Straszne skutki awarii internetu

Wybory za nami, wybory przed nami. Atmosfera napięta. Temperatura to już wrzątek i wciąż rośnie. Kto wie, co się jeszcze stanie do jesieni. I w związku z tym – Drodzy Czytelnicy – prezentuję wam krótki horror pod tytułem:

Straszne skutki awarii internetu

Miły spokojny wieczór.Oglądamy z żoną reżimową telewizję. Ze swojej pieczary wychodzi syn.
147 razy restartowałem modem i router, od 6 godzin nie mamy internetu – mówi tonem zrozpaczonym.
Po co Ci internet,obejrzyj z nami TVN24 – rzucam taki żarcik.
Gdyby nienawiść można było zamienić w energię kinetyczną, byłbym już martwy.
Nie widziałam go już chyba z pół roku – mówi żona patrząc na syna. – Pół roku bez światła, prawie jak filodendron lub bluszcz – dodaje.
Bez światła, jedzenia, picia – mówię – prawie jak jogini,podobno używając specjalnych technik można się bez tego obejść prawie rok.
A mógł iść na rekord – westchnęła żona – gdyby nie internet.
Rozpacz w oczach dziecka zmiękcza me serce.
A ty jakie techniki stosowałeś żeby przetrwać – pytam.
Ściankowanie, recoil, smoke, ćwiczyłem też eko z usp żeby mieć awp – odpowiada syn.
Nie znam takich technik medytacji – mówi żona.
Jak wygra KORWiN – mówi syn, wpatrując się w Olejnik – to wsadzimy do pierdla całe to TVN i Wyborczą, a czytelników i widzów poślemy na przymusowe leczenie w zakładzie zamkniętym.
Jezu – mówi ściszonym głosem żona – przełączę na TVP INFO.
Przełącz na Republikę – szepczę tonem konspiracyjnym – wykpimy się tylko leczeniem ambulatoryjnym.
Żona dumnie podnosi głowę – Mam jeszcze resztkę godności!

Autorem jest Paweł Stankiewicz (pierwsze publikacja w grupie Zrobimy wszystko, aby PiS nie wrócił już do władzy!). Ja dokonałem tylko drobnych poprawek redaktorskich. Publikacja za zgodą autora. Można podawać dalej zachowując autorstwo. Licencja CC by SA ver.3.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (4 votes cast)

Gówno prawda

 
Internet to największa na świecie biblioteka, ale też największy na świecie śmietnik. Śmietnik przede wszystkim. Nagromadzenie stereotypów, przesądów, uprzedzeń, półprawd, a wreszcie debilnych i często złośliwych kłamstw jest tak ogromne, że aż trudno uwierzyć. Oto jeden z przykładów.

net-2

Beznadziejnie głupia szkoła, a w niej zgraja nauczycieli – idiotów nędznie opłacanych, prymitywnych i niedouczonych, złośliwych i żyjących tylko nienawiścią do uczniów. Jak wielu jest takich, którzy ze szkoły wynieśli jedynie złe wspomnienia. Zwykle twierdzą, że sami sobie wszystko zawdzięczają, a szkoła jedynie ich dołowała. I oto widzimy taki wspaniały przykład, autentyczny dowód, który ktoś umieścił w internecie.
Jednak ten „autentyczny” przykład z listopada 2014 z prawdą niewiele ma wspólnego. W całości jest fałszerstwem i manipulacją. Po pierwsze, do trzeciej klasy nie stawia się ocen w formie stopni. Nie ma ani szóstki, ani jedynki. Na dodatek nauczyciele mają obowiązek w taki sposób formułować oceny opisowe, żeby zawierały jakiś pozytywny element. Nie należy zatem formułować oceny tak: „Wojtek nie umie czytać”, a raczej tak: „Wojtek poznał niektóre litery”. Wojtek z IIC nie mógł dostać ani jedynki, ani też oceny niedostatecznej. Takich ocen w młodszych klasach podstawówki po prostu nie ma. Wojtek nie był też autorem rysunku. Gdy sprawdzimy zasoby internetowe okaże się, że identycznych rysunków w sieci jest sporo. Na dodatek są datowane znacznie wcześniej niż ten z przykładu. Rysunek poniżej pojawił się w sieci trzy miesiące wcześniej.

net-1

Jeśli te internetowe prawdy są tylko głupie i złośliwe, to jeszcze pół biedy. Gorzej że czasem propagują one szkodliwe kłamstwa, które mogą stać się przyczyną czyjejś śmierci. Tak jest ze słynną i popularną poradą o tym jak ratować się podczas zawału.

zawal

Kaszel jako ratunek przed zawałem? A pamiętacie Rozalkę włożoną przez znachorkę do pieca na „trzy zdrowaśki”?
Nie? No prawda, któż by czytał te głupie lektury wymagane przez głupich nauczycieli… 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (8 votes cast)

