Małpy

malpa1
„Wyborcza” dziś napisała z właściwym sobie profesjonalizmem o wpadce Google. To straszne, co za rasizm, jak tak można…

malpa2
A tutaj? Dyskryminacja ludzi w kapturach?

malpa3
A to ewidentny rasizm skierowany przeciw brodatym.

Od dawna miałem wrażenie, że świat współczesny kretynieje w zastraszającym tempie. Dziś wiem, że już skretyniał, co nie znaczy, że to koniec tego procesu.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)

Googleatura

O Google pisałem już kilkakrotnie. Także o tym, że Google zawładnęło istotną częścią internetu, niepostrzeżenie i bez protestów. Użyłem nawet porównania: „Biali osadnicy w Ameryce Północnej dawali Indianom whiskey za darmo.” Faktem jest, ze gdyby dziś nagle zniknęły wszystkie usługi Google, to spora część użytkowników komputerów nie miałaby po co włączać swoich maszyn.
Dziś jednak same pozytywy. Skoro Google nas wykorzystuje, to wykorzystujmy Google. Pod takim hasłem przygotowaliśmy z Jakubem prezentację na niedawnej konferencji KOPI w Kęsowie.
Staraliśmy się pokazać, że każdy – od amatora po profesjonalistę – może skorzystać z przydatnych usług i że nauczyciele powinni uwzględnić to w kształceniu informatycznym w szkołach – zarówno uczniów, jak i swoich współpracowników. Możliwości, jakie stwarza korzystanie z usług Google są ważne, bo z jednej strony dają sporo ciekawych narzędzi za darmo, z drugiej strony uniezależniają od maszyny i miejsca.
Dla przeciętnego użytkownika internetu, który planuje podróż bardzo przydatnym narzędziem są Mapy Google, z których można korzystać w oprogramowaniu Google Earth przygotowanym specjalnie przez firmę. A wśród ciekawych i przydatnych gadżetów niewątpliwie na czele jest Widok Ulicy, o którym też już pisałem.
Darmowa aplikacja Picasa jest dobrą alternatywą dla większości fotografów amatorów. Jest to program darmowy, który pozwala nie tylko na podstawową obróbkę i katalogowanie zdjęć, ale także na tworzenie albumów publicznych i prywatnych w serwisie Google.

Program Picasa

Program Picasa


Najpopularniejszą usługą jest Google Mail. Za darmo dostajemy kilka gigabajtów na pocztę i żadnych reklam, żadnego spamu, żadnych problemów z dostępnością poczty.
Częścią składową Google Mail jest Buzz. Wszyscy znają usługi Twitter lub Blip. Buzz jest czymś bardzo podobnym. Jego przewaga polega na tym, że nie tylko możemy informatyzować zainteresowanych krótkimi wiadomościami o naszej aktywności i dodawać linki. Buzz automatycznie zanotuje też naszą aktywność w albumach Picasa, na Twitterze, na blogu (jeśli używamy WordPressa) oraz aktywność na grupach dyskusyjnych, o ile używamy czytnika Google.
Nowy Buzz

Nowy Buzz


Na powyższym rysunku widać, że Buzz zanotował nowy tekst na mojej stronie – dodając nie tylko link, ale też rysunki i tekst. W ten sposób followers, czyli osoba sprawdzająca nasz Buzz, może przeczytać artykuł w całości.
Doskonałym narzędziem dla rozmaitych grup realizujących wspólne projekty jest Google Wave. Rozpoczynając tzw. nową falę, mamy do wyboru kilka przedefiniowanych możliwości.
Na początku

Na początku


Możemy w ten sposób przygotowywać spotkania, wycieczki, zrobić burzę mózgów, przygotować wspólny dokument. Trójdzielne okno aplikacji składa się z panelu nawigacyjnego, spisu „fal” i wybranego aktualnie zadania. Planując spotkanie, możemy wykorzystać mapy Google i ustalić dokładne miejsce, Picasę wykorzystać do umieszczania zdjęć, a poszczególni użytkownicy będą uzupełniać program.
Okno Google Wave

Okno Google Wave


Pisałem już wcześniej, że Google Analytics jest trudnym do przecenienia narzędziem, gdy chcemy wypromować własną stronę. Mając własną i dość popularną stronę można pokusić się o zarobki z reklam. Może nie będą one duże, ale pozwolą na sfinansowanie kosztów jej utrzymania, jeśli skorzystamy z Google Adsense.

