Cudze dzieci uczyć

W akcie fundacyjnym Akademii przez siebie założonej Jan Zamojski napisał: Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie. Mylnie te słowa potem przypisywano Fryczowi Modrzewskiemu, blisko dwieście lat później Stanisławowi Staszicowi, który również położył wielkie zasługi na niwie edukacji. A myśl Zamojskiego, choć krótka, jest ważna i prawdziwa, i taką też pozostała do dziś. Tak się jednak składa, że od czasu do czasu za edukację biorą się nieuki i wtedy robi się groźnie, choć nie dla teraźniejszości, ale przyszłości naszej.
Pewien znajomy doktor przekonywał mnie kiedyś, że praca nauczyciela i wychowawcy jest podrzędna i mało istotna w społecznej drabinie ważności. Cóż bowiem taki nauczyciel, pogada ze czterdzieści minut, obecność sprawdzi, pracę domową zada. Jakiż to wysiłek i jakaż odpowiedzialność? On, lekarz ma ludzi jako materię swej pracy, leczy ich, uzdrawia i od jego uwagi i wiedzy zależy często, czy człowiek żyć będzie, czy śmierć położy kres dalszemu jego losowi. Powiedziałem mu wówczas: Drogi doktorze, jeśli zdarzy ci się spartaczyć twą pracę, stanie się niewątpliwie rzecz tragiczna, człowiek straci życie, płakać po nim będą bliscy. Jednak po roku lub dwóch niepamięć przykryje to wydarzenie. Czas – mówią – leczy rany. Gdy ja swą pracę lekce potraktuję i wypuszczę w świat głuptaków, nierobów i niedouczonych ignorantów, to oni tacy w świat pójdą. Będą z nich niedouczeni lekarze posyłający ludzi do piachu, będą niedowarzeni inżynierowie, którzy będą konstruować zawalające się mosty, będą rodzice nieradzący sobie z pociechami. I te dowody mojej fuszerki będą po tym świecie chodzić przez lat kilkadziesiąt, często jeszcze wtedy, gdy ja spokojnie trawkę od spodu będę wąchał.
Ludzie z mojego pokolenia, stając się nauczycielami, mieli różne, pchające ich do tego zawodu, motywacje. O swoich kiedyś pisałem i dziś już powtarzać tego nie będę. Jednak nie trafiali do tego zawodu ludzie kochający pieniądze, bo bogactwa w szkole nikt się dorobić nie mógł. Zawieraliśmy jednak wtedy z państwem pewną dość specyficzną i w zasadzie niepisaną umowę. My będziemy pracować najlepiej, jak potrafimy, a państwo będzie nam płacić najmniej, jak tylko może. Za to będziemy mieli prawo do wcześniejszej emerytury po trzydziestu latach pracy, bo jest to profesja, jak mało która, powodująca wypalenie zawodowe. A nauczyciel wypalony, byle jaki, to nic dobrego. Niektórzy z moich kolegów i koleżanek nie doczekali się tej wcześniejszej emerytury, bo nowe państwo, które pojawiło się na miejscu tego starego, powiedziało: a kuku, jest demografia i niż, i trzeba wiek emerytalny podnieść. Szkoda tylko, że nikt nie pomyślał o podniesieniu tych zaległych pensji sprzed trzydziestu lat.
Jednak nie czas żałować róż, kiedy płoną lasy. Przysłowia są rzekomo mądrością narodów. Polska podjęła trudne reformy, trzeba było zaciskać pasa. Przez lata tak się składało, że każdemu kolejnemu rządowi najlepiej się zaciskało pasa na nauczycielskich brzuchach. By być sprawiedliwym, dołączano też do tego zaciskania brzuchy pielęgniarek i reszty budżetówki. Po latach takiego zaciskania pierwszy rząd, który zauważył, że nauczycielom bliżej jest do zasiłków niż średniej krajowej, zdecydował się wreszcie zrewaloryzować ich płace. Był to rząd Donalda Tuska, podwyżki płac wyniosły wtedy ponad 40%, choć do średniej krajowej nadal było daleko. Nie jestem wprawdzie pewien czy ktokolwiek jeszcze o tym pamięta, gdy obecna ministra od edukacji, świecąca równym garniturem 42 zębów z białej porcelany, oznajmia, że dba o nauczycieli, albowiem przewidziała dla nich podwyżki od 30 do 60 złotych miesięcznie, co stanowi w najlepszym wypadku jakieś 2,5% dotychczasowych poborów. Pięknie, jaka łaskawa pani.
Jednak to nie o pensjach dziś chcę pisać, ale o znacznie poważniejszym niszczeniu polskiej edukacji. Dziecię moje, studiując w Albionie, wiele lat temu zauważyło, że tam studenci są młodsi, bo edukację dzieci zaczynają w wieku sześciu lat. Czy polskie dzieci są głupsze od reszty europejskich dzieci? Na razie jeszcze nie, ale niedługo może już będą. Pierwszą, tragiczną dla przyszłych pokoleń, decyzją nowej władzy było cofnięcie sześciolatków z powrotem do przedszkoli. Rzekomo dano wybór rodzicom, lecz było to perfidne kłamstwo. Będzie mógł się o tym przekonać każdy z rodziców, który by chciał sześciolatka posłać do szkoły.
Jeszcze gorszą decyzją było pospieszne, ze względów czysto politycznych, rozpoczęcie likwidacji gimnazjów. Nie można tego nazwać reformą, ponieważ jest to po prostu likwidacja wcześniejszej reformy edukacji tworzącej gimnazja. Inaczej mówiąc, jest to deforma. Czasem odnieść można wrażenie, że wszystkie działania obecnej władzy są spełnianiem marzeń podstarzałego miłośnika kotów, który mentalnie zatrzymał się w gomułkowskiej siermiężnej rzeczywistości lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. To dla niego przygotowuje się nową – starą Polskę, aby się czuł, jak u siebie. Mam koszmarne przeczucie, że Kaczyński jest jak owa Urszulka Kochanowska z wiersza Leśmiana, która znalazła się w niebie i Bóg spełnił jej życzenie.

