Wariant wenezuelski

Po raz pierwszy o Wenezueli pisałem w marcu 2013 roku, gdy zmarł prezydent Chávez, który zaczął przekształcać ten kraj według starych leninowskich wzorów, które w Europie zdążyły kilkanaście lat wcześniej zbankrutować. Na co dzień niewiele nas obchodzi daleki kraj w Ameryce Łacińskiej, o której wiemy tyle, że często jest biedna i zacofana, a także znana wcześniej z dyktatorskich reżimów.
Kilka lat temu, można było przewidywać, jak skończy się rewolucja Cháveza. W Polsce przerabialiśmy ten scenariusz od 1945 do 1989 roku. 44 lata opóźniania nieuchronnego bankructwa państwa opartego na gospodarce nakazowo-rozdzielczej. W roku 2014 pisałem:

Drodzy Wenezuelczycy! My to znamy i powiemy wam co będzie dalej. Na półkach pozostanie jedynie ocet i musztarda, wszelkie towary będą na talony i asygnaty, które rzecz jasna wystarczą dla nielicznych. Aby je dostać, trzeba będzie się wykazać pracą na rzecz ustroju powszechnej szczęśliwości i równie powszechnego braku srajtaśmy. Potem to już tylko stan wojenny… (felieton z 2014)

Lekcja historii, którą Wenezuela w dalszym ciągu odbywa pod przewodnictwem kolejnego prezydenta, wkroczyła obecnie w kolejny etap. Braki wszystkiego od mleka po papier toaletowy Wenezuelczycy już zobaczyli. Teraz pora na stan wojenny.

6 dni temu odbyły się wybory do Zgromadzenia Narodowego, które ma przygotować nową konstytucję, określić obowiązki najważniejszych instytucji w państwie i umożliwić prezydentowi rządzenie za pomocą dekretów. Zgromadzenie odwołało wczoraj ze stanowiska prokurator generalną Luisę Ortega Diaz. Krytykowała ona prezydenta Nicolasa Maduro, a kilka dni temu wszczęła śledztwo w związku z podejrzeniem o sfałszowanie wyników wyborów do Zgromadzenia Narodowego. Była prokurator generalna ma teraz stanąć przed sądem. (Gazeta Wyborcza)

Jeśli parę lat temu Wenezuelczycy mogli zobaczyć na przykładzie Polski, co ich czeka, to dziś my możemy zobaczyć, co nas czeka, obserwując wydarzenia w Wenezueli. Chávez a potem Maduro nie musieli fałszować wyborów. Ponieważ za pieniądze ze znacjonalizowanego przemysłu naftowego zapoczątkowano ogromny program rozdawnictwa dla niezamożnych obywateli, ci wdzięcznie głosowali zarówno na Cháveza jak i Maduro. Potem socjalizm pokazał prawdziwe oblicze. Zaczęło brakować wszystkiego. Rząd zaczął wprowadzać talony, pojawiły się społeczne komitety, zaproponowano nawet system sprawdzania odcisków palców, żeby było wiadomo kto i ile kupuje. Ponieważ opozycja krytykowała doprowadzanie gospodarki do ruiny, zaczęto do więzień zamykać opozycję. Prywatne media zlikwidowano już wcześniej. Gdy wreszcie obywatele poczuli głupotę władzy na sobie samych, było już za późno.

Maduro ma wojsko, policję, a protestujący najwyżej sztachety z płotów. Nie ma już mediów, które nagłaśniałyby nadużycia władzy, tej rozbudowanej wenezuelskiej „dobrej zmiany”. Nie ma niezależnych sądów, ostatnią osobę, która próbowała ratować resztkę demokracji, właśnie usunięto ze stanowiska. Lud Wenezueli się buntuje, na ulicach dochodzi do zamieszek spowodowanych już nie tylko brakiem podstawowych towarów, ale także złością z powodu braku demokracji. Gdy Maduro zaczął się obawiać, że lud może go nie poprzeć, ostatnie wybory sfałszował. Zapewne były to naprawdę ostatnie wybory.

Czy będą jeszcze demokratyczne wybory w Polsce?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.1/10 (14 votes cast)

Zbrojne ramię Boga

Krzyżowcy, którzy najechali Jerozolimę w początkach poprzedniego tysiąclecia, przekonani byli, że działają w imię Boga. Ramieniem Boga długo była Święta Inkwizycja, która tysiącami mordowała ludzi o okresie kontrreformacji i tak samo czuli się konkwistadorzy nawracający Indian ogniem i mieczem. Za ramię Boga zapewne uważali się tureccy zdobywcy Konstantynopola, gdy po udanej rzezi obrońców Konstantynopola zaczęli przerabiać bazylikę Hagia Sophia na meczet.

