jest silny, a który słaby, co należy wywyższać, a co poniżać. (Zbigniew Nienacki, Dagome Iudex)

Termin nowomowa (newspeak) został – co prawda – stworzony przez George’a Orwella w dystopii „Rok 1984”, ale samo zjawisko zaistniało wcześniej w komunistycznej Rosji, a potem pojawiło się w hitlerowskich Niemczech. Jednak opisane przeze mnie kilka lat wcześniej elementy nowomowy w wydaniu konserwatywnej religijnej prawicy w Polsce, miało inny charakter. Głównie bowiem służyło temu, by przez używanie pewnych wyrazów i zwrotów, doprowadzić do skojarzenia wrogich środowisk z komunizmem. Dlatego „Gazetę Wyborczą” nazywano GazWyb lub (nieoficjalnie) GazŻyd. Z tego samego powodu mówiono o władzach antagonistycznej Platformy Obywatelskiej – politbiuro. Nadawanie pogardliwych nazw swoim przeciwnikom lub instytucjom przez nich kierowanym było elementem przyjętego stylu walki politycznej, który po katastrofie smoleńskiej tylko się jeszcze utrwalił.
Po 10 kwietnia 2010 roku PiS konsekwentnie zaczął stosować nowomowę do wykreowania nowej rzeczywistości i chociaż, nie mając władzy, Kaczyński nie mógł nikogo zmusić do honorowania tego wirtualnego świata, to skutecznie wciągał do niego wszystkich zwolenników PiS.
Pierwszym objawem było konsekwentne używanie słowa poległy w odniesieniu do Lecha Kaczyńskiego. Inni członkowie prezydenckiej wycieczki przedwyborczej zginęli, ale Lech Kaczyński poległ. Czasownik polec ma w języku polskim jasne i oczywiste znaczenie od bardzo dawna, choć wywodzi się od dość powszechnej czynności pozbawionej heroizmu, czyli leżeć.
W Ilustrowanym Słowniku Języka Polskiego M. Arcta z 1929 roku czasownik lec ma kilka znaczeń. Można bowiem lec w łożu (położyć się), można lec z obozem (a więc rozłożyć obóz), ale można też lec w grobie, czyli zostać złożonym w grobie, można też lec na polu walki, a zatem zostać zabitym, zginąć w walce, lec śmiercią mężnych i tu jest wskazanie na czasownik z przedrostkiem polec. Dlatego też nie ma w tym słowniku osobnej definicji czasownika polec, a jedynie wyraz poległy (zdefiniowany jako rzeczownik*) oznaczający kogoś, kto padł w boju.
Współczesny Słownik Języka Polskiego czasownikowi lec dodaje jeszcze inne znaczenie lec u czyichś stóp, czyli ukorzyć się przed kimś, poddać się. Jednak czasownik polec ma wyłącznie znaczenia martyrologiczne. Można polec na polu chwały, polec w walce, polec za ojczyznę, polec od kul. Nie ma tam miejsca na znaczenie polec w wypadku lotniczym. Ba, nawet w przypadku osób, które zginęły za ojczyznę, nie używamy słowa polec. Tak więc nie mówimy, że Romuald Traugutt – ostatni przywódca Powstania Styczniowego powieszony przez Rosjan, poległ. Stefan Starzyński zamordowany w obozie koncentracyjnym przez Niemców, też nie poległ. Jednym słowem zabity w wypadku lotniczym nie jest poległym, jednak gdyby ten wypadek lotniczy był rezultatem czyjegoś celowego działania, uściślając zaś zamachu, który na dodatek miałby przyczynę w politycznej działalności zabitego na rzecz ojczyzny, to sytuacja się zmienia, można byłoby przynajmniej porównywać Lecha Kaczyńskiego z innymi wybitnymi patriotami, którzy stracili życie służąc krajowi.
Dochodzimy więc do sedna. Jarosław Kaczyński i posłuszni wykonawcy jego woli wykonawcy jego poleceń mówią o poległym Lechu Kaczyńskim, przemilczając to, co zwolennicy mają sobie dopowiedzieć sami. Był zamach Lecha Kaczyńskiego, choć tego nie można udowodnić, ale jak dojdziemy do władzy, to odkryjemy całą prawdę.