Jak skojarzyć własną domenę z usługami Google (dokumenty, kalendarz, poczta, strony osobiste) Google, dowiemy się ściągając konspekt wykładu z Kęsowa. Należy kliknąć na obrazek poniżej i otworzyć plik PDF. Drugi plik to instrukcja dla użytkowników – jak skonfigurować własny program pocztowy.

Konfiguracja usługi GoogleMail

PDF 1


Konfiguracja programów pocztowych

PDF 2


Powyższy tekst jest z jednej strony streszczeniem, z drugiej rozwinięciem cyklu prezentacji „Googleatura” z konferencji KOPI w Kęsowie. W celach edukacyjnych warto podążyć za odnośnikami, które podałem w tym artykule, ponieważ zawierają inne nie zapisane tutaj wiadomości.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Podręcznik małego manipulatora

Nie. Nie będę pisać o polityce. Jeśli ktoś zwabiony tytułem, myślał że będzie o Kaczyńskim, Migalskim lub Bielanie, to się rozczaruje. Chcę napisać o swoim blogu, po dwóch miesiącach jego istnienia. Rozpoczynając pisanie, myślałem, że będę notował rozmaite przemyślenia, które może zainteresują moich bliskich, przyjaciół i znajomych. Z biegiem czasu, gdy sprawdzałem statystyki, byłem coraz bardziej zdziwiony.

Źródła wizyt

Źródła wizyt


Patrząc na źródła odwiedzin, zauważam, że dzielą się na prawie równe trzy części. Niektórzy odwiedzają mój blog bezpośrednio, zapewne do tej grupy mogę zaliczyć swoich znajomych, a ponieważ adres jest prosty, nie sprawia to nikomu kłopotów.
Sporo odwiedzin zaczyna się z odnośników na innych stronach, nie ukrywam, że linki dodałem w swoich sygnaturkach, więc nie ma niespodzianki. W tej grupie zapewne jest sporo odwiedzin jednorazowych. Potencjalni czytelnicy mogą sądzić, że znajdą coś o komputerach i są może nieco zawiedzeni.
Natomiast zaskoczeniem było to, ze prawie 1/3 odwiedzających dociera na stronę z wyszukiwarek. Oznacza to, że znajdują coś, czego szukali.
Pozory mylą

Pozory mylą


Paradoksalnie najczęściej wyszukiwaną fraza, która kieruje na moją stronę, to seks jest dobry na wszystko. Na dodatek w wynikach wyszukiwania to właśnie mój blog jest na pierwszym miejscu, a był to zaledwie tytuł małego felietonu o reklamie. Kilkadziesiąt osób się zatem rozczarowało, nie znajdując ani rozebranych pań, ani poradnika. Przepraszam, lecz nie obiecuję, że się poprawię.
Pozostałe zapytania dotyczą w większości bieżących moich komentarzy politycznych po katastrofie w Smoleńsku. Wyjątkiem jest fraza filozofia interfejsu – chyba pojawił się nowy trend na uczelniach informatycznych.
Najpopularniejsze teksty

Najpopularniejsze teksty


Naturalną rzeczą jest to, że główna strona otwierana jest najczęściej. Nawet stali czytelnicy otwierają adres podstawowy i czytają, co się pojawiło nowego. Ciekawe jest to, ze wśród czytanych tekstów na pierwszym miejscu jest ten o naszym bohaterze z Lufthansy, tym co to Niemcy go bili. Następnie są dwie prywatne kartki z pamiętnika, a potem już w kolejności różnej wszystkie teksty polityczne. Teksty pozostałe mają znacznie mniejszą popularność.
Teraz pora na wnioski. Jeśli chcecie założyć blog i zdobyć nim jakąś popularność, należy spełnić kilka podstawowych warunków. Po pierwsze – możliwie szerokie grono waszych znajomych musi umieć czytać. W tym miejscu serdecznie dziękuję swoim 🙂
Wielkim atutem jest umiejętność formułowania dobrych tytułów. Jednak nie należy się ograniczać do słowa seks, bo rozczarowani internauci będą stronę omijać szerokim łukiem.
Na koniec wreszcie rzecz najtrudniejsza, do tytułu trzeba dopasować treść, w taki sposób żeby wyszukiwarka Google zindeksowała to możliwie wysoko.
Pozycja w wyszukiwaniu