Jeszcze papież Leon XIII panujący na przełomie XIX i XX wieku pisał:

Kara śmierci jest koniecznym i efektywnym środkiem, by Kościół mógł osiągnąć swój cel, gdy buntownicy działają przeciwko niemu, a burzycieli wspólnoty Kościoła, zwłaszcza zatwardziałych heretyków i przywódców herezji nie można powstrzymać za pomocą żadnej innej kary przed ciągłym zakłócaniem porządku Kościoła i skłanianiem innych do wszelkiego rodzaju przestępstw …. Gdy oceni się, że perwersja jednego lub kilku może przynieść ruinę wielu jego [tj. Kościoła] dzieci, jest on zobowiązany skutecznie ją usunąć w taki sposób, że jeśli nie będzie innego środka zaradczego, by uratować jego członków, może on i musi tych podłych ludzi zgładzić.

On też chciał być zbrojnym ramieniem Boga.

Dziś młodzi ludzie z tzw. Młodzieży Wszechpolskiej i ONR, którzy maszerują karnie w umundurowaniu przypominającym niemieckie oddziały SA, oddają „rzymski salut” jak członkowie SS i krzyczą „Chrystus Rex”, zapewne też chcą być zbrojnym ramieniem Boga. Od blisko dwóch lat widać też coraz dalej idący romans ołtarza z tronem. Kościół gromko piętnuje tych, którzy sprzeciwiają się obecnej władzy, nie szczędzi przy tym ostrych lub wręcz nienawistnych epitetów. Ksiądz nazista i kapelan środowisk nacjonalistycznych Jacek Międlar został w końcu usunięty z kapłaństwa za grzeszny związek z kobietą, a nie za podżegające do nienawiści kazania. Głosy nielicznych biskupów, którzy mówią inaczej, są słabo słyszalne. Księżom takim, jak Adam Boniecki instytucje kościelne zabraniają publicznych wypowiedzi.
Nie po raz pierwszy tak się dzieje. Biskup Teodor Kubina skomentował Pogrom Kielecki w 1946 roku:

…absolutnie nic nie usprawiedliwia zasługującej na gniew Boga i ludzi zbrodni kieleckiej, której tła i przyczyny poszukiwać należy w zbrodniczym fanatyzmie i nieusprawiedliwionej ciemnocie…

Został za to skrytykowany i upomniany przez Konferencję Episkopatu Polski.

Partia Jarosława Kaczyńskiego od chwili objęcia władzy nie ustaje w działaniach, które mają przypodobać się Kościołowi. Widać to zarówno w darowiznach finansowych, których beneficjentami są rozmaite instytucje kościelne, ale także w modelu kształtowania prawa, który zmierza w kierunku oddania Kościołowi nie tylko dusz, ale i ciał. Krok po kroku dokonuje się sakralizacja władzy przy wsparciu hojnie zasilanego finansowo Kościoła.
Władza, która uważa się za ramię Boga jest groźna, ponieważ postrzega siebie jako nieomylną, jej działania zawsze są słuszne, moralne i dobre, a przeciwnicy władzy równocześnie wrogowie Boga, odszczepieńcy, w najlepszym wypadku heretycy. Ramię Boga z heretykami nie dyskutuje, ale z nimi walczy, najlepiej ogniem i mieczem.
Gdy widzimy dziś seanse nienawiści, jakie urządza Jarosław Kaczyński w religijnej oprawie przy współuczestnictwie Kościoła i spojrzymy na szeroko rozumiane religijne zgromadzenia Rodzin Radia Maryja i Klubów gazety Polskiej, których wycie nienawiści dyrygowane przez posłów Prawa i Sprawiedliwości takich, jak Krystyna Pawłowicz, słyszeliśmy podczas wizyty prezydenta amerykańskiego Donalda Trumpa, zaczynamy się zastanawiać, dokąd to prowadzi.

To się po prostu może skończyć wojną domową, jak w Hiszpanii. Poziom wzajemnego niezrozumienia i przekonania, że ci drudzy są zdolni do wszystkiego, co najgorsze, i w ogóle nie są ludźmi, tylko zwierzętami, jest ogromny. Dziś elektorat PiS-u uczony jest myśleć o uchodźcach jako dzikich zwierzętach, a za chwilę okaże się, że myśli tak o przeciwnikach politycznych. Stąd blisko już do przekonania, że takimi samymi zwierzętami są wyborcy Platformy. (profesor Piotr Osęka, Instytut Studiów Politycznych PAN)

Kraj stacza się po równi pochyłej. Z każdą chwilą do hańby i zgrozy jest coraz bliżej. Z jednej strony coraz bardziej panoszy się brunatna hołota w mundurach jak z hitlerowskiego koszmaru, popierana przez władzę i Kościół, obok stoi władza zacierająca ręce na myśl o wykorzystaniu tych bojówek. I są jeszcze miliony machających lekceważąco ręką, mówiących, że to tylko nieliczne grupki, że to wszystko krzykacze bez znaczenia, że aby tylko do wyborów jakoś ten wybryk wytrzymać. A z drugiej strony nieliczna grupka wołających na puszczy, których nikt nie słucha. Dopóki nie przyjdzie po nas wszystkich zbrojne ramię Boga.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.7/10 (7 votes cast)