Dzieci w sieci

Nazywanie pewnej grupy ludzi pokoleniem zwykle ma istotną funkcję czasową, ale też symboliczną. Symbolicznie mówimy często np. pokolenie naszych dziadków – obecnie mając na myśli zwykle ludzi, którzy przeżyli Drugą Wojnę Światową i pamiętają dobrze pierwszą połowę XX wieku. Jest to bardzo umowne pojęcie, ponieważ moi dziadkowie pamiętali nawet koniec XIX wieku i przeżyli dwie wojny światowe, sam zaś nie pamiętam żadnej wojny a pamięć moja lokuje dopiero wydarzenia z drugiej połowy ubiegłego stulecia.
Aspekt czasu widoczny jest wówczas, gdy jakaś grupa ludzi urodzona mniej więcej w podobnym okresie podlega tym samym procesom historycznym, społecznym lub politycznym lub też wszystkim jednocześnie. Kolumbowie rocznik dwudziesty – to było pierwsze takie wyodrębnienie pewnej społeczności. Oczywiście nie chodziło tylko o osoby urodzone w roku 1920, ten sam los dotyczył zarówno nieco starszych, jak i nawet kilka lat młodszych. Przypomnę, że pokolenie kolumbów zdefiniowane po raz pierwszy w słynnej powieści Romana Bratnego, to ludzie, którzy wkraczali w dorosłość w chwili, gdy rozpoczęła się wojna. Pozbawieni byli tego normalnego czasu dorastania do pełnej dorosłości, od losu dostali z jednej strony ogromną odpowiedzialność za losy kraju, a z drugiej niemal pewność wczesnej śmierci.
Drugim zdefiniowanym pokoleniem był powojenny wyż demograficzny z początku lat pięćdziesiątych. Wyróżniono tę grupę ze względu na to że było to pierwsze pokolenie powojenne dzieci urodzonych i dorastających we względnie normalnych warunkach. Jeśli w ogóle można mówić o normalności w aspekcie PRL. Wspólnym mianownikiem w ich przypadku były zatłoczone szkoły, nauka na dwie zmiany, duża konkurencja w szkołach średnich a potem na studiach. Zatem to pokolenie wychowane w warunkach gomułkowskiego a potem gierkowskiego socjalizmu miało pewną namiastkę konkurencji, która dla obecnej młodzieży jest chlebem powszednim.
Późniejsze próby definiowania jakichś grup urodzonych w takim lub innym okresie nie mają wielkiego sensu. Próbowano wyodrębniać jako pokolenie ludzi urodzonych po upadku PRL, którzy dorastali i wychowywali się już w wolnej Polsce. Może ktoś za jakiś czas spróbuje zdefiniować pokolenie „Europejczyków”, a więc urodzonych po przystąpieniu Polski do UE.
Niedawno pojawiła się również próba zdefiniowania pokolenia, a dokonał jej w „Dzienniku Bałtyckim” Piotr Czerski, który napisał artykuł pod znamiennym tytułem „My dzieci sieci”. Autor na początku przyznaje, że większość prób definiowania rozmaitych „pokoleń” nie ma sensu. Łączyła je jedna cecha: istniały wyłącznie na papierze. – podsumowuje te definicje.
Na zachodzie próbowano niekiedy identyfikować grupę ludzi jako „network generation”, a więc tych, dla których korzystanie z obecnej technologii internetowej jest oczywistością i szukano łączących te osoby cech. Czerski używa umownej nazwy „dzieci sieci”. Temat wydał mi się dość poważny, ale nie chciałem z góry negować tez postawionych przez Piotra Czerskiego. Z tego względu poprosiłem o pomoc socjologa, który wiekowo do tej grupy powinien się zaliczać. Na drugim biegunie jestem ja – czyli osobnik na tyle wiekowy, że był nauczycielem owego (jak na razie hipotetycznego pokolenia), a jednocześnie człowiek, który żartobliwie mówiąc „w połowie stał się internetem”. Zatem będzie to dwugłos o pokoleniu, a dokładniej o tym, czy ono w ogóle istnieje. Kolorem niebieskim wyodrębniam cytaty z artykułu Piotra Czerskiego, zaś kolorem czerwonym socjologa Kamila Dąbrowskiego. Myślę, że to ułatwi wczytanie się w argumenty za i przeciw.
Sieć jest dla nas czymś w rodzaju współdzielonej pamięci zewnętrznej. Nie musimy zapamiętywać niepotrzebnych detali: dat, kwot, wzorów, paragrafów, nazw ulic, szczegółowych definicji. Wystarczy nam abstrakt, informacja ograniczona do swojej esencji, przydatnej w jej przetwarzaniu i łączeniu z innymi informacjami. Jeżeli będziemy potrzebowali szczegółów – sprawdzimy je w ciągu kilku sekund. Nie musimy także znać się na wszystkim, bo wiemy gdzie odnaleźć ludzi, którzy znają się na tym, na czym my się nie znamy i którym możemy zaufać.
Czerski rozpływa się w zachwytach nad tym, jakie to dzieci sieci się są zaradne, gdy idzie o szukanie w internecie potrzebnych im informacji. Choć zabrzmi to karygodnie banalnie, sieć jest pełna śmieci, w związku z czym ani wyszukiwanie, ani selekcja, ani przyswajanie informacji nie zachodzi nigdy w sposób tak bezbolesny – a już na pewno nie jest tak, że w Polsce żyje sobie całe pokolenie doskonałych łowców informacji. Co gorsza, ludzie pokroju Czerskiego najczęściej wykrzywiają naturę tego, co uznać można za prawdziwie wartościowe informacje: mianowicie fakt, że przyswojenie ich nie jest procesem błyskawicznym i automatycznym, bo informacje te nie mają postaci dwóch zdań nagłówka z gazety okraszonych zdjęciem czy diagramem. Wiedza, jeśli jest czymś więcej niż ignorancją czy powierzchownością uzurpującymi sobie jedynie jej miano, nie leży w zasięgu kliknięcia myszki.
