Była sobie cywilizacja

Historia ludzkości nie napawa optymizmem. Obok wielu cech ludzkich, które przyczyniły się do tego, że nasz gatunek zszedł z drzewa i zbudował cywilizację, jest nieśmiertelna i wszechobecna głupota. Jest ona czynnikiem tak porażającym i ogromnym w dziejach ludzkości, że niejeden uczony, filozof, czy artysta poświęcili jej swą uwagę. Bertrand Russel stwierdził, że choć można napisać historię ludzkiej głupoty, to jest to bezcelowe, bowiem pokrywałaby się z historią powszechną. Henryk Sienkiewicz orzekł w swym aforyzmie, że głupoty ludzkiej nie należy brać w rachubę, ponieważ jest nieskończona. Prawie to samo stwierdził kilkadziesiąt lat później Albert Einstein. Ilekroć ludzkość osiąga przełomowe sukcesy, tylekroć potem ludzka głupota potrafi je zniszczyć a świat doprowadzić na krawędź zagłady.

UMARŁE CYWILIZACJE

W przeszłości wymarło wiele wspaniałych gatunków, a my nie będziemy pod tym względem stanowić wyjątku. (Desmond Morris, Naga małpa)

Gdy Desmond Morris pisał swe błyskotliwe dzieło, świat był w okresie rozwoju, ale też wciąż trwał w cieniu atomowej zagłady, więc ostrzeżenie przed możliwością samozagłady gatunku nie było bezpodstawne. Jednak znacznie bardziej charakterystyczne w historii świata są upadki budowanych przez stulecia cywilizacji. Środkowoamerykańska cywilizacja Majów jest tego doskonałym przykładem. Rozwijająca się w początkach naszej ery, po kilkuset latach doszła do apogeum, by wkrótce około 700 roku załamać się w kulturowym i cywilizacyjnym kryzysie. Opustoszały miasta, wspaniałe miasta, świątynie i piramidy porosła bujna podzwrotnikowa roślinność. Nie był to jeszcze koniec, ale Majowie dostali się pod wpływy kultury Tolteków, i choć ponownie nastąpił wzrost imperium, jednak upadku nie można było uniknąć, Okres rozpadu cywilizacji to XII i XIII wiek. Istniały jeszcze potem pojedyncze miasta w nieprzebytej dżungli, które opierały się nawet przybyłym w wieku XVI do Ameryki hiszpańskim konkwistadorom. Ostatnie miasto zostało zdobyte u progu XVIII stulecia, lecz imperium Majów już wówczas od dawna nie istniało. W przeciwieństwie do cywilizacji Azteków oraz Inków nie można powiedzieć, że cywilizację Majów zniszczyli biali ludzie, bowiem gdy oni przybyli do Ameryki, z cywilizacji Majów zostały już nędzne resztki.

W rejonie Morza Śródziemnego istniało kilka cywilizacji. Jedną z najstarszych była egipska, która istniała w dorzeczu Nilu pod ponad 3,5 tysiąca lat przed naszą erą. Jednak gdy Starożytna Grecja zaczęła tworzyć swą cywilizację, Egipt w zasadzie był cywilizacją upadłą. Rozwój nauki cywilizacji greckiej w niewielkim stopniu zawdzięczał cokolwiek Egiptowi, bowiem Egipcjanie osiągnięcia nauki zamykali w świątyniach pod strażą kapłanów. Gdy zaczęła upadać kasta kapłańska, zapomniane zostały też ich osiągnięcia. Dalej na wschód istniała Asyria, ogromna cywilizacja w dorzeczu Eufratu i Tygrysu. Istniała parę tysięcy lat i w końcu upadła.
Tylko Rzymianie mieli trochę dziejowego szczęścia i przejęli osiągnięcia Greków.
Cywilizacje upadają i należy to traktować raczej jak regułę niż wyjątek, że ludzkość wielokrotnie cofała się w rozwoju. Nie bez racji po wojnie, w której użyto broni atomowej wielki fizyk Albert Einstein stwierdził, że nie wie, jaka broń masowej zagłady zostanie użyta podczas trzeciej wojny światowej, ale w czwartej zapewne w ruch pójdą maczugi. Być może Desmond Morris ma rację, że potrafimy zniszczyć własny gatunek.

POZORNA KONTYNUACJA

Powszechnie panuje błędne przekonanie, że cywilizacja, w której żyjemy, jest w prostej linii kontynuacją od osiągnięć starożytnej Grecji i Rzymu, poprzez rozwój cywilizacji europejskiej, nazwanej potem ogólnie zachodnią od chwili, gdy biały człowiek skolonizował Amerykę. Otóż Starożytny Rzym, który był kontynuatorem myśli helleńskiej i klasycznej, upadł. Został zniszczony i pogrzebany wraz ze swym naukowym, technicznym i artystycznym dorobkiem. Nowa religia, która uzyskała panowanie w IV wieku naszej ery uznała Imperium Rzymskie za wroga i zniszczyła je, choć nie wypowiedziała wojny. Oczywiście należy dojrzeć, że chrześcijaństwu sprzyjały czynniki zewnętrzne, jak choćby wielka europejska wędrówka ludów, która miała miejsce w początkach naszej ery. Był to czynnik zabójczy dla starożytnej kultury, ale rozwojowy dla chrześcijaństwa. Jeśli by ktoś chciał zaprotestować, niech zwróci uwagę, że Cesarstwo Bizantyjskie oparło się wędrówce ludów, ale ogarnięte przez chrześcijaństwo pogrążało się w ciemnocie tak samo, jak świat zachodni. Paradoksalnie upadło wówczas, gdy Europa zaczęła się kulturowo i cywilizacyjnie dźwigać z tzw. wieków ciemnych. Pewnego rodzaju symbolem braku kontynuacji cywilizacyjnej jest pożyteczny wynalazek zwany kompasem. Dziś wiemy, że wynaleźli go Chińczycy, ale ten rewolucyjny przyrząd pozwalający w prosty sposób określać kierunki świata na morzu, nie wpłynął na historię Państwa Środka. Chińczycy nie skolonizowali Europy nie podróżowali po świecie. W Europie wynaleźli go starożytni Grecy, ale wkrótce został zapomniany. Ponownie wynaleziony został w średniowieczu na przełomie XI i XII wieku. Jednak do ekspansji Europejczyków przyczynił się dopiero, gdy na nowo uznano, że Ziemia jest kulista, gdy odkryto starożytną wiedzę astronomiczną skrzętnie pochowaną w mnisich siedzibach. Historia uczy nas, że upadek cywilizacji zmusi kolejną do odkrywania na nowo dawno wynalezionych rzeczy. Być może gdy runie nasza cywilizacja uczeni w kolejnych tysiącleciach z mozołem będą dochodzić zasad rządzących światem, które dziś poznaje uczeń podstawówki, mylnie sądząc, że nauka i technika są czymś niezbywalnym.

DWA ŚWIATY

Wiek XX rozpoczął się optymistycznie. Świat zmienił się nie do poznania. Prąd elektryczny, samochody, kino, radio i gramofon. Świat stał się jakby mniejszy, życie szybsze i pełniejsze wrażeń. Zapomniano jednak, że były wciąż miliony biedaków, dla których to były baśnie, a nie realia. Wkrótce potem wybuchła wojna, która kosztowała wiele milionów ofiar, bo głupota zwyciężyła. Przez świat przetoczyła się potworna epidemia grypy, która zebrała większe żniwo niż ledwie zakończona wojna. Na domiar złego niespełna dwadzieścia lat później wybuchła kolejna wojna o światowym zasięgu, która kosztowała więcej istnień niż ta pierwsza oraz epidemia hiszpanki razem. A potem długo wisiało nad światem widmo zagłady atomowej i dopiero po latach dowiadujemy się, że przynajmniej kilka razy byliśmy o krok od samounicestwienia.
Jakby na przekór również w tym czasie nauka w służbie człowieka pokazała swą wielką siłę. Człowiek zdobył kosmos, wylądował na księżycu. Medycyna zrobiła ogromne postępy – znikły epidemie zabijające miliony ludzi, do przeszłości odeszły ospa, odra, dżuma i cholera. Pojawiły się przeszczepy ratujące życie ludzi, którzy dawniej skazani byliby na szybką śmierć. Pojawiła się telewizja, komputery, internet. Zaczęliśmy żyć w globalnej wiosce, wiadomości przebywały tysiące kilometrów w ciągu zaledwie kilku sekund. Rewolucja technologiczna stworzyła też zagrożenia, ale tym razem ludzie zaczęli o tym myśleć wspólnie, ponad granicami i podziałami. Pod koniec stulecia upadł system polityczny który zniewalał miliony ludzi i wiele krajów. Przestała istnieć żelazna kurtyna. Wydawało się, że już nic nie stoi na przeszkodzie zrównoważonemu mądremu rozwojowi naszej cywilizacji. Mogliśmy mieć nadzieję, że kiedyś pokolenia następne nazwą ten czas Złotym Wiekiem. Byliśmy pewni, że rozum wygrał.