Gdy w jesienią 2015 PiS wygrał wybory parlamentarne, wcześniej wygrywając wybory prezydenckie, nowomowa tworząca wirtualną rzeczywistość PiS stała się językiem obowiązującym w polityce. I natychmiast stała się oczywista rola nowomowy oraz masowe jej użycie w celu nazwania na nowo, czyli wykreowania rzeczywistości. Podobnie jak w powieści Orwella jest Ministerstwo Pokoju, zajmujące się w rzeczywistości działaniami wojennymi, Ministerstwo Prawdy, które zajmuje się propagandą i fałszowaniem rzeczywistości, Ministerstwo Miłości, odpowiedzialne za inwigilację oraz egzekucje, oraz Ministerstwo Obfitości, które zajmuje się dystrybucją biedy i niedostatku – w języku PiS pojawiają się określenia, które fałszują rzeczywistość nazywając na nowo rzeczywiste sytuacje i wydarzenia. Najbardziej chyba charakterystycznym przykładem nowomowy jest określenie dobra zmiana, które tak naprawdę służy do nazywania obsadzania wszelkich możliwych do opanowania stanowisk we władzach, w firmach będących własnością państwa, w państwowych mediach własnymi i posłusznymi funkcjonariuszami partii, którzy najczęściej nie mają najmniejszych kwalifikacji do zajmowania takich stanowisk. Ulepszanie i demokratyzacja Trybunału Konstytucyjnego oznacza w praktyce jego zablokowanie i zmarginalizowanie. Gdy partia Jarosława Kaczyńskiego przygotowała pakiet demokratyczny określający to, co wolno będzie w sejmie pozycji, wiadomo było, że chodzi naprawdę o dalsze pozbawienie partii opozycyjnych głosu. Przywrócenie równowagi w mediach publicznych to w praktyce wprowadzenie cenzury i przedstawianie rzeczywistości w sposób zgodny z życzeniami prezesa Kaczyńskiego, oczywiście taką naprawę robi się przy zastosowaniu środków dobrej zmiany, czyli wyrzuca się setki dziennikarzy, i pracowników radia oraz telewizji, zastępując ich własnymi – najczęściej bez kwalifikacji, ale za to posłusznymi. Dziś więc rzetelne i obiektywne dziennikarstwo, które uprawia się w objętej przez PiS telewizji i radiu oznacza prezentowanie wyłącznie pisowskiego punktu widzenia oraz takie interpretowanie i pokazywanie rzeczywistości, by Jarosław Kaczyński był zadowolony. Słowo naprawa jest zresztą używane także w odniesieniu do wielu innych działań nowej władzy. Naprawia się np. ustawę o energii wiatrowej w taki sposób, że w przytłaczającej większości gmin nigdy już nie zostanie postawiony żaden wiatrak energetyczny. Naprawia się ustawę dotyczącą ochrony przyrody tak, żeby umożliwić masową wycinkę drzew w Puszczy Białowieskiej.
Interesujące jest traktowanie wszelkich przeciwników, nie tylko politycznych. Przedstawicielka partii Krystyna Pawłowicz popełniła żenującyy błąd językowy i zamiast poprawić się i przejść nad nim do porządku dziennego, zaczęła wynajdować pozorne dowody na to, iż to nie był błąd, aż wreszcie stwierdziła, że czepiają się lewacy. Lewacy i postkomuniści to najczęściej używane określenia opozycji, przy czym prawdziwe przekonania ekonomiczne lub polityczne przeciwników PiS nie mają znaczenia. Jeśli ktoś przeciwstawia się typowo socjalistycznym działaniom partii rządzącej zostanie lewakiem, choćby był ultraliberalny.
Charakterystyczne dla każdej władzy totalitarnej jest konsekwentne deprecjonowanie przeciwników przy użyciu takich właśnie określeń jak lewactwo – nawiasem mówiąc – termin wymyślony przez Lenina. Do tego dochodzą z upodobaniem używane przez Kaczyńskiego takie określenia, jak zakamuflowana opcja niemiecka, media polskojęzyczne lub antypolonizm.
Nowomowa w polityce będzie się rozszerzać na inne dziedziny życia, ponieważ PiS rękami swej niedouczonej polonistki Anny Zalewskiej sprawującej władzę w Ministerstwie Edukacji Narodowej, przygotowuje skok na szkolnictwo. Wystarczy kilka lat, a ze szkół zaczną wychodzić nowi patrioci, dla których nowomowa będzie jedynym językiem, jaki znają.