Uśmiechnął się i skinął – i wnet z Bożej łaski
Powstał dom kubek w kubek, jak nasz – Czarnolaski.
I sprzęty i donice rozkwitłego ziela
Tak podobne, aż oczom straszno od wesela!

Po przeczytaniu wypowiedzi wodza, który doceniał w jednym z wywiadów osiągnięcia radzieckiej edukacji, zbudowanej po rewolucji od zera i z niczego, boję się, że następnym krokiem będzie wprowadzenie dziesięciolatki, а потом в институт. Niestety nie ma bezkarnego powrotu do krainy dzieciństwa. Świat się zmienił, a szkoła gomułkowska była fatalna edukacyjnie i nastawiona głównie na indoktrynację młodego pokolenia. Gdy Polacy zrozumieją w końcu pustkę i kłamstwa „dobrej zmiany”, gdy odsuną to stado oszołomów od władzy, zapewne zajmie kilka lat przewracanie równowagi ekonomicznej. Dłużej potrwa przywracanie Polsce odpowiedniej pozycji na arenie międzynarodowej. Jeszcze dłużej naprawianie prawa. Ale przywrócenie dobrego systemu edukacji potrwa przynajmniej ćwierć wieku, a skutki złej edukacji nawet sto lat. A raz już przecież Polacy widzieli, do czego zmierza ekipa Kaczyńskiego i jakie ma zakusy. I tak dochodzimy do kolejnego cytatu, jednego z naszych wielkich przodków. Czemu ich słuchać nie potrafimy? Nie bez powodu obawiał się Jan Kochanowski, tej naszej odporności na rozum.

Nową przypowieść Polak sobie kupi,
Że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.5/10 (17 votes cast)

Hej ho, hej ho, do szkoły by się szło

Prezydent Duda zaproponował pytanie referendalne:

„Czy jest Pan/Pani za zniesieniem powszechnego ustawowego obowiązku szkolnego sześciolatków i przywróceniem powszechnego ustawowego obowiązku szkolnego od siódmego roku życia?”

Uzasadnieniem jest jego zdaniem prawo do decydowania przez rodziców o kwestiach kształcenia swoich dzieci. A zatem dlaczego siedem lat, a nie osiem? Dlaczego miliony emerytów, których dzieci są już dawno dorosłe, mają decydować o tym, kiedy kolejne pokolenie Polaków pójdzie do szkoły?
pis2
Rzeczniczka PiS, na którego wniosek postawiono to pytanie, twierdzi, że dziecko musi być gotowe emocjonalnie i to rodzice wiedzą najlepiej, kiedy posłać je do szkoły. A jak rodzice zdecydują, że w wieku 10 lat? Czy wyobrażamy sobie pierwszą klasę podstawówki, w której będą dzieci – powiedzmy – od sześciu do dziesięciu lat? Oczywiście, że nie. Państwo jest zobowiązane zorganizować edukację i zgodnie z najlepszą obecną wiedzą ustalić jej zasady i ramy. Rzecz jasna, mogą być wyjątki. Jednak całość edukacji nie może składać się z wyjątków.
pis1
Jeszcze w 2005 roku politycy PiS uważali, że obecny trójstopniowy system kształcenia jest dobry, a wiek szkolny należy obniżyć do sześciu lat. Obecnie uważają, że należy tę kwestię przegłosować w referendum, zaś Andrzej Duda w kampanii przebąkiwał o przywróceniu poprzedniego systemu edukacyjnego (likwidacja gimnazjów). Czy prezydent Duda i PiS skłonni byliby odpowiedzieć, co się takiego zmieniło wokół, że oni zmienili zdanie? Niestety nigdzie nie znajdziemy odpowiedzi na to pytanie. Poza faktem, że to dziś rządząca Platforma wprowadziła obniżenie wieku szkolnego do sześciu lat i również jest za pozostawieniem dotychczas obowiązującej struktury szkolnictwa.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.5/10 (6 votes cast)

Za darmo

 

Gdy zaczynałem swą edukacją na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku w kartonowym tornistrze miałem elementarz, książkę do matematyki, dwa zeszyty ćwiczeń, zwykłe zeszyty w linię i w kratkę oraz drewniany piórnik. Cale to szkolne wyposażenie grzechotało głośno podczas, gdy szedłem do szkoły, ale na pewno nie było ciężkie*.
elementarz
Elementarz był używany, podobnie jak większość podręczników w następnych klasach. Na nowe książki dostawało się talony do księgarni, a tych zawsze było niewiele i dostawali je tylko niektórzy. Kolejne pokolenia uczniów odkupywały książki od starszych roczników. O podręczniki należało dbać. Za poplamioną lub pobazgraną książkę można było dostać po łapach. Okładało się książki w szary papier, a w nieco późniejszych czasach pojawiły się plastikowe okładki na książki. Uczniowie nosili też mundurki. Były one w niebieskim lub granatowym kolorze. Rodzice kupowali książki, zeszyty, mundurki i inne szkolne przybory. Nie było to wcale tanie, ale też nie rujnowało domowego budżetu. Uczeń klasy ósmej miał już koło dziesięciu podręczników i tyleż zeszytów, więc podręczniki używane były istotną potrzebą biedniejszych rodziców.