POCZĄTEK KOŃCA

Co zatem poszło nie tak? Na przełomie stuleci, gdy internet stał się dla milionów ludzi tak oczywisty jak niegdyś gazety codzienne, nagle okazało się, że rozum przestał być ważny. Głupota jest bardziej atrakcyjna. Od czasów średniowiecza nigdy jeszcze nie były tak silne rozmaite grupy ludzi twierdzące, że Ziemia tak naprawdę jest płaska. Mówią, że człowiek nigdy nie był w kosmosie. Ani na Księżycu. Rządy państw są międzynarodowym spiskiem trwającym niezależnie od politycznych zmian od prawie stu lat i fałszują rzeczywistość na ogromna skalę, by wmówić ludziom, że Ziemia jest kulą. Płaskoziemcy nie są zgodni w odnajdowaniu przyczyn. Dlaczego rządy miałyby to robić, pokonując nawet żelazną kurtynę? To jednak nie wszystko. Od połowy XX wieku nigdy nie były tak silne religijnie motywowane ruchy antyaborcyjne, które tak naprawdę domagają się, by zdrowie i życie kobiet uznać za mniej ważne niż los zygoty. Są kraje, gdzie kobieta po poronieniu zamiast do szpitala, wędruje do więzienia. Negowanie sensu szczepień stało się dziś potężnym ruchem na całym świecie, choć zaczęło się od jednego sfałszowanego merytorycznie artykułu lekarskiego. Po stu latach ludzie zaczynają znów umierać na choroby, które uważano już za zwalczone. Rozum stał się niemodny.

Na domiar złego w większości krajów europejskich i nie tylko w nich, obserwujemy renesans ideologii nacjonalistycznej. Nie wszędzie odbywa się to w taki sam sposób, ale tych ruchów nie sposób zlekceważyć. Być może niedługo symbolem podzielonego świata, w którym ponownie pojawią się graniczne posterunki, zasieki, kontrole i wizy, stanie się obiecywany przez Trumpa mur pomiędzy USA i Meksykiem. Paradoksalnie to właśnie budowa murów, ogrodzeń, płotów i zasieków staje się dziś symbolem współczesności, choć niedawno wydawało się, że stanie się nim świat bez granic. Chociaż istnieje wciąż poważny i silny opór przed ideologiami separatystycznymi i nacjonalistycznymi, to stają się one coraz silniejsze. Nie we wszystkich krajach przebiega to identycznie. Skandynawia wydaje się wciąż ostoją liberalnego myślenia. Podobnie Kanada. Ale w w krajach postkomunistycznych obserwujemy renesans nacjonalizmu, który niebezpiecznie flirtuje z faszyzmem, a Polska jest w awangardzie tych dążeń. Z drugiej strony bogate i uprzemysłowione Stany Zjednoczone również idą w tym samym kierunku. Trudno znaleźć jakiś wzór, schemat, który pozwoliłby na przewidywanie nadchodzącej przyszłości. Są za to czynniki wspólne, które nie zależą od poziomu technologicznego ani obszaru kulturowego. To niszczenie autorytetów z jednej strony, budowanie zaś wspólnoty na nowych, często z gruntu fałszywych autorytetach i powiązanie tego z tradycją, często łączoną z historią pisaną od nowa. Odwoływanie się do mitów założycielskich i budowanie społeczności klanowych to kolejny wspólny mianownik tych ruchów. Ponieważ są one separatystyczne w swej istocie, więc nie ma mowy o zgodzie i wspólnej historii Europy lub świata. Jest tylko „nasza prawda” i obce manipulacje. Tradycja staje się w tym kontekście ostoją głupoty, zacofania i uwstecznienia cywilizacyjnego.

Głupota najlepiej przechowuje się w tradycji. (Ryszard Nowosielski)

Jednym słowem żyjemy w epoce schyłkowej. Degeneracja cywilizacji przebiega identycznie, jak w wielu innych znanych z historii przypadkach. Najbardziej znany jest upadek Rzymu, ale nie jedyny. Cywilizacja wzrasta i rozwija się do momentu, aż okaże się, że następuje kryzys rozumu, a wiara zastępuje naukę. Religie i kapłani zwiększają swoje wpływy, a nauka traci wiarygodność. W ciągu kilkuset lat następuje upadek dotychczasowej cywilizacji, a ludzkość wkracza w epokę ciemnoty i zabobonu. Prawie nikt z żyjących w czasach upadku nie zdaje sobie sprawy z tego, że to naprawdę jest upadek cywilizacji. W książce Hanny Malewskiej „Przemija postać świata” jest scena, gdy Kasjodor (postać historyczna, święty Kościoła, ale również bohater tej powieści) u schyłku życia dopiero widzi, że cywilizacja rzymska przestaje istnieć na jego oczach. Gdy młody mnich wylewa wodę na dawną księgę i zamazuje się przepisywany przez niego wzór matematyczny, który jest nie do odtworzenia, bo nikt z żyjących go nie rozumie. Mnisi przepisywali księgi, nie wiedząc co przepisują.

Kiedy umrze znana nam Europa? Jak długo trwać będzie agonia. Jaki świat powstanie na gruzach naszej cywilizacji? O ile wieków się cofniemy?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (7 votes cast)

Las Kabacki może być zbyt blisko

Manifestacja tzw. sekty smoleńskiej, która polega na przemarszu z kościoła pod pałac prezydencki i przemówieniu Prezesa o dochodzeniu do prawdy, w lipcu 2017 roku odbyła się w wielokilometrowej zagrodzie z metalowych barier, po raz pierwszy bez towarzystwa opozycji, która przybyła wcześniej, powtykała białe róże w kraty policyjnych samochodów i odeszła.

Totalna opozycja poniosła porażkę, próbując zablokować miesięcznicę. (Mariusz Błaszczak)

Minister nakazał swoim podwładnym postawienie kilku kilometrów barier, zablokowanie prawie całego Krakowskiego Przedmieścia oraz w praktyce także ulic dojazdowych, a w ten sposób wyłączenie też sporego obszaru Warszawy z normalnego użytkowania. A następnie radośnie oznajmia w wywiadzie radiowym dla rządowej stacji, że opozycja przegrała. Przegrała, bo nie miała żelaznych barier, ani tysięcy policjantów, a tylko białe róże w rękach. Panu ministrowi warto przypomnieć, że opozycja przegrała również w latach czterdziestych ubiegłego wieku, gdy po prostu niepokornych wsadzano do więzień. Opozycja przegrała w Poznaniu, gdy w czerwcu 1956 roku zaatakowały ją zbrojne jednostki milicji. Również w marcu 1968 roku opozycja przegrała po spałowaniu przez milicję. Przegrała również w grudniu 1970 roku, gdy kazano ją wojsku rozstrzeliwać z broni maszynowej. I po raz kolejny przegrała w Radomiu pod koniec czerwca 1976 roku, gdy milicjanci przepuścili ja przez tzw. ścieżki zdrowia. No i wreszcie przegrała w grudniu 1981 roku, gdy władza wyprowadziła na ulice czołgi i wojsko. Obecna władza ma więc w zanadrzu wiele jeszcze nie wykorzystanych sposobów na doprowadzenie opozycji do klęski.

Rozmawialiśmy o tym, żeby zmienić ustawę o zgromadzeniach, obciążając tymi kosztami tych, którzy deklarują zablokowanie, bo oni są sprawcami wzrostu tych kosztów. Albo niech się przeniosą, na przykład do Lasu Kabackiego. (Mariusz Błaszczak)

Jest tylko jedna wątpliwość. Gdy partia Pana Prezesa, zapewne mającego już wtedy status „błogosławionego” i spoczywającego na Wawelu, będzie za ćwierć wieku lub później tracić władzę, to może okazać się, że w historii Polski nie ma już miejsca na kolejny okrągły stół. I wtedy Las Kabacki będzie zbyt blisko, by Mariusz Błaszczak i jego parteigenossen mogli się w nim skryć.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.3/10 (12 votes cast)

Historia i legenda

Skąd wzięli się na terenach środkowej Europy Słowianie, kiedy przybyli, jak się rozwijali? To wciąż jest sprawa dyskusyjna. Dość często pojawia się opinia, że skoro w „cywilizowanych” greckich i rzymskich źródłach pisanych nie ma zbyt wiele wzmianek o Słowianach, to znaczy, że ich tu nie było i przywędrowali dopiero w drugiej połowie pierwszego tysiąclecia naszej ery. Wraz z Hunami, Wandalami, Gotami i całą tą wędrówką ludów, która zmieniła Europę nie do poznania.
Jednak jest też inna koncepcja. Czy nam się to podoba, czy też nie, tutejsze ziemie na przełomie epok były takim kompletnym światowym zadupiem. Ówczesna cywilizowana Europa miała dość kłopotu ze swoją cywilizacją. Rzym pochłonięty był wojnami z Kartaginą, podporządkowywaniem sobie Egiptu i Grecji, więc nic dziwnego, że stosunkowo mało zajmował się odległymi barbarzyńskimi krainami z których sprowadzano elektron – jak starożytni zwali bursztyn. Zresztą przyznajmy sami, co my dziś wiemy o Lesotho lub czy znamy położenie Curaçao?
Zatem, czy chcemy, czy nie, początki powstawania państwa, które potem nazwano Polską, skryte są w przestrzeni dostępnej częściej archeologom niż historykom. A część tej historii, którą chcielibyśmy napisać, będzie li tylko legendą. Czy to źle? Od lat świat zachwyca się serią opowieści o Wikingach, którzy podbijali wybrzeża europejskie w okresie, gdy nasi przodkowie zaczynali tworzyć państwo gdzieś pomiędzy Wartą a Wisłą. Mało komu przychodzi do głowy, że główny bohater sześciu kolejnych serii, Ragnar Lodbrok jest postacią bardziej legendarną niż historyczną. Mroczna opowieść o świecie wikingów stała się bestsellerem telewizyjnym. A być może początki naszej historii ukrywające się w mroku naukowej niewiedzy też byłyby fascynujące? Są fascynujące. Autor cyklu „Ja Dago”, Zbigniew Nienacki również stworzył ciekawą narrację w oparciu o niewielką zawartość historycznych źródeł. Może należałoby pomyśleć o takim stworzonym na nowo micie założycielskim – chyba, że wystarczy nam mit bohaterskiej szarży na ruską mgłę w Smoleńsku…