Niestety, krytyka w pełni usprawiedliwiona. Powierzchowność i ignorancja to dwie strony traktowania internetu jako uniwersalnego podręcznika do wszystkiego. W ten sposób kształtuje się nie tyle pokolenie ludzi szukających wiedzy, ile raczej ogromna grupa dyletantów, dla których w dyskusjach nie liczą się żadne argumenty, jeśli nie są wyposażone w jakiś link do źródła. Nie tak dawno pewien młodzieniec upierał się, że dla niego forma „poszłem” jest poprawna, bo Google daje 25 milionów wyników dla tego hasła.
Na dodatek spora część młodych ludzi niewiele wie o samej istocie internetu, a ich kontakty z siecią ograniczają się do portali społecznościowych i jedyne co często potrafią to „zalajkować słit focie na fejsie”. Świadome korzystanie z internetu wymaga umiejętności czytania, a ta od kilku pokoleń skutecznie zabijana jest przez „telewizyjne wychowanie”.
Uczestniczenie w kulturze nie jest dla nas czymś odświętnym – globalna kultura to podstawowy budulec naszej tożsamości, ważniejszy dla samodefinicji niż tradycje, narracje historyczne, status społeczny, pochodzenie, a nawet język, którym się posługujemy. Z oceanu dóbr kultury wyławiamy te, które odpowiadają nam najbardziej – wchodzimy z nimi w dialog, oceniamy je, zapisujemy te oceny w specjalnie do tego celu stworzonych serwisach, które podpowiadają nam, jakie inne albumy, filmy, czy gry powinny zyskać nasze uznanie. Niektóre filmy, seriale czy wideoklipy oglądamy jednocześnie z kolegami z pracy albo znajomymi z drugiej półkuli, uznanie dla innych dzielimy z garstką ludzi, których być może nigdy nie spotkamy w świecie rzeczywistym. Stąd wynika nasze poczucie jednoczesnej globalizacji i indywidualizacji kultury. Stąd wynika nasza potrzeba swobodnego dostępu do niej.
Krytyka tej części artykułu jest oczywista. Znalezienie w Wikipedii rzeki Niemen i nazwiska Czesław Niemen nie zastąpi przeczytania „Nad Niemnem” Orzeszkowej. Oglądanie najnowszych odcinków serialu „Prison Break” przed ich premierą w telewizji nie jest żadnym uczestniczeniem w kulturze, niezależnie od tego kto te filmy udostępnił. Należałoby raczej mówić tu o konsumpcji niektórych dóbr kultury za darmo. Z naciskiem na słowa „niektórych” i „za darmo”.
Jeszcze dalej idzie Czerski w stosunku do państwa i polityki.
Nie ma w nas tej wynikającej z onieśmielenia pokornej akceptacji, jaka cechowała naszych rodziców – przekonanych o nadzwyczajnej wadze spraw urzędowych i odświętnym charakterze interakcji z państwem. Nie czujemy tego respektu, który brał się z odległości między samotnym obywatelem, a majestatycznymi szczytami „władzy”, majaczącymi gdzieś pośród mgieł. Nasza wizja struktury społecznej jest zresztą inna niż wasza: sieciowa, a nie hierarchiczna. Przywykliśmy do tego, że niemal z każdym – dziennikarzem, burmistrzem miasta, profesorem uniwersytetu albo znanym piosenkarzem – możemy spróbować podjęcia dialogu i nie potrzebujemy do tego uprawnień wynikających ze społecznego statusu. Powodzenie interakcji zależy tylko od tego, czy treść przesyłanego komunikatu zostanie rozpoznana jako ważna i warta odpowiedzi. A skoro dzięki współpracy, ciągłej dyskusji, hartowaniu poglądów w ogniu krytyki mamy poczucie, że nasze poglądy w wielu kwestiach są po prostu lepsze – dlaczego nie mielibyśmy oczekiwać poważnego dialogu z rządem?
Zasadniczy błąd. Ewentualne onieśmielenie starszych ludzi wobec instytucji państwa bierze się nie z tego, że kiedyś nie było internetu. Przyczyną jest raczej to, że kiedyś kontakt z władzą oznaczał głównie kontakt z milicyjną pałką.
Nie sposób jest bronić ludzkiej impotencji bez poniesienia wielkich kosztów, i nie inaczej jest w przypadku Czerskiego. Przyznając nam prawo do tymczasowej niewiedzy, broni pośrednio społeczeństwa ślepo wyznającego specjalizację, a więc takiego, które oparte jest na ludziach wybrakowanych. Oczywiście jego specjaliści to ludzie renesansu, którzy oprócz szerokich horyzontów mają również wiedzę specjalistyczną odnośnie pewnych zagadnień. W takim jednak razie nie mówimy tu o pokoleniu, lecz o jego inteligenckim wycinku, a to zmienia zasadniczo postać rzeczy. Co gorsza jednak, jego model wymiany informacji jest redukcjonistyczny, mechaniczny i oparty na merytokratycznych mrzonkach. Rozprawiając o tym, jak wyzwolone z „wynikającej z onieśmielenia pokornej akceptacji” dla zastanej rzeczywistości są jego dzieci sieci, powiada, że „powodzenie interakcji zależy tylko od tego, czy treść przesyłanego komunikatu zostanie rozpoznana jako ważna i warta odpowiedzi”. Zapomina tu zupełnie o społecznych relacjach władzy, o psycho-biologicznej woli mocy, o pysze, o sadyzmie, jednym słowem o całym szeregu subiektywnych oraz obiektywnych przeszkód dla powodzenia interakcji.
Zresztą co to znaczy „powodzenie interakcji”? Sam fakt zaistnienia dialogu? Poważnego dialogu? Osiągnięcia zgody w jakiejś ważnej kwestii? Przypuszczalnie chodzi o to ostatnie – a nie zapominajmy, że dzieciom sieci w gruncie rzeczy idzie o realną demokrację „o której nie śniło się waszym publicystom” – i przypuszczalnie Czerski zapożycza tu od Habermasa jego ideę demokracji jako produktu racjonalnego dialogu pomiędzy wolnymi obywatelami. Tymczasem nie od dziś wiadomo, że produktem takiego dialogu nie jest z konieczności dobrobyt czy szczęście, bo może on równie dobrze zaprowadzić nas z powrotem do Auschwitz. Nie jest tak, że wiedza z definicji czyni lepszym czy bardziej wolnym.