Podręczniki darmowe pojawiły się w latach osiemdziesiątych. Ich właścicielem była szkoła, uczeń je tylko wypożyczał, a żywotność książek wyliczano na trzy lata. Z tym było wiele problemów, ponieważ niektóre książki były fatalnie wykonane i same się rozpadały po paru miesiącach. Trudno było wyegzekwować opłaty za zniszczone podręczniki. W rezultacie bibliotekarze kombinowali jak mogli, by żywotność tej makulatury za wszelką ceną przedłużyć do trzech lat. Rodzice płacili jedynie za zeszyty ćwiczeń, ale te stawały się coraz ważniejsze w nauczaniu początkowym, więc wydatki w pierwszych trzech latach nauki nie były wcale tak małe. Sukcesy gospodarki niedoboru w latach osiemdziesiątych spowodowały zniknięcie mundurków. Nie można było ich wymagać, ponieważ kupno kawałka niebieskiej tkaniny graniczyło z cudem. Ujemnym efektem wprowadzonej wówczas polityki były problemy z terminowością wydawania podręczników i wzrost postaw roszczeniowych wobec szkoły, które istnieją do dziś, a wyrażają się w w prostym: „jeśli szkoła wymaga, to niech szkoła da”. Od roku 1989 często można się zetknąć z sytuacją, gdy uczeń podręcznika nie ma wcale albo ma zupełnie inny, często pochodzący sprzed kilkudziesięciu lat, raczej po mamie niż starszym rodzeństwie, a uzasadnienie jest proste: „nie mam pieniędzy”. Brak pieniędzy na podręczniki nie oznacza braku pieniędzy na najnowszy model telefonu dla ucznia lub samochodu dla taty. Nie zamierzam przez to negować faktycznie istniejącej biedy, ale zwracam uwagę, że istnieje tez specyficzna „bieda szkolna”.

Dziś faktycznie szkolna wyprawka pierwszoklasisty kosztuje sporo. Podręczniki nie są najbardziej kosztowną pozycją. Zmiany w sposobie nauczania spowodowały, że od lat najbardziej kosztowne są zeszyty ćwiczeń. Są one z założenia jednorazowe, bowiem w nich się pisze, wkleja i wycina, więc nie da się ich używać przez wiele lat. Są atrakcyjne, kolorowe i drukowane na dobrym papierze, więc drogie. Pierwszoklasiście nie wystarczy też jeden elementarz. Podstawowy zestaw to książka do matematyki, języka polskiego i środowiska, do tego jeszcze podręcznik języka obcego i katechizm na lekcje religii. W związku z tym powstaje pytanie, który z tych podręczników ma być darmowy zgodnie z zapowiedziami premiera Tuska i minister Joanny Kluzik-Rostkowskiej?
Jeden z moich znajomych orzekł, że na pewno będzie to katechizm. 😉

Pomysł darmowego podręcznika do pierwszej klasy jest durny i populistyczny. Po pierwsze, od dawna nie ma jednego podręcznika w pierwszej klasie. Po drugie nie da się go wydać do września 2014, bo podręcznik należy przetestować przez rok, bez testów będzie to knot. Po trzecie, podręcznik nie zamyka sprawy wysokich kosztów wyprawki pierwszoklasisty. Po czwarte, edukacja nie kończy się na pierwszej klasie. Można by jeszcze długo wyliczać wady tego pomysłu.
Edukację na pewno należy zacząć powoli i sukcesywnie reformować zaczynając od pierwszej klasy. Jednak najpierw należy zadać sobie pytanie czy sześciolatek musi spędzić w szkole 27 godzin tygodniowo? Czy musi być pierdylion niepotrzebnych gadżetów edukacyjnych? Czy nie należy odchudzić programu edukacyjnego? Zmiana podręczników będzie prostą konsekwencją dużo ważniejszych zmian.
A pierwszym krokiem powinna być zmiana debilowatych specjalistów od public relations na specjalistów od edukacji wśród doradców premiera.


* Dokładniej opisałem to tutaj.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Biblioteka w pudełku

Książki kochałem od małego*. Wychowywałem się w domu pełnym książek. Choć długo nie było w nim telewizora, to na półkach biblioteczek książek były tysiące. W domach kolegów za szkłem stały kryształy i zastawy stołowe z porcelany, w moim książki. Ten dziwny zwyczaj gromadzenia książek przejąłem od rodziców i z uporem kontynuowałem przez wiele lat. Były jednak momenty, gdy swą książkomanię kląłem strasznie, a były to chwile przeprowadzek, których los mi nie oszczędził. Kolejne przeprowadzki spowodowały, że zachowałem tylko najważniejsze książki. Stopniowo pozbywałem się pieczołowicie zbieranych czasopism, potem literatury beletrystycznej, wreszcie pozycji naukowych i popularno-naukowych. Powędrowały sobie do znajomych, a także do rozmaitych bibliotek. Ostatnia przeprowadzka (sądzę, że była ostatnia) pozbawiła mnie większości zbieranych książek i zaowocowała postanowieniem, że książek już zbierać nie będę. Kupuję je wciąż, ale po przeczytaniu natychmiast wystawiam na sprzedaż. Wyjątkiem są tylko te, do których mam zamiar wracać, a jest ich niewiele. Do niedawna jednak byłem wciąż wyjątkowo konserwatywnie i niechętnie nastawiony do wszelkich cyfrowych postaci książek.