Więcej, daj mi więcej, daj mi więcej.
Gdybym miał serce, mógłbym cię kochać.
Gdybym miał głos, śpiewałbym,
Po nocy, gdy budzę się.
Zobaczę co jutro przyniesie.
Gdybym miał głos, śpiewałbym.*


* Słowa pieśni z czołówki serialu „Wikingowie”.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Krótka historia biedy

Od czasów prehistorycznych do dnia dzisiejszego ludzkością rządzą te same mechanizmy. Pomimo rozwoju cywilizacji, wynalazków technicznych i rozwoju kultury pod pewnymi względami człowiek pozostał wciąż tym samym jaskiniowcem, którym był setki tysięcy lat wcześniej. Dowodzi to w oczywisty sposób, jak silna jest determinanta biologiczna w zachowaniach społecznych człowieka. Nie chcę się jednak zajmować takimi truizmami jak instynkt samozachowawczy lub instynkt zachowania gatunku i przekładaniu ich działania na zachowania społeczne. Zjawisko, które chcę opisać to bieda, która jest jednym z objawów przemocy stosowanej dla utrzymania władzy. Wydaje się to na pierwszy rzut oka nieprawdopodobne, teoria jawi się jako idiotyczna, a na pewno całkowicie absurdalna. Ale czy na pewno?

Wspólnota pierwotna, czyli równość wolność i braterstwo
Historycy, archeolodzy, jak również przedstawiciele nauk socjologicznych zgodnie twierdzą, że tzw. wspólnota pierwotna była pierwszą w dziejach ludzkich organizacją społeczną. Tak naprawdę stwierdzono to badając kultury pierwotne, które zachowały się w niezmienionym prawie stanie na niektórych obszarach niedostępnych Ameryki Południowej, Afryki i niektórych wysp Oceanii.
Zasadniczą cechą wspólnoty pierwotnej była jej stosunkowo niewielka liczebność, co pozwalało na istnienie więzi osobistej pomiędzy wszystkimi członkami grupy. Wszyscy się znali, ponieważ takie wspólnoty były niewielkie. Zmartwieniem człowieka pierwotnego było głównie zdobywanie żywności, więc wszyscy zajmowali się tym wspólnie i zgodnie ze swoimi możliwościami. Trudno mówić o jakiejkolwiek własności prywatnej, ponieważ nieliczne narzędzia służyły tylko do zdobywania pożywienia i to była ich cecha nadrzędna. Taka niezbyt kompletna teoria powstała jeszcze w XIX wieku na podstawie dość ubogich wówczas badań antropologicznych, dała ona początek pomysłowi Marksa, który taką organizację społeczną nazwał komunizmem pierwotnym. Pojęcie własności prywatnej nie istniało według Marksa ponieważ nie było wartości dodanej. Cały efekt pracy takiej wspólnoty był na bieżąco spożywany. Wspólnoty te liczyły często nie więcej niż sto pięćdziesiąt osób i co ciekawe, dzisiejsze badania epoki social mediów pokazują, że do dzisiaj w zasadzie nie potrafimy na prawdę mieć więcej niż około 150 znajomych.
Punktem zwrotnym stał się rozwój rolnictwa i udomowienie zwierząt, co spowodowało nadprodukcję żywności, a w konsekwencji pojawienie się podziału klasowego i nierówności społecznych. Nazwano to rewolucją agrarną.
Jednak dzisiejsza wiedza o ludach pierwotnych pozwala na nieco inne wnioski. Już w grupie kilkudziesięciu osób kształtuje się hierarchia ważności, powstaje przywództwo dwojakiego rodzaju – materialne i duchowe. Przywództwo we wspólnocie pierwotnej jest potrzebne, ponieważ bez niego działania kilkudziesięcioosobowej społeczności zaczynają być chaotyczne i nieefektywne. Oczywiście jest pewien zakres działań, który wynika z tradycji, z wiedzy nabywanej przez kolejne pokolenia, np. dojrzewa określony gatunek owoców, wiec trzeba działania skupić na ich zbieraniu albo przez teren zamieszkania wspólnoty przechodzi coroczna migracja jakiegoś gatunku zwierząt i jest to dogodna pora na względnie łatwe polowanie. Jednak ten ostatni przykład jest również opisem sytuacji wymagającej przywództwa. Ponieważ czymś innym jest decyzja „idziemy polować”, a czym innym zorganizowanie polowania tak, aby było maksymalnie efektywne. Doskonale się to splata z istnieniem wśród ludzi tzw. osobników alfa, którzy mają z jednej strony naturalny instynkt władzy, a z drugiej – przynajmniej w tej strukturze społecznej – muszą mieć umiejętności pokierowania grupą w sposób dla niej korzystny.
I w tym momencie wspólnota pierwotna wchodzi w kolejną fazę rozwoju. Ponieważ są przywódcy, więc działanie grupy staje się coraz bardziej efektywne, to pozwala się wspólnocie rozrastać i produkować więcej żywności oraz innych dóbr, które są przydatne. Praca, która dotychczas służyła wyłącznie temu, by się najeść, zaczyna być obowiązkiem narzuconym przez przywódców, a to z kolei prowadzi do powstania wartości dodanej w rozumieniu marksowskim. Jednak nadmiarowa produkcja dóbr nie tłumaczy wcale rozwarstwienia społecznego. Przyczyną jest władza. Sprawowanie władzy w większej społeczności wymaga utworzenia grupy nadzorującej wykonywanie rozkazów, co do zasady grupa ta musi być uprzywilejowana, a ponieważ nie bierze ona udziału w tworzeniu dóbr, po raz pierwszy w dziejach ludzkości powstaje klasa „próżniacza”. Tworzenie takiej klasy staje się jednak uzasadnione, gdy weźmiemy pod uwagę, że owa wspólnota jako duża i dobrze zorganizowana staje się obiektem zazdrości innych wspólnot, przed którymi trzeba się bronić. Ludzie pomagający w sprawowaniu władzy powoli zmieniają się w klasę wojowników. Jednak równocześnie z pierwszą klasą próżniaczą pojawia się pierwsza klasa pariasów. Dlaczego? Po pierwsze wytwarzanie dóbr nadal stoi na dość niskim poziomie. Po drugie ograniczona liczebnie grupa najuboższych to z jednej strony osobnicy sprzeciwiający się władzy, a z drugiej osobnicy o ograniczonej przydatności. Większość społeczności otrzymuje czytelny sygnał – nie buntuj się, bo będziesz żył w nędzy i zwiększaj swoją przydatność, a będziesz żył lepiej.