Jesteśmy pozbawieni nabożnego stosunku do „instytucji demokratycznych” w ich obecnym kształcie, przekonania o ich aksjomatycznej roli, cechującego tych, dla których „instytucje demokratyczne” są jednocześnie wystawionym sobie i przez siebie pomnikiem. My nie potrzebujemy pomników. Potrzebujemy systemu, który będzie spełniał nasze oczekiwania: będzie transparentny i sprawny w działaniu. A przywykliśmy do tego, że zmiany są możliwe: że każdy system niewygodny w obsłudze może być zastąpiony i jest zastępowany przez nowy, bardziej wydajny, lepiej dostosowany do naszych potrzeb, dający większe możliwości działania.
Czerski chciałby, żeby w relacjach z korporacjami i państwem „było normalnie”, żeby nikt „nie robił nas w chuja”, żeby nikt nie robił nam dodatkowych problemów. Trudno się z jego postulatami nie zgodzić: lecz jeszcze bardziej nie sposób zgodzić się na to, by miano na tym poprzestać. Co prawda odgraża się pod koniec swojego artykułu, że o wyśnionej przez niego realnej demokracji nie śniło się nawet publicystom, ale jakoś nie widzę, na czym zbudowana miałaby być ta jego demokracja. Z pewnością bowiem nie na jego dziecku sieci, które jest nikim innym, jak niecierpliwym konsumentem: wiedza, ale przede wszystkim rozrywka, muszą być tu i zaraz, państwo i korporacja mają zmienić się w coś na kształt boga zsyłającego niecierpliwcom konsumencką mannę ilekroć dusza zapragnie, za co „wierni”, jeśli dorzucić im do produktu „ciekawe opakowanie czy gadżet”, są nawet skorzy dopłacić. Nie będzie żadnej realnej demokracji, bo dziecko sieci chce tylko wolności i gadżetów dla siebie…
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Owo dziecko sieci jest nikim innym jak niecierpliwym konsumentem traktującym państwo jako rodzaj sklepu internetowego. A ponieważ, jak słusznie zauważa socjolog, konsument przeważnie i przez większość dnia jest również producentem, osiągnięcie ideału jest niemożliwe.
Pokolenie „dzieci sieci” lub inaczej mówiąc „network generation” jest na tyle zróżnicowane, że trudno mówić o jednorodnym pokoleniu.
Natomiast istnieje zjawisko inne, określane jako „digital native”, na które zwrócił mi uwagę znajomy informatyk. Dorastają kolejne roczniki młodych ludzi, którzy rozwijali się w otoczeniu elektronicznych gadżetów. Piloty od rozmaitych urządzeń elektronicznych, telefony komórkowe, smartfony, podręczne konsole do gier, tablety, kieszonkowe odtwarzacze muzyki – to wszystko jest „chlebem powszednim” młodych ludzi. W tym kontekście można zrozumieć przywiązanie do gadżetów, ale nie daje to im żadnej istotnej przewagi przy korzystaniu z internetu czy zdobywaniu informacji. W pewnym sensie wręcz utrudnia, bo przecież producentom gadżetów zależy na dobrych i wiecznie „spragnionych” nowości konsumentach, a nie na świadomych użytkownikach.
Ten końcowy akcent pokazuje, że zamiast o pokoleniu dzieci sieci należy mówić o „dzieciach w sieci” – zaplątanych.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.0/10 (3 votes cast)