kindle-box

To umiłowanie tradycyjnych papierowych książek było chyba jedynym już bastionem mojego technicznego zacofania, ponieważ z resztą cyfrowych zasobów ludzkiej twórczości daję sobie radę dość nieźle. W końcu przyszła koza do woza, a dokładniej Kindle do Belfra. Wybrałem coraz trudniej dostępną wersję z klawiaturą oraz łącznością 3G. Ta wersja ma dostęp do internetu zawsze, nawet, gdy jesteśmy poza zasięgiem sieci wi-fi i działa w większości krajów na świecie bez żadnych opłat, choć z dużym ograniczeniem (50 MB miesięcznie). Pozwala to przeczytać wiadomości, odebrać i wysłać maile i rzecz jasna ściągnąć sobie coś do czytania.

kindle-wifi

Czytnik bardzo łatwo skonfigurować we własnej sieci radiowej, co znacznie ułatwia ewentualne przesyłanie książek i czasopism do urządzenia. Klawiatura ułatwia korzystanie z internetu, a dodatkowym gadżetem jest możliwość słuchania muzyki z plików mp3. Odtwarzacz mp3 jest prymitywny i ma jedynie funkcję „graj” i „nie graj”, ale „z braku laku dobry kit”. Odtwarzacz ma też zastosowanie do audiobooków (raczej mało przydatna funkcja), potrafi też głośno czytać anglojęzyczne teksty, co czasem dla Polaka może być przydatnym dodatkiem.

kindle-txt

Czytanie elektronicznej książki na czytniku z elektronicznym papierem nie różni się wiele od czytania książki papierowej. Zrozumiałem to, gdy lektura właśnie zakupionej książki Janusza Zajdla wyłączyła mnie ze świata realnego na cały dzień. Papierowe książki też miały tę właściwość. Czytając, zapomniałem o otaczającym mnie świecie, na obiad zjadłem byle co, zapomniałem włączyć pranie i nawet nie pomyślałem o zmyciu naczyń. Zaledwie w parę dni w pełni się przekonałem do czytnika.

kindle-img

Pamiętam kolejne obietnice polityków o wyposażaniu uczniów szkół wszelakich, a to w laptopy, a to znów w tablety. Zawsze uważałem, że to pomysł idiotyczny. Przede wszystkim nie należy niczego dawać za darmo. Jednak pomyślałem sobie, że mogłaby zostać dla uczniów przygotowana specjalna wersja czytnika e-booków**. Rodzice płaciliby za urządzenie, a Ministerstwo Edukacji dałoby uczniom podręczniki. Skończylibyśmy od razu z ciężkimi tornistrami, które ledwo dźwigają pierwszoklasiści. Uczeń miałby wszystkie podręczniki w jednym lekkim urządzeniu, a oprócz tego potrzebowałby jedynie zeszytów. Kindle wyświetla obrazki i zdjęcia w szesnastostopniowej skali szarości. Nie jest to rewelacja, ale wystarczy do pomocniczych ilustracji, zaś w szkole nauczyciele mają do dyspozycji nowoczesne komputery, rzutniki i ekrany, więc multimedialnych treści nie zabraknie.

kindle-online

Szukając książek szybko znalazłem dwa ciekawe serwisy: bookini.pl oraz wolnelektury.pl – jest do nich sympatyczny gadżet, który widać na zdjęciu powyżej. Serwisy można przeszukać na Kindle i od razu ściągnąć książkę, która nam się spodoba. W ten sam sposób można zbudować bazę lektur dla uczniów, które ściągaliby na swój czytnik, gdy będą im potrzebne. Zapłaciłoby MEN, bo przecież dziś i tak płaci się za książki do szkolnych bibliotek, a koszt przy skali ogólnokrajowej i jednym scentralizowanym zakupie nie przekroczyłby zapewne sumy jednocyfrowej nawet dla znanych bestsellerów.
Kindle zawiera też słownik angielski, a bardzo łatwo zastąpić go słownikiem polskim PWN. Czytniki sprzedawane uczniom ten ostatni mogłyby mieć już zainstalowany. Przy skali zakupu czytnika dla wszystkich uczniów przez państwo nie byłoby na pewno problemów z dodaniem polskiej lokalizacji.

kundel-www

Dostęp do internetu na Kindle jest funkcją dodatkową, która w zasadzie ma służyć głównie do ściągania książek. Jednak daje się dość komfortowo czytać wszystkie strony, które mają dodatkowy tzw. mobilny layout. Najważniejsze jednak są książki. Pliki z książkami są niewielkie i rzadko przekraczają wielkość 1MB. Czytnik zmieści nawet kilka tysięcy książek naraz. Każda książka, którą zaczęliśmy czytać, po ponownym włączeniu otworzy się nam tam, gdzie skończyliśmy czytać poprzednio. Możemy na bieżąco sprawdzać znaczenie słów w słowniku, możemy zaznaczać fragmenty i robić własne notatki, co podczas nauki jest możliwością bezcenną. Jednak nie musimy już wkładać karteczek pomiędzy strony papierowych podręczników. Wszystkie nasze zakładki bez trudu można odnaleźć i przypomnieć sobie zapisane notatki. A co najważniejsze urządzenie jest na tyle proste i intuicyjnie, że po kilku minutach zapomina się o nim, czytnik staje się tak samo nieistotny jak papierowa książka, przestajemy o tym myśleć, jest tylko treść książki, którą czytamy. No i last but not least teraz nawet przeprowadzając się na drugi koniec świata, zabierzemy bez trudu całą swoją domową biblioteczkę.