Noc długich noży

Każdy tyran, a jest tak od początku istnienia tyranii jako sposobu sprawowania władzy, co pewien czas przeprowadza czystki w swoim otoczeniu. Było tak w starożytnym Egipcie i w Rzymie. Ten sam scenariusz pozbawiony finezji stosowali absolutni monarchowie od dalekiego wschodu Azji po zachód Europy. Najbardziej symboliczne znaczenie zyskała tzw. noc długich noży, która była rozprawieniem się z działaczami NSDAP skupionymi w organizacji SA Ernsta Röhma. Hitler wraz z Göringiem, Goebbelsem, Himmlerem i Heydrichem postanowili się rozstać z częścią działaczy, którzy wyrażali nieco inne poglądy niż wódz narodu. Rozstanie miało być krótkie i ostateczne. Martwi nie zabierają już głosu, nie tłumaczą się i nie prowadzą kłopotliwych dyskusji. Z tego względu oponenci Hitlera musieli stracić życie. Hitler wykorzystał czystkę także w celu wyrównania wcześniejszych rachunków za pucz monachijski i likwidację innych ważnych przeciwników. Zabito między innymi: Gregora Strassera, Gustava Rittera von Kahr, Ericha Klausenera, Kurta von Schleichera, Edgara Junga oraz Ferdinanda von Bredow. Byli to ludzie, którzy niegdyś się Hitlerowi narazili lub politycy i funkcjonariusze instytucji państwowych o innych poglądach.
Kilka dni po przeprowadzonej czystce rząd uchwalił prawo „o samoobronie państwa”, które składało się w sumie tylko z jednego artykułu, stwierdzającego, że podjęte działania były w pełni legalne.
Jednak w czasach nowożytnych to Stalin był największym specjalistą w dokonywaniu czystek i wymyślił je ładnych parę lat wcześniej niż Hitler. Właściwie jednak już porewolucyjny kodeks karny napisany przez Lenina zawierał słynny artykuł 58, który uprawomocnił wszelki terror stosowany wobec przeciwników politycznych. Gdy umarł Lenin, a Stalin stał się pierwszą osobą w państwie, natychmiast przystąpił do likwidacji wszelkich współuczestniczących we władzy osób. Najpierw wyeliminował Trockiego, który najpierw musiał uciekać z ZSRR, a potem na rozkaz Stalina został zabity na emigracji w Meksyku. Potem Stalin pozbawił władzy Zinowiewa i Kamieniewa, obydwaj później stracili też życie. Mając obsesję na punkcie zdrady kolejno rozprawiał się z najwyższymi władzami cywilnymi i wojskowymi. Niektórzy przeciwnicy tyrana „popełniali” samobójstwo innych mordowano skrytobójczo tak, jak Siergieja Kirowa.
W bliższych nam czasach dochodzą nas echa czystek dokonywanych co jakiś czas w Korei Północnej, ale także w innych dyktatorskich reżimach. Dyktatorzy często posługiwali się prowokacją, aby doszło do działań, które mogli uznać za wrogie i by zyskać pretekst do przeprowadzenia czystek.
Tak właśnie najprawdopodobniej było kilka dni temu w Turcji. Zdarzyły się tam bowiem rzeczy dziwne i nielogiczne. Próba zamachu stanu, która zaczęła się wieczorem, już po paru godzinach była praktycznie zakończona. A dokonywała zamachu największa armia na bliskim wschodzie, druga co do wielkości w NATO. Wojsko zamiast niespodzianie uderzyć w centa rządowe i wyeliminować ośrodki władzy, aresztować lub nawet zlikwidować przywódców, zdobyło stacje telewizyjne, aby ogłosić, że robi zamach. Przecież wiadomo było, ze może to wywołać poruszenie, bo partia Erdogana ma jednak ogromne poparcie. Na pewno nie tak duże, by mianować go sułtanem, ale na tyle duże, by bronić go podczas zamachu.
Wojsko nie zajęło się wyłączeniem internetu, ani telefonii komórkowej, a można to było zrobić, przynajmniej w Ankarze i Stambule, aby ludzie nie mogli się zwoływać. Odcięcie łączności jest bardzo ważne i tylko idiota tego nie wie. Szczególnie politykom. A tymczasem Erdogan nawoływał do wyjścia na ulicę przez telefon komórkowy używając aplikacji do bezpośredniej transmisji. Nawiasem mówiąc pokazuje to, jakim jest psychopatą.
Po kilkudziesięciu godzinach okazało się, ze F-16 zamachowców miały na celowniku samolot Erdogana, ale go nie zestrzeliły, a to załatwiałoby prawie wszystkie problemy.
Wszystko wskazuje na to, że tajne służby Erdogana przeniknęły do wojska i tam, gdzie nie miał on jeszcze swoich ludzi sprowokowały niechętnych mu wojskowych do akcji. Zamach był potrzebny tylko po to, by satrapa mógł pod pozorem prawa zlikwidować swoich przeciwników. Już następnego dnia oznajmił, że rozpoczną się natychmiastowe prace parlamentu nad przywróceniem kary śmierci, bo „lud tego żąda”. Jak już napisałem wcześniej – martwi się nie bronią, nie mówią, nie dyskutują i dla tyrana jest to najlepsza forma pozbycia się wszelkiej opozycji.
Jeszcze coś wskazuje na to, że to nie był autentyczny zamach stanu. Ludzie Erdogana wyraźnie mieli już od dawna przygotowane listy ludzi, którzy będą aresztowani i osądzeni w trybie natychmiastowym i jak się okazuje wcale nie wojskowi stanowią wśród nich największą grupę. Prawie natychmiast aresztowano tysiące sędziów. Niewątpliwie sędziowie byli przeciwnikami dyktatury, bo ta łamała prawo, a sędziowie nie chcieli tego firmować. Jednak nie brali udziału w zamachu, ani go nie firmowali.
Kolejną grupą, za którą wziął się rząd Erdogana są teraz nauczyciele. Tysiące nauczycieli ze szkół wyższych i nie tylko zostało zmuszonych do dymisji. Dotyczy to głównie kierujących edukacją, rektorów i dziekanów uniwersyteckich oraz dyrektorów szkół, wielu nauczycielom ekspresowo odebrano uprawnienia. Jest to oczywiste działanie, bo cytując polskiego klasyka, „wykształciuchy” nigdy nie są zwolennikami rządów dyktatorskich. To oni przekazywali młodzieży idee Atatürka – sprawiedliwość, równość, świeckość państwa. Teraz na ich miejsce przyjdą islamscy „katecheci” i będą wprowadzać turecką dobrą zmianę.
Satrapa wymorduje tysiące swoich przeciwników, zmarginalizuje środowisko prawnicze oraz inteligencję, aby rządzić bez przeszkód. Najpóźniej za dwadzieścia lat starzejący się dyktator z lęku przed utratą władzy weźmie się za czystki wśród dzisiejszych swoich popleczników, ale dziś oni jeszcze tego nie wiedzą. Skoro ludzie nie uczą się historii, to historia uczy potem ludzi. Boleśnie.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (6 votes cast)