* Dziś słowo poległy definiuje się prawidłowo jako imiesłów przymiotnikowy bierny.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Czym się różni wrona?

Tym – że ma jedną nóżkę bardziej. To ulubiony niegdyś dowcip studentów polonistyki przez profanów nazywany dowcipem abstrakcyjnym, ponieważ zupełnie nie potrafili zrozumieć, na czym polega. W terminologii literackiej jest to tzw. humor językowy, który polega na różnym od słownikowego użyciu jakiegoś słowa lub związku frazeologicznego. Język angielski aż roi się od dowcipów tego typu, niestety, nasz język jest pod tym względem dość ubogi. Dlatego też slogan reklamowy be more przetłumaczony na polski jako bądź bardziej brzmi przynajmniej głupio, skoro nie jest przykładem humoru językowego.
Kiedyś modne było powiedzonko kierowane do gościa, który przychodził jesienną lub zimową porą: rozpłaszcz się. Bazowało na podobieństwie do archaicznej już formy rozdziać się (rozdziewać się), co oznaczało zdjąć z siebie ubranie. Dowcip polegał na tym, że czasownik płaszczyć się, pochodzący od przymiotnika płaski, oznaczał upokarzać się dla jakiejś korzyści, poniżać się przed kimś (najczęściej przełożonym, mającym władzę itp.). Niestety to dowcipne językowe powiedzonko straciło szybko rację bytu, gdy – mówiąc językiem Mickiewicza – zawędrowało pod strzechy. Mówiąc językiem Jacka Kurskiego*, gdy ciemny lud to kupił. Lud nie łapał niuansów językowych i zaczął używać zwrotu całkiem poważnie, a to już był zwyczajny błąd językowy.
Ale cóż w tym dziwnego, skoro żyjemy w kraju, w którym połowa mieszkańców robi błędy takie, jak Lech Wałęsa, a druga połowa takie, jak Jarosław Kaczyński**.

* Być może za sto lat ktoś będzie czytał mój tekst i zada sobie pytanie: A kimże do cholery był Jacek Kurski? Wtedy należy sięgnąć do Encyklopedii lub podręcznika historii i przeczytać rozdział o upadku gospodarczym i politycznym Polski w XXI wieku oraz o człowieku, który do tego doprowadził. A gdy już drogi czytelniku dotrzesz do nazwiska Kaczyński, które nosił twórca ideologii upadku i zniszczenia, to wyjaśnię ci, że Kurski był jednym z licznych jego sługusów.
** Drogi czytelniku z przyszłości, jeśli przeczytałeś już przypis pierwszy i dalej nie wiesz kim był Kaczyński, to zapewne jesteś nieukiem. Jednak nie przejmuj się, skoro należysz do umiejących czytać, nie jest tak źle.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.9/10 (8 votes cast)

Kompromis

Gdy byłem jeszcze piękny i młody, a także obdarzony hojnie przez naturę otwartym umysłem, przeczytałem zdanie, które w pewnym sensie zdeterminowało moją przyszłość. Autorem owej sentencji był któryś z wielkich moich ówczesnych autorytetów, niestety nie pamiętam który. Być może był to Elias Canetti, być może Mircea Eliade, a może jeszcze ktoś inny. Twierdzenie owo brzmiało, że istniejemy tylko w języku i przez język*. Ponieważ byłem ciekaw świata i chciałem zgłębić tajemnicę istnienia, ta prosta prawda uderzyła mnie jakby obuchem w łeb i posłała na studia polonistyczne. No może nie do końca tak to było, ale przyznacie, że zabrzmiało świetnie.

Oczywiście kwestia kształtowania się ludzkiej indywidualności i społeczności przez język i w języku jest dziś podstawowym truizmem zarówno w filozofii jak i w socjologii i nikt przy zdrowych zmysłach tego podważać nie będzie. Jednak wówczas – w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia** – dominowały teorie behawioralne, a w naszym kręgu polityczno-społecznym nadal autorytetem nie do podważenia był Pawłow. Przy okazji warto wspomnieć, że Skinner twórczo rozwijający behawioralne teorie Pawłowa, był jednym z niewielu amerykańskich autorytetów naukowych, których socjalistyczna psychologia nie odrzucała. Miało to swoje konsekwencje zarówno w rozwoju psychologii jak i pedagogiki, lecz o tym może kiedy indziej, bowiem i tak już za głęboko wpadłem w dygresję.
Dziś bowiem sponsorem*** felietonu jest słowo kompromis. Ów kompromis wylazł jak przysłowiowe szydło z worka, gdy rozmawiałem z kolegą o naturze zjawisk politycznych w czasach współczesnych. W języku polskim mamy związek frazeologiczny pójść na kompromis, analogicznie do pójść na współpracę, pójść na ustępstwa. Taki związek frazeologiczny nacechowany jest emocjonalnie w sposób negatywny. Pójść na kompromis to znaczy z czegoś zrezygnować, okazać brak wytrwałości, słabość i chwiejność wobec wyznawanych idei lub zasad. Taką narrację narzuciło komunistyczne myślenie wyrażone słowami Lenina każdy kompromis jest zgniły. Jednak uzus językowy kształtuje się dużo dłużej niż trwał historycznie efemeryczny okres socjalizmu w Polsce, zatem źródeł negatywnej konotacji słowa kompromis można szukać jeszcze dawniej, być może w epoce liberum veto.