Cyberwojny

W powieści Stanisława Lema „Pokój na Ziemi” narrator, a zarazem główny bohater Ijon Tichy opowiada historię, która dziś wygląda całkiem znajomo. Oczywiście można kręcić nosem na niedostatki lemowskiej futurologii, dlaczego nie przewidział upadku systemu komunistycznego? Dlaczego nie przewidział końca zimnej wojny? Malkontenci na pewno znajdą jeszcze wiele innych minusów, z winą Tuska za wszystko włącznie.
Przypomniałem sobie tę książkę po wielu latach i zaskoczyła mnie ciekawą wizją. Otóż bohater udaje się na Księżyc, który staje się bazą dla sił zbrojnych wielu państw ziemskich, po to by wszelkie wojny i zbrojenia wyprowadzić z Ziemi. W pewnym momencie okazuje się, że właściciele stracili panowanie nad swoimi komputerowo-robotowymi siłami zbrojnymi. Ijon Tichy zostaje wysłany na rekonesans, bowiem Ziemia zaczyna się obawiać. Tak w skrócie rozpoczyna się akcja powieści. Bohater nie udaje się jednak na Księżyc osobiście, a za pomocą „zdalnika” – dziś nazwalibyśmy go awatarem. Rozgrywa się to troszkę jak w grze komputerowej, gdzie gracz awatarem steruje. A trochę jak w filmie o tym tytule, który zapewne wszyscy oglądali. W tym momencie pokłon głęboki dla mistrza, bo wymyślił coś, co hollywoodzka produkcja wymyśliła dopiero ponad 20 lat później.
Najciekawsze jest jednak zakończenie. Otóż z Księżyca na ziemię dostają się miniaturowe elementy – dziś rzeklibyśmy wirusy komputerowe – które uszkadzają wszystkie komputery na świecie, a także wszystko to co jest cyfrowo sterowane. Szczytem techniki staje się maszyna do pisania i elektryczny czajnik, a już lodówka lub pralka automatyczne mogą zostać zainfekowane.
Jak się tak dokładniej przyjrzałem wszystkiemu co mam w domu, to wcale mi nie było do śmiechu. W zasadzie to przestałoby mi działać ogrzewanie, bo przecież te zegary sterujące to są jakimiś cyfrowymi sygnałami włączane i wyłączane. Samochód też być może by nie pojechał, bo choć to stary rzęch to jakiś tam komputer sterujący wtryskiem ma. O oglądaniu telewizji na pewno mógłbym zapomnieć. Wczoraj gdzieś usłyszałem, że udało się zainfekować telewizor iniekcją kodu javascript. Chyba ostałaby się pralka automatyczna, bo jest stara jak świat i ma mechaniczny programator. W lodówce też na szczęście nie ma komputera, bo parę lat temu kupiłem możliwie tani model. Oczywiście te dwa urządzenia działałby tylko gdyby cudem był prąd. Jednak telefony w domu padłyby wszystkie, a ponieważ wyrzuciłem jakiś czas temu maszynę do pisania po ojcu, więc swoje zapiski musiałbym robić ręcznie.
Właśnie sobie uświadomiłem, że gdyby w naszej cywilizacji nagle zabrakło prądu, to większość z nas nie miałaby po co żyć. Ja jako stary ramol pamiętający czasy, gdy ogłaszano „dwudziesty stopień zasilania”, może bym sobie przypomniał surwiwal tamtych czasów. Zapaliłbym świeczki, szukał drewna na opał w lesie, no i czytałbym znów książki. Ale młodzież? Obawiam się, ze po dwóch dniach bez dostępu do facebooka, smsów i youtube zaczęłaby się fala samobójstw.
Cyberwojny dziś są całkiem realną rzeczywistością. Przekonały się o tym boleśnie niektóre instytucje stosujące restrykcje wobec Wikileaks. Wszechobecne dziś komputery mają tez swoją ciemną stronę. Ale to już inna bajka i opowiem ją innym razem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Retrospekcja

Moje kontakty z komputerami sięgają już dwudziestu lat wstecz. Jednak, gdy internet zaczął być dostępny w Polsce, wówczas zaczęło się to, co od początku uważałem za najbardziej fascynujące. Od uruchomienia powszechnie dostępnego numeru modemowego do pierwszych dostępnych dla każdego form dostępu stałego minęło sporo czasu. Przez lata stały dostęp był – po pierwsze – drogi – po drugie – technicznie niemożliwy w większości miejsc w kraju.
Na początku 2002 roku przypadkiem trafiłem na mini dystrybucję Linuksa Freesco. To było to, co wówczas było mi potrzebne. Wkrótce okazało się, że jest w Polsce grupa ludzi używająca tego systemu, a kilka miesięcy później w końcu lipca 2002 zorganizowaliśmy pierwszy zjazd administratorów sieciowych pod nazwą – Zjazd Freesco.
Od tego czasu minęła cała era. Porównując początki internetu z dniem dzisiejszym, mógłbym pokusić się o metaforę, że to przejście od średniowiecza do cywilizacji technicznej. Ludzie, którzy kiedyś zaczynali amatorskie dzielenie internetu z sdi lub neostrady, dziś zajmują się poważnymi profesjonalnymi zagadnieniami. Jedni pracują w nawet największych polskich firmach, inni prowadzą własne.
Zjazd Freesco tym razem odbył się po raz dziewiąty.

Tradycyjne zdjęcie grupowe

Tradycyjne zdjęcie grupowe

Tematy prezentacji, które obecnie poruszaliśmy, osiem lat temu zakrawałyby na kompletną fantastykę. Pamiętam, że zastanawialiśmy się wówczas nad kwestią sieci radiowych i wielu osobom wydawało się to technologią dalekiej przyszłości. Dziś urządzenia sieciowe działające na falach radiowych staniały dziesięciokrotnie. Gdy kupiłem pierwszą kartę radiową, w domu miałem pustkę. Teraz włączenie karty radiowej pokazuje kilkanaście dostępnych sieci.