Naród pod ochroną

Dzisiejsze komentarze polityczne zdominowane zostały przez wypowiedzi na temat zgoła idiotycznego pomysłu Zbigniewa Ziobry o wprowadzeniu do kodeksu karnego odpowiedniego paragrafu za używanie zwrotu „polskie obozy śmierci”. Pomysł jest debilny, bo Polacy tego zwrotu nie używają, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo, a obywatele innych krajów nie podlegają polskiemu prawu. Tego nieszczęsnego zwrotu użył nawet prezydent USA Barrack Obama, który – w przeciwieństwie do swego poprzednika na tym stanowisku – jest wykształcony i ma troszkę rozumu. Już widzę, jak posyłamy jednostkę Grom, by aresztować Obamę.
Mało kto natomiast zauważył, że jest to typowa zasłona dymna, która ma zakryć znacznie istotniejszą część planu. A jest nią wprowadzenie do konstytucji dodatkowego artykułu o treści:

Dobre imię Rzeczypospolitej Polskiej i narodu polskiego podlegają ochronie prawnej.

Taki przepis niejako z musu będzie miał tzw. wykładnię rozszerzającą. A więc ustawa niższego rzędu będzie musiała określić, co oznacza dobre imię Rzeczypospolitej, co to jest naród polski i jakiego rodzaju będzie ta ochrona prawna.
Skoro rządzi PiS, a raczej Jarosław Kaczyński, więc łatwo sobie wyobrazić, że to on będzie pod szczególną ochroną, a także cała pisowska pokręcona ideologia ze szczególnym uwzględnieniem teorii zamachu smoleńskiego. Zaprzeczanie chorym teoriom o rzekomym zamachu stanie się czymś w rodzaju kłamstwa oświęcimskiego i ludzie będą za zaprzeczanie zamachowi zamykani w więzieniach na długie lata. Definicja narodu może być dowolna, więc wszelkie odstępstwa od katolicko-kaczystowskiej wizji Polski będą surowo karane.
Wykładnia rozszerzająca jest wielką pokusą dla władzy, która w ten sposób może nawet zakazać działalności konkurencyjnych partii politycznych. Jeśli ktoś myśli, że to się nie może przecież wydarzyć w XXI wieku, w kraju należącym do Unii Europejskiej, po doświadczeniach hitleryzmu i stalinizmu, to się myli. Już za parę lat może nas nie być w „Schengen”, a nawet w UE. Kraje starej Unii chętnie by się dziś pozbyły obciążeń jakie stwarza Polska, Węgry, a być może i reszta tzw. nowych demokracji.
Polska z wozu, Unii lżej… sami musimy posprzątać nasze podwórko, zanim będzie za późno.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.2/10 (15 votes cast)