W języku angielskim używa się innych zwrotów – agree a compromise (zgodzić się na kompromis), they made the compromise (oni zrobili, stworzyli kompromis – w dosłownym tłumaczeniu). Oczywiście słowo compromise ma i w angielskim porcję znaczeń pejoratywnych, jednak w podstawowym znaczeniu kompromis jako zawarcie porozumienia jest tam czymś pozytywnym. U nas niestety nie.
Nawet polska definicja kompromisu bardziej akcentuje jego negatywny wymiar mówiąc, że jest to odstępstwo od zasad, założeń, że chodzi o ustąpienie w celach praktycznych. Zaś definicja w Wikipedii zawiera dość kuriozalną opinię: Wbrew obiegowej opinii kompromis nie jest optymalnym rozwiązaniem konfliktu, ponieważ oznacza konieczność rezygnacji z części interesów każdej ze stron. Taki idealny sposób radzenia sobie z konfliktem stanowi współpraca.
A czymże innym jest współpraca różniących się ze sobą stron, jak nie dochodzeniem do kompromisu, który w odpowiednim stopniu uwzględni oczekiwania sprzecznych początkowo postulatów?

Jednak to polskie negatywne postrzeganie kompromisu, umniejszanie jego wartości, bądź nawet opaczne rozumienie ma długą i nieszczęsną historię. Nie bez powodu Stefan Meller, historyk i dyplomata powiedział: Defektem polskiego myślenia o polityce jest rozumienie kompromisu według schematu: „nasze zwycięstwo, ich klęska”. Nie, na kompromisie każdy musi coś zyskać i każdy z czegoś ustąpić. Brak zdolności do kompromisu był w naszej historii przyczyną wielu nieszczęść większego i mniejszego kalibru, jednak nie tylko możliwości polityczne na tym cierpią.
Być może pomógłby zwyczaj powtarzania sobie, że kompromis się osiąga, a więc jest czymś wyżej, jest czymś lepszym niż klęska jednej strony i zwycięstwo drugiej. Na pewno też lepszym niż pat.


* Rzecz jasna chodzi o język w znaczeniu mowa, a nie ozór w sensie biologicznym.
** Och, jaki czuję się stary i dostojny pisząc te słowa.
*** Jak nie wiesz o co chodzi, to „Ulica Sezamkowa” się kłania.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.9/10 (7 votes cast)