Pozycja w wyszukiwaniu


Gdy już opanujecie te sztuczki i uzyskacie przynajmniej sto odsłon waszej strony dziennie, możecie wystrugać medal z kartofla (tylko bez skojarzeń proszę) i nadać sobie tytuł małego manipulatora (mówiłem, żeby bez skojarzeń). Będziecie wówczas mieć podstawę do zrozumienia tego, jak robią to wielcy manipulatorzy.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Google rządzi

… Google radzi, Google nigdy cię nie zdradzi.
Hasło jak z Seksmisji, przyszło mi dziś do głowy, gdy oglądałem statystyki swojej strony. Stronami www zajmuję się od dziesięciu lat. Wykonując zlecenia dla firm lub osób prywatnych, czy pracując dla siebie zawsze korzystałem z takiej lub innej formy statystyk. Zwykle bardzo pobieżnych. Przeważnie każdemu starcza wiedza o tym ilu internautów zajrzało na jego stronę i ile razem było odsłon. Dzięki temu wiadomo mniej więcej, czy odwiedzający stronę zagłębiają się w jej treść.
Niekiedy korzystałem również z własnych rozbudowanych statystyk, które pozwalały także określić popularność poszczególnych tekstów i rozkład terytorialny. Jednak instalowanie i doglądanie własnych statystyk jest możliwe tylko wtedy, gdy mamy też własny serwer.
Do obserwowania tej strony zaprzągłem mechanizm Google Analytics. Jest to darmowa usługa, na dodatek bardzo skuteczna i zapisująca statystyki w wielu różnych aspektach. Jeśli ktoś zacznie z tej formy zbierania statystyk korzystać, zapewne nie będzie sobie już wyobrażał życia bez niej. Szczególnie wtedy, gdy naprawdę serio myśli o popularności własnej strony i podnoszeniu jej w rankingu.
Mnie jednak zainteresował dziś – po ponad miesiącu od założenia strony – czas spędzony przez odwiedzających na stronie. Do dnia dzisiejszego pojawiło się na stronie ponad 450 unikalnych odwiedzających. Odliczając przypadki niemożliwe do zidentyfikowania w ludzkim języku oznacza to ponad 400 żywych ludzi, którzy wpisali adres lub kliknęli odnośnik na innej stronie. Jednak wśród tych odwiedzających ponad 45% nie spędziło na stronie nawet pół minuty. Dalsze ponad 5% najwyżej koło minuty. Wniosek – ponad połowa odwiedzających wcale nie czyta tej strony, bo nie wyobrażam sobie, żeby potrafili coś przeczytać w kilkanaście do kilkudziesięciu sekund. Mówi się trudno. W końcu ja też trafiam przypadkiem na rozmaite strony, które szybko opuszczam, bo mnie nie interesują.
Jednak największa zagadka tkwi w czymś innym. Otóż statystyka podaje, że prawie 70% odwiedzających powraca na moją stronę po raz kolejny.
I w tym momencie robię minę jak minister Fotyga, gdy zadawano jej dowolne pytanie.

WTF

WTF


Prawie 20% ludzi wraca na stronę, której i tak nie czytają. Dziwny jest ten świat słusznie śpiewał Niemen. A tak poza tym pozdrawiam Poznań, Elbląg i Londyn, bo stamtąd pochodzi spora część odwiedzin. Obiecuję, że jak znajdę kolejne ciekawe informacje w obszernych statystykach Google, to się nimi podzielę.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Granice

W świecie internetu granic jak wiadomo nie ma, chyba, że mieszkasz w Chinach, wtedy pokazują ci się nawet w twoim komputerze. Nie tak dawno pisałem o pozornym buncie Google w Chinach. Była mowa o pogróżkach Google wobec chińskich władz w sprawie cenzury, którą – przypomnę – Google w Chinach stosowały od lat. Zacytuję zatem sam siebie:
Przypuszczam, że dla firmy z Mountain View jest to czysto biznesowa rozgrywka. Być może ma to zapewnić alibi na wypadek wycofania się z Chin, w których Google nie stało się potentatem. Przy okazji firma poprawi swój wizerunek wśród nieco naiwnych obrońców praw człowieka.
Dziś pojawiła się wiadomość, że oto Google przestają cenzurować chiński internet, choć pozostają w Chinach. Jedna wiadomość i same kłamstwa. Poszpiegujmy zatem trochę za pomocą prostych narzędzi dostępnych w komputerze.
> google.cn
Name: google.cn
Address: 74.125.95.160

Chińska strona Google ma numer IP 74.125.95.160, szukajmy dalej.
IP address: 74.125.95.160
Host name: iw-in-f160.1e100.net
74.125.95.160 is from United States(US) in region North America