Wolność mediów

Na wyspieŚŚwiętej Krystyny

Od chwili objęcia władzy, Prawo i Sprawiedliwość, zamiast się skupić na realizowaniu obietnic wyborczych, ciężko pracuje nocami nad ustawami, które z obietnicami wyborczymi nie mają wiele wspólnego.
Na pierwszy ogień poszedł Trybunał Konstytucyjny [- – – -] [Ustawa z dnia 31.07.1981 r., O kontroli publikacji i widowisk, art 2 pkt 3 (Dz.U. nr 20 poz 99, z późniejszymi zmianami)]
Następnie ustami posłanki o dźwięcznym nazwisku Bubula przedstawiono założenia zmian w mediach publicznych [- – – -] [Ustawa z dnia 31.07.1981 r., O kontroli publikacji i widowisk, art 2 pkt 3 (Dz.U. nr 20 poz 99, z późniejszymi zmianami)]
Każda rządząca dotychczas partia lub koalicja miała apetyt na jakieś podporządkowanie sobie mediów publicznych. Ponieważ jednak zawsze rządziły koalicje, więc w wyniku ścierania się różnych sił powstawała dość chwiejna, ale jednak równowaga. Tymczasem PiS [- – – -] [Ustawa z dnia 31.07.1981 r., O kontroli publikacji i widowisk, art 2 pkt 3 (Dz.U. nr 20 poz 99, z późniejszymi zmianami)]
Zamiast mediów publicznych będą narodowe, zaś tysiące dziennikarzy, reporterów [- – – -] [Ustawa z dnia 31.07.1981 r., O kontroli publikacji i widowisk, art 2 pkt 3 (Dz.U. nr 20 poz 99, z późniejszymi zmianami)]
Trudno powiedzieć, co czeka nas w nieco dalszej przyszłości, gdy internet również zostanie [- – – -] [Ustawa z dnia 31.07.1981 r., O kontroli publikacji i widowisk, art 2 pkt 3 (Dz.U. nr 20 poz 99, z późniejszymi zmianami)], co oznacza, że [- – – -] [Ustawa z dnia 31.07.1981 r., O kontroli publikacji i widowisk, art 2 pkt 3 (Dz.U. nr 20 poz 99, z późniejszymi zmianami)]
Tymczasem naiwni wciąż czekają na obiecane [- – – -] [Ustawa z dnia 31.07.1981 r., O kontroli publikacji i widowisk, art 2 pkt 3 (Dz.U. nr 20 poz 99, z późniejszymi zmianami)] aczkolwiek dziś wydaje się jasne, że nowa ustawa medialna i ustawa o Trybunale Konstytucyjnym to jedyny w PiS pomysł na [- – – -] [Ustawa z dnia 31.07.1981 r., O kontroli publikacji i widowisk, art 2 pkt 3 (Dz.U. nr 20 poz 99, z późniejszymi zmianami)]
Jeśli zdamy sobie sprawę z tego, że Andrzej Duda i Beata Szydło są wyłącznie wykonawcami [- – – -] [Ustawa z dnia 31.07.1981 r., O kontroli publikacji i widowisk, art 2 pkt 3 (Dz.U. nr 20 poz 99, z późniejszymi zmianami)] ciarki przechodzą po krzyżu.
Jarosław Kaczyński [- – – -] [Ustawa z dnia 31.07.1981 r., O kontroli publikacji i widowisk, art 2 pkt 3 (Dz.U. nr 20 poz 99, z późniejszymi zmianami)] swojego brata.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.5/10 (11 votes cast)