* Jeśli ktoś nie wierzy, niech rzuci okiem na zdjęcie, które opublikowałem w swoich wspomnieniach.
** Być może niekoniecznie Kindle, choć ten czytnik wydaje mi się dziś najlepszym wyborem.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.8/10 (4 votes cast)

Czym skorupka nasiąkła?

Podobno przysłowia są mądrością narodów. Jedno z nich brzmi: Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.
Może zatem warto porozmawiać o tym, czym nasze skorupki nasiąkły?
Kilka lat temu jedną z obietnic PiS podczas kampanii wyborczej było wybudowanie trzech milionów mieszkań, jeśli partia ta zdobędzie władzę.

Trzy miliony mieszkań?

Trzy miliony mieszkań?


Większość Polaków pamięta czasy PRL i doskonale wie, że mieszkania były zawsze jednym z głównych priorytetów „władzy ludowej”, a zarazem jedną z wielu klęsk tej władzy. O mieszkaniach zawsze mówiło się „problem mieszkaniowy”, a wiele polskich komedii zajmowało się tym „problemem”. Śmialiśmy się, oglądając serial „Alternatywy 4”, choć był to trochę śmiech przez łzy. „Władza” budowała mieszkania i przydzielała je obywatelom. Zwykle wciąż było mieszkań za mało, a ponieważ to „władza” decydowała, więc często nadzieje wielu potencjalnych lokatorów spełzały na niczym, bo mieszkanie dostawał ważny specjalista (często kolega lokalnego prezesa lub sekretarza partii), milicjant lub wojskowy, a potem dopiero zwykły obywatel zapisany do spółdzielni i czekający kilkanaście lat.
Lata, które upłynęły od czasu bankructwa PRL, źle się obeszły z pamięcią wielu rodaków. Zdążyli zapomnieć, że na upragnione mieszkanie czekało się przynajmniej kilkanaście lat, ale zapamiętali, że mieszkania się „dostawało”, co zresztą niezupełnie zgodne jest z prawdą.
Nic więc dziwnego, że hasło budowy trzech milionów mieszkań spotkało się z doskonałym przyjęciem wyborców. Kaczyński oczywiście od początku wiedział, że jego rząd nie zbuduje ani jednego mieszkania, bo w żadnym normalnym kraju rząd nie zajmuje się budowaniem mieszkań. Budowaniem zajmują się firmy budowlane, które działają na zlecenie inwestorów, a to z kolei oznacza, że zbudowane mieszkania trzeba sprzedać tak, by przyniosły zysk, a nie rozdawać je za darmo. Dziś z jednej strony mieszkań w Polsce wciąż brakuje, a z drugiej jest ich w nadmiarze i stoją puste.
Pluskwa, czyli karaluch

Pluskwa, czyli karaluch


Kilka dni temu poseł „Solidarnej Polski”, czyli przedstawiciel wyrzuconych z PiS, podczas przemówienia uzasadniającego wniosek o odwołanie ministra transportu, usiłował wręczyć przedstawicielom rządu pluskwę w słoiku. Pluskwa okazała się potem karaluchem, a wniosek upadł. Ale jest to również przykład z gruntu fałszywej tezy, że minister transportu buduje drogi. Minister ma zadanie stworzyć odpowiednie warunki i ramy prawne w których poruszać się będą instytucje i firmy budujące drogi. Drogi budowane są przez firmy i przypadki ewentualnych nadużyć w tych firmach nie są sprawą ministra, ale prokuratury oraz policji. Jeśli ktoś myśli, że powinno być inaczej to znaczy, że tkwi wciąż w realiach PRL. To właśnie tam w naszej niedawnej historii był ciąg przyczynowo-skutkowy od ministra po prezesa spółdzielni, który był tak samo „władzą” jak milicjant lub sekretarz partii.
Możemy mieć do rządu wiele rozmaitych pretensji, często bardzo słusznych, ale rząd nie jest od rozdawnictwa mieszkań, ani też od tworzenia miejsc pracy. Jeśli ktoś oczekuje od rządu miejsca pracy, to powinien pamiętać, że w dawnym PRL dostawało się nakazy pracy i ruszało się z tobołkiem na drugi koniec Polski. Bo tak decydowała władza.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.9/10 (13 votes cast)