Zatem chińska wyszukiwarka Google wcale nie jest w Chinach tylko w w USA. Jeśli wpiszemy w pasku adresu przeglądarki google.cn zostaniemy natychmiast przekierowani na google.com.hk.
Niby niewielka różnica. Hong Kong jest specjalnym obszarem administracyjnym należącym do Chin, ale do 2047 roku ma zagwarantowaną autonomię prawie we wszystkich sprawach, za wyjątkiem polityki zagranicznej i armii. W Hong Kongu nie ma cenzury, w Chinach jest.
Oryginalna chińska strona Google jest nadal dostępna po wpisaniu numeru IP. Jednak wyszukiwanie przekierowuje nas już na stronę ogólną www.google.com.
Czy zatem Google nie cenzuruje internetu? Należałoby pojechać do Chin i sprawdzić, co tam się dzieje po wpisaniu google.cn. Jedno jest pewne, Google nie wyprowadziło przeglądarki z Chin, bo ona nigdy tam nie była. Zaś teraz wszystko wskazuje na to, że dla całego świata chińska strona Google przeprowadziła się do Hong Kongu. Czy dla Chińczyków też? Poważnie wątpię.
A skąd się wzięły tytułowe granice? Zacząłem się zastanawiać, czy są jakiekolwiek granice kłamstwa i obłudy w działaniu ogromnych korporacji biznesowych. Wychodzi na to, że mamy świat bez granic – także – przyzwoitości. Czasami nienawidzę mieć rację.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Prywatność

Na jednym z komputerowych forów, na które zaglądam pojawił się wpis z nieco alarmującym tytułem: Should Google street view be banned? Konkluzja brzmiała: I think Google have gone too far with street view, what are your opinions?
Wiadomo, że od pewnego czasu Google oferuje w swych usługach tzw. widok ulicy*, który pozwala nam odbyć wirtualny spacer po nieznanych nam miejscach w innych miastach i innych krajach.

Camden Town w Londynie

Camden Town w Londynie


Rewelacja. Dzięki temu odwiedzając córkę w Londynie wiedziałem, że idąc do niej po drodze minę sklep rowerowy po lewej stronie, chińską restaurację, a gdy zobaczę kościół po prawej będzie to znak, że muszę skręcić w boczną uliczkę. Szedłem tymi ulicami tak, jak bym je już dobrze znał. Jednak nieznany mi osobnik na forum napisał: Czy widok ulicy w Google nie powinien być zabroniony? Czy Google nie posuwa się za daleko? Na zrzucie ekranu, który prezentuję, widać panią, która zmierza do bankomatu, inna kobieta stoi na skraju chodnika, nieco dalej idąca para osób. Może się zdarzyć, że ktoś zostanie uwieczniony wyglądając w szlafroku przez okno swojego domu lub podczas spaceru z kochanką. Zatem, czy nie jest to łamanie naszego prawa do prywatności?
Wbrew pozorom internet nie stworzył tego problemu. Już ponad 50 lat temu pisarz Jerzy Szaniawski zastanawiał się nad tym zagadnieniem. W piękny wiosenny dzień reporter gazety sfotografował mieszkańców dużego miasta. Zdjęcie ukazało się następnego dnia w gazecie. Na zdjęciu dzieci ze zdumieniem zobaczyły swego tatusia, ale nie z mamą, tylko z jakąś nieznaną panią pod rękę.
Inny przykład to relacja filmowa z meczu piłkarskiego. Operator filmuje podekscytowanych wrzeszczących kibiców. Robi zbliżenie twarzy pewnej pani, która w tym momencie wydaje mu się ucieleśnieniem emocji kibiców. Osoba ta później ogląda ten film, czuje się sponiewierana takim swoim wizerunkiem, na co dzień jest bowiem spokojna i stonowana w zachowaniach. Uważa, że ten wizerunek z meczu jest z gruntu fałszywy**.
Zatem problem istniał już wtedy, gdy o internecie nikt jeszcze nie marzył. Telewizja była w powijakach, a królowała zwyczajna staroświecka fotografia. Już wtedy można było spodziewać się, że wychodząc na ulicę tracimy pewną część naszej prywatności. Nadużyciem byłaby dopiero sytuacja, gdzie bez naszej zgody stalibyśmy się pierwszoplanowym obiektem fotografii czy kadru filmowego. Takie właśnie dwa przypadki rozważał Szaniawski w swoich opowiadaniach.
Mnie zdziwiło jednak coś zupełnie innego. Dlaczego nagle współcześnie ktoś odkrywa problem istniejący od chwili powstania fotografii? Mleko już się dawno rozlało. Kochani internauci, pozostawialiście swe ślady wszędzie gdzie się tylko dało, jak piesek, który obsikał każde drzewko w okolicy. Wasze konta na Twitterze, Facebooku i Naszej Klasie, wasze IP na forach, zdjęcia na Picasaweb lub Flickr.com – sami dobrowolnie zrezygnowaliście z prywatności, a teraz nagle się wściekacie, że Google zrobiło wam fotkę, gdy zaspani wyglądacie przez okno o poranku? A dzień wcześniej na Naszej Klasie oznajmiliście „Dzisiaj randka z moim misiaczkiem, będzie bzykanko” i mogło to przeczytać dwustu niby-znajomych na Śledziku?
Znaj proporcję mocium panie chciałoby się zawołać, jak Cześnik z Zemsty.