Najmłodszy prelegent

Najmłodszy prelegent

Zawsze w pracach naszej grupy i na zjazdach była spora grupa młodzieży. Jednak tym razem wystąpił też najmłodszy prelegent – Robert – który jako jeden z developerów przedstawiał nowy system operacyjny przeznaczony na routery i serwery. Stanowi to doskonały dowód na to, że w naszej działalności zawsze najważniejsze było to, co ktoś potrafi, a nie kim jest i ile ma lat.
Jak zwykle, każdy zjazd jest ciekawym, ale i męczącym doświadczeniem. Przez kilka dni zwykle odsypiam i zarzekam się, że mam już dość, a potem przychodzi kolejna wiosna i zaczynam przymiarki do organizacji następnego.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Googleatura

O Google pisałem już kilkakrotnie. Także o tym, że Google zawładnęło istotną częścią internetu, niepostrzeżenie i bez protestów. Użyłem nawet porównania: „Biali osadnicy w Ameryce Północnej dawali Indianom whiskey za darmo.” Faktem jest, ze gdyby dziś nagle zniknęły wszystkie usługi Google, to spora część użytkowników komputerów nie miałaby po co włączać swoich maszyn.
Dziś jednak same pozytywy. Skoro Google nas wykorzystuje, to wykorzystujmy Google. Pod takim hasłem przygotowaliśmy z Jakubem prezentację na niedawnej konferencji KOPI w Kęsowie.
Staraliśmy się pokazać, że każdy – od amatora po profesjonalistę – może skorzystać z przydatnych usług i że nauczyciele powinni uwzględnić to w kształceniu informatycznym w szkołach – zarówno uczniów, jak i swoich współpracowników. Możliwości, jakie stwarza korzystanie z usług Google są ważne, bo z jednej strony dają sporo ciekawych narzędzi za darmo, z drugiej strony uniezależniają od maszyny i miejsca.
Dla przeciętnego użytkownika internetu, który planuje podróż bardzo przydatnym narzędziem są Mapy Google, z których można korzystać w oprogramowaniu Google Earth przygotowanym specjalnie przez firmę. A wśród ciekawych i przydatnych gadżetów niewątpliwie na czele jest Widok Ulicy, o którym też już pisałem.
Darmowa aplikacja Picasa jest dobrą alternatywą dla większości fotografów amatorów. Jest to program darmowy, który pozwala nie tylko na podstawową obróbkę i katalogowanie zdjęć, ale także na tworzenie albumów publicznych i prywatnych w serwisie Google.

Program Picasa

Program Picasa


Najpopularniejszą usługą jest Google Mail. Za darmo dostajemy kilka gigabajtów na pocztę i żadnych reklam, żadnego spamu, żadnych problemów z dostępnością poczty.
Częścią składową Google Mail jest Buzz. Wszyscy znają usługi Twitter lub Blip. Buzz jest czymś bardzo podobnym. Jego przewaga polega na tym, że nie tylko możemy informatyzować zainteresowanych krótkimi wiadomościami o naszej aktywności i dodawać linki. Buzz automatycznie zanotuje też naszą aktywność w albumach Picasa, na Twitterze, na blogu (jeśli używamy WordPressa) oraz aktywność na grupach dyskusyjnych, o ile używamy czytnika Google.
Nowy Buzz

Nowy Buzz


Na powyższym rysunku widać, że Buzz zanotował nowy tekst na mojej stronie – dodając nie tylko link, ale też rysunki i tekst. W ten sposób followers, czyli osoba sprawdzająca nasz Buzz, może przeczytać artykuł w całości.
Doskonałym narzędziem dla rozmaitych grup realizujących wspólne projekty jest Google Wave. Rozpoczynając tzw. nową falę, mamy do wyboru kilka przedefiniowanych możliwości.
Na początku

Na początku


Możemy w ten sposób przygotowywać spotkania, wycieczki, zrobić burzę mózgów, przygotować wspólny dokument. Trójdzielne okno aplikacji składa się z panelu nawigacyjnego, spisu „fal” i wybranego aktualnie zadania. Planując spotkanie, możemy wykorzystać mapy Google i ustalić dokładne miejsce, Picasę wykorzystać do umieszczania zdjęć, a poszczególni użytkownicy będą uzupełniać program.
Okno Google Wave

Okno Google Wave


Pisałem już wcześniej, że Google Analytics jest trudnym do przecenienia narzędziem, gdy chcemy wypromować własną stronę. Mając własną i dość popularną stronę można pokusić się o zarobki z reklam. Może nie będą one duże, ale pozwolą na sfinansowanie kosztów jej utrzymania, jeśli skorzystamy z Google Adsense.

Jak skojarzyć własną domenę z usługami Google (dokumenty, kalendarz, poczta, strony osobiste) Google, dowiemy się ściągając konspekt wykładu z Kęsowa. Należy kliknąć na obrazek poniżej i otworzyć plik PDF. Drugi plik to instrukcja dla użytkowników – jak skonfigurować własny program pocztowy.

Konfiguracja usługi GoogleMail

PDF 1


Konfiguracja programów pocztowych

PDF 2


Powyższy tekst jest z jednej strony streszczeniem, z drugiej rozwinięciem cyklu prezentacji „Googleatura” z konferencji KOPI w Kęsowie. W celach edukacyjnych warto podążyć za odnośnikami, które podałem w tym artykule, ponieważ zawierają inne nie zapisane tutaj wiadomości.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Podręcznik małego manipulatora

Nie. Nie będę pisać o polityce. Jeśli ktoś zwabiony tytułem, myślał że będzie o Kaczyńskim, Migalskim lub Bielanie, to się rozczaruje. Chcę napisać o swoim blogu, po dwóch miesiącach jego istnienia. Rozpoczynając pisanie, myślałem, że będę notował rozmaite przemyślenia, które może zainteresują moich bliskich, przyjaciół i znajomych. Z biegiem czasu, gdy sprawdzałem statystyki, byłem coraz bardziej zdziwiony.