Trzy Cztery

Dawno dawno temu, gdy jeszcze byłem nastolatkiem, szliśmy z kolegą po ulicy rozprawiając na temat, którego dziś już nie pomnę. Dyskusja była emocjonalna i któryś z nas w ferworze wypowiedział magiczne słowa: „kurwa mać”. Pech chciał, ze byliśmy w zasięgu słyszalności jakiegoś dorosłego osobnika naszego gatunku, który zatrzymał nas i udzielił nam reprymendy. Z pewnym zniecierpliwieniem, ale bez okazywania tego wysłuchaliśmy i przeprosiliśmy. Wtedy jeszcze nie mówiło się do starszej osoby zwracającej młodemu uwagę: „odwal się dziadek bo zarobisz z glana”.
Ów zwracający nam uwagę mężczyzna poradził nam, żeby sobie wybrać jakieś neutralne słowo i w przypadku zdenerwowania używać go zamiast przekleństwa. Ulży nam, a osoby postronne nie będą zdegustowane, co najwyżej zdziwione. Jako przykład rzucił, że zamiast osławionego „k… mać” można użyć słów „trzy cztery”.
W tamtych czasach zdarzało się, ze młodzi ludzie przeklinali, dla podkreślenia emocji w wypowiedzi lub podczas sprzeczki, ale unikano powszechnie przeklinania przy płci żeńskiej. Zaś przeklinanie przez dziewczyny lub kobiety było zdecydowanie nieakceptowane. Rzecz jasna nie dotyczyło to środowisk, w których słowa „k…” używano zamiast przecinka, z braku lepszego sposobu na ekspresję językową.
Mieszkam dziś w miejscu, gdzie niedaleko są trzy szkoły. Liceum, gimnazjum i podstawówka. Z tego powodu zdarza mi się często widywać współczesne młode pokolenia – od maluchów z tornistrami po maturzystów.
Niestety z przykrością zauważam, że obecnie używanie słów wulgarnych jest na porządku dziennym i to już od początku szkolnej edukacji. Dawniej kojarzyło się ono wyłącznie z pewnym marginesem ludzi niewykształconych, często ze środowisk patologicznych. Dzisiaj stało się swoistą normą.
Dziś czekałem na zmianę świateł na skrzyżowaniu wraz z dwiema licealistkami. Jedna z nich blondynka o zmysłowym typie urody nieco podobnym do Brigitte Bardot, gdy była bardzo młoda. Takie skrzyżowanie chodzącej niewinności z prowokującą lolitką. Druga ciemnowłosa o bardzo delikatnych rysach twarzy, z przydługą grzywką opadającą niesfornie na duże brązowe oczy, podkreślone rzecz jasna stylowym choć nieco zbyt intensywnym makijażem. Rozmawiały sobie niespecjalnie przejmując się stojącymi obok osobami. Tematem rozmowy – jak się domyśliłem – była jakaś sytuacja w gronie koleżeńskim. W pewnym momencie owa blondynka o niemal dziecięcej twarzy podsumowała sytuację: „kurwa, normalnie pojebało go”.
Poczułem się, jakby właśnie z góry ktoś wylał na mnie zawartość swojego nocnika.
Przy czym nie jestem pruderyjnym staruszkiem, który czerwieni się na dźwięk słowa dupa. Jednak swoboda słownictwa jest możliwa tylko w niektórych sytuacjach, a nie zawsze. Wulgarne słowa nie powinny być „wypełniaczem” używanym ot tak sobie. Weźcie sobie tę refleksję do serca smarkacze! Trzy! Cztery!

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Monolit

A według ciebie z jakiej przyczyny wyszliśmy z jaskiń? Bo niby była to kolektywna decyzja? /…/ Belfer, czekaj , czekaj! A gdzie załatwiłeś kwestię zejścia z drzewa?
prawdziwy berg*

Pamiętacie początek filmu 2001 Odyseja kosmiczna? Film zaczyna się w czasach prehistorycznych. Pewnego dnia pojawia się tajemniczy monolit. Ze zdumieniem wpatrują się weń koczujące nieopodal małpoludy, jak można się domyślać, symbolizują praprzodków gatunku ludzkiego.

Monolit

Monolit

Jak okazuje się z kolejnych wydarzeń w filmie, monolit ma tajemnicze właściwości. Później bowiem ludzkość znajduje drugi na Księżycu. Zafascynowane monolitem małpy stają się potem uczestnikami potyczki z innym plemieniem podobnych małpoludów. Jeden z małpoludów – jak się domyślamy, monolit był katalizatorem – chwyta za gnat obgryzionego do kości mastodonta i wywija nim w boju.

Początek ludzkości

Początek ludzkości

Film oglądałem w gronie znajomych. Studentów. Mieliśmy wówczas fascynujące wykłady Jana Drzeżdżona z teorii kultury i może nie tak fascynujące, ale erudycyjne ćwiczenia z tego przedmiotu z docentem, którego nazwiska nie pomnę. Jako przyszli poloniści zachwyciliśmy się paraboliczną wręcz metaforą. Genialne. Początek ludzkości, moment przełomowy w rozwoju, ukazany tak pięknie.
Wówczas wszystkim przemówiło do wyobraźni przesłanie filmu. Małpolud zaczął przeistaczać się w człowieka, gdy po raz pierwszy wykorzystał jakiś przedmiot jako narzędzie. W wersji pesymistycznej – jako broń. Poglądy jednak się zmieniają. Pozwolę sobie zacytować Cypriana Kamila Norwida:
Gdy z wiosną życia duch Artysta
Poi się jej tchem jak motyle,
Wolno mu mówić tylko tyle:
„Ziemia jest krągła — jest kulista!”