Takie będą Rzeczypospolite…

…jakie ich młodzieży chowanie – napisał Jan Zamojski w akcie fundacyjnym Akademii Zamojskiej, a słowa te spopularyzował później Stanisław Staszic, mylnie często brany za ich autora. Proste i logiczne zdanie, z którego sensem nikt nie polemizuje i każdy się zgadza.
Gdy w okresie Oświecenia, które w Polsce było dramatyczną i rozpaczliwą próbą ratowania państwa, nasi przodkowie chcieli podnieść na wyższy poziom obywatelską świadomość Polaków, zaczęli od edukacji. Rozum słusznie im podpowiadał, że to jest najważniejszy aspekt budowania państwa. Choć dokonania polskiej elity politycznej z tamtych lat zostały rozbite w proch przez otaczające Polskę potęgi i – co ważne – przez prymitywnych, głupio egoistycznych rodaków, to idee dobrej edukacji pozostały ważnym polskim dorobkiem z czasów Oświecenia.
Bolesna lekcja historii, ponad sto dwadzieścia lat niewoli nauczyło Polaków, że dobra edukacja jest podstawą budowania społeczeństwa obywatelskiego zdolnego nie tylko do walki o niepodległość, ale też budowania państwa. Gdy po Pierwszej Wojnie Światowej Polska odzyskała niepodległość, mieliśmy elity zdolne do zbudowania państwa praktycznie od zera. Nie mam tu na myśli ani elity z racji urodzenia, ani też stanu posiadania, Polskę zbudowała ówczesna elita umysłowa. Ludzie dobrze wykształceni, którzy często wiedzę zdobywali za cenę wyrzeczeń, biedy i cierpienia. Nie przez przypadek też w wielu polskich szkołach pojawiała się łacińska sentencja: Per aspera ad astra. Przez ciernie do gwiazd.
Nie zdobywa się gwiazd odpoczywając. Wiedza i umiejętności to coś, co wymaga wysiłku, pokonywania własnego lenistwa i słabości. Wychowanie to długi proces, w którym ważną rolę odgrywają mądrze wyznaczane młodemu człowiekowi cele, a także nakazy i zakazy, ponieważ w ludzkiej naturze naturalne jest nagradzanie się lenistwem, zamiast zmuszania się do wysiłku. Proces edukacji i wychowania – z natury długotrwały – musi doprowadzić do zastąpienia jednostkowego egoizmu postawami prospołecznymi, bowiem one są korzystne dla jednostki w aspekcie długofalowym. Jednocześnie należy dążyć do kształtowania ambicji i motywacji, które pozwolą jednostce osiągnąć sukces na miarę swoich możliwości i oczekiwań, które edukowany człowiek sam sobie zbuduje.
Recepta wydaje się bardzo prosta. Da się ją wyrazić w kilku zdaniach. Jednak realizacja dobrych idei edukacyjnych nie jest prosta. Choć z drugiej strony udawała się nawet w okresie zaborów, udawała się w okresie dwudziestolecia międzywojennego. W pewnym zakresie nawet w czasach PRL dało się realizować dobre wzorce edukacji. Co się zatem stało dzisiaj? Dlaczego polska edukacja stacza się po równi pochyłej prosto w przepaść?
Alarmujące wieści o tym, że w szkolnictwie źle się dzieje, pojawiały się nie od dzisiaj.
 

Jak postępować z uczniami?

Jak postępować z uczniami?


Alarmujące informacje podały media stosunkowo niedawno. Precedens, którego w polskiej szkole jeszcze nie było. Uczniowie spotkają się z nauczycielką nie w klasie szkolnej, ale w sądzie. Mamy więc społeczny szok, niedowierzanie i głównie oburzenie części dorosłych, ze o to nauczycielka, której misją winno być działanie dla dobra młodzieży, chce im zniszczyć życie już na starcie – wyrokiem sądowym. Wkrótce pojawiają się jednak dalsze informacje, wstydliwie wydobywane ze środowiska.
 
Jeszcze przed wyrokiem

Jeszcze przed wyrokiem


Okazuje się, że młodzi gimnazjaliści nie mają ani krzty wstydu z powodu zaistniałej sytuacji, są ordynarni, dumni ze swych aspołecznych postaw i za całe zło winią nauczycieli. A sprawa jest poważna, bowiem zdesperowana nauczycielka zwróciła się o pomoc prawa, ponieważ uczniowie uniemożliwili jej wykonywania pracy. Nie miała żadnych innych możliwości, ponieważ szkoła i nauczyciele zostali przez obecnie funkcjonujące przepisy całkowicie ubezwłasnowolnieni.
Należy zadać sobie poważne pytanie. Czy dzisiaj dzieci i młodzież są głupsze i gorsze niż dawniej? Przypuszczam, że nie, ale z całą pewnością mają głupszych – niż poprzednie pokolenia – rodziców.
Hasłami o szkole lekkiej, łatwej i przyjemnej, o szkole bez stresu doprowadziliśmy do sytuacji, w której nad młodym pokoleniem przestajemy panować. A tym czasem nie może być szkoły bez stresu i wysiłku. Nie zdobywa się gwiazd bez wyrzeczeń. Nie zdobywa się szczytów bez wysiłku. Bezstresowo to można najwyżej taplać się w kałuży.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.9/10 (7 votes cast)