Wielki Brat czuwa

W słynnej powieści George Orwella poznajemy wizję świata, jaki zgotowałby ludziom system komunistyczny, gdyby miał odpowiednie możliwości i warunki techniczne. Taka była przez dziesiątki lat interpretacja tej popularnej powieści science-fiction. Jednak czy to jedyna możliwa interpretacja? I czy jedyna słuszna?
A może po prostu trzeba przyznać, że każda władza, której na to pozwolimy, prędzej czy później stanie się karykaturą z powieści 1984 Orwella?
Kilka dni temu zaczęły się pojawiać informacje na temat tajnego programu PRISM służącego do inwigilacji milionów ludzi, wdrożonego przez rząd Stanów Zjednoczonych. Informację podały największe tytuły prasowe – Washington Post i brytyjski The Guardian. Okazuje się, że od ponad sześciu lat największe firmy z branży IT udostępniają informację rządowi. Jest wśród nich na czołowym miejscu Microsoft (od jakiegoś czasu właściciel marki Skype), AOL, Google (w tym Youtube), Apple i Facebook.
Administrację Obamy najbardziej zaatakował New York Times: Na podstawie tajnego nakazu można zbierać dane i wydać rozkaz, aby zabić Amerykanina podejrzanego o terroryzm. I dzieje się to za przyzwoleniem prezydenta, który już raz obiecał przejrzystość i odpowiedzialność.
Dodajmy, że dane zbierane są przez firmy o międzynarodowym zasięgu, mające miliony użytkowników za granicą, więc tak naprawdę na podstawie tajnych przepisów amerykańskich można zabić też Brytyjczyka, Szweda lub Polaka, jeśli administracja waszyngtońska uzna to za właściwe dla poprawy bezpieczeństwa Ameryki. Przy czym, aby było jasne – mogą zabić dowolnego człowieka w jego własnym kraju i jego własnym domu, bo tajne prawo amerykańskie na to pozwala.
Tajny program PRISM powstał w 2007 roku po fiasku programu monitorowania danych bez nakazów sądowych, który ustanowiono za czasów George’a W. Busha. Tamten pomysł został skompromitowany przez media władze musiały z niego zrezygnować. Program obecny zyskał aprobatę Sądu Najwyższego (na tajnym rzecz jasna posiedzeniu) i sprowadza się do kontrolowania całego ruchu wymienionych już wyżej firm. W czterech tajnych orzeczeniach sąd zgodził się na dostęp do ogromnych zbiorów danych, podkreślając, że rząd dysponuje odpowiednimi procedurami, które do minimum ograniczą zbieranie danych na temat obywateli USA bez nakazu – informuje Washington Post. Dziennikarze New York Times przypominają z kolei, że Obama jako kandydat na prezydenta, krytykował Buska za działania, jakie dziś podejmuje jego własna administracja. Brytyjski Guardian ujawnił zaś informację że operatorzy sieci komórkowych zobowiązani są do przekazywania Agencji Bezpieczeństwa Narodowego danych o rozmowach wszystkich swoich klientów: numerów rozmów, czasu ich trwania i miejsca. Dodatkowo nie mają prawa informować, że takie dane przekazują.
Oczywiście wszystkie pytane o sprawę firmy twierdzą, że nic nie wiedzą o żadnym tajnym programie i takowy wcale nie istnieje. Biały Dom broni prawa do zbierania wszelkich informacji, ponieważ uważa, iż jest to potrzebne dla obrony przed terrorystami, choć nie potwierdza istnienia programu, a prokurator generalny rozpoczyna śledztwo w sprawie, kto jest winien przecieku w sprawie tego rzekomo nieistniejącego programu. Sam Orwell by tego nie wymyślił.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Do trzech razy sztuka