Feudalizm, czyli drabina władzy
Czas wspólnot pierwotnych trwający tysiące lat skończył się wraz z nabyciem przez ludzi takich umiejętności praktycznych i społecznych, które spowodowały rozrost wymagający już nie tylko przywódcy, ale osobnej grupy społecznej sprawującej władzę.
Według Marksa feudalizm był ustrojem społecznym, który zapanował po epoce niewolnictwa. Jednak – moim zdaniem – trudno uważać niewolnictwo za historyczną ewolucję systemów społecznych, ponieważ w różnych epokach było ono obecne jako jeden z elementów sprawowania władzy. Gdyby używać wyłącznie metodologii marksistowskiej, to system społeczny południowych stanów USA przed wojną domową w połowie XIX wieku musielibyśmy zrównać z systemem panującym w starożytnym Egipcie. Ponadto warto pamiętać, że feudalizm na różnych kontynentach często funkcjonował równolegle z rozmaitymi formami niewolnictwa. Czasami też formy podległości pewnych grup społecznych były niewolnictwem, choć nie nosiły tej nazwy. Niewolnictwo istniało od czasów prehistorycznych i w niektórych organizacjach społecznych stało się powszechną praktyką, w innych miało charakter marginalny. Jednak istniało wszędzie i na pewnych obszarach Afryki oraz Azji istnieje do dziś. Niewolnictwo jest też jednym ze sposobów realizowania biedy jako formy przemocy służącej utrzymaniu władzy. Choć z perspektywy tysięcy lat historii wcale nie jest sposobem dominującym. Zatem na potrzeby niniejszych rozważań przyjmujemy definicję feudalizmu jako drabiny władzy, a to oznacza, że nie tylko średniowieczne państwa były feudalne, ale również takie cywilizacje jak egipska lub rzymska.
Feudalizm powstał jako forma sprawowania władzy wynikająca z niedowładu organizacyjnego ówczesnej cywilizacji. Aby wspólnoty znacznie większe od pierwotnych, oparte o podobne dialekty, religię i przynależność kulturową mogły sprawnie funkcjonować potrzebna była z jednej strony centralizacja władzy, a z drugiej sprawność sprawowania władzy na szczeblu lokalnym, nie dało się tego zrealizować w dotychczasowym dwustopniowym podziale rządzący – rządzeni. W rezultacie powstała drabina zależności oparta na stosunku wasal – suweren.
Miało to swoje dobre strony, ponieważ lokalny suweren miał pod swoimi rządami stosunkowo niewielką grupę nad którą był w stanie zapanować, sam zaś był wasalem potężniejszego suwerena, który rządził w sposób pośredni. Miało to jednak swoje wady. Utrata wasala nie oznaczała tylko utraty zarządcy, ale najczęściej całego obszaru wraz z ludźmi, którzy przechodzili pod zarząd innego suwerena. Przekonał się o tym boleśnie cesarz Henryk IV, który w konflikcie z papieżem o mało nie utracił tronu, ponieważ książęta niemieccy – jego wasale, w obliczu rzuconej przez papieża ekskomuniki, zagrozili wypowiedzeniem posłuszeństwa. Utrata jednego z wasali oznaczała wówczas utratę części cesarstwa.
Jednak pomijając ten aspekt nietrwałości władzy, system feudalny ukształtował i wzmocnił procesy, które rozpoczęły się już we wspólnotach pierwotnych. Podzielił przede wszystkim społeczeństwo na jasno wyodrębnione klasy społeczne. Na samej górze mamy do czynienia z klasą próżniaczą, którą nazywam tak dlatego, że jej zasadniczym zajęciem było utrwalanie podziałów i utrzymanie władzy. Najniższy poziom to byli ludzie z różnych powodów utrzymywani w stanie skrajnej biedy, część z nich była niewolnikami. Jeśli spojrzymy na historię pod tym kątem, to zauważymy, że przez setki lat była to stosunkowo niewielka grupa, która dla większości społeczeństwa miała stanowić przestrogę, jak i motywację do bycia przydatnym w społeczeństwie. W szerszym przekroju historycznym zobaczymy, że doprowadzanie coraz większych grup społecznych do życia w skrajnej często biedzie, było procesem trwającym setki lat i przypominało węża zjadającego swój własny ogon. Większość ludności przez wiele stuleci stanowiła ludność wiejska, zajmująca się bezpośrednio produkcją żywności. Przez cały okres średniowiecza to właśnie zajęcie było podstawowym dla ogromnej części ludzkości. Metody uprawy roli, narzędzia i wiedza były na tyle prymitywne, że wytwarzanie żywności było niezwykle ciężką pracą. Rolnik wytwarzający żywność, choć był nisko w hierarchii społecznej, cieszył się pewną autonomią i względnym dobrobytem. W Polsce do wieku siedemnastego los ludności wiejskiej nie był wcale zdominowany przez władającą krajem szlachtę. Utrzymywana w biedzie była nieliczna grupa i wciąż była ona pewnym straszakiem społecznym. Gdy w okresie późniejszym feudalne państwa ulegały wynaturzeniom, gdy został zaburzony typowy dla tego ustroju system zależności, a władza centralna stawała się coraz silniejsza i coraz bardziej wymagająca, okazało się, że nadwyżka w produkcji żywności i innych dóbr staje się niewystarczająca pomimo postępu technicznego, który rozpoczął się w epoce Oświecenia. Jednak to nie powstrzymywało rządzących i w szpony biedy wpadała coraz większa grupa ludności. Nie wystarczyło być już posłusznym poddanym, który uczciwie pracuje i dzięki temu ma środki do życia. Konsekwencją były bunty i rewolucje, zwykle przy tej okazji okazywało się, że żadne bogactwo nie jest w stanie uchronić przedstawicieli klas posiadających przed marnym losem pokonanych. Tak było choćby podczas Rewolucji Francuskiej. Dość charakterystycznym i tylko pozornie należącym do innej epoki zjawiskiem była Wielka Rewolucja Socjalistyczna w Rosji. Rosja była oczywistym reliktem przeszłości i pomimo rodzącego się kapitalizmu tkwiła głęboko w epoce feudalnej, a pazerność klas wyższych wtrącała w krańcowa biedę coraz większe grupy ludności. To musiało skończyć się zrywem rewolucyjnym, który stary porządek zmiótł z powierzchni Ziemi.

Kapitalizm, czyli jak utrzymać w nędzy miliony
System feudalny nie miał racji bytu od dawna, ale definitywnie skończył się, gdy pojawił się postęp techniczny. Nie było już uzasadnienia dla istnienia wielostopniowej drabiny władzy i łączenia tego z zamożnością i przywilejami. Państwo kapitalistyczne zorganizowane było inaczej. Klasa próżniacza, czyli sprawująca władzę stała się mniej liczna, bardziej wyspecjalizowana, a przynależność do niej nie byłą funkcją urodzenia. Państwo zatrudniało ogromna armię urzędników, względnie dobrze opłacanych i pomagających sprawować władzę, ale nie będących władzą. Zwiększyła się rola armii i policji jako czynników represji wobec ludności nieposłusznej, ale także jako czynników utrzymania porządku i osiągnięcia bezpieczeństwa zewnętrznego. Te tysiące zwyczajnych obywateli pełniących funkcję żołnierzy (często z poboru) i policjantów, to nie była władza. Nie należeli oni do wtajemniczonej w system sprawowania władzy kasty. Wykonywali polecenia otrzymując w zamian względnie przyzwoite wynagrodzenie. Ich pochodzenie społeczne było coraz mniej ważne, a ich lojalność miała dotyczyć samego państwa, bowiem ludzie sprawujący władzę niekiedy się zmieniali.
Ponieważ zmniejszyła się liczba ludności potrzebnej w procesie produkcji żywności, a za to zwiększyły się potrzeby przemysłu, doszło też do wielkich migracji. Już nie ludność wiejska była trzonem społeczeństwa.
Natomiast pojawienie się nowej klasy posiadaczy środków produkcji, znacznie liczniejszej niż wcześniej arystokracja spowodowało wzrost zapotrzebowania na bogactwo, a to brało się wciąż wyłącznie z wtrącania w biedę rzesz pracowników. W ten sposób proces, który w feudalizmie trwał kilkaset lat, w kapitalizmie zajął zaledwie kilkadziesiąt. Doskonałym przykładem nowych procesów ekonomicznych są Stany Zjednoczone. Kraj w którym nigdy nie było arystokracji w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, a który wytworzył własną klasę posiadaczy środków produkcji i pieniędzy. Mechanizm rozwoju kapitalizmu doskonale spuentował Jack London w „Księżycowej dolinie” z 1913 roku.

Nowy kraj, otoczony oceanami, położony we właściwej szerokości geograficznej, o żyźniejszej ziemi i bogatszych skarbach naturalnych niż jakikolwiek inny kraj na świecie, skolonizowany przez imigrantów, którzy odrzucili pęta starego świata i przyszli tu w nastroju sprzyjającym demokracji. Tylko jedna jedyna rzecz mogła im przeszkodzić w udoskonaleniu tej demokracji, którą zaczęli budować. Tą rzeczą była chciwość. Zaczęli żreć wszystko, co było na widoku – jak świnie. A gdy tak żarli, demokrację diabli wzięli.

Etyka kapitalizmu zaczęła się w XX wieku nieco zmieniać pod wpływam rosnącej groźby ze strony milionów ludzi żyjących w nieustannej i dojmującej biedzie. Jednak to dalej było za mało. W zasadzie dopiero Druga Wojna Światowa stała się wstrząsem. Dlaczego i w jakim zakresie. Otóż przez tysiące lat najlepszym sposobem na wzbogacenie się było napaść sąsiadów i zabrać im to, co mają. Tak działo się prawie od początku cywilizacji. Oczywiście było to działanie krótkowzroczne. Sąsiedzi kiedyś mogli urosnąć w siłę i się odwzajemnić, mając przy tym ideologiczną podporę rewanżu za krzywdy. Na tym tle wybuchały wszystkie wojny. Jednak ostatnia wojna światowa pokazała, że zniszczone ekonomicznie, upodlone biedą społeczeństwo gotowe będzie dać władzę nawet szaleńcom, jeśli ci obiecają dobrobyt. Oczywiście pomysł Hitlera był tylko jeden. Napaść na innych i zabrać im ich bogactwa. Jak sam kiedyś stwierdził: „nikt nie sądzi zwycięzców”. Zakładał, że to Niemcy odniosą zwycięstwo i że żadna zbrodnia nie zostanie osądzona. Stało się inaczej.