Wiosna przeminęła, mój światopogląd został w istotny sposób wzbogacony o wiedzę z wielu dziedzin. Rozmaite teorie filozoficzne, z których dziś już niewiele zostało w mojej głowie, na pewno przyczyniły się do rozlicznych moich rozważań na temat źródła ludzkiej natury. Szczególne znaczenie miała książka Desmonda Morrisa Naga małpa. Nie, żadnych poglądów z niej nie zaczerpnąłem. Jednak – pozwolę sobie na lekki kicz poetycki – była ona plemnikiem, który zapłodnił jajo mojej wizji świata.
Odszedłem od technokratycznej koncepcji istoty ludzkiej i dziś nie sądzę, że to używanie i wykonywanie narzędzi (broni) jest symbolicznym początkiem rasy ludzkiej. Według mnie tym przełomowym momentem, symbolem człowieczeństwa jest język. No i wylazł polonista…
Gdy w swej nauczycielskiej pracy, miałem przedstawić uczniom w sposób przystępny, krótki i symboliczny kilka informacji z historii języka, zaczynałem tak:
Wyobraźcie sobie, że pewnego razu nasz praprzodek małpolud zlazł z drzewa i pomyślał, że warto może pogadać z sąsiadem uczepionym sąsiedniej palmy.
Spowodowało to kiedyś problem ontologiczny, gdy na lekcji religii jakiś uczeń stwierdził: …a pan od polskiego to mówi „nasz przodek małpolud”.
Język jest kodem wielopoziomowym i dlatego umożliwia znacznie lepszą komunikację niż jakiekolwiek zwierzęce kody sygnałowe. A to właśnie umiejętność współpracy i przekazywania za pomocą języka dorobku pokoleń zdecydowało o tym, że to człowiek wygrał w tym wyścigu ewolucji. Zwierzęta mają instynkt, który jest swoistą matrycą dorobku pokoleń danego gatunku. Język stanowi sposób znacznie doskonalszy. Dzięki komunikacji człowiek mógł wytworzyć sensownie współpracujące społeczności, podnieść możliwość współpracy jednostek na wyższy poziom, aż wreszcie opuścić jaskinie. Ale to już materiał na zupełnie inny tekst.

* Inspiracją do powstania tego felietonu była dyskusja na portalu Dobre Państwo i żartobliwie mi zadane pytanie. A ponieważ rozważania na ten temat to zdecydowanie mój „koń na biegunach”, więc się rozpisałem. Z tym, że o jaskiniach to już w następnym odcinku. 🙂

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Imponderabilia

Generał Peter Cosgrave z Australii udzielał wywiadu dziennikarce radiowej, a rzecz cała dotyczyła obozów dla dzieci, na których uczono obchodzenia się z bronią i strzelania, wśród innych – rzec można – harcerskich (skautowskich) zajęć. Dziennikarka dopytywała się, czy posługiwanie się bronią nie jest zbyt niebezpiecznym zajęciem, aby uczyć tego dzieci. Generał odparł, że w żadnym razie, bowiem przed rozpoczęciem strzelania młodzież jest zapoznawana z właściwą dyscypliną dotyczącą zasad obchodzenia się z bronią.
Spowodowało to niejakie oburzenie kobiety, która rzekła: but you’re equipping them to become violent killers.
Well – odparł generał – Madam, you’re equipped to be a prostitute, but you’re not one, are you?
Dziennikarka popełniła oczywisty logiczny błąd wynikający z jej ideologicznej postawy sprzeciwu wobec broni. Tak się składa, ze strzelania uczyłem się jeszcze w podstawówce, potem byłem w wojsku i umiem strzelać z wielu różnych rodzajów broni – od rewolweru zaczynając, a na wielkokalibrowym karabinie maszynowym z pojazdów opancerzonych kończąc. Przez ponad pięćdziesiąt lat nikogo nie zabiłem, choć rzecz jasna nie wynikało to z braku chęci lub umiejętności, ale z zasad cywilizacji i etyki. Gdybyśmy przyjmowali bowiem, że nauka posługiwania się bronią kształtuje psychopatycznych zabójców, to w zasadzie oddalibyśmy świat we władanie osobników faktycznie psychopatycznych, którym nie moglibyśmy przeciwstawić policjantów z powodu wymienionego wcześniej.
Generał zaś nie popełnił błędu logicznego, ale dopuścił się oczywistej manipulacji. Dziennikarka byłaby przygotowana (wyposażona) do roli prostytutki, gdyby została nauczona zachowań i mentalności prostytutki, a nie poprzez sam fakt bycia kobietą. Pan generał okazał się zwyczajnym chamem, który pogardza kobietami*.
Warto czasem przeanalizować cudze wypowiedzi, bowiem warstwa znaczeniowa może się znacznie różnić od werbalnej.
Doskonale przedstawił to Isaac Asimov w swej powieści „Fundacja”. Rzecz dzieje się w bardzo odległej przyszłości i w skomplikowanej sytuacji politycznej. Rolę dzisiejszych państw pełnią tam odległe planety. Komputerowi zlecono lingwistyczną i logiczną analizę przemówienia pewnego dostojnika. Po eliminacji tak zwanego „lania wody” nie zostało nic.
Czasem też warto zastanowić się chwilę nie tylko nad tym co mówimy. Warto też większą uwagę zwracać na swych rozmówców i ich wypowiedzi. Niekiedy rzeczy istotne pozostają niezauważone, bowiem ktoś przykłada zbyt wielką wagę do pozorów.