Dlaczego piszę o Korei? Takie pytanie zadała mi wczoraj znajoma podczas rozmowy telefonicznej. Ktoś inny z kolei twierdzi, że rysuję czarne scenariusze, które nie mają poparcia w rzeczywistości. Świat zajmuje się raczej zamachem w Bostonie, a Polska bredzeniem Antoniego Macierewicza. Sytuacja w Korei, która jest gdzieś na końcu świata lub nawet poza naszym światem nikogo nie obchodzi i nikt nie przywiązuje do tego żadnej wagi.
Co wiemy o Północnej Korei, państwie komunistycznym, które powstało po II Wojnie Światowej. Pierwszym władcą był marionetkowy początkowo przywódca desygnowany przez Związek Radziecki – Kim Ir Sen. Była to epoka stalinowska, zimnowojenna, a w Korei skończyła się atakiem komunistów na Południe. ONZ udzieliło mandatu wojskom amerykańskim, aby pomóc w utrzymaniu niepodległości. Kim Ir Sen był dyktatorem tak jak Stalin, tylko w ZSRR epoka stalinowska się skończyła i polityka wobec własnego społeczeństwa stała się nieco liberalniejsza. Podobnie w innych krajach komunistycznych. Jednak w Korei to nie nastąpiło. Korea Północna żyła przez lata utrzymując ludzi w syndromie oblężonej twierdzy. Coraz mniej więzów łączyło ten kraj z innymi, szczególnie po upadku systemu komunistycznego w Europie. Nastał czas kolejnego dyktatora Kim Dzong Ila, który stał się niejako władcą dziedzicznym. Zniknął ZSRR i inne „bratnie kraje”. Nikt nie chciał już udzielać ciągłej pomocy niewydolnemu reżimowi, który kosztem całej gospodarki budował ogromną armię. Jedyne kontakty, które Korea Północna jeszcze miała na przyzwoitym poziomie, to stosunki z Iranem, Irakiem Husejna, Kubą, Birmą i różnymi małymi krajami, w których rządzili dyktatorzy. Dużej pomocy udzielił Korei prezydent Wenezueli Hugo Chavez, który wspierał także Kubę.
Od lat w Korei zdarzały się klęski głodu, a z pewnością panuje tam chroniczne niedożywienie. Karne obozy pracy niewolniczej są tam jedyną siłą sprawczą gospodarki. Nominalnie PKB Korei Północnej wynosi 1700 dolarów rocznie na osobę. Jednak w praktyce większość wydawana jest na zbrojenia. Dziś w Korei rządzi kolejny dyktator z tej samej dynastii – Kim Dzong Un. Wielokrotnie wcześniej w najtrudniejszych czasach dyktatorzy tego państwa „potrząsali szabelką”, grozili sąsiadom z Południa i Japonii, co kończyło się kolejną turą rozmów pokojowych i Północ dostawała pomoc humanitarną, żywność i leki, a także pieniądze, które natychmiast wydawała na zbrojenia. Taka sytuacja powtarzała się wiele razy i tak samo jest i dziś. Tylko teraz prawdopodobne jest, że Korea posiada broń atomową.
Nawet biorąc pod uwagę przestarzałe wyposażenie armii, Koreańczycy z Północy są w stanie zaatakować Seul za pomocą broni jądrowej, a to oznaczałoby straty dużo większe niż podczas ataku na Hiroszimę i Nagasaki. Dziś władze Korei Północnej oświadczyły, że są gotowe do rozpoczęcia rozmów pokojowych, o ile ONZ zrezygnuje z sankcji, a USA i Korea Południowa zrezygnują z prowadzenia wspólnych manewrów wojskowych. Oczywiście oficjalnie nie ma mowy o zniesieniu sankcji, ani żadnych przeprosinach, ale nie zdziwiłbym się, gdyby do Phenianu pojechali jacyś mało znaczący pracownicy ministerstw USA i Korei Południowej z walizką pieniędzy dla dyktatora i czymś, co Kim Dzong Un mógłby w swej telewizji pokazać jako przeprosiny. I tak do następnego kryzysu.
Znając historię i europejską mentalność, można sobie wyobrazić stopniową erozję systemu komunistycznego, w wersji europejskiej. Częściowo zresztą tak było, przyczyną upadku systemu komunistycznego w Europie była kompletna niewydolność ekonomiczna i zachodnie sankcje, a także wyścig zbrojeń, którego ZSRR nie wytrzymał. Jednak z drugiej strony była także „marchewka” pokazanie i uświadomienie europejskim reżimom, że będzie możliwa pomoc gospodarcza, inwestycje i strukturalna przebudowa, jeśli zapanuje demokracja.
W Korei jest to niemożliwe. Mamy tam do czynienia z systemem stalinowskim, który wręcz stał się teokracją, ponieważ założyciel państwa Kim Ir Sen czczony jest jak bóg. Widzimy też, ze reżim stworzył własną dynastię, a więc jest to już coś w rodzaju komunistycznej monarchii absolutnej. Naród jest w całkowitej izolacji od ponad 60 lat. Społeczeństwo jest zmanipulowane w takim stopniu, że nawet to sobie trudno wyobrazić. W Korei Północnej nie ma mowy o stopniowej erozji systemu i otwieraniu się na nowe trendy ze świata. Społeczeństwo ma charakter kastowy, a kasta rządząca po zmianach musiałaby odejść w niebyt.
W Korei nie ma ropy naftowej, więc Stany Zjednoczone nigdy nie „zaniosą” tam wolności i demokracji. Przez lata zapewne państwa uprzemysłowione będą przekupywać koreańskich dyktatorów, aż w końcu zdarzy się dostatecznie zdeterminowany szaleniec. Gdy wybuchnie wojna, to nie będzie ona bez znaczenia, bo jest na końcu świata, czyli „nigdzie”. Europa odczuje ją bardziej niż się tego spodziewa. Według mnie w przewidywalnej perspektywie do takiej wojny dojdzie, a konsekwencje będą większe niż ktokolwiek myśli.
Ewentualny konflikt zbrojny na Półwyspie Koreańskim odczuje cała światowa gospodarka. Chwilowy krach na giełdzie będzie niczym wobec problemów związanych z wstrzymaniem dostaw elektroniki i podzespołów do Europy i Ameryki – ekonomiści są raczej zgodni, że problemy giełdowe nie są najważniejsze. Ale w przypadku dłużej trwających działań wojennych odbije się to na Korei Południowej i Japonii – gigantach elektronicznych świata współczesnego. Zanim machniemy ręką, popatrzmy ile fabryk w Polsce opiera swą produkcję na koreańskich i japońskich częściach, komponentach i prefabrykatach.
W naszym kraju południowokoreańskie inwestycje sięgnęły już 1,4 mld dolarów. Zainwestował u nas LG (ma dwie fabryki, w których zatrudnia razem z podwykonawcami ok. 13 tys. osób), wroniecka fabryka pralek i lodówek przed trzema laty została przejęta przez Samsunga. Z kolei w Bełchatowie swój zakład produkcyjny ma Humax – jeden z największych na świecie producentów telewizyjnych dekoderów. Jeśli wstrzymane zostaną dostawy komponentów z Korei Płd., najprawdopodobniej produkcja w tych zakładach może zostać wstrzymana. – można wyczytać w artykule na stronach Wirtualnej Polski i trudno się z taką diagnozą nie zgodzić.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)