Kapitalizm dziś
Po ostatniej wojnie klasy sprawujące władzę zrozumiały, że utrzymywanie milionów ludzi w nędzy szybko doprowadzi do kolejnej wojny, a każda kolejna wojna była coraz groźniejsza ze względu na postęp technologiczny. O ile utrzymywanie w posłuszeństwie rozproszonej ludności wiejskiej w feudalizmie było stosunkowo łatwym zadaniem, o tyle kapitalizm musiał mieć duże skupiska ludzi w ośrodkach przemysłowych i trudno już było podzielić świat na klasę panów i klasę niewolników. Kolejna wojna lub rewolucja mogła zagrozić także kasie rządzącej, gdy dochodzi do okrutnych aktów przemocy, trudno ochronić nawet najbogatszych. W ten sposób kapitalizm powojenny zyskał ludzką twarz. Miliony ludzi pracujących w przemyśle usługach oraz innych niezbędnych dla utrzymania cywilizacyjnego ładu miejscach opłacano teraz tak, aby byli zadowoleni ze swojego życia. Powszechnie rozwijający się konsumpcjonizm temu właśnie służył. I znów jak kiedyś, u zarania ludzkości, bieda dotykała tylko niewielkiej grupy najbardziej buntowniczych lub nieprzydatnych społecznie osobników. Pojawiła się nowa etyka kapitalizmu. Społeczeństwo było na tyle zamożne, że mogło zapewnić godne życie także tym, którzy nie nadążali w codziennym wyścigu do dobrobytu. Szczególnie widoczne stało się to w krajach europejskich. Pewien margines biedy istniał choćby dlatego by dla większości członków społeczności być pewną przestrogą utrzymujących ludzi już nie tylko w ryzach władzy, ale także w zgodzie z etyką danego społeczeństwa.
Niestety mechanizm opisany tak bezpośrednio przez Jacka Londona znów zadziałał. Ekonomista Thomas Piketty udowadnia że w XXI wieku znów mamy do czynienia ze zjawiskiem wzrostu bogactwa nielicznej grupy ludzi, którzy mają znaczną większość wszystkich dóbr kosztem milionów pracujących ludzi, którzy maja niewiele lub zgoła nic. W błyskawicznie zmieniającym się świecie cyfrowych technologii przemysł utracił stabilność. Wcześniejsze konie pociągowe rozwoju gospodarczego takie, jak przemysł samochodowy, przestały mieć wcześniejsze znaczenie. Przemysł stracił stabilność. Jeśli w danym roku istnieje ogromna potrzeba np. dostarczenia na rynek milionów sztuk komputerów, to wcale nie oznacza, że należy na tym budować strategię biznesową na następnych dwadzieścia lat. Zmieniają się bowiem nie tylko oczekiwania konsumentów, ale też mamy do czynienia z galopującym wręcz postępem technologicznym. Gdy pojawiły się laptopy, nikt nie przewidywał, że staną się one już wkrótce dominującą konstrukcją komputera. Przecież są mniej wydajne i mniej wygodne pod wieloma względami od tradycyjnych biurkowych pecetów. Posiadacze środków produkcji i właściciele środków finansowych uznali, że całe ryzyko należy przerzucić na pracowników. Tradycyjna ścieżka kariery zawodowej obecna i doceniana w XX wieku stała się przeżytkiem. Ktoś pracujący przez 30 lat w jednej fabryce nie jest pracownikiem godnym szacunku i zasługującym na większe względy. Dziś jest symbolem nieudacznika. Oczywiście zawsze znajdzie się grupa pracowników, którzy w zmieniających się warunkach dadzą sobie doskonale radę. Będą to ci szczególnie uzdolnieni, mający intuicję i siłę przebicia. Jednak dla rozwoju społecznego potrzebna jest trwałość i stabilizacja. Tymczasem do kapitalistów łączyły państwa, które przestały już dbać o równowagę społeczną, a zamiast tego zajmują się równowagą ekonomiczną. Kryzys z roku 2008 pojawił się dlatego, że instytucje finansowe na potęgę zaczęły handlować długami, a więc czymś co niejako z założenia ma wartość ujemną. Gdy kryzys okazał swą potęgę w całej pełni – państwa, zamiast zastanawiać się nad losem społeczeństw zaczęły dofinansowywać banki, aby utrzymać fikcyjną choćby, ale równowagę. Rok 2008 z całym dramatyzmem pokazał także istnienie nowej klasy społecznej, którą Guy Standing nazwał prekariatem. Prekariusze to grupa ludzi pozbawiona stabilności życiowej i finansowej.

Prekariat nie jest jednorodny. Dziś widać wyraźniej co najmniej trzy odmiany prekariuszy. Pierwsi pochodzą z biedniejszych rodzin, z małych miejscowości, mają małe szanse na dobre wykształcenie i rozwój albo stracili stałe zatrudnienie z powodu wieku czy restrukturyzacji. Druga grupa to wykształceni młodzi ludzie zatrudniani na wiecznie darmowych albo kiepsko płatnych stażach, a także profesjonaliści żyjący z dorywczych zleceń, na czasowych umowach. Trzecia to m.in. migranci, niepełnosprawni czy byli skazani.

Prekariuszem nie staje się z własnej woli. Nie są prekariuszami przedstawiciele wolnych zawodów świadomie wybierający taki, a nie inny zawód i sposób zarabiania pieniędzy. Jeśli adwokat zakłada własną kancelarię prawną, to czasem może mu się wieść lepiej lub gorzej. Jednak nikt nie oczekuje od niego, że zmieni zawód, ze zamiast kancelarii prawnej otworzy zakład naprawy komputerów. Oczywiście podejmuje pewne ryzyko, jeśli go ponieść nie chce, to wybiera inną ścieżkę kariery. Prekariuszem stanie się wówczas, jeśli pomimo dobrego wykształcenia i umiejętności będzie w kolejnych firmach zatrudniany na upokarzających groszowych stażach, lub umowach tymczasowych. Jego zawodowa kariera nie będzie wówczas zależna od jego umiejętności ale często na czynnikach pozazawodowych, a przede wszystkim od tego, że duża korporacja będzie dążyła wciąż do maksymalizowania zysków i minimalizowania kosztów. Wartość obiektywna pracownika nie ma żadnego znaczenia. Pokolenie rodziców dzisiejszych prekariuszy miało swoją może niekoniecznie szybką, ale stabilną ścieżkę rozwoju i awansu zawodowego oraz życiowego. Jako młodzi ludzie również nie opływali w dostatki, ale pracowali, rozwijali się, awansowali, z czynszowego mieszkania przeprowadzali się do domku z ogródkiem, kupowali lepszy samochód, nowocześniejszy sprzęt domowy i mogli zapewnić swoim dzieciom wykształcenie oraz – jak im się wydawało – lepszy start.
Przeliczyli się, bo ich wykształcone dzieci nie maja szans na podobna stabilizację. I nawet jeśli mają dobre okresy finansowe pomiędzy gorszymi albo wręcz bezrobociem, to brakuje im poczucia bezpieczeństwa. Nie dorobią się domku z ogródkiem, nie myślą często o zakładaniu rodziny, bo dla nich dziecko nie jest nowym etapem życia ale tragedią burzącą jakiekolwiek perspektywy życiowe, szczególnie w przypadku kobiet. Bogatsze kraje jakoś próbują sobie sensownie radzić systemem zasiłkowym i zmianą przepisów taką, by promowały dzietność. Jednak pogorszenie sytuacji w ciągu ostatnich dziesięciu lat widać nawet w krajach skandynawskich.
Szczególnie groźnym zjawiskiem dla rozwoju społecznego w dalszej perspektywie jest deklasacja grupy nauczycieli. Nauczyciel, który nie ma perspektyw zawodowych, skazany na tymczasowe zatrudnienie, będzie dbał o swój rozwój zawodowy tylko w takim zakresie, w jakim może to zwiększyć jego szansę na stałe zatrudnienie, a w sytuacji konieczności dokonania wyboru, jakakolwiek etyka zawodowa zawsze przegra z koniecznością przypodobania się władzy zwierzchniej. Nie tylko w Polsce zauważono bowiem, że szkolnictwo jest miejscem wielu patologii wynikających z zależności niepewnych swego zawodowego i życiowego losu nauczycieli od psychopatycznych zwierzchników. Przynależność sporej grupy pedagogów do klasy prekariatu nie jest obecnie tylko zagrożeniem, ale stała się faktem, jakiś czas temu dość głośna była sprawa wykładowcy akademickiego z USA, który był jednym z wielu zatrudnianych na umowy kontraktowe. Wyższe uczelnie w ten sposób tną koszty, oszczędzają na ubezpieczeniu zdrowotnym i emerytalnym pracowników. Wspomniany wykładowca zmarł z powodu nowotworu, ponieważ kolejne cięcia spowodowały zmniejszanie się jego dochodów, a rosnące koszty pracy związane z dojazdami do kilku uczelni, gdzie był wykładowcą, spowodowały, że nie stać go było na ubezpieczenie zdrowotne.

Dokąd zmierza kapitalizm
Dziś trudno być optymistą. Nic nie wskazuje na to, że polityka rządów się zmieni. Późny kapitalizm zaczyna powoli przypominać swoja własną wczesną wersję, gdy zasadą było płacić pracownikowi tylko tyle, by nie odszedł, a jeszcze lepiej zagłodzić go tak, by zgodził się pracować za każdą sumę. Na horyzoncie nie pojawia się żaden nowy system ekonomiczny, a rosnące warstwy społeczne bez stabilizacji, poczucia bezpieczeństwa, za to z poczuciem krzywdy społecznej coraz łatwiej wpadają w szpony wszelkiego rodzaju nacjonalistów, politycznych szarlatanów i wreszcie zwyczajnych wariatów.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Requiem dla neandertalczyka

Od dawna zaskakuje mnie niesamowity i powszechny optymizm dotyczący losów ludzkości. Wbrew historii i teraźniejszości wydaje nam się, że ludzkość od zarania dziejów jest w stanie ciągłego doskonalenia się i rozwoju. W pewnym zakresie można to usprawiedliwić religijnością, ponieważ część ludzi święcie wierzy, że Bóg ma jakiś plan zbawienia ludzkości. Z drugiej jednak strony ten sam Bóg zesłał na Ziemię potop, a całkiem niedawno dopuścił do wymordowania milionów ludzi w obozach śmierci. Zatem boski plan zbawienia może równie dobrze zakładać fizyczną zagładę rodzaju ludzkiego.

Wykazujemy skłonność do odczuwania dziwnego spokoju ducha, że to nigdy się nie zdarzy, że sytuacja nasza jest specyficzna, że w jakiś sposób pozostajemy poza kontrolą biologiczną. Ale to nieprawda. W przeszłości wymarło wiele wspaniałych gatunków, a my nie będziemy pod tym względem stanowić wyjątku. (Desmond Morris, „Naga małpa”)

Gdy zaczynałem się edukować, uważano powszechnie, że znane odkrycia archeologiczne udowadniają wystarczająco teorię ewolucji, także w odniesieniu do człowieka. Spora część odkryć została przecież dokonana jeszcze w XIX wieku. Nauka w połowie następnego stulecia miała wiele dowodów na podstawie których wysnuła z gruntu fałszywą tezę. Te wszystkie archeologiczne znaleziska ochrzczone mądrymi łacińskimi nazwami, począwszy od australopithecusa, przez pithecantropusa, którego nazywano potem homo erectus, po homo neanderthalensis potocznie zwanego neandertalczykiem, traktowano jako kolejne ogniwa w łańcuchu ewolucji gatunku homo sapiens, człowieka myślącego, którym dziś jesteśmy.
W drugiej połowie XX wieku zaczęły się rozwijać takie dziedziny nauki, o których wcześniej trudno sobie było pomyśleć. Przez długi czas jednak nadal nie zdawano sobie sprawy, że np. badanie łańcuchów DNA może się przydać w poznaniu historii rodzaju ludzkiego.