Źródła wizyt

Źródła wizyt


Patrząc na źródła odwiedzin, zauważam, że dzielą się na prawie równe trzy części. Niektórzy odwiedzają mój blog bezpośrednio, zapewne do tej grupy mogę zaliczyć swoich znajomych, a ponieważ adres jest prosty, nie sprawia to nikomu kłopotów.
Sporo odwiedzin zaczyna się z odnośników na innych stronach, nie ukrywam, że linki dodałem w swoich sygnaturkach, więc nie ma niespodzianki. W tej grupie zapewne jest sporo odwiedzin jednorazowych. Potencjalni czytelnicy mogą sądzić, że znajdą coś o komputerach i są może nieco zawiedzeni.
Natomiast zaskoczeniem było to, ze prawie 1/3 odwiedzających dociera na stronę z wyszukiwarek. Oznacza to, że znajdują coś, czego szukali.
Pozory mylą

Pozory mylą


Paradoksalnie najczęściej wyszukiwaną fraza, która kieruje na moją stronę, to seks jest dobry na wszystko. Na dodatek w wynikach wyszukiwania to właśnie mój blog jest na pierwszym miejscu, a był to zaledwie tytuł małego felietonu o reklamie. Kilkadziesiąt osób się zatem rozczarowało, nie znajdując ani rozebranych pań, ani poradnika. Przepraszam, lecz nie obiecuję, że się poprawię.
Pozostałe zapytania dotyczą w większości bieżących moich komentarzy politycznych po katastrofie w Smoleńsku. Wyjątkiem jest fraza filozofia interfejsu – chyba pojawił się nowy trend na uczelniach informatycznych.
Najpopularniejsze teksty

Najpopularniejsze teksty


Naturalną rzeczą jest to, że główna strona otwierana jest najczęściej. Nawet stali czytelnicy otwierają adres podstawowy i czytają, co się pojawiło nowego. Ciekawe jest to, ze wśród czytanych tekstów na pierwszym miejscu jest ten o naszym bohaterze z Lufthansy, tym co to Niemcy go bili. Następnie są dwie prywatne kartki z pamiętnika, a potem już w kolejności różnej wszystkie teksty polityczne. Teksty pozostałe mają znacznie mniejszą popularność.
Teraz pora na wnioski. Jeśli chcecie założyć blog i zdobyć nim jakąś popularność, należy spełnić kilka podstawowych warunków. Po pierwsze – możliwie szerokie grono waszych znajomych musi umieć czytać. W tym miejscu serdecznie dziękuję swoim 🙂
Wielkim atutem jest umiejętność formułowania dobrych tytułów. Jednak nie należy się ograniczać do słowa seks, bo rozczarowani internauci będą stronę omijać szerokim łukiem.
Na koniec wreszcie rzecz najtrudniejsza, do tytułu trzeba dopasować treść, w taki sposób żeby wyszukiwarka Google zindeksowała to możliwie wysoko.
Pozycja w wyszukiwaniu

Pozycja w wyszukiwaniu


Gdy już opanujecie te sztuczki i uzyskacie przynajmniej sto odsłon waszej strony dziennie, możecie wystrugać medal z kartofla (tylko bez skojarzeń proszę) i nadać sobie tytuł małego manipulatora (mówiłem, żeby bez skojarzeń). Będziecie wówczas mieć podstawę do zrozumienia tego, jak robią to wielcy manipulatorzy.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Google rządzi

… Google radzi, Google nigdy cię nie zdradzi.
Hasło jak z Seksmisji, przyszło mi dziś do głowy, gdy oglądałem statystyki swojej strony. Stronami www zajmuję się od dziesięciu lat. Wykonując zlecenia dla firm lub osób prywatnych, czy pracując dla siebie zawsze korzystałem z takiej lub innej formy statystyk. Zwykle bardzo pobieżnych. Przeważnie każdemu starcza wiedza o tym ilu internautów zajrzało na jego stronę i ile razem było odsłon. Dzięki temu wiadomo mniej więcej, czy odwiedzający stronę zagłębiają się w jej treść.
Niekiedy korzystałem również z własnych rozbudowanych statystyk, które pozwalały także określić popularność poszczególnych tekstów i rozkład terytorialny. Jednak instalowanie i doglądanie własnych statystyk jest możliwe tylko wtedy, gdy mamy też własny serwer.
Do obserwowania tej strony zaprzągłem mechanizm Google Analytics. Jest to darmowa usługa, na dodatek bardzo skuteczna i zapisująca statystyki w wielu różnych aspektach. Jeśli ktoś zacznie z tej formy zbierania statystyk korzystać, zapewne nie będzie sobie już wyobrażał życia bez niej. Szczególnie wtedy, gdy naprawdę serio myśli o popularności własnej strony i podnoszeniu jej w rankingu.
Mnie jednak zainteresował dziś – po ponad miesiącu od założenia strony – czas spędzony przez odwiedzających na stronie. Do dnia dzisiejszego pojawiło się na stronie ponad 450 unikalnych odwiedzających. Odliczając przypadki niemożliwe do zidentyfikowania w ludzkim języku oznacza to ponad 400 żywych ludzi, którzy wpisali adres lub kliknęli odnośnik na innej stronie. Jednak wśród tych odwiedzających ponad 45% nie spędziło na stronie nawet pół minuty. Dalsze ponad 5% najwyżej koło minuty. Wniosek – ponad połowa odwiedzających wcale nie czyta tej strony, bo nie wyobrażam sobie, żeby potrafili coś przeczytać w kilkanaście do kilkudziesięciu sekund. Mówi się trudno. W końcu ja też trafiam przypadkiem na rozmaite strony, które szybko opuszczam, bo mnie nie interesują.
Jednak największa zagadka tkwi w czymś innym. Otóż statystyka podaje, że prawie 70% odwiedzających powraca na moją stronę po raz kolejny.
I w tym momencie robię minę jak minister Fotyga, gdy zadawano jej dowolne pytanie.