Powyższy film – niestety tłumaczenie go na polski zabije dowcip – dedykuję też niektórym komentatorom mojego blogu. Czy jesteście pewni, ze wasz komentarz dotyczy napisanego tekstu?


* Podobna manipulacja zawarta jest w starym dowcipie o złodzieju przyłapanym z kompletem wytrychów. Podczas rozprawy zgłosił on sędzinie wniosek o aresztowanie „pana prokuratora za gwałt, bowiem narzędzia gwałtu nosi przy sobie”. Jednak w przypadku australijskiego generała dowcip ma nieco inne podłoże.

Zapisz

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.7/10 (3 votes cast)

Zwis męski

Jesień sprzyja rozmyślaniom. Zwykle przed pierwszym listopada porządkujemy groby na cmentarzach, a to kieruje nasze myśli nie tylko ku sprawom ostatecznym, ale także ku przeszłości.

Myślami powracamy do przeszłości.

Myślami powracamy do przeszłości.

Przypomniało mi się przy tej okazji, że ojciec mój zbierał rozmaite dowody językowego idiotyzmu, jaki powszechnie rządził w późnym PRLu. Radosna twórczość ignorantów rozpoczęła się w zasadzie w okresie gierkowskim. W związku z zakazem podwyżek cen, bo jak wiadomo na tym przejechała się ekipa Gomułki, zaczęto kombinować z nazewnictwem towarów. Zatem zamiast zwykłego masła dotychczas dostępnego pojawiało się w tej samej cenie masło o gorszej jakości i nazwie „śmietankowe”, potem śmietankowe zmieniało nazwę na „dietetyczne”, a za jakiś czas pokazywało się „extra” w wyższej cenie. Podobnie było z cukrem, który od 76 roku był już na kartki. Jeszcze ciekawsze rzeczy działy się w zakresie innych towarów. Krawat zyskał sobie nazwę „zwis męski przedni elegancki”, śliniaczek dla niemowlęcia to „podgardle dziecięce”, kapcie lub pantofle zastąpiono „wsuwkami domowymi” damskimi, męskimi lub dziecięcymi. Niestety nie pamiętam zbyt wiele, a metki towarów, lub wycinki z prasy zbierane przez ojca gdzieś zaginęły.
Minęły lata, potrzeba wymyślania głupich nazw zniknęła z naszego życia raz na zawsze. Ale czy na pewno?

A co to takiego?

A co to takiego?

Cóż oznacza to słowo, którego nie ma w słownikach? Sugerując się wzorcami słowotwórczymi można by sądzić, że to nazwa osoby utworzona formantem -ak podobnie jak np. trzeciak (uczeń trzeciej klasy), wieśniak (ktoś ze wsi), a może utworzono nazwę na wzór słowa trzepak (przedmiot, urządzenie) z takim samym formantem?
Tak, czy inaczej widać, że duch w narodzie nie zginął i kolejne pokolenia wytwórców, handlowców nadal radosną twórczość językową uprawiają. Jeśli ktoś nadal nie wie, to wszystko wyjaśni zdjęcie drugiej strony metki.