Sugerując, że homo sapiens jest tylko jeszcze jednym rodzajem zwierzęcia, Karol Darwin wywołał powszechne oburzenie. Nawet dziś wielu ludzi wciąż nie chce dać temu wiary. Gdyby neandertalczycy przetrwali, to czy wciąż uważalibyśmy siebie za stworzenie jedyne w swoim rodzaju? Być może właśnie dlatego nasi przodkowie zmietli neandertalczyków z powierzchni Ziemi. Byli do nich zbyt podobni, by można było ich ignorować, ale i zbyt odmienni, by dało się ich tolerować. (Yuval Noah Harari, „Od zwierząt do bogów. Krótka historia ludzkości”)

Najpierw okazało się, że neandertalczyk żył równolegle z przodkami dzisiejszych ludzi. Potem pojawiły się kolejne odkrycia, homo floresiensis istniał na pewno jeszcze 12 tysięcy lat temu. A więc nie był przodkiem homo sapiens lecz gatunkiem równoległym. W 2010 roku odkryto homo sapiens denisova, kolejny równoległy gatunek, żyjący około 40 tysięcy lat temu.
Również 2010 roku na terenie Jury Krakowsko-Częstochowskiej archeolodzy odnaleźli zęby neandertalczyka. To była spora niespodzianka, bo po raz pierwszy takie odkrycie pojawiło się na północ od Karpat. Ponieważ inne znalezisko – grób dziecka datowane jest na około 27 tysięcy lat, możemy przypuszczać, że i na naszych ziemiach neandertalczyk musiał konkurować z praprzodkiem dzisiejszego człowieka. Oznaczało to, że neandertalczyk był nieźle przystosowany do chłodnego klimatu (północna część dzisiejszej Polski była wtedy objęta tzw. małym zlodowaceniem), zatem cywilizacyjnie był znacznie bardziej rozwinięty niż sądzono wcześniej.
Dziś wiemy, że około 4% naszych genów dzielimy z neandertalczykami. Zatem oprócz zwalczania się i konkurencji gatunki również się mieszały. Wiemy, że niektóre gatunki da się krzyżować. Konia i osła można skrzyżować, powstają w ten sposób muły, które jednak są hybrydą bezpłodną. Różnice która są pomiędzy koniem a osłem są bowiem zbyt duże. Różnice między homo sapiens, a homo neanderthalensis aż tak duże nie były.
Być może prehistoryczne zwycięstwo naszego gatunku jest nieco przypadkowe. Nietrudno sobie wyobrazić, że to potomkowie neandertalczyków zaludnialiby świat dziś. Zapewne fizycznie byliby bardzo do nas podobni, ale trudno orzec jaki byłby świat, jaka byłaby cywilizacja. Ba, można sobie również wyobrazić świat w którym dwa konkurencyjne względem siebie gatunki ludzkie nie zyskałyby takiej przewagi, która pozwoliła niegdyś homo sapiens na wytłuczenie co do sztuki wszystkich homo neanderthalensis.
Skoro człowiek, który uważa się za rozumnego, potrafi dziś w XXI wieku napadać na innych przedstawicieli swojego gatunku z powodu innego koloru skóry, co byłoby, gdybyśmy żyli w świecie, którym musimy się dzielić nie z innymi narodami, innymi rasami, ale z całkiem innym, dorównującym nam gatunkiem?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Oko smoka

– Smok jak to smok – westchnął dziad, sadowiąc się na mchu pod dębem.
– Ale opowiadajcie – pisnęły dzieci, które otoczyły wędrownego starca. Powoli zapadał zmrok, więc któryś z kmieci rozpalił ognisko, a pod święty dąb zaczęli się schodzić mieszkańcy sioła.
– Smoka w Polszcze wżdy znają. Mieszka psiajucha pod Zamkiem wawelskim. Tak, tym samym, pod którym Jarosław Wygnaniec brata Lechosława pochował, gdy się karoca wyp… znaczy, gdy wraże siły zamachu dokonały. Jaskinia tam jest ogromna i smok w niej żywie. Ogniem pluje, skrzydliska ma błoniaste i ryczy prawie jak rycerz Krystyn Pawłowic. Smok psiajucha cięgiem owieczki lubi, jako pieczyste. Opali najpierw taką ogniem, a potem mlaskając zajada. Po prawdzie to nieraz się i pomylił i kmiecia owłosionego ogniem przypalił, więc wszyscy z daleka jaskinię obchodzą.
– A dziewice? – pisnęła jakaś niedorosła białogłowa.
– A z dziewicami to smok się tradycyjnie całkiem obchodził – zarechotał dziad – po siedem ich brał i chędożył w jaskini.
– Dzieciska uszy zasłonić! – wrzasnęła jakaś tłustawa jejmość.
– Wychodziły całkiem zadowolone, bo smok i skarbiec ogromny w jaskini posiada, więc klejnotów dziewkom nie żałował. A plotkują niektórzy, że nie tylko o klejnoty się rozchodziło. I tak to przez stulecia ze smokiem naród żył w tej, jak to się nazywa, symbiozie. Szkód dużo nie robił, książę odszkodowania płacił, więc stada owiec rosły w okolicach, a w razie najazdu jakowegoś to smok się przydał. Jak włochatych Tatarów ogniem poparzył to łyse i na piechotę uciekali – śmiał sie dziad. Azali dziewki klejnoty na posag miały, to rycerzy chętnych do żeniaczki pod Wawel wielu przybywało.

Ale w siódmym roku wygnania walecznego króla Jarosława pojawił się inny smok na zachodnich rubieżach Pospolitej Rzeczy. Maszkara zwała się Gender. Najpierw do boju ruszył rycerz Krystyn Pawłowic i wszyscy myśleli, iże przestraszy potwora na śmierć swoim wrzaskiem, ale niestety.
Maszkara zwana Genderem wcale nie chciała dziewic, ani chędożyć, ani nawet pożerać. To było straszne. Smoczysko niszczyło tradycje nasze, przemieniało ludzi i wciąż posuwało się naprzód.
– Ale jak przemieniało? – zachrypłym głosem spytał stary sołtys.
– Aaa… sprytna to bestyja – odrzekł dziad – Pojawiało się smoczysko we wsi lub grodzie i ludzkim głosem zaczynało opowiadać dziwy nie z tej ziemi. A słuchali wszyscy, szczególnie baby, bo do nich maszkara mówiła najsampierw. A opowiadał ów Gender, że bab bić nie wolno, że chędożyć tylko jak się zgodzą i o zgrozo, że chłop babie w zagrodzie ma pomagać, krowę wydoić czasem, świnie nakarmić…
– Aaa – ze zgrozą jęknęli słuchacze.
– A najgorsze – ciągnął dziad dalej – że baby odtąd miały głos w zgromadzeniach. Nawet we dworze Jarosława Wygnańca coś się zmieniło. Jedna szczególnie białogłowa głośna się zrobiła, a miano jej było Beata z Kępy. Choć ona waleczna była i jako pierwsza na wojnę z Genderem ruszyła. A za nią trochę zawstydzeni rycerze, a na ich czele knecht Adam z wielkim mieczem.
– Ale wojna ze smokiem trudna i nie wiadomo jak się skończy – pokiwał głową dziad.
Ognisko się dopalało i słuchacze powoli zaczęli się wykruszać, jeden i drugi z kmieci nawet szturchnął babę, ale tak trochę tylko, bo pora późna.
Jednak wraz z ostatnimi słowami wędrownego starca rozległ się łopot ogromny skrzydeł jakowychś. A cień jakiś przykrył miesiączek świecący i gwiazdy.

Nadlatywał Gender.

Ta bajka już jest stara, na dodatek po paru latach od jej powstania okazało się, że to może wcale nie jest bajka… więc publikuję tak trochę ku przestrodze. 😉

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.9/10 (8 votes cast)

Przemija postać świata

Hanna Malewska nadała swej powieści tytuł genialny. Symboliczny i metaforyczny, a w pewnym sensie puentujący zmiany, które zachodziły w Europie po upadku Cesarstwa Rzymskiego w 476 roku. Jednak sama powieść zachwytu już nie budzi. Można mieć zastrzeżenia nie tylko do dość chaotycznej i suchej narracji, ale także do punktu widzenia autorki, której katolickie korzenie narzuciły interpretację historii wykraczającą poza obiektywizm.