WTF

WTF


Prawie 20% ludzi wraca na stronę, której i tak nie czytają. Dziwny jest ten świat słusznie śpiewał Niemen. A tak poza tym pozdrawiam Poznań, Elbląg i Londyn, bo stamtąd pochodzi spora część odwiedzin. Obiecuję, że jak znajdę kolejne ciekawe informacje w obszernych statystykach Google, to się nimi podzielę.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Prywatność

Na jednym z komputerowych forów, na które zaglądam pojawił się wpis z nieco alarmującym tytułem: Should Google street view be banned? Konkluzja brzmiała: I think Google have gone too far with street view, what are your opinions?
Wiadomo, że od pewnego czasu Google oferuje w swych usługach tzw. widok ulicy*, który pozwala nam odbyć wirtualny spacer po nieznanych nam miejscach w innych miastach i innych krajach.

Camden Town w Londynie

Camden Town w Londynie


Rewelacja. Dzięki temu odwiedzając córkę w Londynie wiedziałem, że idąc do niej po drodze minę sklep rowerowy po lewej stronie, chińską restaurację, a gdy zobaczę kościół po prawej będzie to znak, że muszę skręcić w boczną uliczkę. Szedłem tymi ulicami tak, jak bym je już dobrze znał. Jednak nieznany mi osobnik na forum napisał: Czy widok ulicy w Google nie powinien być zabroniony? Czy Google nie posuwa się za daleko? Na zrzucie ekranu, który prezentuję, widać panią, która zmierza do bankomatu, inna kobieta stoi na skraju chodnika, nieco dalej idąca para osób. Może się zdarzyć, że ktoś zostanie uwieczniony wyglądając w szlafroku przez okno swojego domu lub podczas spaceru z kochanką. Zatem, czy nie jest to łamanie naszego prawa do prywatności?
Wbrew pozorom internet nie stworzył tego problemu. Już ponad 50 lat temu pisarz Jerzy Szaniawski zastanawiał się nad tym zagadnieniem. W piękny wiosenny dzień reporter gazety sfotografował mieszkańców dużego miasta. Zdjęcie ukazało się następnego dnia w gazecie. Na zdjęciu dzieci ze zdumieniem zobaczyły swego tatusia, ale nie z mamą, tylko z jakąś nieznaną panią pod rękę.
Inny przykład to relacja filmowa z meczu piłkarskiego. Operator filmuje podekscytowanych wrzeszczących kibiców. Robi zbliżenie twarzy pewnej pani, która w tym momencie wydaje mu się ucieleśnieniem emocji kibiców. Osoba ta później ogląda ten film, czuje się sponiewierana takim swoim wizerunkiem, na co dzień jest bowiem spokojna i stonowana w zachowaniach. Uważa, że ten wizerunek z meczu jest z gruntu fałszywy**.
Zatem problem istniał już wtedy, gdy o internecie nikt jeszcze nie marzył. Telewizja była w powijakach, a królowała zwyczajna staroświecka fotografia. Już wtedy można było spodziewać się, że wychodząc na ulicę tracimy pewną część naszej prywatności. Nadużyciem byłaby dopiero sytuacja, gdzie bez naszej zgody stalibyśmy się pierwszoplanowym obiektem fotografii czy kadru filmowego. Takie właśnie dwa przypadki rozważał Szaniawski w swoich opowiadaniach.
Mnie zdziwiło jednak coś zupełnie innego. Dlaczego nagle współcześnie ktoś odkrywa problem istniejący od chwili powstania fotografii? Mleko już się dawno rozlało. Kochani internauci, pozostawialiście swe ślady wszędzie gdzie się tylko dało, jak piesek, który obsikał każde drzewko w okolicy. Wasze konta na Twitterze, Facebooku i Naszej Klasie, wasze IP na forach, zdjęcia na Picasaweb lub Flickr.com – sami dobrowolnie zrezygnowaliście z prywatności, a teraz nagle się wściekacie, że Google zrobiło wam fotkę, gdy zaspani wyglądacie przez okno o poranku? A dzień wcześniej na Naszej Klasie oznajmiliście „Dzisiaj randka z moim misiaczkiem, będzie bzykanko” i mogło to przeczytać dwustu niby-znajomych na Śledziku?
Znaj proporcję mocium panie chciałoby się zawołać, jak Cześnik z Zemsty.


* Problemem są ostatnie dyskusje – głównie w USA – o prywatności naruszanej rzekomo przez zbyt dokładne zdjęcia.
** W sposób zupełnie swobodny relacjonuję tu zagadnienia rozważane w dwóch opowiadaniach z cyklu Opowieści profesora Tutki J. SZaniawskiego.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)