* Problemem są ostatnie dyskusje – głównie w USA – o prywatności naruszanej rzekomo przez zbyt dokładne zdjęcia.
** W sposób zupełnie swobodny relacjonuję tu zagadnienia rozważane w dwóch opowiadaniach z cyklu Opowieści profesora Tutki J. SZaniawskiego.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

Imperium zła?

Młodociani miłośnicy Linuksa, niedawno nawróceni neofici i gorliwi wyznawcy boga Free Software najczęściej piszą skrót nazwy Microsoft jako M$, używają zniekształceń w rodzaju Windose lub Winzgroza zamiast nazwy znanego systemu operacyjnego. Na komputery nalepiają sobie logo pingwina, choć bardziej by pasowała fotka Richarda Stallmana. Nie przeszkadza im to mieć na swoich komputerach WUPW (czyli wstydliwie ukrytą partycję Windows), bo przecież pograć czasem trzeba, a w Linuksie wiadomo – poza Tuxracerem to nędza.
Firma z Redmond stała się więc ogólnoświatową ikoną zła. Microsoft jest niemoralny, oszukańczy i podstępny. Nie zmieniają tego nawet miliardy wydawane przez Billa Gatesa na cele charytatywne. Najciekawsze jest to, że często dla kontrastu podaje się firmę Google, jako tę, która jest otwarta i prospołeczna, i podejmuje pozytywne działania na rzecz społeczności użytkowników.
Ostatnio o Google było głośno. Najpierw pojawiła się informacja, że Google przestaje cenzurować internet w Chinach. Miał to być wyraz sprzeciwu giganta internetowego wobec chińskiego rządu. Pojawiły się nawet zrzuty ekranów, które miały uwiarygodnić ten brak cenzury. Przyznam, że dałem się na to nabrać. Potem władze firmy ogłosiły, ze zamierzają wycofać się z Chin w związku z bezprecedensowym atakiem hakerów, którzy – jak podejrzewa Google – chcieli wykraść dane chińskich dysydentów.
Zatem jak to w końcu wygląda naprawdę?
Wiadomo, że do masakry na placu Tiananmen doszło w tym samym czasie, gdy w Polsce zwyciężała wolność. Zatem wpisałem do wyszukiwarki hasło po angielsku i oto wyniki.

Wynik wyszukiwania w google.pl

Wynik wyszukiwania w google.pl

Nietrudno zauważyć, że pierwsze wyniki dotyczą wydarzeń sprzed ponad 20 lat. Zatem spróbowałem wpisać to hasło w chińskiej wersji tej przeglądarki.