Początek naszej ery to z jednej strony nieuchronny upadek starożytności, a z drugiej zmiany dokonujące się w tyglu, zwanym Wielką Wędrówką Ludów. Bohaterami wydarzeń dziejących się w centrum upadłego cesarstwa są Goci, których dzieje zaczynają się w sąsiedztwie naszym, nad Bałtykiem. Początek tysiąclecia jest też początkiem ich wędrówki z ziem skandynawskich na nasze Pomorze. Emigrując z terenów dzisiejszej Szwecji osiedlają się w krainie, która sami nazwali Gothiskandza. Historycy i archeologowie lokują tę na poły mityczną krainę na naszym Pomorzu. Na dłużej osiedlili się w dorzeczu Wisły, w okolicach Malborka i Elbląga, gdzie już wcześniej (i później) istniało miasto portowe Truso (lub Druzo). Pozostawili po sobie cmentarzysko nazwane przez archeologów przykładem kultury wielbarskiej. Nie zagrzali jednak długo miejsca, powędrowali dalej na wschód i na południe. Podzielili się potem na Gotów wschodnich, czyli Ostrogotów i zachodnich – Wizygotów. Ostrogoci w swej wędrówce zatrzymali się nad brzegami Morza Czarnego. Wizygoci zaś stali się jednymi z najeźdźców, których odpierać musiał upadający Rzym. Osiedlili się na terenach Dacji, ponieważ Rzymu nie udało im się wówczas zdobyć. Germańskie plemiona Gotów wydawały się wówczas największym zagrożeniem dla podzielonego już cesarstwa. Cesarstwo Bizantyjskie, które obejmowało wschodnie tereny dawnego imperium, wciąż było potężne i na dodatek leżało na uboczu owych wędrówek. Bizancjum walczyło, ale także współpracowało z Ostrogotami. Wizygoci zaś skierowali się w stronę Rzymu. Gdy w Europie pojawili się Hunowie, którzy ówczesnym ludom musieli się wydawać jak szarańcza, Rzym znalazł się w tragicznym położeniu. Swoistym znakiem klęski było przyjęcie uciekających przed Hunami Wizygotów i „zatrudnienie” ich przez Rzym jako armii, która miała bronić cesarstwa. Ostrogoci wcześniej zostali podbici przez Hunów. Historycznie najazd Hunów był efemerydą. Największy ich przywódca, czyli Atylla nie stworzył nic, co by mogło trwać po jego śmierci. Rozpad państwa Atylli nie spowodował jednak dobrych skutków dla samego Rzymu. Już wkrótce cesarstwo musiało walczyć z germańskim plemieniem Wandalów, którzy w 455 roku wkroczyli nawet do Rzymu. Wbrew potocznej opinii Wandalowie, od których powstało niesławne określenie wandalizm, nie zniszczyli Rzymu. Jak na owe czasy byli nawet dość ludzcy i cywilizowani. Nie wyrżnęli w pień mieszkańców, nie zniszczyli miasta, ale za to ograbili kościoły i księży. I to Kościół dorobił im potem tak paskudną „gębę”. Wreszcie pojawił się wódz kolejnego plemienia germańskiego Odoaker i pokonując ostatniego cesarza, postawił kropkę nad i. Przestało istnieć państwo, które tak naprawdę poddało się barbarzyńcom w końcu czwartego wieku naszej ery. Wówczas zaczyna się czas Ostrogotów. Po upadku Rzymu Italię zajmuje król ostrogocki Teodoryk, który jednak chce się czuć wysłannikiem i pełnomocnikiem cesarza bizantyjskiego. Wizygoci już wcześniej opuścili Italię i powędrowali dalej, zatrzymując się na terenach dzisiejszej Hiszpanii.
W tym czasie na tereny dzisiejszej Polski przybywają Słowianie. Czy można się dziwić, że rzymskie zapiski nie mówią nic o powstających tu państwach, które istnieniu Rzymu nie zagrażały?

Starożytny świat, który był wzorem cywilizacji i kultury przestał istnieć, ale nie stało się to z dnia na dzień. Rzym przez długie lata jeszcze był wspaniałym miastem, choć niektórzy z ówczesnych dostrzegali upadek. Konsul, a jednocześnie filozof i teolog, Boecjusz przewodził spiskowi, który miał mocniej połączyć Rzym ze stolicą cesarstwa w Konstantynopolu. Nie byłoby w tym nic tak dziwnego, bo przecież sam Teodoryk uznawał się za lennika Bizancjum. Jednak, działający za jego plecami, potomkowie dawnych Rzymian nie znaleźli u niego zrozumienia. Niewątpliwie do pomysłu bezpośredniego przyłączenia się do Biznancjum, zniechęciło Teodoryka także to, że Ostrogoci byli arianami, zaś cesarz Justyn właśnie zaczął walczyć ze wszelkimi odszczepieńcami wiary chrześcijańskiej. Uratować Rzymu już się nie dało, choć póki żył Teodoryk, podtrzymywano złudzenie istnienia dawnej rzymskiej kultury. Uznany potem za świętego katolickiego minister Teodoryka i następnych władców – Kasjodor – jest swoistym symbolem syzyfowej pracy ratowania rzymskiego dorobku. Żyjący blisko sto lat patrycjusz zrobił wiele dla zachowania dorobku starożytności. Jednak nie powstrzymało to upadku. Rzym drugiej połowy pierwszego tysiąclecia, to nie był nowy Rzym, nowa wartość, to było upadłe i skarlałe wieczne miasto w którym panowało barbarzyństwo i ciemnota. Rosnące w siłę chrześcijaństwo, nieomal od samego początku skłócone, podzielone i pełnie nienawiści do tego, co właśnie zostało zniszczone i zdeptane nie było wcale czynnikiem kulturotwórczym. Nastała era barbarzyńska. Ludzkość cofnęła się o tysiąc lat, straciła dorobek medycyny, astronomii i matematyki, a potem za sprawą restrykcyjnej religii także filozofii i sztuki.

Warto jednak przypomnieć te zamierzchłe dzieje, bo dziś Europa znów znajduje się w obliczu upadku. Paradoksalnie również i tym razem impulsem upadku jest swoista wersja wędrówki ludów. Jednak to nie uchodźcy zagrażają Europie. Zagraża jej współczesne barbarzyństwo Europejczyków. Budzące się nacjonalizmy, wrogość wobec tych, którzy mają inny kolor skóry, inny język, obyczaje lub religię. I nieważne skąd pochodzą, nie są „swoi”. W Polsce nawołuje się do nienawiści wobec Ukraińców żyjących po sąsiedzku, do Żydów, których praktycznie już nie ma, do rasizmu w stosunku do ludzi o ciemniejszej karnacji… W Anglii wrogiem, którego trzeba zabić, może stać się Polak. On też jest tam inny. Ksenofobia, rasizm, nienawiść. Kiedy umrze znana nam Europa? Jak długo trwać będzie agonia. Jaki świat powstanie na gruzach? O ile wieków się cofniemy?

Hanna Malewska pisała w liście do siostry o tej powieści, że opisuje dzieje Ostrogotów w Italii, narodziny benedyktynów, Kasjodora ratującego szczątki kultury, ambicje niewczesne Justyniana, ruinę dzieł czysto ludzkich – dwie szachownice, ludzka i Boża, i bardzo różne na nich sukcesy i porażki.
Autorka patrzyła z katolickiej perspektywy. Nadała ogromne znaczenie postaci Kasjodora i Benedykta z Nursji, jako prekursorom nowego ładu w Europie, tymczasem ten pierwszy upadkowi zapobiec nie mógł, prekursorem nie był, a drugi symbolicznie do upadku starożytności się przyczynił. Nowy ład był ładem barbarzyńskim. Jednak nawet szlachetne idee nie usprawiedliwiają kiepskiej książki.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.8/10 (4 votes cast)

Tusk na białym koniu

Historia kołem się toczy. Tak brzmi współczesna polska przeróbka rzymskiego przysłowia o fortunie. Inne z przysłów mówi, że historia się lubi powtarzać. Ono także pasuje do obecnej sytuacji.
Tuż po wojnie wielu Polaków marzyło o tym, że liczebnie spore i dobrze uzbrojone Polskie Siły Zbrojne na zachodzie przybędą z generałem Andersem na czele i za zgodą i przy wsparciu zachodnich sojuszników uwolnią nas od komunistów i stalinowskiego nadzoru nad Polską. Stąd frazeologizm „Anders na białym koniu”. Tego zwrotu kpiąco używali też przedstawiciele władzy w Polsce Ludowej.
– Myślicie panowie szlachta, że przyjedzie Anders na białym koniu i będzie po staremu? – mówił jakiś anonimowy ubek dziadkowi, gdy go przesłuchiwał w czterdziestym dziewiątym roku. Dziadek żadnym tam panem szlachtą nie był, ale przedwojennym pepeesowcem i do połączonej „zjednoczonej” i robotniczej partii zapisywać się nie chciał.
Anders na białym koniu nie przyjechał i nie uwolnił Polski. I kilkadziesiąt lat później całkiem inni ludzie stosując metodę kropli, która drąży skałę, rozsadzili system, który zresztą od samego początku ulegał erozji. Komunizm, realny socjalizm – tak mówili niektórzy – lub inaczej kapitalizm państwowy, w którym to państwo było właścicielem wszystkich środków produkcji i jedynym kapitalistą, który nie znosił konkurencji, klęskę miał niejako w swoim genotypie.
Dziś Polska ponownie znalazła się w sytuacji, gdy znów mamy rządy ekonomicznych idiotów, a polityczne matołectwo stało się cnotą, więc znów rozmyślamy, kto nas uratuje. Na dodatek dziś wiemy, że nie zawiniła Jałta, nikt nas nie zdradził i nie sprzedał oprócz nas samych. I znów marzymy…
Przyjedzie z Brukseli Tusk na białym koniu? Czy Tusk uratuje kraj przed zniszczeniem, które nam w ekspresowym tempie banda idiotów, a może i zdrajców pod wodzą mentalnego kurdupla peerelowskiego kipiącego aż z nienawiści i tęskniącego za czasami swej młodości?
Gdy patrzymy na nieudolność obecnej opozycji parlamentarnej i żałosny brak pomysłów pozaparlamentarnej, to faktycznie pozostają marzenia. Nie mamy szczęścia do przywódców. Schetyna nadaje się na karbowego w folwarku, a charyzmy ma tyle, co krawężnik z betonu. Petru – choć ma doskonałą ekipę żeńską w swej partii – sprawia wrażenie, jakby pomiędzy podstawówką a studiami ekonomicznymi całkowicie pominął edukację licealną. Kijowski miota się między Scyllą a Charybdą, oznajmiając, że marzy mu się Dzień Niepodległości pod egidą nacjonalistyczno-antysemickiego Dmowskiego, a chwilę potem chciałby maszerować z narodowcami i falangą. Deklaruje, że nie jest przeciwnikiem PiSu, a nawołuje do demonstracji przeciw niszczeniu Trybunału Konstytucyjnego. A w końcu kto niszczy ten Trybunał? Krasnale ogrodowe? Partia Razem chce z kolei demonstrować osobno, zaś SLD wciąż umiera z tęsknoty za PRLem i Magdaleną Ogórek równocześnie. Chyba za panią Ogórek bardziej, bo walą takie głupoty, że kwiatki na parapecie więdną. Panom z PSL to nic nie powiem, bo choćbym im wyjaśniał dzień i noc, to zrozumieliby z tego tyle, że są jak niedomyty psi tyłek…*.
Oczywiście Tusk za jakiś czas ma spore szanse zostać prezydentem, który stanie się takim rozjemcą narodowym i człowiekiem, który będzie umiał utemperować przywódców partyjnych, a może nauczyć ich trudnej sztuki kompromisu. Aby się tak jednak stało, potrzebne są wolne i demokratyczne wybory, które nie zostały dane nam raz na zawsze, a PiS ma zdecydowane zamiary przy ordynacjach wyborczych w naszym kraju manipulować.
Jednak żaden cud nie uratuje demokracji i przybycie Tuska z Brukseli, czy to w przyszłym roku, czy za trzy lata nic nie zmieni. Wręcz przeciwnie – dla Polski korzystne byłoby, gdyby przywódcy europejscy zdecydowali się przedłużyć jego kadencję aż do roku 2020.
A co w kraju? Pozostaje mieć nadzieję, że pisowskie programy takie jak Misiewicze+, Wyższe podatki+, Wdowy smoleńskie+, Ekshumacje+ oraz deportacja+ przeważą program 500+, zanim partia Kaczyńskiego całkowicie rozwali gospodarkę, wojsko, edukację i służbę zdrowia.