Entliczek pentliczek

Na kogo wypadnie – na tego bęc. Wypadło na radnych z Łodzi. Jak w dziecięcej wyliczance.
W okresie rządów PiS zostało zlikwidowanych ponad 500 szkół. Dziś kilku lokalnych przedstawicieli PiS pożegnało się z partią w trybie ekspresowym, ponieważ poparli decyzję o przystąpieniu do likwidacji kilku szkół. PiS dziś piętnuje rząd Platformy jako ten, który nie dba o przyszłość narodu i z zimną krwią likwiduje szkoły. Nie może zatem tolerować w swoich szeregach zdrajców, którzy poprą likwidację choćby jednej, najmniejszej szkółki.
Od czasu lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy szkoły zapełniał powojenny wyż demograficzny, liczba uczniów w szkołach spada. Tylko wtedy w szkołach brakło miejsca i uczniowie uczyli się na zmiany. Sam pamiętam, że zaczynałem lekcje nieraz w południe, a kończyłem koło osiemnastej. Potem liczba dzieci w Polsce się zmniejszała. Lekki wzrost zanotowano w okresie, gdy ten pierwszy wyż zaczął „dorabiać się” własnych dzieci. Jednak w skali globalnej już w latach osiemdziesiątych trzeba było zacząć myśleć o likwidowaniu małych szkół. Zawsze były to trudne decyzje. Lokalna społeczność zwykle buntowała się, bo szkoła była nie tylko miejscem spotkań, ale i dowodem, że wieś nie jest taką ostatnią zabitą dechami dziurą. Stosunkowo bezboleśnie przebiegało to, gdy długoletnia nauczycielka (rzadziej nauczyciel) odchodziła na emeryturę i można było miejscowym wytłumaczyć, że – niestety – nikt nie będzie dojeżdżać do wsi, do której dociera jeden autobus dziennie, że oświata nie ma mieszkań, a przecież tej emerytowanej nauczycielki nie wyrzucimy z jej mieszkania.
Jednak czasami protestujący mieszkańcy docierali do kuratorium i udawało im się wywalczyć odroczenie decyzji. Bywało tak, że do szkoły w ostatnim roku jej trwania chodziło zaledwie czworo uczniów. Na dodatek perspektywy były marne, dzieci urodzonych w kolejnych latach było mniej lub wcale. Po upadku PRL to lokalne władze stały się tzw. „organami prowadzącymi” i oznaczało to patrzenie gospodarskim okiem na koszty prowadzenia szkół. Od dawna subwencje starczają dla większych szkół, te malutkie są za drogie i gminy muszą dopłacać, a często nie mają z czego.
Nie ma w tym nic dziwnego, że w okresie rządów PiS zlikwidowano ponad 500 szkół. Tylko kompletny idiota ekonomiczny nie połączył by tego faktu ze wskaźnikami demograficznymi z jednej i kosztami z drugiej strony. Czy zawsze decyzje o likwidacji są słuszne? Na pewno nie. Ostatnio głośno było o likwidacji ładnej i nowej szkoły z prawie 200 uczniami. Łatwo było się domyślić, że lokalny burmistrz ma kupca na śliczny, nowy budynek i nic go nie obchodzi, że dzieci będą dojeżdżać prawie 18 kilometrów. Z tego względu decyzje o likwidacji szkół nie mogą być podejmowane wyłącznie przez samorządy. Samorządy muszą chęć likwidacji szkół zgłaszać do kuratoriów, a te do ministerstwa.
Polityka powinna być pragmatyczna. Jeśli założenia ideologiczne nie przystają do rzeczywistości, mówi się trudno. Realne możliwości są ważniejsze niż ideologia. Trzeba podnieść VAT, aby ratować budżet – nie ma wyboru.
Ideologia w polityce wygrywała z realizmem w czasach socjalizmu. Zakładano spółdzielnie rolnicze pod przymusem, choć były nierentowne. Latami dopłacano do PGRów, które miały wydajność na poziomie 17 kwintali żyta z hektara (prywatny rolnik w tych samych warunkach osiągał 27). Socjalizm zakładał wyższość gospodarki sterowanej centralnie nad rynkową i usiłowano tę tezę forsować wbrew rzeczywistości.
PiS jest ostatnim Mohikaninem ideologii i nie zawaha się poświęcić nawet ostatnich swoich członków. Nieważne, że trzeba ratować budżety miast i gmin. Zadaniem jest ideologicznie przeciwstawić się złej, liberalnej i kapitalistycznej Platformie.
Tak! zemsta, zemsta, zemsta na wroga
Z Bogiem i choćby mimo Boga!
*
To kolejny dowód, że PiS jest partią, która dla ideologii gotowa jest zniszczyć wszystko. A jeśli przeciwstawią się temu członkowie partii, to należy ich usunąć.
Będą sobie podśpiewywać radni różne wyliczanki, na kogo teraz wypadnie i za co.
Kółko graniaste czworokanciaste,
kółko nam sie połamało cztery grosze kosztowało,
a my wszyscy BĘC!

Mam nadzieję, że BĘC powiedzą PiSowi wyborcy.


* Adam Mickiewicz, Dziady, Część III

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (7 votes cast)