Wynik wyszukiwania w google.cn

Wynik wyszukiwania w google.cn

Nie ma tu nic o masakrze na Placu Niebiańskiego Spokoju. Same radosne linki turystyczne. Jeśli ktoś myślał, że Google nie cenzuruje wyników wyszukiwania w Chinach to był naiwny. Jeśli jakiś dysydent powierzał swoje dane Google, to był idiotą. Przypuszczam, że dla firmy z Mountain View jest to czysto biznesowa rozgrywka. Być może ma to zapewnić alibi na wypadek wycofania się z Chin, w których Google nie stało się potentatem. Przy okazji firma poprawi swój wizerunek wśród nieco naiwnych obrońców praw człowieka.
Jeśli Google inwestuje w rozwój oprogramowania Open Source, jeśli sprzyja rozwojowi Linuksa, to nie dlatego, że jest dobrą firmą w odróżnieniu od złego Microsoftu. Po prostu widzi w tym swój interes, a że pecunia non olet, to jedną ręką cenzuruje internet w Chinach, a drugą dokłada cegiełkę do wolności oprogramowania.
Zabawny jest bunt części użytkowników komputerów, którzy mówią o monopolu Microsoftu, a kompletnie nie zauważają swego uzależnienia od Google. System w komputerze łatwo zmienić. Spora część użytkowników używa głównie przeglądarki i zapewne łatwo by się przestawili z Internet Explorera na Firefoxa, Operę, czy Chrome. Natomiast gdyby jutro Google wyłączyło wszystkie swoje usługi, to znaczna część ludzi nie miałaby po co włączać komputera. Nie mieli by poczty, ani swojej galerii zdjęć z wakacji, nie skontaktowaliby się z przyjaciółmi, nie obejrzeliby kolejnej porcji filmów z Youtube, straciliby dokumenty, nie zobaczyliby prognozy pogody…
To dopiero jest monopol.
Wiadomo, że Microsoft każe sobie słono płacić za system operacyjny i programy, nawet zmiana wyglądu pulpitu (tzw. skórki) z założenia miała być płatna, niektórych rzeczy nie wolno i już. To jest oprogramowanie własnościowe. Google daje wszystko za darmo, zachęca miliony użytkowników do stworzenia społeczności. Tysiące ochotników produkują nowe wtyczki do Chrome, nowe dodatki ułatwiające korzystanie ze spersonalizowanej wersji wyszukiwarki, nowe funkcje do Picasy, a obecnie testują nowy system operacyjny, który kiedyś być może stanie się popularny.
Biali osadnicy w Ameryce Północnej dawali Indianom whiskey za darmo.
Smacznego!

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)

Stallman, ty idioto

Richard Stallman to jedna z najbardziej znanych postaci ze świata Open Source. Zarazem też postać najbardziej kontrowersyjna. Pierwszy raz usłyszałem jego wypowiedzi w znanym filmie Hannu Puttonena „The Code”. Stallman porównuje tam oprogramowanie z przepisami kulinarnymi. Mówi o tym, że lubimy zmieniać coś w przygotowywanych potrawach i zapraszać przyjaciół, a także dzielić się swoimi pomysłami.
Wyobraź sobie teraz świat, w którym nie można nic zmieniać… Wyobraź sobie, że jeśli podzielisz się przepisem z przyjaciółmi, nazwą cię piratem i spróbują wsadzić do więzienia na całe lata.
To ma sens, pomyślałem wówczas.
Od chwili, gdy zacząłem używać komputera minęło już ponad piętnaście lat. Mój stosunek do oprogramowania zmieniał się przez te lata. Jak większość, zaczynałem, nie odróżniając komputera od oprogramowania. Podobnie jak inni przeszedłem też okres nieświadomego używania programów bez zastanawiania się, skąd one pochodzą. Potem zacząłem zdawać sobie sprawę, że oprogramowanie jest towarem sprzedawanym tak samo jak masło, czy telewizor. W epoce przedinternetowej mało kto się jednak przejmował kwestią kopiowania i samodzielnego powielania programów, nie tylko w Polsce.
Zanim jeszcze mogłem mieć swój pierwszy komputer, nastąpiły się w informatycznej rzeczywistości dwa zdarzenia. Jedno jest mi doskonale znane. W 1991 roku Linus Torvalds opublikował kod pierwszej wersji Linuksa. System został opublikowany na zasadach Open Source. Dużo wcześniej, bo w roku 1976, inny młody człowiek – Bill Gates pisze tzw. otwarty list „do hobbystów”. Krytykuje w nim otwarty dostęp do kodu i ma pretensje do wszystkich, którzy wykorzystali bezpłatnie program jego autorstwa, ponieważ – uważa – w ten sposób go okradli.