Kosz na brudną bieliznę

Kosz na brudną bieliznę

No i wszystko jasne.
Może czytelnicy mają jakieś współczesne ciekawe przykłady? Czekam.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.8/10 (5 votes cast)

Nowomowa

Istniejemy w języku. Nasz byt nierozłącznie związany jest z językiem. Nazywanie organizuje przestrzeń społeczną i decyduje o jej statusie. Wydaje się to idiotyczne i niemożliwe, ale jest to oczywistością. Można łatwo wykonać doświadczenie. Spojrzeć wokół siebie i spróbować nie nazywać niczego, co zobaczymy. Okaże się to niemożliwe, ponieważ nasze myśli są prawie zawsze werbalizowane.
Tę właściwość ludzkiej natury doskonale znali i wykorzystali twórcy totalitarnego państwa, które powstało w wyniku Rewolucji Październikowej. Wtedy też powstała na użytek nowej władzy nowomowa (choć sama nazwa jest znacznie późniejsza).
Język rosyjski był pierwszym, który wchłonął ogromną liczbę słownictwa kojarzącego się wyłącznie z dokonaniami nowej władzy. Najczęściej były to skrótowce, ponieważ nowy język miał być szybki, konkretny i ostry w brzmieniu. Wystarczy kilka przykładów. Kołchoz (zamiast kolektiwnoje choziajstwo), podobnie sowchoz (zamiast sowietskoje choziajstwo), zamiast biuro polityczne zaczęto mówić politbiuro. Niezależnie od Rosji Radzieckiej, jakiś czas później kolejny kraj zaczął wdrażać nowomowę. Były to hitlerowskie Niemcy. Tam również skrótowce stały się powszechne. Geheime Staatspolizei czyli gestapo, niech posłuży nam jako przykład. Stało się jasne, że nowomowa jest kluczem do opanowania umysłów ludzi w systemach totalitarnych. Jeśli zmusimy ludzi by nazywali coś zgodnie z wytycznymi, to ich ogląd świata zacznie się zmieniać zgodnie z nowym językiem.
Sam termin nowomowa powstał dzięki książce Orwella Rok 1984. Nowomowa (newspeak) była konstrukcją głownie słowotwórczą i miała na celu zastąpienie starych nazw nowymi, wyeliminowanie z języka niepotrzebnych słów, wprowadzenie nowych, które nazywały nowe zjawiska lub na nowo stare zjawiska.
Pomijam tu dalszy etap rozwoju nowomowy, gdy już chodziło nie tylko o krótkie i dobitnie brzmiące wyrazy, ale także o całe konstrukcje składniowe i nazewnicze, które zmieniają język. Rozmaite wyrażenia i zwroty, które stawały się sposobem na utrwalenie dominacji totalitarnej biurokracji nad życiem codziennym. W naszych polskich warunkach takim przykładem może być legendarny już zwis męski przedni elegancki (czyli krawat). Jednak podstawowym celem nowomowy zawsze było wprowadzenie do języka skrótowców o jasnym, zdecydowanym i ostrym brzmieniu.
Wyzwolenie się z totalitaryzmu oznacza w większości wypadków także wyzwalanie się z okowów nowomowy. Staje się ona coraz bardziej anachroniczna. Jednak nowomowa dalej ma się świetnie w niektórych środowiskach. Początkowo miała być takim szyderstwem z przeciwników politycznych utożsamianych z określonym środowiskami.
Gdy mówią zwolennicy ultrakatolickiej prawicy o socjalistycznych poglądach ekonomicznych, to będziecie musieli się domyślić, ze GazWyb to Gazeta Wyborcza. Najbardziej radykalni użyją nawet nazwy GazŻyd, ale tylko nieoficjalnie, bo oficjalnie te środowiska do antysemityzmu się nie przyznają. Niedawno przeczytałem, że wykład zadający kłam politpoprawnym wypowiedziom żydowskich historyków jest doskonały. A jak powstają nowe skrótowce, które mają oczywiście funkcję wartościującą? Zobrazuję to na przykładzie. Słowa flejtuch, łapiduch, kocmołuch połączone są formantem -uch oraz wartościują negatywnie. Jak można utworzyć nowe słowo wartościujące negatywnie? Przymiotnik wykształcony łączymy z formantem -uch i powstaje nam wyraz wykształciuch. Ponieważ słowo było w powszechnym użyciu za czasów tzw. czwartej RP, nie muszę więcej wyjaśniać. Takim samym celom służyły określenia łżeelity czy lumpeninteligencja, które miały zdezawuować przeciwników – nie tylko politycznych, ale w ogóle wszystkich, którzy się sprzeciwiali.
Zastosowanie nowomowy przez środowisko prawicowe może się wydać komuś zaskakujące. Konserwatyści, prawicowi katolicy, którzy sięgają po ulubione narzędzie, ba, narzędzie wymyślone przez totalitarny reżim komunistyczny. Przecież to się w głowie nie mieści.
A mi się mieści. Po prostu obnaża to prawdziwe zakusy tych ludzi. Oni nie mają nic przeciw dyktaturze, pod warunkiem, że to oni będą rządzili.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)