Kij i marchewka

Niejaki Łukaszenka, dyrektor kołchozu, rozpoczyna kolejną kadencję. Na nieszczęście nie jest to kadencja zarządzania kołchozem, ale kolejna już kadencja prezydencka. Na Białorusi przebiega to zawsze w ten sam sposób. Najpierw są wybory. Potem wygrywa Łukaszenka z ogromną przewagą nad pozostałymi kandydatami. Potem ludzie zbierają się na głównym placu miasta i protestują, a nowo wybrany prezydent każe spuścić łomot kontrkandydatom. Biorą się za to tajne służby i wykonują swe zadanie lepiej lub gorzej, ale wszyscy oczywiście wiedzą, kto opozycji spuścił manto.
Pierwszym problemem Białorusi jest kompletne rozbicie opozycji, która wystawia zwykle koło 10 kandydatów. W ten sposób opozycjoniści nie są w stanie uzyskać przewagi. Najlepsi kandydaci są z pochodzenia Polakami, a stosunek do Polaków jest podobny na Białorusi jak na Litwie. Jest to mieszanina przedwojennych lęków, sfałszowanej historii i zazdrości. Białorusin chętnie przyjedzie do Polski na handel lub do pracy, ale nie chciałby mieć prezydenta kojarzącego się z Polską. Lachy to pany i kapitaliści.
W ten sposób Łukaszenka nawet bez fałszowania wyborów miałby zapewne nominację w kieszeni już po pierwszej turze. Ale on woli trzymać pieczę nad wszystkim, bo Bóg pomaga tym, którzy sami sobie pomagają. W ten sposób wygrywa wybory, mając zwykle koło 80% głosów. Tak naprawdę jest coraz gorzej i fałszowanie z każda kolejną kadencją jest ważniejsze. Poparcie dla batiuszki spada. Być może w tym roku nie osiągnęłoby nawet wymaganych 50%.
Nie ma co się dziwić, że dyktator wścieka się coraz bardziej. W państwie nie dzieje się najlepiej, a metoda stałego podlizywania się Rosji już nie działa. Metoda podlizywania się na zmianę z puszczaniem oczka w kierunku UE też się nie sprawdza. A na dodatek niewdzięczny lud coraz bardziej nieposłuszny.
Jakiś czas temu Jarosław Kaczyński został nazwany przez dziennikarza „taką bardziej dupowatą” wersją Hitlera. Łukaszenkę można nazwać taką „dupowatą” wersją Stalina. W gruncie rzeczy nie starcza mu odwagi na to, by porządnie rozprawić się z opozycją, raz na zawsze załatwić niektórych kontrkandydatów na prezydenta, posługuje się „nieznanymi sprawcami” to mało skutecznego mordobicia, a przecież ma w swoim ręku wszystkie asy. Aresztowani opozycjoniści skazywani są na symboliczne dziesięć dni więzienia, a czasem wypuszczani po kilku dobach. Przy Łukaszence nawet polscy komuniści mienić się mogą jastrzębiami.
Opozycja również jest taka jakaś niewydarzona. Polscy opozycjoniści również byli podzielenie wewnętrznie. Jednak potrafili działać razem i władza musiała się z nimi liczyć. Byli jedną organizacją w czasie walki, w czasie negocjacji Okrągłego Stołu i gdy przejmowali władzę. Białoruscy opozycjoniści nie potrafią się zjednoczyć, aby Łukaszenka musiał rozmawiać z jednolitym frontem.
Dla Rosji dyktator od paru lat staje się mało wygodnym partnerem. Ze swoją z lewej na prawą zaczesaną „pożyczką” staje się coraz bardziej obciachowy. Ani Putin, ani Miedwiediew nie bardzo widzą takowego sprzymierzeńca przy swoim boku. Raz dlatego, że trzeba mu prawie za darmo gaz dawać, dwa – bo sami ucinają więzy łączące Rosję ze Związkiem Radzieckim, a Łukaszenka jest jak złośliwy chichot historii.
Unia Europejska wybrała jedyny możliwy sposób wpływania na białoruską dyktaturę. Potocznie nazywa się to metodą kija i marchewki. Ostatnio starano się przekonać Łukaszenkę, że warto zrobić uczciwe wybory. Dostał marchewkę.
Łukaszenka powiedział, że wybory będą uczciwe i dodał: „jak zawsze”. Dotrzymał słowa. Było jak zawsze. Zatem teraz będzie kij. Daje to nadzieję, że za jakiś czas Białoruś jednak zacznie się zmieniać. Jest jeszcze inny scenariusz. Łukaszenka stanie się zbyt obciachowy dla Rosji. A wtedy zajmą się nim jacyś nieznani sprawcy.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)