źródło: Wikipedia

Linus Torvalds

Będąc przez wiele lat użytkownikiem Windows, zrozumiałem wreszcie, że ten system i spora część programów do niego kosztuje. I są to takie kwoty, na które mnie nie stać. Na dodatek używany przeze mnie system nie spełniał moich oczekiwań – był zawodny, niestabilny i niewydajny. Dlatego już ponad 10 lat temu szukałem alternatywy. „Podejść” do Linuksa miałem kilka. Za każdym razem system podobał mi się coraz bardziej, ale też za każdym razem znajdowałem problemy z działaniem sprzętu, których nie potrafiłem rozwiązać. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, ze przyczyną są utajnione specyfikacje techniczne, które nie pozwalają na napisanie sterowników. Wreszcie jednak nastąpił ten moment, gdy wszystko zaczęło działać prawidłowo i z ulgą mogłem zrezygnować z Windows.
Zaoszczędziłem sporo pieniędzy (bo dziś używanie pirackiego oprogramowania byłoby raczej niemożliwe) i nerwów (nie oczekuję wizyty policji i BSA o szóstej rano).
Wtedy też poznałem istotne dla rozwoju wolnego oprogramowania postaci – Linus Torvalds, czy Richard Stallman. Wolne oprogramowanie jest wolne w znaczeniu „zapewniające wolność decyzji” i wcale nie musi oznaczać, ze jest darmowe. Czasem trzeba zapłacić własnym czasem, a czasami pieniędzmi. Używając Linuksa do wszystkiego, prędzej czy później musiałem się też zetknąć z oprogramowaniem zamkniętym. No bo jak tu czytać PDFy, nie używając najpopularniejszego czytnika. Lub jak obejrzeć filmy na Youtube bez wtyczki do przeglądarki. Zdarzyło mi się też kilkakrotnie kupić programy zamknięte działające w Linuksie. Wtedy też zacząłem uważać Stallmana za maniaka opętanego przez idiotyczną ideę walki z zamkniętym oprogramowaniem. Liberalne podejście do współistnienia programów otwartych i zamkniętych wydawało mi się odpowiednie. Po pierwsze nie wyobrażałem sobie życia bez pewnych zamkniętych formatów plików, po drugie denerwowały mnie problemy z pozyskaniem zamkniętych dodatków w niektórych ideologicznie zorientowanych dystrybucjach Linuksa.
W tym samym mniej więcej czasie, gdy Linus Torvalds opublikował Linuksa, Bill Gates napisał:
Gdyby ludzie zrozumieli jak otrzymywać patenty w momencie, kiedy większość dzisiejszych pomysłów była wymyślana i zrobiliby to, dzisiejszy przemysł stanąłby w miejscu. Rozwiązaniem jest wymiana patentowa z innymi dużymi firmami oraz patentowanie najwięcej jak tylko zdołamy. (notatka służbowa „Wyzwania i Strategie”, 16 maja 1991 r.)
O co w tym wszystkim chodzi zrozumiałem znacznie później. Problem patentów i łatwości ich otrzymania istnieje i najlepszym jego przykładem jest słynna sprawa opatentowania koła w Australii*. W komputerowym światku dość powszechne są żarty z opatentowania podwójnego kliknięcia. Jednak w pewnym momencie okazało się, że wcale nie jest wesoło. Całkiem niedawno okazało się, że taktyka „patentować wszystko, co na drzewo nie ucieknie” miała swój cel. Celem podstawowym była próba zablokowania możliwości rozwoju innych systemów, a celem zapasowym możliwość straszenia patentami lub pozywania firm związanych z Linuksem. Jest to temat-rzeka i kiedyś jeszcze o tym napiszę. Tymczasem jednak wróćmy do Stallmana. W pewnym momencie jego szaleństwo zaczęło wyglądać zupełnie inaczej w świetle działań firm takich jak SCO i Microsoft.