Baby Signs

Miałem szczęście być jedynakiem. Co prawda tylko przez kilka lat, ale zawsze. Rodzicielka moja nie pracowała wtedy zawodowo i miała dla mnie wiele czasu. Mówiła do mnie, rozmawiała ze mną od samego początku. W przeciwieństwie do ojca, który pracował wówczas na dwa etaty, a poza tym – myślę – nie bardzo widział sens porozumiewania się z istotą, która nie ma pojęcia o całkach, różniczkach, czy fizyce newtonowskiej. Kiedy uznał, że warto już nawiązać ze mną jakiś kontakt, to było za późno – bo jakiż sens gadać z facetem, który nie ma pojęcia o Pink Floyd lub Stevie Wonderze. W ten sposób właściwy kontakt z ojcem nawiązałem już w wieku dorosłym. Ale nie to jest sednem moich rozważań.
Uważam, ze mówienie do dziecka od samego początku ma ogromny sens i jest ważne dla jego rozwoju. Gdy urodziła się moja pierwsza córka, byłem da długim zwolnieniu poszpitalnym i miałem ogromnie dużo czasu. Mówiłem do niej często, a nawet eksperymentowałem z wypowiadaniem głosek i sylab skłaniając ją do powtarzania. Efektem było, że mając osiem miesięcy, pokazała palcem na mój sweter wiszący na oparciu fotela i powiedziała „tata”. Było to podczas mojej kilkudniowej nieobecności i było to pierwsze rozpoznawalne jej słowo. Gdy miała półtora roku gadała już w najlepsze, a mając niespełna sześć lat sama nauczyła się czytać (przed rozpoczęciem zajęć w zerówce). Miało to zbawienny wpływ na młodszą moją latorośl, dla której już niestety nie mieliśmy tyle czasu. Młodsza córka zaczęła mówić dużo później, ale za to nauczyła się czytać w wieku czterech lat – bo siostra już umiała. Cieszyło mnie to bardzo, bo dzięki rodzicielce mojej, należałem również do tych, którzy nie tylko szybko zaczęli mówić, ale i czytać zacząłem wcześniej niż poszedłem do szkoły.
Ważne jest, aby nie używać w stosunku do dzieci głupawych infantylnych zdrobnień w rodzaju: „chcieś papu”, „dzidzia źrobiła ałka”, Dziecko wówczas myśli, że tak trzeba i że to jest właściwy język. W pewnym sensie uczy się mówić dwukrotnie. Pierwszy głupawy i infantylny język służy do porozumiewania się z rodzicami, drugi do kontaktu z resztą społeczeństwa, np. w przedszkolu.
Swoje doświadczenia z dzieciństwa i doświadczenia rodzicielskie mogłem później wielokrotnie potwierdzić w wieloletniej pracy pedagogicznej. Zagadnienie to interesowało mnie przez wiele lat, więc rozmawiałem o tym z rodzicami moich uczniów, przeprowadzałem nawet ankiety i miałem całkiem spore dossier, ponieważ myślałem kiedyś o napisaniu pracy doktorskiej na ten temat. Pomysł doktoratu potem z rozmaitych powodów zarzuciłem. Jednak zainteresowanie tematem pozostało.
Język w naszym życiu jest ważny, bo od naszej zdolności wyrażenia wszystkiego, z czym w życiu się spotykamy, zależy i kariera, i życie prywatne. Im wcześniej dziecko zaczyna mówić, tym lepiej się rozwija intelektualnie i przekłada się to potem na wyniki w nauce oraz na funkcjonowanie społeczne. Dzieci, które z rozmaitych względów zaczęły mówić później, nie są przez to w gorszej pozycji, bo da się to nadrobić, ale to „wczesne mówienie” jest niewątpliwym czynnikiem sprzyjającym. Dzieci, które szybko zaczęły mówić zwykle też wcześniej uczą się czytać z własnej inicjatywy, ponieważ czytanie jest w pewnym sensie naturalnym dalszym etapem komunikacji.
Niestety dziś dość powszechnie lekceważy się pierwsze kilkanaście miesięcy z życia dziecka, uważając, że jeśli dziecko zadbane, dobrze odżywione, czyste to już wszystko gra. Co gorsza spora część rodziców ma zwyczaj sadzania dzieciaka przed telewizorem, a telewizja zdolność komunikowania zabija.
Niedawno zobaczyłem reklamę, która zachwalała język migowy, którym rodzice mogą się porozumiewać z małymi dziećmi. Żeby było jasne – nie chodzi o dzieci głuchonieme, głuche, z wadami wymowy, ani opóźnione w rozwoju. Zestaw znaków migowych proponowany jest do porozumiewania się z niemowlętami i małymi dziećmi bez żadnych wad rozwojowych. Zacytuję fragment opisu ze strony internetowej:
Nasza przygoda z językiem migowym dla niemowląt rozpoczęła się, gdy nasza córeczka Gabrysia skończyła 7 miesięcy. Inspirowani zajęciami Baby’s Best Start w Centrum Helen Doron, które prowadzimy, zaczęliśmy od nauki 4 Migusiów®- PSA (dyszenie), ŻABKI (wysuwanie języka w przód i w tył), RYBKI (ruchy ust przypominające ruchy pyszczka ryby) i WIĘCEJ/JESZCZE (łączenie czubków palców). Pokazywaliśmy Gabi te znaki w każdej możliwej, adekwatnej sytuacji, jednocześnie oczywiście używając słów.
/…/ w 8 miesiącu życia Gabi zaczęła pokazywać PSA, zaraz potem RYBKĘ.
Gabi chłonęła Migusie® jak gąbka, od 10 miesiąca życia uczyła się dosłownie kilku dziennie. W wieku 14 miesięcy posługiwała się ponad 40 znakami…*

Z przytoczonych fragmentów widać przede wszystkim to, że ktoś zatroszczył się o każdorazowe użycie znaku ® przy nazwie. Sugerując – jak rozumiem – że nazwa i system jest opatentowany i obwarowany zastrzeżeniami prawnymi. Tak zapewne jest w istocie, można wyczytać bowiem, że przystąpienie do firmy (bo tak to trzeba chyba nazwać) odbywa się na zasadach podobnych do franczyzy. Osoby które by chciały stosować tę metodę i zarabiać na tym muszą spełnić pewne warunki:
Od potencjalnych kandydatów oczekujemy:
– wykształcenia najlepiej wyższego, chętnie w dziedzinie: pedagogiki, psychologii, medycyny, pielęgniarstwa, rehabilitacji, socjologii i im pokrewnych

Jednym słowem, wykształcenie wyższe i ukierunkowane na pracę z dziećmi (pedagogika) nie jest konieczne, choć mile widziane. Każdy ma prawo zarabiać na życie, jak chce, pod warunkiem, że nie jest to działanie sprzeczne z prawem. Możemy też traktować wychowywanie dzieci, ich nauczanie jako zwyczajny biznes, proszę bardzo. Jednak wmawianie potencjalnym klientom, że nauczenie dziecka w wieku kilkunastu miesięcy języka migowego przyśpieszy rozwój mowy, jest według mnie nadużyciem. Nie znalazłem wiarygodnych i niezależnych badań naukowych, które nie byłyby związane z wynalazcami tej metody i potwierdzały takowe rezultaty.
Zatem drodzy rodzice, nie oczekujcie cudownych metod i cudownych rezultatów, po prostu mówicie do dzieci, rozmawiajcie z nimi, nawet wtedy, gdy one jeszcze tego nie potrafią.


* W wieku 14 miesięcy to już dziecko może znać kilkadziesiąt słów, a nie migowych znaków (przyp. mój).

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.8/10 (8 votes cast)