* Swobodne zapożyczenie z książki „Taniec kogutów”. Stanisława Broszkiewicza.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (10 votes cast)

Wielkie marzenie małego Jarka

Mały Jarek od dawna wiedział, czego chce. Jednak oprócz mamy i brata bliźniaka nikt go nigdy o to nie pytał. Dorosłego już Jarosława też nikt o to nie pytał. Jarosław bowiem nie był nikim ważnym. Wraz z bratem zaangażował się w działalność polskiej opozycji antykomunistycznej, jednak był po prostu jednym z wielu opozycjonistów. Nikim ważnym. Po wprowadzeniu stanu wojennego w 1981 roku oficer SB miał go rzekomo pytać o to, czy chce być internowany. Jarosław chciał, bo wszyscy ważni opozycjoniści zostali aresztowani i zamknięci w takich lub innych ośrodkach internowania. Ale oficer podjął inną decyzję, co świadczy, że Jarosław nie był nikim ważnym. Znany przywódca opozycji z tamtych czasów – Władysław Frasyniuk – twierdzi, że to oznacza coś jeszcze. Że Kaczyński przestraszył się i podpisał tzw. lojalkę. Tego się jednak nigdy nie dowiemy, ponieważ część ważnych dokumentów Służby Bezpieczeństwa trafiła do pałacu prezydenckiego, gdy prezydentem był Lech Wałęsa. Ważnymi współpracownikami Wałęsy byli wtedy bracia Kaczyńscy. Dziś Jarosław twierdzi, że to Wałęsa zniszczył lub ukrył część dokumentów. Jednak dziwnym trafem to o Jarosławie Kaczyńskim teczki esbecji milczą. Dokumenty zniknęły, czy nigdy ich nie było?
Dopiero w 1994 roku, gdy bracia Kaczyńscy zdążyli już wejść do krajowej polityki, znana dziennikarka Teresa Torańska zadała istotne pytanie Jarosławowi. Kim chciałby być? Trochę dziwne pytanie w stosunku do człowieka, który przekroczył już półmetek życia. Zwykle pyta się o to młodych ludzi, którzy dopiero wkraczają w dorosłość.

Ja bym chciał być emerytowanym zbawcą narodu. (…) Ja najbardziej chciałbym być szefem, silnej, bardzo wpływowej, współtworzącej albo tworzącej rząd partii. (Jarosław Kaczyński)

Silna partia, która tworzy rząd i silny przywódca. Pierwszym takim po wojnie był Władysław Gomułka. Objął władzę po tragicznym dla Polski okresie stalinowskim. Cieszył się niekwestionowanym poparciem mas, które miały nadzieję, że poprowadzi kraj w kierunku przynajmniej częściowej niezależności, zamiast dążyć do uczynienia z Polski siedemnastej republiki ZSRR. Uważano go początkowo za zbawcę ojczyzny zdeptanej przez radziecką dominację i bezwzględność ubeckich siepaczy. Po kilkunastu latach odszedł w niesławie, wyszydzany i znienawidzony. Okazał się tylko zacofanym i tępym partyjnym aparatczykiem, który pogłębił tylko kryzys ekonomiczny kraju.
Kolejnym po Gomułce był Edward Gierek. On również formalnie był tylko szefem partii, a w praktyce sprawował najwyższą władzę w państwie. W pewnym sensie Gierek reprezentował to, o czym marzył Jarosław. Był tylko przywódcą partii, a doprowadził do tego, że spotykali się z nim prezydenci i premierzy ważnych państw zachodnich. Przyjmowano go zgodnie z protokołem przewidzianym dla przywódców państw. Jednak Gierek również marnie skończył. O ile jakoś dawał sobie radę z budowaniem własnego wizerunku za granicą, to kompletnie nie miał pojęcia o ekonomii. Rządy Gierka skończyły się wprowadzeniem bonów na żywność.
Jaruzelskiego nikt już nie uważał za zbawcę ojczyzny. Wszyscy spodziewali się, że PRL runie, nie było tylko wiadomo, jak mocny będzie huk tego upadku. Paradoksalnie ten zarządca masy upadłościowej okazał się większym mężem stanu, niż się spodziewano.
Dziś już wiemy, że wielkie marzenie małego Jarka się spełniło. Choć nie tak całkowicie. Ważni przywódcy zachodnich państw nie chcą się z nim spotykać, choć wiedzą, że to on pociąga za sznurki. Rządzi za pomocą marionetek, które są na tyle bezmyślne, że chwilami budzi to zażenowanie nawet w nim samym. Nie może sobie nawet zażartować, bo istnieje niebezpieczeństwo, że któryś z totumfackich weźmie jego słowa na serio.
Jarek został wychowany w PRL, dla niego polityka ma wymiar dążenia do władzy absolutnej, wzorami są komunistyczni sekretarze z czasów jego młodości, wiedzy o ekonomii ma tyle samo, co oni. Jak długo potrwa zanim doprowadzi kraj do zapaści gospodarczej? I jak skończy emerytowany zbawca narodu?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.7/10 (10 votes cast)

Rok nie wyrok

Rok nie wyrok. Dwa lata jak dla brata. Tak mówiło dawne porzekadło, popularne w kręgach złodziejaszków w czasach PRL. W świetle tego, że jeden z oskarżonych w tzw. aferze mięsnej dostał karę śmierci, porzekadło miało swój głęboki sens.
Dziś mija rok od momentu, gdy swój pięcioletni wyrok zaczął odsiadywać Andrzej Duda. Klatka co prawda jest złota. Żyrandol, którego ma pilnować, kryształowy, ale wyłącznik znajduje się na Nowogrodzkiej w siedzibie najjaśniejszego cesarza PiS, Jarosława Kaczyńskiego. Kiedyś nawet pomyślałem sobie, że tak musiał się czuć Stanisław August Poniatowski ze świadomością, że jest królem malowanym, od którego nic nie zależy. Ale nie. To nie tak. Ostatniego króla Polski przeciwnicy nazywali „ciołkiem”, co niezbyt dobrze o nim świadczy, pomimo to trudno porównywać Andrzeja Dudę do niego. Poniatowski biegle znał kilka języków.
Jeśli się jednak dobrze przyjrzeć, można znaleźć pewne podobieństwa. Obaj byli tylko tytularnymi przywódcami Polski. Poniatowski całkowicie był uzależniony od swej byłej kochanki carycy Katarzyny, to ona uczyniła go królem i ona wymagała określonych działań, zaś on spełniał jej rozkazy. Duda został wyniesiony z trzeciego rzędu przeciętnych partyjniaków przez Jarosława Kaczyńskiego na stanowisko prezydenta Polski i odtąd wykonuje jego rozkazy. Poniatowski jednak parę razy się zbuntował. Jednym z momentów była próba ratowania państwa w okresie Sejmu Czteroletniego. Andrzej Duda zaś posłusznie wypełnia i będzie wypełniał polecenia Kaczyńskiego. O Stanisławie Poniatowskim rzec można, że pomimo swej słabości politycznej, usiłował dla kraju uczynić coś pożytecznego, choćby w dziedzinie sztuki i edukacji. Był postacią tragiczną. Andrzej Duda jest postacią śmieszną i żałosną, dzięki której Kaczyński może niszczyć Polskę.
Ostatni król Polski po abdykacji ostatnie swe lata przeżył na wygnaniu w hańbie i zapomnieniu. Andrzej Duda nie zasłużył na lepszy los.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.0/10 (9 votes cast)