źródło: Wikipedia

Richard Stallman

Co też takiego Stallman wymyślił obecnie, że znów zaczynamy zajmować się jego idee-fix? Otóż Richard Stallman ogłosił 4 maja dniem sprzeciwu wobec DRM.
DRM jest to w skrócie elektroniczny system zarządzania prawami do treści multimedialnych. Został zaimplementowany w systemie Windows. Działa to tak, że chcąc odtworzyć plik muzyczny w Windows Media Player, musimy wpisać odpowiedni klucz w wyskakujące okienko, klucz ten otrzymamy kupując zabezpieczony przez DRM plik. Co w tym złego? Ano po pierwsze znacznie ograniczy to ilość urządzeń na których odtworzymy swój plik. Ponadto może okazać się, że sprzedawca w wielostronicowej umowie „małym druczkiem” zapisał, że ten plik mamy prawo sobie przesłuchać maksymalnie 10 razy.
Jednak chciałbym się skupić na innym zagrożeniu. Koncerny medialne walczą od dawna wspólnie z firmą Microsoft o obowiązkowe wprowadzenie DRM. Oznaczałoby to w praktyce wymusza stosowanie DRM. Urządzenie bez DRM byłoby złamaniem prawa. Każdy producent telewizora, odtwarzacza wideo lub muzycznego musiałby odpowiednio zabezpieczony mechanizm sprawdzania praw dodać do swojego urządzenia. Używanie starego dvd-playera bez DRM zapewne byłoby przestępstwem**. Producenci, rzecz jasna, doliczyliby sobie koszty DRM do ceny sprzętu. I rzecz jasna oznaczałoby to, że koszty całkowite wprowadzenia DRM poniósłby końcowy użytkownik. Nie kupiłby już taniego odtwarzacza, zapewne nie mógłby na komputerze używać oprogramowania Open Source,a jakakolwiek próba przełamywania zabezpieczeń byłaby karalna. Na dodatek poszerzyłoby się pojęcie „cyfrowego wykluczenia” – wszystkie urządzenia z DRM musiałyby być podłączone do sieci. Jakoś te wszystkie tajne klucze trzeba sprawdzać. Nie masz internetu, nie obejrzysz filmu. Na dodatek firmy medialne zyskałyby niesamowite narzędzie kontroli. Wiadomo byłoby ile razy klient film obejrzał, gdzie to robił, na jakim sprzęcie,a w niedalekiej przyszłości również – w jakim towarzystwie. Jeśli komuś w tym momencie przypomniał się „1984” Orwella, to niebezpodstawnie. Jednak w czarnych wizjach pisarzy totalna kontrola kojarzyła się zwykle z politycznym systemem totalitarnym. Wydaje się nam zatem, że skoro groźba systemu totalitarnego nie wisi nad nami, jak miecz Damoklesa, to jesteśmy już bezpieczni w naszej wolności. Otóż nie! W imię swoich zysków koncerny medialne chętnie ograniczą naszą wolność i na domiar złego nie obchodzi ich kogo wezmą za pysk – lewicę, czy prawicę.
Kilka dni temu przeczytałem, że córka znanego pisarza grozi pozwem sądowym każdemu, kto będzie pisał o związku filmu „Różyczka” z życiem jej ojca. Wynika z tego, że rości sobie prawa nie tylko do spuścizny literackiej tatusia, ale też do jego życia. Może miałaby ochotę je opatentować.
W Europie na szczęście nie obowiązują patenty na oprogramowanie, ale wspólnota w tym zakresie wciąż jest atakowana przez USA. Zaś patentowanie rozwiązań programowych jako żywo zbliża się do patentowania samych pomysłów, co w Ameryce miało już miejsce. Rykoszetem uderzyło to także w firmy potężne, bo na przykład 30 lat temu malutka firma z Kalifornii opatentowała pomysł wyświetlania obrazu 3D na ekranie monitora. W tamtym czasie było to niemożliwe i firma nie miała pomysłu „jak”. Wykoncypowali, ze kiedyś to będzie możliwe, a oni nie wkładając w to ani pieniędzy, ani pomysłu, ani pracy – zarobią spora kasę.
Jeśli ktoś nadal ma jeszcze wątpliwości co do bezsensu patentowania pomysłów, to niech zastanowi się, co byłoby gdyby Daniel Defoe opatentował formę powieści. A może zastanówmy się komu powinno przysługiwać prawo patentu na nowelę i dlaczego w tej sytuacji nie powstałyby nowele Sienkiewicza, Prusa, Orzeszkowej, Konopnickiej lub Dąbrowskiej. Albo Lord Byron opatentowałby wierszowany dramat romantyczny i Adam Mickiewicz za napisanie Konrada Wallenroda poszedłby siedzieć.
Nie wiem jak wy, ale ja do protestu przeciw DRM się dołączę. Choćby po to, żeby później po latach, oglądając zabezpieczony DRM film, który przestanie grać, bo właśnie padło połączenie z internetem, nie krzyknąć: „Stallman, ty idioto***, czemu wówczas mnie nie przekonałeś.

* Nie wnikam w szczegóły tej sprawy celowo. Nie zamierzam rozdmuchiwać pomyłki głupiego urzędnika i wiem, że w tym wypadku nie chodziło o prawdziwy pełnoprawny patent. Jednak mechanizm jest oczywisty.
** Piszę o hipotetycznej sytuacji, gdy lobby medialne wygrało i ustawodawstwo wszystkich krajów wprowadziło DRM.
*** To zawołanie w tytule i w końcowym fragmencie tekstu pochodzi z jakiejś wirtualnej polemiki ze Stallmanem w internecie, niestety nie potrafię znaleźć dziś pierwowzoru. Mam nadzieję, że autor okrzyku go nie opatentował.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.7/10 (6 votes cast)